Dziennik czasu zarazy. Czarna dziura w pandemii

Na Zanzibarze codziennie tysiące ludzi podróżuje pełnymi, lokalnymi autobusami Dala dala, fot. Wikimedia

Kiedy pod koniec 2019 roku zaczęły docierać pierwsze informacje z Wuhan, nurtującym pytaniem było to, czy wirus dotrze do kolonizowanej przez Chiny Afryki. Niektóre kraje, zaczynając od Kenii, zareagowały prewencyjnie i zablokowały cały ruch lotniczy z Państwem Środka

Gdy pandemia przeniosła się do Europy, pytaniem nie było to czy, ale kiedy Covid-19 dotrze do Afryki i czy uda się uniknąć dramatycznego scenariusza. Zanzibar pod koniec lutego zablokował ruch lotniczy z Włochami, które każdego tygodnia przysyłały pięć samolotów pełnych turystów. W tym czasie jednak, na niewielkiej wyspie, uroków tropikalnego lata zażywało kilkadziesiąt tysięcy turystów z zainfekowanej od tygodni Europy.

Gdy było już wiadomo, że wirus jest i zaczyna się rozwijać, rząd Tanzanii zablokował podawanie informacji o liczbie nowych zachorowań i teraz pytanie – jak dotąd bez dobrej odpowiedzi – brzmi: co tu się właściwie dzieje? Jak to możliwe, że dwa miesiące po zdiagnozowaniu pierwszego przypadku poniżej Sahary, w niektórych krajach liczba zakażeń nie przekroczyła tysiąca i dynamicznych przyrostów jak nie było, tak nie ma?


PRZECZYTAJ TAKŻE: Koronawirus w Norwegii. Rząd nie nakłada kar, bo obywatele mu wierzą


Tu, czyli gdzie? Wbrew powszechnemu na Zachodzie wyobrażeniu, że Afryka to jeden duży kraj, w rzeczywistości to 54 państwa zamieszkałe przez ponad miliard ludzi, należących do blisko trzech tysięcy plemion, mówiących dwoma tysiącami języków. Państw różniących się ustrojem, stanem gospodarki, obyczajami i kulturą znacznie bardziej niż Mołdowa i Finlandia. Informacje docierające z tych państw są fragmentaryczne, niezbyt wiarygodne, oficjalne stanowiska rządów często niepublikowane. Brak zatem pogłębionych, kontynentalnych analiz, a przewidywania co do nadchodzącej przyszłości zawierają się w przedziale od „nic tu się nie wydarzy” do „setki milionów muszą umrzeć”.

Jedyne, co w tej sytuacji mogę zaproponować Szanownemu Czytelnikowi, to osobista perspektywa mieszkańca Zanzibaru, małego archipelagu u wybrzeży wschodniej Afryki, który prowadzi w dużym stopniu autonomiczną politykę w walce z pandemią, choć formalnie jest częścią Tanzanii. Najchętniej zawęziłbym perspektywę do wioski Matemwe, w której poddałem się dobrowolnej izolacji, ale wtedy mógłbym napisać tylko, że „nasza wieś spokojna” lub że „naprawdę nie dzieje się nic”.


Jak zatem mieszkańcy Zanzibaru odbierają zjawisko pandemii? Po zanzibarsku:

Emocjonalnie – żywo dyskutują, snują najróżniejsze teorie („Korona została przywieziona z USA”, „W Dar Es Salaam ludzie umierają na ulicach”, „nocami odbywają się pogrzeby dziesiątków utajnionych ofiar Korony”), widać, że wielu się po prostu boi.

Z humorem – reagują śmiechem na powitanie łokciem zamiast ręki czy „Magufuli shake” (prezydent Tanzanii, śladem Lecha Wałęsy, zaleca podawanie stopy).  

Ze stoicką obojętnością – nikt nie komentuje działań polityków, także tych absurdalnych, bo życie nauczyło ich, że absurd w polityce to chleb codzienny. Informację o tym, że prezydent nakazał zamknięcie laboratorium testów po tym, gdy rzekomo zdiagnozowały pozytywnie próbki pobrane z przepiórki, kozy i papai i podrzucone przez służby specjalne, przyjmują wzruszeniem ramion.

Z typowym brakiem konsekwencji – policjant zatrzymujący samochody, żeby sprawdzić czy kierowca ma maskę, swoją opuszcza poniżej brody przy rozmowie. Sprzedawczyni w aptece poda lekarstwa tą samą, pozbawioną jakiejkolwiek ochrony ręką, którą przeliczy pieniądze, ale nie wpuści klienta, jeśli ten nie umyje rąk.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Stan wyjątkowy w Hiszpanii. Argumenty, a nie kary


Brakiem konsekwencji charakteryzują się też działania władz. Zamknięto przestrzeń powietrzną dla międzynarodowych lotów, zalecono mycie rąk i utrzymywanie dystansu, prowadzone są kontrole temperatury przez patrole policji i paramedyków. Kubły z wodą i mydło są praktycznie wszędzie. Zamknięto wszystkie szkoły. Jednocześnie tysiące ludzi codziennie podróżuje pełnymi lokalnymi autobusami Dala dala, tłoczy się na targowiskach i w urzędach, przesiaduje w miejscach tradycyjnych spotkań.

Władze nie tylko nie zakazały uczestnictwa w nabożeństwach, ale wręcz przeciwnie – prezydent Magufuli oficjalnie oznajmił, że skoro Covid-19 to wymysł szatana, najlepszym lekarzem jest Jezus i modlitwa. W czasie święta Ramadanu, który zaczął się 24 kwietnia i potrwa do ostatniej dekady maja, meczety są pełne ludzi. Nikt nie zaryzykował ograniczeń w obawie przed reakcją duchownych i wiernych. Tym bardziej więc nie ośmielono się zakazać oddawania czci najważniejszemu bóstwu Zanzibaru – piłce nożnej. Tak, jak trzy miesiące, czy pół roku temu, życie futbolowe toczy się jakby nigdy nic. W każdej wiosce codziennie rozgrywane są mecze i sędzia nie odgwizduje przerwy, gdy piłkarze zbliżą się na mniej niż zalecane 2 metry od siebie.

Gdy spojrzymy na to z innej strony, życie Zanzibaru w znacznie większym stopniu niż w Europie zależy od bezpośrednich, międzyludzkich interakcji, a w mniejszym od instytucji.

Rybacy, wyruszający co dzień na połów swoimi żaglowymi łodziami ngalawa, na koniec muszą sprzedać ryby na lokalnym targu. Centrali rybnej brak. W liczącym mniej więcej 400,000 mieszkańców mieście stołecznym, na palcach jednej dłoni można policzyć małe sklepy samoobsługowe. Zasadniczy handel odbywa się na ulicy, przy daleko posuniętej specjalizacji. Nierzadko widzimy sprzedawcę jednego czy dwóch rodzajów owoców. O zachowaniu przepisowej odległości nie ma co marzyć. Podobnie w niezliczonych sklepikach typu „mydło-powidło”, którego całe zaplecze to 10 metrów kwadratowych, a lada jest w otwartych drzwiach wprost przy ulicy.


Na luksus (?) izolacji mogą sobie pozwolić zamknięci w swoich domach bogaci cudzoziemcy. Przeciętny Zanzibarczyk mieszka w maleńkim domku o powierzchni salonu w średnim polskim mieszkaniu, w którym tłoczy się kilka, a nierzadko kilkanaście, osób. Domy są dosłownie i w przenośni otwarte, a dzieci w takim samym stopniu pod opieką matek jak sąsiadek. Wiele czynności, takich jak pranie i gotowanie, odbywa się grupowo i wcale nie jest powiedziane, że codziennie to jest dokładnie ta sama grupa. Szkoły są zamknięte, ale dzieci i nastolatki nie mają gdzie się schronić przed wirusem. Zachowują się więc tak, jakby nic się nie wydarzyło na świecie, bawią się, spotykają, a pod koniec dnia wracają do swoich lub sąsiedzkich domów. Ilu z nich wraca z wirusem? Ile osób zarażają?    

Wydawać by się mogło, jeśli na moment pominiemy realia społeczne, że Zanzibarczycy zachowują się beztrosko i niepoważnie, że ignorują poważne zagrożenie zdrowia i życia. Tę beztroskę łatwiej zrozumieć, gdy zdamy sobie sprawę, że nikt, być może poza władzą, nie wie, jaka jest skala problemu z pandemią. Oficjalna liczba zachorowań w całej Tanzanii to dzisiaj (17 maja) 509 przypadków i stan ten nie zmienił się od 8 maja. Nikt nie wierzy w oficjalne dane i nie traktuje ich poważnie. Wszyscy jednak wiedzą, że brak przyrostu zachorowań to efekt prowadzonej propagandy a nie cud klimatyczny, czy skutek niskiej średniej wieku mieszkańców Tanzanii. Uzasadnione jest zatem pytanie, w jakim celu władze ukrywają dane o zachorowaniach na Covid-19.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Białoruś walczy z epidemią: fałszuje statystyki i święci kraj z powietrza


Najprawdopodobniej główna przyczyna jest taka, że widzą związek między skalą epidemii a losem gospodarki w dużej mierze zależnej od przemysłu turystycznego. Pamięć o skutkach wybuchu zarazy eboli dla biznesu zanzibarskiego kilka lat temu jest żywa, a warto przypomnieć, że wówczas prawdziwy problem dotyczył krajów leżących dalej od Zanzibaru niż Madrytu. Z tego samego powodu nieformalną cenzurą ograniczane są informacje o malarii, cholerze, tyfusie czy gruźlicy. W pewnym sensie nie bez racji, bo o ile schorzenia te okresowo dziesiątkują populację miejskich ośrodków archipelagu, o tyle prawdopodobieństwo zarażenia się przez turystów jest bliskie zera. Hotele nie są budowane w slumsach.

Drugi powód jest jaki, że być może władza sama nie wie, ile jest przypadków zachorowania na Covid-19. Pierwsze urządzenie do testowania zostało uruchomione na Zanzibarze po pięciu tygodniach od zdiagnozowania pierwszego przypadku, turysty z Niemiec. Do tego czasu próbki były wysyłane do Dar Es Salaam na lądzie, gdzie grzecznie czekały na swoją kolejkę. Jeśli dodać do tego opłakany stan zanzibarskiej służby zdrowia i jej szokującą niewydolność, uzasadnione jest przypuszczenie, że raportowane dane są niekompletne, a obraz przez nie kształtowany – wykoślawiony. Niebezpieczne w potencjalnych skutkach oficjalnie publikowane dane, bez złej intencji, mogą i zapewne są fałszywe.

Tutejsza machina propagandowa w dużej mierze przypomina polską. Wiadomości produkowane są na zlecenie polityczne, władza może powiedzieć dowolną rzecz i jedyne co odróżnia miejscowe realia od polskich, to realna groźba konsekwencji prawnych dla tych, którzy kwestionują działania czy choćby wypowiedzi przedstawicieli rządzącej partii. I nie jest to efekt zaostrzenia polityki w czasach zarazy, lecz standardowa praktyka, a zjawisko szersze.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Dziennik czasu zarazy. Obywatel zbędny?


Gdyby władze chciały ograniczyć prawa człowieka i obywatela, nie potrzebowałyby do tego pandemii. Nawet w czasach względnego spokoju rządy nie odczuwają specjalnej presji, aby tłumaczyć się ze swoich decyzji. Na Zanzibarze reakcja na działania władz zwykle jest zanzibarska: emocjonalna, z humorem i stoicką rezygnacją. Hymnem przeciętnego człowieka mogłaby z powodzeniem zostać piosenka Wojciecha Młynarskiego, napisana w stanie wojennym – „Róbmy swoje”.

Czy to się aż tak bardzo różni od Polski? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Szanownemu Czytelnikowi.

fot. Wikimedia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *