My, obywatele świata. Obcy u siebie

Nie jesteśmy Europejczykami, jak byśmy tego chcieli i jak głosimy wszem i wobec. Jesteśmy obywatelami świata. A skoro tak, to może warto zobaczy to co tutaj i teraz się dzieje

Program, w ramach którego od jednego do trzech milionów ludzi ma zapewnione miejsce w ośrodku edukacyjnym, gdzie może uczyć się języka, zawodu i pracować nad sobą po to, aby walczyć z „trzema złami”: ekstremizmem, separatyzmem i terroryzmem, wygląda na w miarę sensowny program pomocowy dla uchodźców z byłego Państwa Islamskiego. A patrząc na to, ile osób w nim uczestniczy, to chyba nie tylko dla nich!

Brzmi wspaniale. Ale jak przyjrzeć się z bliska, to już nie jest tak dobrze.

Ta umieszczona na wstępie wypowiedź, to z grubsza i w telegraficznym skrócie komentarz Pekinu do materiałów, które są publikowane na całym świecie, także w Polsce, przedstawiających wyniki wspólnego dochodzenia Międzynarodowego Konsorcjum Dziennikarstwa Śledczego (ICIJ) w sprawie obozów reedukacyjnych dla mniejszości w chińskim regionie Sinciang.

Łapanki na ulicach, zamykanie w obozach bez żadnego wyroku czy kontroli sądowej. Z oficjalnych dokumentów, do których dotarli dziennikarze, wynika, że w obozach panuje dyscyplina, jak w więzieniach o zaostrzonym rygorze. A przecież to nie są więzienia, nie potrzeba wyroku sądowego aby tam trafić. I tych 3 milionów osadzonych w ogóle nie ma w chińskich statystykach więziennych!

Dobrowolnie, jak zapewniały władze, przebywają tam ludzie, którzy – wedle ujawnionych materiałów – mieli w zależności od liczby zdobytych punktów za „ideologiczną transformację, naukę i ćwiczenia, a także za przestrzeganie dyscypliny” móc kontaktować się z rodziną lub zostać zwolnionym. Wszelkie nagrody były akceptowane przez komisje partyjne, które musiały „zobaczyć na własne oczy dowody transformacji”.

To wszystko dzieje się w Chinach, w prowincji Sinciang, gdzie Ujgurzy, gdyż to oni są głównie kierowani do takich obozów, są rdzennymi mieszkańcami prowincji, a język obcy którego się muszą uczyć – to standardowy chiński, którym nie wszyscy władają biegle.

Dla Pekinu to od dawna region pod specjalnym nadzorem. Od pokoleń mieszkają tam między innymi: Ujgurzy, Kazachowie, Mongołowie a Chińczycy Han to ludność napływowa. Mieszkańcy są w większości muzułmanami, co jest kolejnym z powodów do niepokojów dla władzy centralnej.

Region ten korzystając z bałaganu, który panował w Chinach w XX wieku, dwukrotnie ogłaszał niepodległość, ale w latach 1936 i 1946 przywracano tam zbrojnie władzę Pekinu. Po upadku ZSRR i powstaniu w sąsiedztwie trzech nowych państw, pomysły lokalnych władz na autonomię i bliższą współpracę regionalną z sąsiadami były przez Chiny traktowane z ogromną ostrożnością.

Pod koniec XX wieku Chiny zmieniły się. Ujgurzy zaczęli się domagać większej autonomii, wzmocnienia znaczenia języka oraz ochrony rodzimej kultury. Teoretycznie to wszystko zapewnia im chińskie prawo. Praktycznie zarówno język, jak i kultura ujgurska są rugowane a Ujgurzy są karani nawet za posiadanie drugiego dziecka, do czego mają prawo jako mniejszość narodowa.

Ujgurzy chcieli tego, co teoretycznie prawo im zapewniało i żądali większej autonomii, dostawali w zamiast tego restrykcje. Chiny zaostrzyły politykę, a Ujgurzy metody oporu. Zaczęły się ataki na ludność Han, uważaną za etnicznych Chińczyków, prześladowania i zamykania etnicznych Ujgurów w więzieniach i obozach. Lojalne wobec Pekinu lokalne władze Sinciangu zrobiły to, co umiały, czyli zaostrzyły środki bezpieczeństwa i nadzoru.

Organizacje obrony praw człowieka i osoby, które uciekły z Sinciangu za granicę, informowały o rosnącej kontroli nad religią i kulturą, ograniczaniu swobody poruszania się oraz prowadzonych na szeroką skalę zatrzymaniach i prześladowaniach. Pekin zaś mówił o walce z fundamentalistami religijnymi, terroryzmem, i zapewnianiu spokoju zwykłym mieszkańcom regionu.

Z jednej strony słowa, z drugiej zdjęcia satelitarne kompleksów obozowych i zeznania byłych osadzonych. Gdzie jest prawda? Raczej nie pośrodku.

Chiny to państwo, które dba o swój wizerunek, szuka sprzymierzeńców w świecie i straszy tych, którzy protestują. Nie każdy ma siłę, aby wchodzić w otwarty konflikt z gospodarczą potęgą dbającą o swój wizerunek.

Mamy też Koreę Północną. Co do niej sytuacja w zasadzie jest jasna i panuje tu zgoda: w sześciu obozach koncentracyjnych przebywa od 150 tysięcy do 200 tysięcy osób, z którymi władza z różnych powodów chce zrobić porządek. To też nie są więźniowie. Nie mieli procesów, o ich losie zadecydowała decyzja administracyjna. Nie pasują do tego, jaka ma być Korea Północna i coś trzeba było z nimi zrobić. Zrobiono.

Dzieje się to bez żadnego poszanowania prawa i praw człowieka. Dlaczego mówi się, że od 150 do 200 tysięcy? To spory rozrzut, a mówimy przecież o czymś tak ważnym jak wolność człowieka. Czyżby wolność Koreańczyka była mniej ważna? Nie, nie jest, ale mówimy przecież o najbardziej tajemniczym i zamkniętym dla innych państwie świata. Mało kto w świecie wie, co się tam dzieje. Podobno w obozach tych dochodzi do buntów, podobno są one krwawo tłumione. Podobno… 

Dwa przykłady ze świata, z miejsc, w których naprawdę nie warto żyć. Dobrze, że żyjemy w Unii Europejskiej.

W Unii to byłoby niemożliwe. Tutaj przestrzega się prawa, mamy niezawisłe sądy, do których zawsze możemy się zwrócić o pomoc. Ale w Unii jest też Polska, w której bijemy się o to, aby sądy były dalej niezawisłe. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko strachy na Lachy. Trzeba zachować proporcje, bo póki co, nic się jeszcze nie dzieje. Sądy się przecież jeszcze bronią. Jeszcze.

No i mamy przecież już Gostynin czyli Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym. Jest tam zamkniętych, pod koniec lutego 2020 roku, 81 osób i ani jedna z nich nie jest więźniem. Jest to jedyna kwestia, co do której są zgodni wszyscy prawnicy, bo już co do tego, jaki jest status prawny osadzonych –  trwa spór w doktrynie.

Pewne jest jednak to, że nie są to wcale, jakby chcieli widzieć to niektórzy, bestie wcielone. To po prostu miejsce dla tych, z którymi czujemy się nie najlepiej.

Świat w liczbach:

W 2018 roku w świecie w wypadkach samochodowych zginęło około 1,35 miliona ludzi.

Śmierć w wypadku samochodowego zabija młodych, to pierwsza przyczyna śmierci dzieci w wieku 5-15 lat oraz dzieci i ludzi w wieku 15-29 lat, a dopiero ósma wszystkich ludzi.

Od wielu lat najczęstszymi przyczynami śmierci na świecie są choroby serca i wylew.

W 2018 roku w Europejskiej Unii w wypadkach samochodowych na milion mieszkańców kolejno zginęło najwięcej osób w:

Rumunii – 96 osób;
Bułgarii – 88 osób;
Litwie – 78 osób;
Chorwacji – 77 osób;
Polsce – 76 osób.

Najmniej zaś osób zginęło w :

Wielkiej Brytanii – 28 osób
Danii – 29 osób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *