Nacjonalizm polski i światowy

W praktyce najczęściej wygląda to tak, że nacjonaliści uznają się za patriotów, a nacjonalistami są ci z sąsiedniego kraju, którzy siebie uważają za patriotów

fot. Aleksandra Perzyńska/AP.ART

Materiał do debaty w kampanii wyborczej na prezydenta, która rozpoczyna się w państwie Kaczyńskiego, więc pewnie będzie nieuczciwa jak poprzednie. Mimo tego, dyskutujmy, aby się nie odzwyczaić. Gdy powróci demokracja, ta umiejętność może nam się przydać.

Czy więc demokratyczny kandydat opozycji na prezydenta będzie schlebiał zatęchłym stereotypom homo ludens i homo videns, czy też zdobędzie się na odwagę intelektualną i moralną i powie niewygodną prawdę: że pielęgnując „wiarę ojców” tłum ciągnie nas do katastrofy?

Przez „wiarę ojców” rozumiem nacjonalistyczną ideologię narodowo-katolicką – polską parodię chrześcijaństwa i patriotyzmu – w której najważniejsza jest konsumpcja mięsa, miłość zarezerwowana tylko do swoich, ochrona życia na Ziemi jest lewactwem, a naczelnym przesłaniem: „lękajcie się”. Ideologię, która jak każda ideologia, blokuje rozum, nie przyjmuje racjonalnych argumentów, a jej jądrem jest nacjonalizm – zło, które zagraża miastu i światu.

Dobry nacjonalizm

Nacjonalizm, to słowo klucz do zrozumienia współczesnej polityki. Polityka tożsamościowa oparta na nacjonalizmach prowadzi świat wprost do kolejnej katastrofy. Prawdziwym dramatem jest rozmycie granic między nacjonalizmem i patriotyzmem. To są uczucia tak zbliżone i płynne, że rozum publiczny nie jest w stanie wytyczyć między nimi jasnej granicy. O ile to ostatnie uczucie należy akceptować, to jednak ze względu na ich podobieństwo i katastrofalny charakter tego pierwszego, należy je traktować podejrzliwie i poddawać stałej kontroli rozumu.

Oprócz samokontroli mentalnej, należy też zwracać uwagę na sferę języka. Obydwa te nieprecyzyjne pojęcia są używane przez ludzi w różnych znaczeniach. Przykład pomieszania tych pojęć daje Yuval Noah Harari, historyk z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, autor znany ostatnio z kilku bestselerów.  W wykładzie pod tytułem „Jasna strona nacjonalizmu”, wygłoszonym 8 maja 2019 roku na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie podkreślając rosnącą rolę nacjonalizmu w czasach globalizacji, twierdzi, że istnieje dobry i zły nacjonalizm. „Nacjonalizm, to nie jest nienawiść do cudzoziemców. Nacjonalizm, to miłość do rodaków. Obecnie cierpimy na globalny niedosyt tej miłości. Także w Europie”, stwierdza.

Chodzi mu jednak o dosyć trywialną tezę, że naród i państwo powstawały i funkcjonują na fundamencie empatii i zaufania w dużych grupach ludzi – jako formy organizacji są postępem w stosunku do okresu plemiennego czy grup zbieracko-łowieckich. Nacjonalizm jest zły, kiedy kochamy tylko własny naród. Jednak w naszym obecnym europejskim słowniku, zjawisko to określamy po prostu mianem patriotyzmu. Znamienne, że Harari nie używa w trakcie całego wykładu ani razu słowa „patriotyzm”.

Oceniając więc nacjonalizm, Harari nie bierze też pod uwagę dynamiki konfliktów zachodzących między dużymi grupami naczelnych. Patriotyzm, czyli „dobry nacjonalizm” łatwo wpada na manowce. Gdy na horyzoncie pojawia się „obcy”, miłość do ojczyzny błyskawicznie przekształca się w wielką nienawiść. Widać to zarówno w stadach szympansów jak i w stadach homo sapiens. Myśląca racjonalnie grupa, przekształca się w motłoch. Ostatnio piłkarze Turcji przed meczem we Francji salutowali ustawieni w szeregu jako prawdziwi patrioci, uczestnicząc emocjonalnie w zabijaniu Kurdów przez żołnierzy tureckich. Nie igrajmy więc z językiem. Co więcej, przypomnijmy, że dzisiaj „obcy” mogą dysponować bronią jądrową, biologiczną i chemiczną, albo pojawią się jako miliard głodnych uchodźców (których godność jest nienaruszalna w naszej kulturze i prawie).

Inaczej rozumiał te pojęcia George Orwell, definiując je poprzez agresję – nacjonalizm i obronę – patriotyzm. Nacjonalizm, upojenie narracją miłości do ojczyzny, pozwala na rozpłynięcie się osobowości podmiotu w kulcie narodu i czynienie zła także jej urojonym wrogom. Taki sens mają też obydwa pojęcia we współczesnych językach. Jeżeli pozytywne uczucia do własnego narodu, jego praw, stylu życia i zwyczajów, współgrają z rozumem, nie stają się kultem, nie zawierają agresji i nienawiści do obcych, to można mówić o patriotyzmie.

Jeżeli jednak tym samym uczuciom towarzyszy agresja do obcych, kult narodu eliminuje rozum i krytyczne myślenie (vide: krytycy Olgi Tokarczuk w Internecie), a inaczej myślących uznaje się za zdrajców, to mamy do czynienia z nacjonalizmem. W praktyce najczęściej wygląda to tak, że nacjonaliści uznają się za patriotów, a nacjonalistami są ci z sąsiedniego kraju, którzy siebie uważają za patriotów. Warto w tym kontekście przypomnieć, że jednymi z największych patriotów w historii świata – we własnych oczach – byli żołnierze Wehrmachtu, czasami także ich towarzysze broni z Węgier, Estonii czy Rumunii.

Lew Tołstoj uznawał patriotyzm za zjawisko głupie i niemoralne. Głupie, bo każdy patriota uważa, że to jego naród jest najlepszy, gdy tymczasem miejsce to może zajmować tylko jeden. Z kolei niemoralność patriotyzmu wynika z faktu, że jest to rodzaj egoizmu – interesy własnego kraju są najważniejsze, co można realizować nawet poprzez wojnę.

Straszna siła

Sądzę, że nie ma i nigdy nie było jednego wzorca patriotyzmu i nacjonalizmu. Patriotyzmy polskie bazujące na przekonaniach lewicowych, chrześcijańsko-demokratycznych, liberalnych czy zielonych oparte są na przemyśleniach historii, współczesności i zawierają dużą porcję rozumu oraz zdrowego rozsądku. Natomiast współczesny wzorzec populistycznego patriotyzmu narodowo-katolickiego, którego mentalna konstrukcja manifestuje się w Marszu Niepodległości, niesie taki przekaz: trzeba wykazywać werbalną gotowość do dwóch dramatycznych zachowań – zabić kogoś albo dać się zabić.

Zawartość mentalną tych przekonań widać wyraźnie w wypowiedziach poety „dobrej zmiany” Jarosława Rymkiewicza. W ramach uroczystości wręczania mu nagrody „Strażnik Pamięci 2017”, organizowanej przez tygodnik „DoRzeczy” na Zamku Królewskim w Warszawie autor pytał: „Czymże jest więc polskość?” i odpowiadał sobie: „Polskość to jest straszna siła duchowa” (…) „To ona nas wybiera”, „To ona was wybrała, bo chce was mieć” (…) „Należy oddać się tej strasznej sile, a ona wszystko za nas załatwi”.

Ilustracją tego modelu jest też wywiad Joanny Lichockiej z Rymkiewiczem w „wPolityce”, w którym pojęcie narodu odgrywa właśnie główną rolę. Lichocka zwraca się do Rymkiewicza: „Jest pan poetą dobrej zmiany realizowanej przez PiS, ideologiem obozu, który teraz rządzi.” Rymkiewicz przepojony miłością do ojczyzny: „nie głosowaliśmy, żeby dać wyraz naszym poglądom politycznym, bo mieliśmy znacznie ważniejszy problem niż problem takich czy innych poglądów. Głosowaliśmy, żeby uratować Polskę. Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, bo Polacy zrozumieli, że są wynaradawiani. Zrozumieli, że Polska jest lżona, poniżana, wyśmiewana i że to wszystko, co się dzieje na naszych ziemiach, zmierza do likwidacji Polski.”

Nie zająknąwszy się nawet o łamaniu Konstytucji, Rymkiewicz prezentuje agresywną wersję „patriotyzmu” a la Marsz Niepodległości: „tych, którzy mają ochotę zdradzić i czerpać korzyści ze zdrady, może powstrzymać tylko strach przed katowskim toporem albo drabiną i konopnym sznurem”. To nie jest patriotyzm, to jest głupi, groteskowy i zdziczały nacjonalizm polski, fundament faszyzmu.

Świadomość zła, którego nośnikiem może być miłość do ojczyzny sygnalizuje wiele różnych środowisk. Papież Franciszek: „Kościół zawsze zachęcał do miłości do swego narodu, swej ojczyzny”. (…). Ale jednocześnie dodaje też: „Kościół zawsze przestrzegał osoby, narody i rządy przed wypaczaniem tego przywiązania, gdy przemienia się ono w wykluczanie i nienawiść do innych, kiedy staje się konfliktowym nacjonalizmem wznoszącym mury czy wręcz rasizmem czy antysemityzmem”. Z kolei na drugim biegunie kulturowym znany ateista Richard Dawkins wysyła w świat w styczniu tego roku tweeta: „Rozmyślania o I i II WŚ przekonują mnie, że patriotyzm (…) może być nawet większym złem niż wiara w moc nadprzyrodzoną”.

Suwerenność urojona

Z pojęciem nacjonalizmu splecione jest drugie słowo klucz, które pojawia się w propagandzie partii populistycznych i faszystowskich: suwerenność. Najczęściej chodzi im o postulat „przywrócenia” suwerenności (i wielkości) państwa, która rozumiana jest jako idealna niezależność od świata zewnętrznego. Pojęcie to oznacza najczęściej władzę państwa, która nie podlega żadnym ograniczeniom. W okresie absolutyzmu i powstawania państw narodowych zasada suwerenności w czystej wersji była uznawana za podstawę organizacyjną porządku światowego. Ale już w czasach walki z wynaturzeniami monarchii absolutnej, narodziło się pojęcie suwerenności wewnętrznej – suwerenności narodu jako najwyższej władzy w państwie. Suwerenność narodu oznaczała, że władza pochodzi od narodu, a organy władzy, są tylko wykonawcą jego woli. Wola narodu legitymizowała władzę realną. Tak rozumiana suwerenność, rozpowszechniona przez Monteskiusza i myślicieli oświeceniowych, do dzisiaj jest zasadą porządkującą ustroje państw.

Z kolei idea suwerenności w prawie międzynarodowym oznacza „suwerenną równość państw” i w tym znaczeniu używana jest w Karcie Narodów Zjednoczonych – jako jedna z naczelnych zasad porządku światowego. Jednak globalizacja, zacieśnianie więzi między państwami, firmami i ludźmi na świecie, powoduje, że ideał się deformuje i kruszy. Nie ma dzisiaj państw, których władza nie jest ograniczona przez zjawiska zewnętrzne. Celem cywilizującym globalizację powinna być raczej prawna legitymizacja porządku międzynarodowego, który ciągle jeszcze oparty jest na prawie silniejszego, czyli na bezprawiu. W takim świecie suwerenność jest bytem urojonym.

Ale wersja absolutna tej idei nadal jest koronną wartością nacjonalizmu. Jest wykorzystywana przez populistów i faszystów jako argument przeciw integracji świata. I dzisiaj, gdy o suwerenności mówi Kaczyński, to możemy być pewni, że chodzi o jego suwerenność jako „naczelnika” tego wadliwego państwa. A więc o niezależność jego władzy od Brukseli czy międzynarodowych paktów praw człowieka i obywatela. Kreml z kolei używa tej broni językowej jako narzędzia, która ma powstrzymać głębszą integrację europejską. A suwerenne państewka Europy Środkowej, to wymarzony cel – łatwa ofiara – Putina. W kategorii dezintegracji europejskiej cele polskiej i rosyjskiej oligarchii partyjnej są więc zbieżne. A Korwin-Mikke, piewca nacjonalizmu i absolutnej suwerenności, powtarza już publicznie: „Rosja może Polsce pomóc”.

Zasada pomocniczości

Tymczasem na horyzoncie pojawia się widmo katastrof i problemów, których w XX wieku nikt nie brał pod uwagę. Świat rozbity na zwalczające się, egoistyczne plemiona, zawsze był problemem dla zwykłych ludzi. Teraz staje się problemem nr 1. Po pierwsze, może doprowadzić do wojny światowej z użyciem broni masowej zagłady. Po drugie, blokuje współpracę i podejmowanie szybkich decyzji, umożliwiających skuteczną walkę z katastrofą ekologiczną, po trzecie, nowe technologie jak sztuczna inteligencja wymagają zaufania i pogłębionej współpracy ludzi, firm i państw, po czwarte, migracje ludności wywołane wojnami i ociepleniem klimatu można opanować w ramach globalnej współpracy.

A struktury międzynarodowe oparte na kulturze nacjonalizmu i egoistycznej suwerenności w każdym z powyższych przypadków są katalizatorem katastrofy. Globalizacja wymaga zupełnie innej kultury niż ta promowana przez Kreml, PiS, Fidesz czy Trumpa.

Inteligentne istoty zamieszkujące Ziemię, kierujące się egoistycznym nacjonalizmem, nie są w stanie porozumieć się, aby powstrzymać katastrofę klimatyczną, mimo że sytuacja staje się dramatyczna. Tak ocenia to już Piotr Skubała, profesor nauk biologicznych z Uniwersytetu Śląskiego, „ethic expert” Komisji Europejskiej: „Dane, które płyną z kolejnych raportów naukowych, są zatrważające. Zmiany przyspieszają. Nie udaje się zatrzymać żadnych negatywnych trendów – emisji gazów cieplarnianych, wymierania gatunków. W zasadzie można z nich wyczytać, że praktycznie nie mamy już szans na przetrwanie jako cywilizacja. Zmierzamy ku wielkiej tragedii”.

Równolegle do praktycznych działań, należałoby więc zmienić paradygmat organizacji świata, który obracał się wokół nacjonalizmu, państwa narodowego i jego absolutnej suwerenności. Potrzebujemy nowych, lepszych narracji. Faszystowskiej wizji państwa jako zionącego nienawiścią Lewiatana, którego wszyscy obywatele i sąsiedzi się boją, powinniśmy przeciwstawić inny ideał dobrze urządzonego świata życia.

Narracja taka i proces tworzenia kultury lepiej organizującej dystrybucję władzy na świecie, umożliwiającej współpracę dla dobra wspólnego, zaproponował wiele lat temu niemiecki biskup Ketteler. Jego idea nazwana została zasadą pomocniczości. Dotyczy ona organizacji oraz struktury bytów ponadjednostkowych. Biskup von Ketteler, poseł do Zgromadzenia Narodowego we Frankfurcie nad Menem, zajmując się rolą gmin i państwa w szkolnictwie i pomocy socjalnej zaproponował podział ról, wyznaczając władzy centralnej tylko rolę pomocniczą w ramach życia społecznego. W liście do wyborców z 1848 roku stwierdza, że zbyt daleko idąca ingerencja państwa oznaczałaby „nieznośny absolutyzm, prawdziwe zniewolenie umysłów i dusz”. Pomysły biskupa o pomocniczej roli państwa pojawiają się w Rerum Novarum papieża Leona XIII w 1891 roku i Quadragessimo Anno Piusa XI w 1931 roku. Dzisiaj idea ta wykorzystywana jest jako jedna z zasad organizacyjnych w Unii Europejskiej.

Punktem wyjścia zasady pomocniczości jest suwerenna jednostka, która sama sobie organizuje życie i jest za swoje działania odpowiedzialna. Założenie to jest podstawą jej autonomii i godności. Są jednak sprawy, których jednostka nie jest w stanie wykonać samodzielnie. I dopiero w tym momencie może wkroczyć z pomocą organizacja ponadjednostkowa. Najpierw rodzina, potem samorząd – terytorialny, zawodowy i organizacje pozarządowe. Państwo nie może się mieszać w sprawy, które obywatele mogą sobie załatwić sami w formie samoorganizacji. Organy państwa zatrudniamy do załatwienia spraw, z którymi jednostki i samorządy same sobie nie poradzą. Życie w harmonii z rodziną, przyjaciółmi, małą ojczyzną reprezentowaną przez samorządy, większą ojczyzną Polską.

Zasada pomocniczości określa relacje jednostka-państwo, wyznaczając władzy państwowej całkowicie służebną rolę wobec jednostki. A więc dokładnie odwrotnie niż w doktrynach faszystowskich, gdzie jednostka jest całkowicie podporządkowana państwu. Tak jak w Konstytucji kwietniowej z 1935 r, która do dzisiaj jest wzorem dla wielu polskich ugrupowań, uprawiających kult państwa. Chantal Millon-Delsol w książce „Zasada pomocniczości” tak ujmuje pozycję władzy państwowej: „władza ma na celu usunięcie pewnych niedostatków, z którymi borykają się w dążeniu do pełni rozwoju wspólnoty i wolne osoby, odpowiedzialne za swój los, lecz nie całkiem samowystarczalne”.

Dotychczas zasięg tej zasady ograniczał się do wewnętrznej organizacji państwa narodowego.

W taki nowoczesny model kultury politycznej i prawnej wpisuje się w Polsce projekt „Zdecentralizowana RP”, który proponuje bardziej racjonalną organizację państwa. „Polską od lat targają ostre konflikty polityczne. Spory wewnętrzne osłabiają nasz kraj w coraz bardziej niepewnym świecie.” – piszą autorzy – „Państwo silne to państwo odciążone od konieczności zajmowania się tematami spornymi i skupiające się na priorytetach. Niezależnie od różnic ideologicznych, interesy Polaków w kwestiach strategicznych są zbieżne. W #ZdecentralizowanaRP władza centralna skupi się na dobrej, profesjonalnej pracy na rzecz zapewnienia Polakom bezpieczeństwa w niepewnym świecie, we wszystkich jego wymiarach: zewnętrznym, wewnętrznym, ekologicznym, zdrowotnym i gospodarczym.” Jest to jeden z najlepszych pomysłów na Polskę w XXI wieku, w którym widoczne są struktury zasady pomocniczości.

Demokracja światowa

Prof. Arkadiusz Radwan, jeden z uczestników projektu ZdecentralizowanaRP apeluje: „Nasz kraj wielokrotnie był prekursorem nowych koncepcji organizacji państwa. #ZdecentralizowanaRP może być krajem, który znalazł oryginalny, innowacyjny przepis na pełniejsze wykorzystanie stojących przed nami możliwości. Możemy stać się silnym państwem wszystkich obywateli, czerpiącym z potencjału rozwiązań wprowadzanych oddolnie przez poszczególne województwa. Ten innowacyjny model może wywołać – po raz kolejny w najnowszej historii naszego kraju – szeroką falę pozytywnego zainteresowania Polską w świecie”.

Popierając tę inicjatywę należy jednak pamiętać, że to nie tutaj, nie na tym poziomie rozwiążemy problemy najcięższego kalibru. Zagrożenie pokoju, brak zdecydowanych działań dla ochrony klimatu czy opanowania problemu migracji umiejscowione są wyżej i wynikają z faktu, że porządek międzynarodowy nie jest oparty na prawie, lecz na sile. Nie na sile pięści, ale na sile Iskanderów i Pershingów. To porządek, w którym wszyscy walczą z wszystkimi, a wygrywa nie ten, kto ma rację, tylko ten ma więcej czołgów. Kurdowie mają rację, ale to Turcy, Amerykanie i Rosjanie mają czołgi.

Dla Immanuela Kanta, oświeceniowego filozofa z Królewca, sprawa była oczywista: przyczyna wojen tkwi w naturze człowieka. Aby ograniczyć skłonność ludzi do stosowania przemocy, powstało państwo i prawo. Dzięki temu przemoc została ucywilizowana. Wewnątrz państwa siła stoi (a przynajmniej powinna) zawsze po stronie tego, kto ma rację w sensie prawnym. Ale, jak pisze Kant w swoim słynnym dziele „O wiecznym pokoju”, naturalna przemoc istnieje nadal w stosunkach międzynarodowych. Dopóki więc nie zjednoczymy świata, konflikty będą wybuchać i nie rozwiążemy żadnych poważnych problemów.

Fundamentalne pytanie brzmi więc: w jaki sposób stosować siłę i sprawować władzę, aby na świecie zapanował pokój, powstrzymać katastrofę ekologiczną czy skutki migracji? Kant zaproponował, aby do stosunków między państwami wprowadzić prawo. „Państwa, jeżeli chcą we wzajemnych stosunkach, zgodnie z zasadami rozumu, wyjść z tego pozaprawnego stanu, oznaczającego wojnę, nie mają innej możliwości niż, podobnie jak pojedyncze osoby, porzucić swoją dziką (pozaprawną) wolność, poddać się publicznym, przymusowym prawom, i w ten sposób stworzyć państwo narodów (civitas gentium), które w końcu obejmie wszystkie narody Ziemi”. Idea ta towarzyszyła powstawaniu Ligi Narodów i ONZ, ale nigdy nie została zrealizowana do końca.

Ottfried Hoeffe, urodzony w Głubczycach na Śląsku profesor Uniwersytetu w Tybindze, doradca rządu Szwajcarii, kontynuujący niektóre wątki filozofii Kanta opisuje w swoim dziele „Demokratie im Zeitalter der Globalisierung” projekt budowy światowego demokratycznego państwa, które byłoby zakończeniem dzikiej globalizacji. Istotą jego koncepcji jest odebranie państwom narodowym prawa do stosowania przemocy w stosunku do innych państw. To kilkusetstronicowe dzieło jest szczegółową instrukcją budowy ogniwa wieńczącego strukturę zasady pomocniczości. Hoeffe twierdzi, że utworzenie światowego parlamentu, rządu i sądownictwa jest możliwe i pożądane: „Należy pomyśleć o nowej formie w polityce, która nie zastąpi państwa, ale je uzupełni”.

W popularnych wyobrażeniach o stworzeniu światowego rządu istniejące dotychczas państwa ulegają likwidacji – powstaje państwo globalne. Według Kanta byłaby to jednak największa despotia wszech czasów. Dlatego w propozycji Hoeffego Republika Światowa nie likwiduje i nie zastępuje istniejących państw, lecz je uzupełnia. Hoeffe: „Podobnie jak zwykłe państwo, Republika Światowa, aby zabezpieczyć pokój i panowanie prawa, musi dysponować przeważającą siłą. (…) Inaczej niż Leviatan Hobbesa nie ma władzy nad sprawami ducha; i nawet w sprawach światowych musi, o ile w ogóle państwo będzie tu potrzebne, dzielić się nimi z innymi państwowymi instancjami”.

Hoeffe jest przeciwnikiem obecnej sytuacji: „Republika Światowa nie powinna w żadnym wypadku kontynuować dotychczasowej praktyki ONZ i walczyć z niesprawiedliwością i przemocą w sposób wybiórczy” – pisze niemiecki filozof i dodaje: „W ONZ siła jest ważniejsza od prawa”. Suwerenność absolutna i nacjonalizm w takim świecie jest szkodliwym anachronizmem.

Podobnych prac, które przedstawiają propozycje opanowania kryzysu poprzez nowe formy organizacyjne i znalezienie demokratycznej legitymacji dla prawa międzynarodowego pojawia się coraz więcej. W interesie takich krajów jak Polska jest podniesienie rangi tych idei i podjęcie prób ich wdrożenia, nawet w zakresie ograniczonym tylko do klimatu.

Rozwijając zasadę pomocniczości, domknęlibyśmy jej harmonijny porządek od góry, tworząc praworządność globalną. Republika czy federacja spełniałaby wiele zadań, ale podstawowym jej celem byłoby zapewnienie trwałego pokoju na świecie i skuteczne rozwiązywanie globalnych problemów. Jako obywatele powinniśmy przekazywać pełnomocnictwo do sprawowania władzy na te różne poziomy organizacji. Państwo jest tylko jednym z nich i nie dajemy mu prawa do absolutnej, wyłącznej suwerenności. Demokracja może funkcjonować także poza państwem. Tym bardziej, że żadne państwo europejskie nie jest w stanie wypełnić podstawowej funkcji: zagwarantować obywatelom bezpieczeństwa przed agresją Rosji. Dlatego część tej suwerenności przekazaliśmy do NATO i Unii Europejskiej.

Myśląc i działając w trybie utopijnym, nie można pozostać naiwnym. W dzisiejszej rzeczywistości racjonalizacji świata sprzeciwiają się mocarstwa takie jak Chiny, Rosja, USA czy Indie, gdzie rządzą autorytarne lub faszystowskie oligarchie. Nacjonalizm w sosie katolickim to nowa pompowana także przez rosyjskie służby ideologia, która ma spełnić podobną rolę w powiększaniu mafijnego Imperium i opanowaniu tej części Europy jak niegdyś ideologia komunizmu.

Waldemar Sadowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *