Patrzcie w górę – bo znowu przegramy!

Zobaczyłem dzisiaj dwa nierównorzędne teksty. Oba mnie załamały i przeraziły równocześnie. Jednym jest facebookowy post Szymona Hołowni.

Drugi to komentarz do mojego ostatniego tekstu autorstwa Jacka Wiśniewskiego, przewodniczącego KOD Mazowsze.

Na oba te teksty – choć są niewspółmiernej wagi i jakości – wypada odpowiedzieć „popatrzcie w górę”, jak w owym komentowanym niedawno filmie… Obaj autorzy – choć nie da się porównać jakości ich wypowiedzi – krzyczą jak Meryl Streep, grająca filmową prezydent Orlean, byśmy nie zadzierali głów, odmówili kontaktu z rzeczywistością i zamiast tego brnęli naprzód…

W związku z tym mam gorącą prośbę do tych niewielu współobywateli, do których dotrze niniejszy tekst. W tym do członków KOD oraz do uczestników ruchu i członków partii PL 2050. Zarówno KOD, jak PL 2050, w tym osobiście Szymon Hołownia dostali od nas, Obywateli RP, i również ode mnie osobiście bardzo już bogatą korespondencję dotyczącą wyborów, możliwych strategii, ich wad i zalet, pożądanych postulatów obywatelskich itd. Szymon Hołownia jest tu wyjątkową postacią, co trzeba mu przyznać ze szczerym i doprawdy dużym uznaniem. Dwukrotnie stawił się na publiczną debatę z nami. Raz osobiście odpowiedział na nasz list. Tym różni się od innych liderów, w tym od liderów KOD, choć są wśród nich wyjątki, których nie wymienię z troski o nie, bo kontakty z Obywatelami RP potrafią czasem towarzysko szkodzić. Od nikogo innego z polityków i działaczy obywatelskich nigdy nie dostaliśmy żadnej rzetelnej odpowiedzi ani w sprawie wspólnej listy opozycji w wyborach, ani w sprawie uparcie przez nas ponawianej propozycji, by tę listę wyłonić w powszechnych otwartych, międzypartyjnych prawyborach. Opisywaliśmy je po wielokroć na bardzo wiele sposobów. Proszę kliknąć w tym miejscu, by otworzyć jeden z tych opisów – uprzedzam, że jest obszerny i wymaga skupienia, bo i sprawa jest przecież poważna.

Moja prośba dotyczy nie tego, byśmy się domagali wspólnej listy, czy czegokolwiek w tym guście. Nie tego również, żebyśmy żądali prawyborów. Domagajmy się rzetelnej, publicznej odpowiedzi na jasno wyartykułowane postulaty. Nie chodzi wyłącznie o propozycje Obywateli RP. Chodzi również choćby np. o propozycję Adama Szłapki, który od lat występuje z projektem Sejmu Wielkiego – na tę i kilka innych podobnie poważnych propozycji nikt nigdy publicznie nie odpowiedział. Nawet nie podjął dyskusji. Czasem tylko widać ogólnikowe slogany, wśród których wspomniany tekst Szymona Hołowni i tak bije rekordy rzeczowości, bo częściej są to niestety jawne absurdy wypowiadane w dodatku paternalistycznym tonem, jak to niestety znów zaprezentował Jacek Wiśniewski. Chodzi tymczasem o rzeczy tak poważne jak groźba trzeciej kadencji PiS z jednej, a szansa krytycznie potrzebnej większości konstytucyjnej z drugiej strony. Tego nie wolno zbywać ani kłamstwem, ani półprawdą, ani nawet wypowiadanymi w dobrej wierze „widzi mi się”. Proszę, żądajmy odpowiedzi. Sprawdzajmy ich rzetelność. Nie pozwalajmy robić się w trąbę i zbywać byle czym. Zbyt duża jest stawka.

Poniżej zatem dwa – w zasadzie – listy otwarte do obu wspomnianych panów. Świadków tej publicznej korespondencji proszę o uwagę. Domagajmy się rzetelnej debaty.

Panie Szymonie,

nie należę ani do Pańskiej partii, ani do Pańskiego ruchu, natomiast w jednym i drugim pokładałem nadzieje, które dzisiaj Pan zawodzi, mieszając prawdy z oczywistym fałszem i milcząc o rzeczach istotnych, z których istnienia zdaje Pan sobie przecież sprawę. Zawodzi Pan w sposób, który Polsce grozi trzecią kadencją PiS. Porażka Pańskiej partii jest nieszczęściem znacznie mniejszego rzędu. To powoduje moje przekonanie, że mam prawo żądać od Pana rzetelnej tym razem odpowiedzi. Nie o Pańskie polityczne plany chodzi bowiem dzisiaj, ale o wspólną przyszłość nas wszystkich. Na półprawdziwe hasła nie pozwolę nikomu – również Panu, którego cenię nieporównanie bardziej niż któregokolwiek z pozostałych liderów.

Zdaje się Pan sugerować trzy bloki – nawet nie dwa. Wskazuje na to Pańska uwaga, że dwa bloki przeciw PiS mają szansę zwycięstwa, jeśli są w miarę równorzędne, co ilustruje Pan czeskim przykładem. Jeśli bloki opozycji stają się nierównorzędne, oznacza to klęskę w starciu z PiS i wynika to wprost z natury algorytmu. Równocześnie dodaje Pan tu spostrzeżenie, że SLD i PL2050 mają dziś w sumie poparcie większe niż KO. Przecież jednak sojuszu z Czarzastym Pan nie rozważa. Nie będzie więc żadnego takiego bloku o sile porównywalnej z KO. To, co? Jednak trzy bloki? Oczywista klęska?

Słusznie konstatuje Pan, że sojusz z Tuskiem byłby samobójczy. Też tak sądzę. Zwłaszcza zniknęłyby w nim wszystkie Pańskie atuty, ale i Tusk mógłby na tym wyjść osłabiony. Pisałem o tym wielokrotnie i mówiłem o tym, rozmawiając z Panem. Taka koalicja oznacza nie tylko Pańską przegraną, ale również po prostu wygraną PiS, więc katastrofę dla Polski.

Osobny start pozwoli Panu zatem uniknąć losu Barbary Nowackiej i jej Inicjatywy Polskiej oraz losu partii Nowoczesna. Natychmiast jednak skaże Pana zamiast tego na los Biedronia – bo taka jest logika plebiscytu wyborczego w warunkach dwubiegunowej polaryzacji. Większość sondażowych zwolenników Wiosny zagłosowała ostatecznie na KE Schetyny, musi Pan o tym wiedzieć. On również chciał „się policzyć” i nie słuchał ostrzeżeń, że to się musi skończyć, jak się skończyło. To jest zatem ta druga możliwość, którą najwyraźniej uparł się Pan wybrać. Skończy się to tak samo. Znów – nie tylko dla Pana, ale również dla Polski i to z tego powodu ośmielam się publicznie formułować swoje bezczelne pretensje.

Jedyną propozycją godzącą logikę silnej listy korzystającej z cech algorytmu D’Hondta z postulatem maksymalizacji zaangażowania wyborców różniących się w wielu ważnych kwestiach są prawybory. Tę propozycję Pan zna. Ja nie znam żadnej innej. Nie odpowiedział Pan nam nigdy. To, co pisze Pan tutaj, nie jest niestety prawdziwą odpowiedzią.

Propozycja prawyborów nie sprowadza się bowiem do tego, co zrobili Węgrzy. Napisał Pan nieprawdę – bardzo to znamienne – twierdząc, że w Polsce już zrobiono to, co zrobili Węgrzy, bo zgodzono się na „pakt senacki”. Węgrzy swoich wspólnych kandydatów wybrali. W polskim „pakcie senackim” wytargował ich Schetyna z Czarzastym i Kosiniakiem-Kamyszem. Pominięcie tej różnicy niestety dobrze pokazuje ewolucję, jaką przeszedł Pan „ucząc się zawodowej polityki”. Bardzo szkoda. Dla mnie wpływ obywateli na wybór kandydatów startujących do plebiscytu przeciw PiS jest ogromną wartością, którą Pan pominął. Być może nie wyklucza Pan tego, ale skoro pozwala Pan sobie na tego rodzaju skrót myślowy, to Pańska ocena wartości staje się przez to widoczna. Również jednak w politycznych kategoriach popełnia Pan błąd. Wybory angażują. Prawybory również. Zwłaszcza ostra konkurencja mobilizuje elektoraty. Zwiększa zaangażowanie. Daje wiarygodność zwycięskim kandydatom. To się nazywa „mandat” w języku demokracji.

Zdając sobie sprawę z tego, że również współobywatele nie cenią sobie zanadto własnej sprawczości, nie pozwolę jednak żadnemu z polityków wartości demokratycznych ignorować tak jawnie. Przykro mi – od tego jestem. Choćbym miał się tak awanturować kompletnie sam. A sam nie będę, przestrzegam.

Owszem, Panie Szymonie, logika prawyborów da się zastosować – i oczywiście trzeba to zrobić – w okręgach jednomandatowych. Ale nie tylko i proszę nie machać ręką na listy w wyborach proporcjonalnych, bo nie załatwia Pan w Senacie żadnej ważnej sprawy. Efekt wspólnych kandydatów w wyborach jednomandatowych będzie nieporównanie słabszy niż byłby w przypadku list. Potrafimy to nawet zmierzyć w danych, bo one są tu twarde i pokazują, że wspólni kandydaci do Senatu zyskali poparcie średnio o 5% niższe niż ci sami wyborcy udzielili w sumie trzem partiom opozycji w wyborach w 2019 roku. Powody były z grubsza te, o których Pan pisze. Jakim cudem wyborca lewicy ma głosować na Ujazdowskiego? Zwracam przy tym uwagę – przypominając los Biedronia i swój własny – że co najmniej połowa wyborców lewicy na Ujazdowskiego jednak zagłosowała. Relatywna słabość prawyborów w okręgach jednomandatowych polega po prostu na tym, że wspólny kandydat może być tylko jeden. W sojuszu lewicy z konserwatystami „załapie się” kandydat tylko jednej z tych sił. Czy wyborcy drugiej z nich zagłosują na niego? Owszem, mogą – dokładnie tak, jak wyborcy przegranego kandydata w pierwszej turze słuchają jego apelu o poparcie któregoś z dwójki pozostającej w grze na drugą turę, decydując się wybrać „mniejsze zło”. Znamy efekt – jest umiarkowany.

W prawyborach proporcjonalnych wspólna lista zostaje wyłoniona w otwartej konkurencji angażującej wyborców różnych partii walczących o jak najwięcej miejsc na liście. W prawyborach zwolennicy PL 2050 poprą Pana dlatego, że Pan nie jest Tuskiem i nie ma Pan niczego wspólnego ze „starą polityką”, obiecując „nową”. Żaden z nich nie postanowi „obstawiać pewniaka” przeciw PiS, bo to jeszcze nie jest ta konkurencja. Tu i tylko tu zdoła się więc Pan „policzyć”. Może Pan na tym wyłącznie zyskać. Wynik nie jest tu przy tym jednak zerojedynkowy, jak przy jednym mandacie większościowym i na wspólnej liście znajdują się kandydaci wszystkich konkurujących sił – w proporcjach wynikających z poparcia. Np. Pańskiego vs. Tuska. Albo Zandberga vs. Gowina. W wyborach właściwych lewicowcy stawiają krzyżyki przy lewicowych kandydatach w przedłużeniu tej samej rywalizacji. Ta rywalizacja wtedy jednak dokłada się do wspólnego sukcesu. A nie do porażki, którą Pan niniejszym proklamował.

Co jednak najważniejsze i co wręcz unieważnia wszystkie powyższe spekulacje o takim lub innym sojuszu – nie, Panie Szymonie, to rażąca nieprawda, że nie ma żadnych badań pokazujących przewagę jednej listy. Pokazuje to sam algorytm D’Hondta, sama arytmetyka. Wobec niej wszelkie polityczne dywagacje – choćby były słuszne – tracą na znaczeniu. W 2019 roku fatalna decyzja o trzech listach warta była tyle, co strata miliona głosów! Tyle mieliśmy przewagi nad PiS, a przegraliśmy.

Co wyjaśniwszy, nie proszę o rzetelną debatę, ale jej stanowczo żądam. Choć zdaję sobie sprawę, jak niewiele znaczę wraz nawet z Obywatelami RP w wyborczej statystyce, to jednak uprzedzam, że parę osób dołączy do tego żądania. I przypomnę własne 15% po kilku tygodniach chaotycznej kampanii przy szczelnej blokadzie ze strony „liberalnych mediów”. Żądam rzetelnej debaty, a nie „przekazów dnia”, choćby najzręczniejszych. Stawka tego wymaga.

 

Jacek,

za Twój komentarz powinienem Ci w zasadzie podziękować. Dowiodłeś – przyznaję, ku memu najwyższemu zdumieniu – że nie rozumiesz, w jaki sposób przelicza się w Polsce głosy na mandaty. Komentujesz mój tekst – twardy dowód w sprawie list – tym razem go przeczytawszy, co jest u Ciebie nowością, ale kompletnie nie rozumiejąc jego treści.

Nie chcę tu wchodzić w szczegóły tej toczonej na Facebooku dyskusji, bo też ona nie ma żadnego sensu i tylko Cię pogrąża. Jednak coś muszę wyjaśnić świadkom tej korespondencji. Dostrzegłeś w moim tekście rzekomy błąd. On polegał na tym, że przykładowe ilości głosów użytych w porównaniu raz dodają się do 100 (co zrozumiałeś jako miary procentowe), a raz zupełnie nie. Stwierdziłeś zatem, że zestawy są w istocie wadliwe i nieporównywalne. Napisałeś o tym, choć tekst wyraźnie uprzedzał, że nie procenty są tam wyrażone, ale najzupełniej przykładowe i oczywiście nieprawdziwe liczby głosów, bo algorytm D’Hondta dotyczy proporcji między nimi, wykorzystywanych w kilkukrokowej i bardzo łatwej, choć skomplikowanej procedurze. Podejrzewam, że należysz do tych bardzo licznych ofiar szkolnej matematyki (wg różnych badań jest ich w Polsce 72%, więc naprawdę nie jesteś sam), które na widok liczb w jakimkolwiek tekście tracą natychmiast zdolność myślenia, sparaliżowane lękliwym, podszytym szkolną traumą przekonaniem, że najprostsza nawet matematyka pozostaje poza ich zasięgiem. Jakiekolwiek są przyczyny niezrozumienia – dostałeś w prywatnej korespondencji arkusz Excela i sprawdź na nim, bardzo Cię proszę, jak będą wyglądały wyniki dla następujących zestawów wyników odpowiednio dla PiS, KO i SLD: 10-5-5 głosów, 20-10-10, 50-25-25, 100-50-50, 10000-5000-5000 itd. Za każdym razem D’Hondt zaproponuje Ci ten sam podział mandatów. Będzie to zresztą przegrana opozycji mimo równowagi w głosach.

Twój paternalistyczny ton przywodzi mi na myśl popularne zawołania naszych prawicowych współobywateli: „włącz myślenie” – piszą bezmyślnie. Albo rewelacje antyszczepionkowców, czy nawet płaskoziemców. W odpowiedzi na to da się napisać wyłącznie „popatrz w górę”, naprawdę. Jednak nie umiem tego tak skwitować. Przede wszystkim bowiem, jak to jest w ogóle możliwe, żeby podobną niewiedzą i niezrozumieniem absolutnych podstaw wyborczej arytmetyki charakteryzował się ktoś, kto jak Ty wielokrotnie siedział w komisjach wyborczych, kto wypowiada się tak autorytatywnie o wyborczych strategiach i od czyjego zdania w tej sprawie zależy w tak wielkim stopniu zachowanie wciąż największej spośród organizacji ruchu obywatelskiego protestu?

Umiarkowanie mnie w tej sytuacji cieszy Twoje przekonanie o oczywistej potrzebie jednej listy. Co innego mnie martwi. Piszesz, że „czas na budowę jednej listy jeszcze nie nadszedł, ale partie już o niej powinny wspólnie rozmawiać”. Wielokrotnie prosiłem o rozmowę między KOD, a Obywatelami RP o tym, czy ruchom obywatelskim wolno czekać – jak zdajesz się sugerować, choć nie wiem tego na pewno, mogę się jedynie domyślać na podstawie doświadczeń – aż „dojrzeją polityczne decyzje liderów”. Czy może powinniśmy próbować wpływać społecznym naciskiem na ich decyzje. Mówiąc wprost i bez dyplomatycznych ogródek, nasze próby nacisku bez trudu rozbrajano dotąd m.in. Waszą spolegliwością. Wydawało mi się, że od tego są ruchy obywatelskie, by nacisk powodować. Piszesz, że powinniśmy zapowiedzieć, że poprzemy tę partię, która wypadnie najlepiej w sondażach. To jest lepsze niż nic – pewnie. I to jest nawet jakiś nacisk.

Trochę szkoda, że nie napisałeś o żądaniu debaty, że nie masz ochoty zaproponować żadnej formy demokratycznej decyzji o listach i kandydatach, tylko z obrażającym moją inteligencję paternalizmem kwitujesz projekt prawyborów przywołaniem lewatywy felczera z powieści o Szwejku. Jacek, wielokrotnie staliśmy obok siebie „w boju” na ulicy, więc wolno mi powiedzieć niecenzuralnie „ch…j z moją inteligencją”. Obrażasz przede wszystkim rozum wyborców, dewastujesz potrzebną pilnie debatę i bez tego wystarczająco trudną.

Przywołujesz wreszcie znowu moją kandydaturę przeciw Ujazdowskiemu. Tym razem piszesz między słowami, więc delikatniej niż to robisz na ogół. Obywatele RP – pozwolę sobie Cię poinformować z wyprzedzeniem naszych procedur – decydują się kandydować znowu i większą reprezentacją po to, by wspólną listę próbować wymusić. Rozmawiają o tym bezustannie, intensywnie szukając sojuszników, rozglądając się za możliwościami w tym arcytrudnym przedsięwzięciu – trudnym zwłaszcza dla naszego bardzo nielicznego środowiska po ciężkich przejściach. Wiem już zatem od Ciebie, że KOD zostawi nas znowu samych w tej kolejnej odsłonie kopania się z koniem. Że wszystko, co od Was usłyszymy, to inwektywy o naszym „sabotażu”, które słyszałem dotąd – nie tylko wtedy przecież, kiedy kandydowałem przeciw Ujazdowskiemu, ale również, kiedy mówiliśmy o prawyborach i bezczelnie domagaliśmy się jednej listy, a przecież start trzema blokami był podobno oczywisty.

Piszę to wszystko do Ciebie z wyrzutem i goryczą, których nie próbuję skrywać za żadną dyplomatyczną grzecznością. Wiele razy mówiłem Ci i pisałem, dlaczego fałszywe, nie tylko niesprawiedliwe są Twoje oskarżenia pod moim adresem. Dysponowałeś wtedy i dzisiaj tymi samymi danymi, którymi dysponuję ja i każdy. Pokazywały one wtedy i pokazują dzisiaj, że Rudnicki z PiS nie mógł dostać więcej niż 30% głosów. Wszystkie sondaże i wszystkie wyniki wyborów pokazywały to bardzo jednoznacznie. Pozostałych 70% nie da się podzielić na dwie części – przypadające Ujazdowskiemu i mnie – tak, by żadna z nich nie przekroczyła tych 30%. Bezpieczny margines błędu wynosi tu 5%. Nie było ryzyka, możliwe były odchylenia kilkakrotnie niższe. W algorytmie D’Hondta, którego uparłeś się nie rozumieć, one mogłyby przesądzać. W arytmetycznie prostym głosowaniu większościowym – to powinieneś wiedzieć bez trudu rozumienia arytmetyki – nie było takiej szansy. Poinformowany o tym po wielokroć, uparcie i wciąż bez argumentów powtarzasz inwektywy o moim rozbijactwie. Jak to nazwać, powiedz?

Ale przede wszystkim, jak w tej sytuacji w ogóle rozmawiać?

Ja już nie będę, ale moi przyjaciele z Obywateli RP będą wciąż próbować. Z dyplomatycznej ostrożności nie będą nawiązywać do sytuacji z Ujazdowskim. O prawyborach ostrożnie wspomną też nie od razu. Ale w końcu wspomną. Możesz zacząć sam, przy najbliższej okazji. Również dla Ciebie byłoby chyba wygodniej. I to Ci radzę, choć szanse, że posłuchasz, są chyba mniejsze po wszystkim, co napisałem.


Drodzy Państwo,

którzy są świadkami tej dyskusji. Chcę powtórzyć prośbę. Da się z pewnością myśleć rozmaicie o wyborczych strategiach i szansach. Jednak twarde fakty należy ustalić i pilnować, by nikt im nie przeczył w przestrzeni publicznej bezkarnie. Albo zdobędziemy się na trudną publiczną debatę, albo w niej wyłonimy tych, którzy są rzetelni, potrafią dowieść racji i obdarzymy ich zaufaniem w sprawach, których nie umiemy lub nie mamy czasu rozważyć sami – albo skażemy się na koncert facebookowych memów, lajków, niczym nie wspartych dowolnych opinii i ocen wypowiadanych w przekonaniu, że „śpiewać każdy może”. I utoniemy. I PiS znowu wygra, choć to nie sztab strategów nas pokona, ale zgraja ćwierćinteligentów – jednak najwyraźniej sprytniejszych i skuteczniejszych od nas.

Proszę, dbajmy nie o kulturę dyskusji nawet. Nie o cenzuralny język i unikanie obraźliwych ocen – sam przecież dałem tu próbkę ostrego stylu, który łatwo może obrażać i zdaję sobie z tego sprawę. Chodzi o szacunek dla faktów, dla logiki, o chęć ustalenia jednak prawdy, a nie tylko trendów w ponowoczesnym płynnym chaosie i internetowym zgiełku. To fundamentalnie ważne. Ważniejsze nawet niż te wybory, które nas znowu czekają. Rozpada się nie tylko Polska, ale cywilizacja w ogóle.

I kolejna moja sprawa do Państwa, w której decyzji można się spodziewać po kongresie Obywateli RP, pod koniec stycznia, więc już niedługo. Wiem dziś tyle, że Obywatele RP zechcą kandydować sami i zechcą szukać kandydatów do obywatelskiej listy. Ta inicjatywa zmierza do prawyborów. Uważamy, że jest czas, by ruchy obywatelskie znalazły własną reprezentację w parlamencie, który decydować będzie musiał tym razem zwłaszcza o zasadniczych sprawach ustrojowych, a tego politykom zostawić nie można. Ale nawet ważniejsze od tego jest nasze doświadczenie. Ono jest bardzo gorzkie. Dopóki nie ujawnimy list i nie zmierzymy ich poparcia w sondażach, politycy będą nasze postulaty ignorować, jak robili to zawsze dotychczas. Mówię o opozycyjnych politykach. I nie tylko o prawyborach, ale o ludziach na granicy, o kobietach pozbawianych praw, o ograniczeniu politycznych i finansowych wpływów kościoła, o praworządności również – katalog ignorowanych postulatów społecznych jest długi i wciąż rośnie. Pracując dziś nad sposobem skutecznego startu wyborczej inicjatywy Obywatele RP wiedzą, że zaczną na pewno od wezwania pozostałych „politycznych graczy” do prawyborczego pojedynku. Liczymy, że nacisk opinii publicznej – potencjalnie kompromitujący dla tych, którzy będą odmawiać demokratycznej weryfikacji – spowoduje, że to się wreszcie uda.

Stawką są nie tylko wygrane wybory. Stawką jest większość konstytucyjna. I koniec polskiej wojny.

Żadna z tych rzeczy nie uda się, jeśli nie nauczymy się wszyscy reagować na wezwania, byśmy nie patrzyli w górę…

O autorze

6 thoughts on “Patrzcie w górę – bo znowu przegramy!

  1. Raczej początek nowej wojny. Nie ma szans na normalność, jeśli jedynym „wyborem” będzie popis.

    1. Lakoniczny komentarz, więc nie jestem pewien, czy rozumiem właściwie. Odpowiem jak zwykle nieproporcjonalnie obszernie. Jako (były) działacz obywatelski wolę wybór niż brak wyboru w wyborczej wojnie z PiS. Wolę więc szesnaście partii na listach wyborczych niż jeden „anty-PiS”. Tyle, że wtedy zawsze wygrywa PiS, więc mój wybór staje się iluzją.

      Proponujemy uparcie i bezustannie prawybory — po to by wybór zapewnić. Wielu ludzi uważa dzisiaj — bardzo niesłusznie — że dwubiegunowa polaryzacja jest naturalnym efektem ewolucji politycznej. No, nie jest. W Europie nie ma takiej normy. Wynik Koalicji Europejskiej w wyborach do PE był czwartym najwyższym w Europie. Wynik PiS był niestety trzecim. Lepszy był Fides Orbana i maltańska socjaldemokracja, która jest osobnym zjawiskiem wyjątkowym. W europejskiej normie wynik powyżej 20% jest miażdzącym zwycięstwem. Konsekwencje europejskiej normy są rozliczne i nie wszystkie dobre. Dobre jest to, że zwycięzca nie bierze wszystkiego, co jest naturalnym zabezpieczeniem demokracji. Ale też w wymagających kompromisów koalicjach rządowych i większościach dla przegłosowania jakichś ustaw gubią się partyjne obietnice w kampanii i rośnie poczucie, że demokracja i władza z niej wyłoniona tak naprawdę nie reprezentuje nikogo.

      Dwubiegunowe systemy znamy z USA i Wielkiej Brytanii. Jakkolwiek oba kraje są kolebkami demokracji w społeczeństwach, w których „demokratyczny instynkt” jest silny i dodatkowo zabezpiecza demokrację — oba kraje właśnie przeżywają wstrząsy pokazujące bardzo wymownie kryzys demokracji w ogóle. Ale w obu dwubiegunowy podział i jest regulowany ustrojowo. Ordynacją wyborczą, która jest większościowa oraz w Stanach prawyborami, a w Anglii silną demokracją wielkich partii, w których każda decyzja jest rezultatem konkurencji dobrze wszystkim znanych frakcji w wielostopniowej procedurze decyzji obejmującej setki tysięcy członków partii. To kompletnie inna bajka niż dzika wodzowska walka partyjnych kamaryli znana (albo właśnie nieznana) w Polsce.

      W tej dzisiejszej sytuacji domagamy się prawyborów. Akcent sam próbuję kłaść na wyborczej efektywności i strategii, która stoi za tym pomysłem. On ma rzeczywiście taką wartość, a akcentuję ją widząc, że argumenty innego rodzaju nikogo po prostu nie obchodzą. Nie przemawiają zwłaszcza do polityków, którzy — brutalnie mówiąc — nie mają w tym żadnego interesu, a przeciwnie ich interes zostaje poważnie naruszony. Większość wyborców w obu obozach — PiS i anty-PiS, ale zwłaszcza w tym drugim — interesuje po prostu pokonanie przeciwnika, a wszystko inne jest dla nich nieistotne.

      Czy prawybory zniosą logikę PO-PiS? No, wpisują się w logikę anty-PiS. Jeśli jednak anty-PiS to dzisiaj głównie PO, to — niespecjalnie lubię PO, ale co z tego — najwyraźniej wynika to z poglądów wyborców. Sprawa złożona sama w sobie, są badania, które pokazują, że spośród wszystkich partii, elektorat PO najmniej dba o program, jakieś wartości i nawet o jakość swoich przywódców, za to jest najsilniej przekonany, że nie chce nikogo innego. Nie da się machnąć ręką na ten elektorat, bo on po prostu dominuje. Po drugiej stronie stoi elektorat PiS, który wartości ceni wyraźnie bardziej, ale i tak jest dość podobnie w folwarczny sposób posłuszny wodzom.

      Wyłamanie się z logiki PO-PiS obiecywali różni ludzie. Kukiz, Petru, Zandberg, Biedroń i teraz Hołownia. Dla każdego z nich margines 15% (dużo w normalnych demokracjach, mało w naszej sytuacji) oznaczał porażkę i zmielenie w wojnie dwóch „gigantów”. Ja kibicuję każdej takiej wciąż przegrywającej inicjatywie. Do tego stopnia, że mimo własnych antyfaszystowskich lęków i nadwrażliwości w tym zakresie, znając deklaracje i uczynki polityków Konfederacji, jestem w stanie dostrzec w Konfederacji — a zwłaszcza w jej wyborcach, którzy od polityków różnią się bardzo wyraźnie — również ten sam potencjał. Pomijając Konfederację, by uniknąć kłótni o nią, która w „mojej bańce” musi nastąpić natychmiast po każdej deklaracji, jak ta moja powyższa — wiem tyle, że próby politycznej alternatywy wobec wojny PO i PiS są i będą skazane na porażkę. Trzeba szukać innej drogi.

      Hołowni więc piszę i powtarzam to, co tutaj napisałem. Koalicja z Tuskiem na tradycyjnych zasadach go pogrzebie — o tym on wie. Osobny start pogrzebie go również — tego już Hołownia nie wie, co trochę mie dziwi i powoduje podejrzenia, że jakiś rodzaj partyjnego narcyzmu zaburza mu myślenie, jak je ewidentnie narcyzm zaburzył u Biedronia. Gdyby Hołownia wszedł prawyborczym szturmem do obozu demokratów, on natychmiast przestałby być PO-wski. Nie programowo — bo różnice między PL 2050 a PO to mit, który Hołownia kreuje niezbyt zresztą udanie. Personalnie i biograficznie — on rzeczywiście nie jest PO-wcem, choć nabiera przykrych cech charakteryzujących partyjnych bonzów niestety. Udział Hołowni, ale i lewicy z drugiej strony byłby w stanie zmienić definicję podziału w tej wojnie. Mowa tu o budowie frontu tak szerokiego politycznie i personalnie, jak cały parlament i parlamentaryzm. Wyłączeni pozostają ludzie, którzy są winni zamachowi stanu i innym przestępstwom, a ostatnio mają wręcz krew na rękach.

      Natomiast tak — trzeba za wszelką cenę iść w poprzek podziałów. Prawybory zmierzają do demokratyzacji partii, zmiany ich ustroju i antydemokratycznych praktyk. Tu akurat jestem pewien — wyborcy PiS i opozycji tak samo odpowiadaliby na pytania o to, co wolno, a czego nie wolno robić politykom. W zakresie dyscypliny partyjnej, sposobu wyłaniania kandydatów, mechanizmów demokratycznych itd. Nigdy nie udało mi się dotrzeć do żadnego ze środowisk sprzyjających dzisiaj PiS z myśleniem i rozmową właśnie o tym. Gadałem z ekstremalnymi, skrajnie smoleńskimi pisowcami na ulicy. Z tych doświadczeń wiem, że w poprzek podziałów da się iść w wielu sprawach ważnych, w tym takich, które nas ostro różnią. Problem z elitami — politykami i mediami zazdrośnie strzegącymi wrogich tożsamości i skutecznie uniemożliwiającymi choćby kontakt.

      To gigantyczny temat. Chciałbym zasugerować, by wzmianek o nim nie ograniczać do lakonicznych zdań. Bo nawet zawartej w nim oceny nie jestem pewien, a argumenty jakieś umożliwiłyby rozmowę, która jest ważna, jestem o tym przekonany.

  2. To jeden z najlepszych pańskich tekstów w ostatnim czasie. Tyle, że jest to publicystyka, którą może sobie jałowo kontynuować przez następne 20 lat. Jedyną możliwością zmiany jest metoda faktów dokonanych, dlatego najciekawsza jest zapowiedź pod koniec tekstu stworzenia przez ORP własnej listy za miesiąc. To może, choć nie musi, spowodować realne zmiany. To zależy od pomysłu przeprowadzenia, organizacji, włożonej substancji i społecznego odzewu. No i chyba od stopnia otwartości.

    Z grubsza powinno to chyba wyglądać jako tworzenie centralnego i 41 okręgowych otwartych komitetów inicjacyjnych adresowanych w pierwszej kolejności do kandydatów i środowisk lokalnych-samorządowych, ale z opcją rozszerzenia dla chętnych centralnych „partii” nomenklaturowych, które na warunkach obywatelskich chciałyby się przyłączyć ze swoimi kandydatami i organizacyjno-materialnymi środkami. Jakby w pierwszej fazie inicjatywa nabrała rumieńców i realnej politycznej siły, to „partyjki” z roli bezczelnej rasy panów musiałyby przyjąć nową rolę petentów wobec obywateli i samorządowej siły.

    Życzę powodzenia w kontynuowaniu tej inicjatywy. Mnie publicystyki, więcej czynów.

  3. Kluczowe są nie argumenty, których używa Hołownia ale to, co pisze we wstępie. A pisze: ” wyjaśnię Państwu zbiorczo w tym poście, dlaczego uważam, że gadanie dziś o „jednej liście” to przepis raczej na klęskę, niż na zwycięstwo projektu „wygrajmy z PiS”. I dlaczego uważam, że dziś jest czas PARTNERSTWA i WSPÓŁPRACY, a nie miejsce na przemocowe zaloty, czy siłowe zjednoczenia.”
    Rozłożę to na części pierwsze:
    1 „uważam, że gadanie dziś o „jednej liście” – skoro pisze „uważam” tzn (znając Hołownię), że cały czas to analizuje i zmieni zadnie, jeśli wyjdzie mu, że jest w błędzie, lub, że inny pogląd ma merytoryczną przewagę. Bierze pod uwagę różne opinie. Cudza opinia to dla niego „dane”. Wzmacnia go, a nie osłabia. Nie ma problemu z ego, jak większość, choć ma naprawdę silne ego (to dobrze).
    Sam Pan to potwierdza: „Szymon Hołownia jest tu wyjątkową postacią, co trzeba mu przyznać ze szczerym i doprawdy dużym uznaniem. Dwukrotnie stawił się na publiczną debatę z nami. Raz osobiście odpowiedział na nasz list. Tym różni się od innych liderów”

    2. „gadanie dziś ” = DZIŚ (styczeń ’22).
    Hołownia nie używa niepotrzebnych słów. „DZIŚ” znaczy „dziś”. Hołownia przedstawił własne uzasadnienie własnych przekonań, ale dotyczą tego, co „uważa” „dziś”.
    Biorąc pod uwagę to, że ma spójny system wartości, że jest mu wierny i potrafi walczyć o swoje WARTOŚCI, nawet jeśli musi być ostry (ostatnia akcja medialna z Jaśminą – oczywisty – przemocowy – najazd mediów ), i że „jest tu wyjątkową postacią” – wierzę, że podejmie właściwe (dla Polski) działanie we właściwym czasie.
    3. „dziś jest czas PARTNERSTWA i WSPÓŁPRACY, a nie miejsce na przemocowe zaloty, czy siłowe zjednoczenia.”
    „dziś” = teraz;
    „partnerstwo i współpraca” – najpierw przekonajmy się najpierw co możemy włożyć do wspólnego koszyka;
    „przemocowe zaloty” – niewielu dostrzega, że to nawoływanie do wspólnej listy służy (moim zdaniem wyłącznie) temu, żeby osłabić Hołownię, bo jest oczywistym, że na wspólnej liście straci, więc będzie musiał się opierać, a jak się będzie opierał, to będzie można na niego wylewać pomyje (celem „zalotów” jest wykreowanie medialnej sytuacji, która usprawiedliwi nagonkę) – klasyczny czarny PR w białych rękawiczkach.
    „siłowe zjednoczenia” – kiedy komuś przystawia się do głowy medialny pistolet (czarny PR, PO ma Tuska, ma kasę i możliwości), to ewentualne zjednoczenie będzie wymuszone. Polska2050 zostanie pokonań. I to jest prawdziwy cel PO i ich nawoływania do zjednoczenia.
    Pisze Pan „Od nikogo innego z polityków i działaczy obywatelskich nigdy nie dostaliśmy żadnej rzetelnej odpowiedzi ani w sprawie wspólnej listy opozycji w wyborach, ani w sprawie uparcie przez nas ponawianej propozycji, by tę listę wyłonić w powszechnych otwartych, międzypartyjnych prawyborach. Opisywaliśmy je po wielokroć na bardzo wiele sposobów.”
    To jest dowód, innego nie trzeba, że celem tych innych politycznych podmiotów, celem PO, KOD nie jest SPRAWA, tylko interes organizacji. Nie jest Polska, tylko własna korzyść. Nie DOBRO WSPÓLNE, tylko dobro własne.

    To jest pokerowa rozgrywka. Wygra ten, kto ją dobrze rozegra (albo ten, kto ma mocne karty, jeśli nie popełni błędu). Hołownia nie ma mocnych kart, pozostaje mu „zimna krew” i nasze zaufanie.

  4. Dopóki nie nauczycie się Państwo formułować myśli w sposób zwięzły (tak, tak – lapidarny), dopóty Wasze słuszne tezy będą ginąć z oczu.
    Trzymam kciuki, mi też zależy.

  5. Polski system wyborczy tworzy demokrację fasadową ,w ktorej wyborca nie jest podmiotem ,a przedmiotem slużącym partii do uzyskania wymaganej Dhontem ilosci głosów do zakwalifikowania sie do sejmu. Pózniej wyborca nie jest potrzebny ,gdyż partia kieruje się swoimi partykularnymi interesami .więc idziemy od kryzysu do kryzysu i ewentualnej zmiany jednej partii na drugą .Aby przerwać ten chocholi taniec trzeba o wiele więcej .Trzeba stworzenia społeczenstwa obywatelskiego . Ten system w ktorym funkcjonujemy go tak naprawdę nie stworzył ,a od czystego Dhonta większośc Europy już odeszła. Ważne są dla mnie pytania z kim ,dokąd i ostatnie najtrudniesze jak .Te drogi ,ktorymi dotąd szła polska demokracja się nie sprawdziły (zakładam ,ze geniuszy w polityce nie bedziemy mieli) . Dlatego tak jest istotne , dla mnie szukanie metod jakimi ma być sprawowana władza .

Skomentuj Pat Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Emeryt na niedzielę

Paweł Kasprzak jest jednym z pomysłodawców i założycieli ruchu Obywatele RP. Był także wydawcą i inicjatorem Obywateli.News. Po z górą pięciu latach aktywności w pełnym wymiarze godzin wycofał się z działalności z powodu sytuacji, w jakiej znalazła się jego rodzina. Kasprzak jest znany z kilku rzeczy, w tym z publicystki, w której próbował programowo szukać dróg „zbawienia Ojczyzny”. Sam nazywał to waleniem głową w mur – „walił” zresztą nie tylko tekstami, ale też innego rodzaju aktywnością. Dziś Kasprzak twierdzi, że z „kanapy emeryta” rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Czy lepiej? Zobaczymy. Kasprzak obiecuje starać się pisać krócej, choć zastrzega, że za efekt nie ręczy. Co tydzień tekst, skoro nie udało mu się utrzymać cyklu codziennych komentarzy wideo.

Z wizytą na antypodach albo podróż do wnętrza bestii

Pytania, które zadają sobie dokonujący apostazji katolicy oraz te, które im często zadajemy – jak możecie wspierać ten zinstytucjonalizowany skandal własną obecnością – są jak najbardziej zasadne. Tak bardzo zasadne, że szczerze współczuję ich adresatom, bo wiem, że żadna dobra odpowiedź nie istnieje. Albo jest skrajnie trudna. Nie da się więc – co więcej, nie powinno się próbować – oddzielić uczciwego myślenia o świeckim państwie od tego kontekstu, czasem przecież krwawego w najdosłowniejszym sensie. Niemniej demokracja np. prawo głosu daje każdemu.

Czytaj

Demony i gotowość na nie

Pewien jestem tego przede wszystkim, że to są ważne sprawy. Że trzeba o nich poważnie rozmawiać. Twardo. Bo cena będzie też twarda. Twardsza niż wszystkie inwektywy latające w obie strony w kolejnej facebookowej awanturze aktywistów…

Czytaj

5. „Ludzie tacy jak my”. Demokracja 2.0

Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań.Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań. Nie wolno po prostu bronić starego porządku. Zwolennicy ancien regime’u w czasach Wielkiej Rewolucji mieli powody lepsze niż my dzisiaj, by bronić ładu, cywilizacji i zwykłej przyzwoitości przed barbarzyńskim, zbuntowanym ludem. Ich tragiczny los nie na tym polegał, że trafili na szafot – nie mieli historycznej racji.

Czytaj

4. Media i sztandary

Wypada powiedzieć wyraźnie, że w kryzysie polskiej demokracji zawiodły również media, nie tylko instytucje demokracji. W bardzo czytelny sposób wyborcy PiS odrzucili w 2015 roku nie tylko ówczesne elity polityczne, ale także związane z nimi – jak nie bez racji sądzono – media ówczesnego głównego nurtu. Ważne byłoby w takim razie zastanowić się, czy dzisiejszym naszym problemem jest TVP obsadzona ludźmi rządzącej partii i wystarczy w związku z tym po prostu wymiana kadr, czy może chodzi o wady strukturalne, które umożliwiły tak łatwe przejęcie mediów publicznych i zamienienie ich machinę propagandy rządzącej partii. Czy w modelu i faktycznym funkcjonowaniu mediów – nie tylko publicznych, ale również prywatnych sprzed 2015 roku – nie da się znaleźć źródeł choroby tak wyraźnie widocznej dzisiaj i na czym dokładnie ta choroba polega.

Czytaj

Sondaże i nadzieje

276 i 305 mandatów oraz – co ważniejsze – wymagane dla nich co najmniej 50 lub 60% poparcia. Trzeba przede wszystkim wiedzieć, że to kompletnie nierealne nie tylko w świetle bieżących i dających się wyobrazić sondaży, ale w logice polityki, którą uprawia się w Polsce. W historii III RP żaden taki wynik nie zdarzył się nigdy od czasu pamiętnego 4 czerwca 1989 roku, kiedy kandydaci Komitetu Obywatelskiego „S” uzyskiwali poparcie od 60 do 80%. Nigdy potem nic podobnego się nie zdarzyło. Nigdy nikomu – choć wiele przeszliśmy. Pomyślmy o tym przez chwilę. Cud nie zdarzy się więc i tym razem, bo w świecie polityki jaką znamy to nie jest możliwe.

Czytaj

3. Wyborcza wojna książąt i wasali

Zamachu na rządy prawa dokonuje w Polsce partia wodzowska, o autorytarnej strukturze, skrajnie niedemokratycznym statucie i praktyce funkcjonowania koncentrującej wszystkie decyzje w rękach lidera. To nie jest przypadek. Poczynania Kaczyńskiego nie byłyby możliwe w partii prawdziwie demokratycznej. Prawny zakaz ubiegania się o władzę w wyborach organizacji nieprzestrzegających zasad demokracji w relacjach wewnętrznych byłby zatem kolejnym z tym bezpieczników demokracji, który mógłby skutecznie zapobiec polskiemu kryzysowi. To jeden z twardych wniosków z polskich doświadczeń kryzysu.

Czytaj

2. Do trzech zliczyć

O trójpodziale władzy mówiliśmy i wykrzykiwaliśmy przez ostatnie 7 lat sporo. Na myśli mieliśmy jednak zawsze tylko sądy i władzę polityczną, a to przecież trójki nie czyni – co jakoś do głowy przez te długie 7 lat nie przyszło właściwie nikomu. Trochę to dziwne. Mówiliśmy trzy, a zliczyć umieliśmy najwyraźniej tylko do dwóch, a przecież mamy się za rozumną elitę. Jak nie patrzeć, trójpodziału władzy w III RP nie było nigdy. Gdyby był, historia ostatnich lat wyglądałaby zdecydowanie inaczej i bez wątpliwości lepiej. Może czas nauczyć się liczyć do trzech.

Czytaj

1. Granice władzy i Przemysław Czarnek

Ograniczenie rządzących, kimkolwiek by byli i jakkolwiek byliby wyłaniani – czy pochodzą z wyborów, zamachu stanu lub obcej interwencji, jak to się zdarzyło w Niemczech i Japonii po II Wojnie, kiedy władzę i jej nowy porządek zainstalowali tam zwycięzcy alianci, czy są np. dziedziczni – ma dla demokracji znaczenie ważniejsze niż sam demokratyczny wybór. Historycznie to ono było pierwsze. To od niego rozpoczął się ład, który w zachodnim świecie uznajemy za cywilizowany i oczywisty. Zasada ograniczenia rządzących świadomą wolą rządzonych jest najważniejszą i pierwotną cechą liberalizmu, znacznie starszą od samego tego pojęcia. W Anglii wywodzi się ona od Wielkiej Karty Swobód, więc z początków XIII w. We Francji to Oświecenie, Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, zatem późny wiek XVIII. W Polsce – rzadko o tym pamiętamy – to tradycja Odrodzenia i Reformacji, Artykuły Henrykowskie i Pacta Conventa, wiek XVI.

Czytaj

Cud nad Dnieprem

W miejsce zrozumiałej egzaltacji, która dzisiaj dominuje, kiedy patrzymy na bombardowane miasta, śmierć, cierpienie i bohaterstwo, warto zdawać sobie sprawę z rzeczywistości. Jeśli Putin zmiażdży Ukrainę, przyszłość Europy i świata będzie zupełnie inna niż jeśli Ukraina się obroni. To w tym i tylko w tym kontekście zdania Stoltenberga, Blinkena i decyzje Zachodu znaczą w ogóle cokolwiek.

Czytaj

Kraj sekt

Chodzi mi o to, by na wspólnej liście znaleźli się np. zwolennicy uwolnienia aborcji i przeciwnicy. By się na niej znaleźli głosami ludzi, którzy właśnie na te rzeczy głosują. By nie pozwolić zepchnąć pod dywan rozwiązania tego konfliktu, tylko, by go wreszcie rozwiązać. By ten konflikt i wiele innych przenieść do instytucji demokracji i uczynić przedmiotem sporu, który jest treścią polityki i treścią demokracji – a nie plemiennej wojny, bo jej efektem jest wyłącznie nienawiść i zniszczenie. Git? Dla mnie git. Gotów byłem za to wypruwać bebechy.

Czytaj

Do wyborców PL 2050 i do wyborców lewicy

Nie proponuję Wam głosowania na Tuska. Lewicowcom nie sugeruję głosowania na Hołownię. Proponuję wspólną listę Lewicy, PO i PL 2050 oraz wszystkich pozostałych wyłonioną również Waszymi głosami w otwartych, międzypartyjnych prawyborach – po to, by właśnie dać Wam możliwość głosowania na swoich.

Czytaj

Do tanga trzeba nie tylko dwojga – ktoś musi je najpierw zagrać

Namawiam Monikę Płatek do kandydowania w imię dokładnie tych samych racji o Ojczyźnie w potrzebie, które tak dobitnie wymieniła, wzywając do jedności i wspólnej listy opozycji. Jeśli mam sobie naprawdę wyobrazić wspólną listę ruchu demokratów idących po zwycięstwo, to nijak nie widzę listy warszawskiej albo warszawskich kandydatów do Senatu, bez dr hab. Moniki Płatek, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, wybitnej prawniczki, karnistki, obrończyni praw człowieka bezwzględnie w każdych, nawet najtrudniejszych okolicznościach. Obywatelki, której pryncypialnej niezgody na żadną „drogę na skróty” i na żadne obejścia zasad prawa w imię bieżącej potrzeby jestem absolutnie pewny, bo ją wielokrotnie widziałem. Monika Płatek pisze dzisiaj „albo jedna lista, albo nie liczcie na nasze głosy”. Ja napiszę, że albo na wspólnej liście będą ludzie jak ona, albo ta lista będzie niewiele warta i głosów nie zdobędzie. Mam za sobą jedną nieśmiałą osobistą próbę przekonania jej do tego – dzisiaj bezczelnie pozwalam sobie namawiać ją publicznie. Akurat ja mam prawo – w ramach rewanżu. Trudno mi nie skorzystać z tego przywileju.

Czytaj

Wbrew optymizmowi przyszłych sondaży postawa opozycji gwarantuje klęskę

Większość konstytucyjną mielibyśmy gdyby PiS dostał 27%, a Konfederacja 10%. Taki wynik jest dzisiaj prawdopodobny. Jednak do tego szczęścia potrzeba jeszcze pozostałych 63% dla opozycji — najlepiej idącej jednym blokiem. To zaś scenariusz political fiction. Jak to jest możliwe i czy da się z tym jakoś sobie poradzić? Ten największy dziś problem nie będzie politycznie komentowany.

Czytaj

Moja pierwsza wojna

Mam ileś wspomnień kombatanta. I mam zawsze mieszane odczucia, bo te kombatanckie wspomnienia są mocno fałszem podszyte i wszystkie one razem składają się na obraz historii kompletnie zafałszowany – i tylko trochę ten fałsz wynika z „polityki historycznej”, a o wiele bardziej z naszych kompleksów.

Czytaj

Aborcja i władza

Senat jest „nasz”, demokratyczny. Mamy w nim 24 kobiety, w tym 9 z PiS. I choć parytetowe proporcje po naszej stronie wyglądają zdecydowanie lepiej, to jednak wcale nie wyglądają dobrze i nawet w „naszej połówce” trudno byłoby wskazać jakąś większość „progresywistów” skłonnych do „otwarcia” w sprawie aborcji. Naprawdę uważamy, że oni mają większe prawo decydować o aborcji niż nasz nadużywający alkoholu, nieokrzesany sąsiad w poplamionej żonobijce, głosujący w referendum? Patrzę na Senat i bardzo wątpię. Która z aktywistek OSK zdecydowałaby się powierzyć rozstrzygnięcie sprawy aborcji tej jego połówce, która jest „nasza”? Skąd nadzieja, że po kolejnych wyborach cokolwiek pod tym względem będzie lepiej? Nieporównanie ważniejsze pytanie ogólne – czy dobre państwo naprawdę na tym polega, że w Senacie są zawsze ci, którzy tam naszym zdaniem powinni być? Wyborcy PiS tak właśnie sądzą. Szli do wyborów w 2015 roku, żeby odsunąć „złodziei z PO”. Efekt znamy, ale wyborcy PiS nadal wierzą, że „swoi” są lepsi od „obcych”, nawet jeśli kradną tak samo albo bardziej. Może więc dobre państwo, to po prostu takie, w którym sprawy naprawdę ważne nie zależą od tego, kto akurat rządzi?

Czytaj

Kiedy już PiS upadnie

Wbrew naszym własnym notorycznym deklaracjom i wbrew zdaniu Tuska, że do zła nie wolno się przyzwyczaić – przyzwyczaić powinniśmy się już dawno. Tusk wrócił, notowania PiS leciały w dół, sondaże od dawna dawały i wciąż dają zwycięstwo opozycji, tym razem niezależnie od tego, ile list wystawi. Jakoś nie było słychać okrzyków triumfu, prawda? Dziwne? Z pewnością dziwić powinno, ale nikogo nie zdziwiło. Dziwaczność wczorajszej sytuacji dobrze wyjaśnił stan dzisiejszy. Dzisiaj jest mianowicie jasne, dlaczego postulat przedterminowych wyborów w warunkach „wojny hybrydowej” byłby szaleństwem. A referendum w sprawie UE? Też?

Czytaj

#MeToo

W mojej pamięci i mojej dzisiejszej ocenie problem w tym konkretnym przypadku Maćka Zięby, którego zapamiętałem jako człowieka po prostu niezwykle dobrego, polega właśnie na tym, jak tak straszna rzecz mogła się zdarzyć komuś tak porządnemu. Bo to, że się notorycznie zdarza szujom i marnym głupkom, jak Jankowski albo Dziwisz czy Jędraszewski, jest akurat bardzo łatwo zrozumiałe i wobec tego niewarte uwagi.

Czytaj

Ach, jacy my wszyscy niewinni…

Z piedestału strącany jest właśnie kolejny duchowny autorytet. Ojciec Maciej Zięba. Był dla mnie i autorytetem, i przyjacielem. Cóż, nie będę miał przyjaciela na piedestale. Ale przyjaźń zachowam. Niniejsze jest więc dla mnie niemal prywatą. Zachowam też jednak i zamierzam wyrazić przekonanie, że Maciek był porządnym, mądrym i wartościowym człowiekiem. Który dopuścił się zła. Niejasna deklaracja w czasach zmagań o fundamentalną prostotę prawdy i fałszu, dobra i zła? Przeciwnie – bardzo jasna.

Czytaj

Nie o taką Polskę…

Przy całym własnym krytycyzmie, ostrym niemal na granicy depresji, najzupełniej poważnie uważam konflikt z PiS za właściwie wygrany. Myślę, że to jest trzeźwa ocena, a nie pijana wizja. PiS zmierza ku zderzeniu z kolejnym murem i albo rozsypie się hamując, albo przypuści jeszcze kolejną szarżę, ale zderzenia już nie przeżyje. Ma go też wreszcie kto dobić – mam tu na myśli oczywiście Tuska. Ta sytuacja powinna skłaniać do radości, a wcale nie skłania. Kompletnie już pomieszaliśmy, z czego należy się cieszyć, a czym martwić.

Czytaj

Pragmatyzm wojny ze złem

Zło wokół widzimy. Bunt przeciw niemu jest zrozumiały. Czy bunt wystarczy za powód, by przyniósł cokolwiek dobrego? Myślę, że tak. Czy buntując się przeciw złu, trzeba koniecznie wskazać dobro, którego się chce? Myślę, że wcale nie. Zostawmy więc pytania o dobro przynajmniej na razie.

Czytaj

Tusk: hura, oj, no cóż…

W największym skrócie największej zmiany spodziewają się ci zaangażowani po obu stronach w wojnę tożsamości, która trwa w Polsce co najmniej od 2005 roku i którzy wciąż wierzą, że da się w niej wygrać i że to cokolwiek zmieni. Kto by nie uległ takim emocjom? Sam im ulegam, choć bardzo się staram i choć właśnie w tej wojnie widzę jedną z istotnych przyczyn zła. Chodzi jednak przecież nie tylko o emocje – Tusk ma oczywiście rację, kiedy tę wojnę definiuje w kategoriach walki ze złem. Żadnego odkrycia tym przecież nie czyni.

Czytaj

Ukąszenie Kamińskim

Jak można rozumieć sytuację Bartka i Fundacji Otwarty Dialog? Opiszę, jak ją sam widzę i jakie mam z nią własne doświadczenia. Z osobistej perspektywy. Prywatnej. Interesuje tutaj – i równocześnie bardzo uwiera – osamotnienie Bartka Kramka wśród opozycji. Bo ono pozwoliło go w ogóle zamknąć.

Czytaj

Rzeszowski poligon – political fiction

Strategia w Rzeszowie jest wynikiem przypadkowego aktu szaleństwa. Strategia w opozycyjnej polityce to wciąż political fiction. Obawiam się bardzo, że polska polityka w ogóle nie jest wciąż niczym więcej. Co gorsza, choć Konrad Fijołek to porządny facet i choć w Rzeszowie rzeczywiście wiele dobrego się zdarzyło, to właśnie w świetle tego sukcesu kompletną fikcją okazuje się w Polsce nie tylko sama polityka, ale i polityczny naród, obywatelskie społeczeństwo, czy jakkolwiek inaczej zwać to wszystko, co przez lata usiłowaliśmy budować z Obywatelami RP.

Czytaj

4 Czerwca – wygrać cokolwiek

Charyzma. Poszukujemy jej wciąż. Cała polska historia powinna nas przed nią przestrzegać. Piłsudski, Zamach Majowy, Wałęsa, Wojna na Górze. Marzyłbym, żebyśmy o tym pomyśleli i pogadali w rocznicę 4 czerwca, pamiętając, że rok po tamtej euforii byliśmy wszyscy już na kolejnej wojnie. Ale raczej nie pomyślimy i nie pogadamy. Znowu.

Czytaj

„Kury szczać prowadzać”

Nie miejmy złudzeń. Każdy opowiadający o nowej nadziei, chcący się policzyć, startujący osobno, będzie jak politycy z diagnoz Piłsudskiego. Każdy wódz-uzdrowiciel wejdzie z kolei w dawno temu uszyte przezeń buty kawalerzysty. Efekt będzie ten sam. Zmierzamy w tę stronę.

Czytaj

Przyglądając się ścianie…

W przyrodzie przeżywają przystosowane jednostki, w polityce też. Kryteria rządzące naturalną selekcją znamy. Dobrze byłoby poznać te, które rządzą selekcją w polityce i doprowadzają do stanu, w którym skądinąd przecież niegłupi i wcale nie szmatławi ludzie zachowują się jak ostatnie gnojki, a pieprzą przy tym takie bzdury, że połowa narodu od tego wariuje, a druga rzyga. Poznawszy te mechanizmy, będziemy być może w stanie nie tylko złorzeczyć przed telewizorami, ale cokolwiek zrobić.

Czytaj

Przekaz tygodnia: prawda nas rozwali

Śmiem twierdzić, że o „zdradzie Lewicy” i Funduszu Odbudowy nie przeczytaliśmy dotąd i nie usłyszeliśmy ani słowa prawdy. Czy ktokolwiek w kontekście awantury o Fundusz i o „zdradę Lewicy” widział w mediach na przykład cokolwiek o 90. Artykule Konstytucji? Tym, który przewiduje, że umowy międzynarodowe – jeśli to nie są jakieś umowy handlowe, ale coś, co wchodzi w kompetencje parlamentu i w zakres ustaw – ratyfikuje się w obu izbach kwalifikowaną większością 2/3? Czy ktoś słyszał też, że jednak zwykłą większością Sejm może zdecydować o trybie ratyfikacji i uznać np., że ona wymaga referendum? Że wtedy cytowane od miesięcy sondaże w tej sprawie nabiorą szczególnego i nieco innego znaczenia?

Czytaj

Szymonici i partia nowego typu

O sobie często mówią „żółta rodzinka” lub „hołowniacy”. Ja mówię szymonici – a przyjaciół, których mam wśród nich, oraz znajomych

Czytaj

Hipokrates i słowa na wiatr

Po pierwsze nie szkodzić. Dziś ta zasada starego medyka i mędrca – gdyby ją chcieć stosować w polityce, zwłaszcza „rewolucyjnej” – byłaby

Czytaj

Obywatelski program? Chwila prawdy: ile znaczą ruchy obywatelskie? Strajk Kobiet i jego widoczność z chwilą ogłoszenia orzeczenia Przyłębskiej - ale już choćby w dniach głosowania prezydenckiego? Ruchów obywatelskich nie widać wcale. Jak ich nie widać na ogół - tendencja w trakcie pięciu lat jest wyraźna.