Hucpa z terminem wyborów jest po to, by odwrócić naszą uwagę

Rzadko oglądam telewizję, jeszcze rzadziej słucham radia, wiedzę o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie czerpię w zasadzie wyłącznie z Internetu i elektronicznych wydań niektórych gazet. Jednak we wtorek zrobiłem wyjątek, włączyłem telewizor, żeby posłuchać pytań zadawanych podczas konferencji prasowej premierowi i ministrowi zdrowia

Uderzyło mnie, że ani jedno pytanie nie sprawiło najmniejszego kłopotu obu przepytywanym urzędnikom państwowym. Dziennikarze od samego początku wprowadzenia ograniczeń swobód obywatelskich grają z władzą według reguł przez tę ostatnią ustanawianych.

Nikt nie zapytał wprost, czy upieranie się przez PiS przy terminie przeprowadzenia wyborów 10 maja nie jest po prostu przykrywką i odwróceniem uwagi od spraw, które są dzisiaj ważniejsze.  Bo przecież wiemy doskonale, że te wybory już w przedbiegach wygrał koronawirus.

Nawet gdyby PiS rzeczywiście się uparł, to przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zaryzykuje ani pójścia do lokalu wyborczego, ani tym bardziej do pracy w komisji. Wybory korespondencyjne? To przecież także nie do przeprowadzenia w tym terminie. Senat ma prawo zajmować się projektem każdej ustawy przez 30 dni. Czyli gdyby nawet w środę Sejm uchwalił tę protezę demokratycznych wyborów, to i tak w praktyce nie ma możliwości, żeby je skutecznie przeprowadzić. Nie mówiąc już o całej logistyce z tym przedsięwzięciem związanej i jego kosztach. Nawet w wypadku, że uda się jakoś doprowadzić do tych „wyborów”, to jak silny mandat będzie miał prezydent wybrany przez najwyżej 10 procent uprawnionych do głosowania? Bo nawet 80 proc. zwolenników PiS jest przecież dzisiaj wyborom w maju przeciwna.

OK, zgodzi się ich połowa, bo z domu głosować będzie bezpieczniej niż w lokalu wyborczym. Nadal ten mandat prezydenta będzie bardzo wątpliwy. A zatem, o co chodzi, że PiS tak się upiera i za żadne skarby nie chce wprowadzić stanu wyjątkowego, tylko jak mantrę powtarza, że skoro można iść do sklepu, to do wyborów również?

Moim zdaniem prezes PiS dąży do władzy dyktatorskiej, przy której bledną dokonania Orbana, a nawet Łukaszenki. Ostatnie dwa bastiony stojące mu na drodze to wolne sądy , a przede wszystkim prezes Sądu Najwyższego i całkiem sporo lokalnych władz samorządu terytorialnego. 30 kwietnia kończy się kadencja pani sędzi Małgorzaty Gersdorf. Gdyby dzisiaj Sejm usankcjonował stan faktyczny wprowadzeniem stanu wyjątkowego, PiS miałby kłopot z zakończeniem jej kadencji za miesiąc.

Konstytucja wielokrotnie była przez rząd i prezydenta traktowana jak nic nieznaczący świstek, ale by znowu ją złamać trzeba by się jednak wysilić, a wokół przecież tyle pożarów, które natychmiast trzeba gasić. Lepiej poczekać. Kadencja prezes SN się skończy, a wtedy PiS wprowadzi stan wyjątkowy, bo niczym już nie będzie to groziło. Duda nadal będzie posłusznym narzędziem w rękach dyktatora, Sąd Najwyższy z nowym prezesem na czele uzna za prawomocne każde działania Kaczyńskiego, a samorządy się rozpędzi, mianując komisarzy i w taki sposób spełni się młodzieńcze marzenie prezesa PiS, który w wywiadzie udzielonym Teresie Torańskiej przed trzydziestoma laty wyznał, że chciałby zostać „emerytowanym zbawcą narodu”.

Czy dziennikarze tego naprawdę nie widzą? A jeśli widzą, to dlaczego nie zadadzą pytań wprost, a zamiast tego uczestniczą w zabawie, której reguły ustala PiS? Czy również nie potrafią dostrzec tego, że „tarcza antykryzysowa” przed skutkami pandemii chroni wyłącznie katolicki kler? Bo przecież nie przedsiębiorców, nie mówiąc już o pracownikach i freelancerach.

Czy tak trudno wpaść na to, że cała ta hucpa z terminem wyborów jest właśnie po to, żeby odwrócić uwagę od sprawy, która za chwilę dotknie nas wszystkich o wiele bardziej boleśnie niż nieudolne rządy PiS, który roztrwonił publiczne pieniądze przez pięć lat kupując sobie głosy, a teraz stoi w obliczu katastrofy publicznych finansów? Że kiedy ludzie zostaną bez środków do życia, polskie ulice zaczną przypominać brazylijskie favele, gdzie strach wyjść z domu, bo można stracić życie, a w najlepszym razie portfel? Czy tego państwo dziennikarze naprawdę nie widzą?

Nie obchodzi mnie, czy wybory PiS urządzi 10 maja czy za rok. Obchodzi mnie, w jaki sposób mamy się bronić przed skutkami pandemii. Dlaczego Hiszpanie, Francuzi, Czesi, Niemcy mogli zapewnić realną pomoc finansową swoim obywatelom, jakie zastosowali rozwiązania, co się z tym wiąże?

O to nikt z dziennikarzy telewizyjnych nie pyta sprawców katastrofy, odpowiedzialnych za pustą państwową kasę, a to naprawdę jest ważniejsze niż bajki o wyborach, które w przedbiegach wygrał już koronawirus.

fot. Pixabay

  • Krzysztof Siemieński, dziennikarz i żeglarz, były więzień polityczny w PRL.

O autorze

3 thoughts on “Hucpa z terminem wyborów jest po to, by odwrócić naszą uwagę

  1. „Nawet gdyby PiS rzeczywiście się uparł, to przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zaryzykuje ani pójścia do lokalu wyborczego, ani tym bardziej do pracy w komisji.”
    Panie Redaktorze, a skąd nagle założenie, że w Polsce żyją wyłącznie ludzie o zdrowych zmysłach? Idę o zakład, że w setkach tysięcy można liczyć ludzi, którzy do wyborów 10 maja pobiegną z wielkim entuzjazmem, podobnie jak do kościoła w Niedzielę Wielkanocną. A jeśli nawet frekwencja w wyborach wyniesie 20%, to co z tego? Kaczyńskiemu nie jest potrzebne, żeby Duda miał demokratyczną legitymację; wystarczy mu, jeśli Duda będzie miał prezydencki długopis.

  2. Brakuje jeszcze jednej informacji
    Że PiS poprzez sieć spółek wyciąga z kasy państwa pieniądze unijne przeznaczone na zakup sprzętu. Prywaciarz kupuje u dostawcy za 1 a sprzedaje agencji za 4 zł.
    Dlatego Polska nie przystąpiła do unijnego programu pomocy

  3. Nie mamy polskiego rządu, mamy ludzi mówiących po polsku ale rządzących antypolsko …….. obudźmy się , znamy odpowiedzi dlaczego tak jest ale żyjemy w paraliżu działań obywatelskich …..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Głosy w dyskusji

Wybory już za:

Dni
Godzin
Minut
Sekund

Znaczenie „partyjnego programu”

Wygrane kampanie PiSu w praktyce uruchamiały spontaniczne działania oddolne (by użyć ukochanego słowa z czasów „Solidarności”) nie tylko działaczy partyjnych, ale bardziej zaangażowanych wyborców PiSu. Program najwyraźniej do nich przemawiał i zostawiał miejsce na włączenie się w akcję za własną partią.

Czytaj »