Horror w Australii i stan umysłów

Polecam stronom ideowej wojny o klimat spojrzenie globalne. Nie wiem, czy wynika z niego, że Australia to drobiazg w stosunku np. do Afryki Równikowej. Po prostu brak mi danych. Obraz nie wystarczy. Trzeba pracy i wiedzy ekspertów

Niniejsze jest kontynuacją wątku dotyczącego umieszczonej w tle nagłówkowego obrazka grafiki Anthony’ego Hearsay’a, pokazującej rzekomy rozmiar katastrofy pożarów w Australii. Ta grafika – napisałem wczoraj – to fake. Nadal tak uważam, a poniżej dowód

Wiem oczywiście, że w Australii spłonęło 8 mln hektarów lasów, że zginęło w pożarach ponad pół miliarda zwierząt oraz kilkudziesięciu ludzi, że do szczętu spłonęło ponad 2 tysiące domów, tysiące ludzi ewakuowano. Wiem też, że choć wielkie pożary występują w Australii sezonowo każdego roku, to skala tegoroczna jest katastrofalna, bezprecedensowa i wynika z ocieplenia klimatu – będąc jedną z licznych zapowiedzi katastrofy, która zagraża całej planecie.

Wojna wyznawców

Spisana argumentacja nie działa. Ludzie – nawet czytająca teksty, a nie tylko nagłówki mniejszość – dzielą się stronami w jednej z licznych „światopoglądowych wojen”. I prowadzą wojnę, zamiast czytać naprawdę. Nawet jeśli Anthony Hearsey skłamał – twierdzą więc ekologicznie wrażliwi, do których sam chciałbym się zaliczać – jego obraz słusznie budzi nieświadomych. Pod tym się nie podpiszę. Inni natomiast chętnie powitali moje „demaskacje”, bo uważają, że w katastrofa jest histerią, australijskie pożary to norma tamtejszej przyrody, a ludzkość radzi sobie świetnie z kontrolowaniem klimatu. Dyskusja obrazuje nie stan rzeczy, ale katastrofalny stan naszych umysłów zdolnych do wojen, zupełnie zaś nie do dyskusji, o wynikających z niej działaniach nie wspominając.

Fakty w obrazkach

Fakty przedstawię więc obrazkami. Wszystkie pochodzą z tej samej strony, z której korzystał również Anthony Hearsey w tworzeniu szeroko rozpowszechnionej grafiki. Hearsey nie jest analitykiem – jest utalentowanym grafikiem. Ja sam nie mam żadnej z tych kompetencji – zaledwie sprawdzam źródła, to samo polecając każdemu. Proszę kliknąć w zdjęcie, by je zobaczyć w powiększeniu, proszę zwrócić uwagę na skalę, na wybrane pozycje w okienku po prawej stronie itd.


Powyżej zrzut ekranu satelitarnej mapy pokazującej ogniska pożarów wykrytych przez satelity NASA w ramach poświęconego pożarom programu FIRMS. Chodzi o pożary w okresie miesiąca pomiędzy 5 grudnia, a 5 stycznia – bo obraz Hearsey’a właśnie tych danych miał dotyczyć. Nieco inny obraz poniżej przedstawia nie punkty, ale „siatkę” obszarów objętych pożarami. Kolory są nieco wyraźniej widoczne i pokazują odpowiednio od żółtego jeden przypadek pożaru w obszarze do czerwonego w miejscach, gdzie pożarów było sto lub więcej.


Rozmieszczenie tych punktów odpowiada zatem grafice Hearse’a. Co jednak nie oznacza, że grafika ta pokazuje prawdę. Przeciwnie – fałszuje ona rzeczywistość. Dlaczego? Klucz tkwi w skali. Powyżej skala, w której pokazany w lewym dolnym narożniku ekranu odcinek odpowiada 500 km. Poniżej najbardziej dotknięty pożarami obszar w południowo-wschodniej części kraju w innej skali – stukrotnie powiększonej. Widzimy znów punkty ognisk.


Ważna uwaga – każdy z tych punktów, które również w tej skali często zachodzą na siebie, pokazuje co najmniej jeden przypadek pożaru. Nie mówi niczego o objętym nim obszarze. Zwraca uwagę fakt, że punkty na mapach w obu skalach mają tę samą wielkość. Muszą oznaczać co innego na każdym ze zdjęć. Co oznaczają?

Zdjęcie poniżej jest być może nieco mniej czytelne, ale właśnie ono pozwala właściwie zrozumieć obraz miesiąca pożarów całego kraju i znaczenie danych NASA.


Widzimy kwadraty 25×25 km, zatem obszary o powierzchni 625 km kwadratowych każdy. Na każdym z tych obszarów uwidoczniono ilość pożarów. Od jednego do ponad 1,5 tysiąca. Nadal niczego nie wiemy o obszarze faktycznie zniszczonym. Martwym i nie nadającym się do życia. Jeśli wierzyć danym NASA – a proponuję im wierzyć – wiemy z tego póki co tyle, że na pierwszym ze zdjęć przedstawiającym cały kontynent na obszarach poza kropkami nie było ognia w ciągu analizowanego miesięcznego okresu kataklizmu. Satelitarny obraz pokazuje zdjęcia terenu. Nie jest dla mnie jasne, na ile są one aktualne, skoro nic nie zakłóca widoczności – ani chmury, ani dymy pożarów widoczne na innych zdjęciach z orbity lepiej niż na ogół zupełnie niedostrzegalny ogień. Tak czy owak na zdjęciach nie widać tego, co jest treścią grafiki Hearsey’a i źródłem emocji przez nią wywołanych – nie widać ani rzeczywistej skali pożarów, ani spowodowanych nimi zniszczeń i cierpienia. Australia ma ponad 7 milionów kilometrów kwadratowych powierzchni. Spłonęło 8 milionów hektarów – według szacunków podawanych w mediach. To 1% powierzchni kraju. A nie blisko połowa, jak to przedstawił Hearsey.

Powtórzę zatem: to prymitywny fake według wszystkich reguł fake’owej sztuki – z powołaniem na „dane NASA” na czele.

Emocje w służbie sprawy

Emocje opadną szybko – bo zawsze opadają, zwłaszcza te sztucznie nadmuchane. Do społecznej świadomości dotrze prawdziwa skala katastrofy i ulegnie dewaluacji. Wraz z tym cała opowieść o nadchodzącej katastrofie klimatycznej pozostanie w pamięci wielu ludzi aktem zbiorowej histerii, a nie czymś, co wynika z twardych danych.

Taki jest efekt bezmyślnie powtarzanych bzdur oraz pobłażliwości w stosunku do fałszerstw „w dobrej wierze”.

Dla „otrzeźwienia” polecam stronom ideowej wojny o klimat spojrzenie globalne. Nie wiem, czy wynika z niego, że Australia to drobiazg w stosunku np. do Afryki Równikowej. Po prostu brak mi danych. Obraz nie wystarczy. Trzeba pracy i wiedzy ekspertów.


Total Page Visits: 19 - Today Page Visits: 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *