Piotr Rachtan: Opozycjo, czuj-duch!

fot. flickr

Zaczęło się w końcu dłubanie w Konstytucji, za sprawą koronawirusa i Jarosława Gowina, który zapragnął zaistnieć za pośrednictwem wątpliwego pomysłu przedłużenia o dwa lata kadencji Andrzejowi Dudzie (bez prawa reelekcji, przyznajmy to uczciwie)

Koronawirus stworzył szansę na wygranie wyborów przez kończącego kadencję prezydenta, który – gdyby nie całkowicie sfałszowana przez epidemię kampania kandydata-solisty – musiałby stoczyć ryzykowną, bo dość wyrównaną walkę z kandydatką opozycji.

Zamrożenie kampanii przez rywali Dudy przy festiwalu jego występów w partyjnej telewizji z ulicy Woronicza spowodowało, że jego sondaże poszybowały w górę i reelekcję miałby w kieszeni, gdyby nie dwa czynniki: pierwszy, to opór Gowina przed przeprowadzeniem wyborów w konstytucyjnie wyznaczonym terminie 10 maja. W trakcie epidemii normalne głosowanie, w komisjach obwodowych, w salach szkół i innych obiektach publicznych w sytuacji spodziewanego szczytu zachorowań, byłoby katastrofą. Z jednej strony z pewnością najniższa w historii frekwencja – ludzie mają prawo bać się zarażenia, z drugiej – gwarantowany wzrost liczby zakażonych osób, a w rezultacie – i zgonów. Strach brać to na siebie. Zresztą, Państwowa Komisja Wyborcza w informacji, podpisanej przez jej przewodniczącego przypomniała, że

„[…] wybory to moment, w którym suweren może się wypowiedzieć i zdecydować, w czyje ręce powierzy swoje losy. Jednak w demokratycznym państwie wybory to nie tylko głosowanie, to skomplikowany mechanizm, w którym uczestniczą zarówno wyborcy, kandydaci, jak i organy administracji publicznej organizujące proces wyborczy. Proces ten, z uwagi na swoje znaczenie i złożony kształt, musi opierać się na jasnych i jednoznacznych normach wyprowadzanych wprost z Konstytucji. Obowiązujące w państwie przepisy muszą zagwarantować, że reguły rywalizacji politycznej będą jasne i równe dla wszystkich, a wynik wyborów będzie urzeczywistniał wolę narodu. Dla realizacji tego celu prawo wyborcze musi być stabilne, w szczególności proces jego modyfikacji nie może budzić żadnych wątpliwości prawnych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Demokracja, to nie technika głosowania

Państwowa Komisja Wyborcza podtrzymuje swój apel zawarty w stanowisku ogłoszonym 27 marca 2020 r., skierowany do organów władzy i administracji publicznej oraz komitetów wyborczych, o konieczne współdziałanie w sprawach organizacji i przeprowadzenia wyborów z uwzględnieniem zarówno zdrowia i życia wyborców, jak i dobra Rzeczypospolitej Polskiej […]”

Drugi czynnik to pewność spadku nastrojów wraz z rozprzestrzenianiem się choroby i przeciągającym się zamrożeniem życia gospodarczego i społecznego. Ceny już idą w górę, bankructwa i bezrobocie sieją strach. Zapobiec takiej katastrofie, gwarantując sobie wysokie prawdopodobieństwo zwycięstwa Dudy, próbuje Prawo i Sprawiedliwość forsując projekt zmiany Kodeksu Wyborczego i wprowadzając zasadę głosowania korespondencyjnego.


Nie będziemy się tutaj pastwili nad tym fenomenalnym projektem, który odbiera właściwie wszelkie znaczenie PKW, przekazując zarządzanie procesem wyborczym w ręce ministra zasobów państwowych (sic!), czyli Jacka Sasina. O tej nowej usłudze pocztowej powiedziano już zapewne wszystko i nie ona nas dziś interesuje. Dość, że i Jarosław Gowin stanął w poprzek zamiarom PiS, podał się do dymisji, w zamian proponując taką zmianę konstytucji, która miałaby wprowadzić 7-letnią kadencję prezydenta bez prawa do reelekcji. W ten sposób PiS mogłoby przeczekać – ze swoim prezydentem Dudą – niewątpliwy spadek poparcia w związku z epidemią i pewnym, już rozpoczętym, regresem gospodarczym. Jarosław Kaczyński liczy, że w ciągu 2 lat nastroje się poprawią, Polacy zapomną o dolegliwościach stanu epidemicznego, a w przepisach i tak zostaną podrzucone możliwości wzięcia Polaków za mordę. Za dwa lata zresztą znów może da się coś wykombinować.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Poczta jako narzędzie zbrodni

Jest jednak wiele niewiadomych, które PiS próbuje usunąć. Oto kończy się – 30 kwietnia – kadencja znienawidzonej Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego – profesor Małgorzaty Gersdorf. Niezależnie od najsilniejszej woli Jarosława Kaczyńskiego, we wrogim świecie prawa europejskiego zapadło – w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej – postanowienie o natychmiastowym zamrożeniu Izby Dyscyplinarnej SN. Rząd, Jarosław Kaczyński i sama Izba Dyscyplinarna postanowienia nie uznają. Mateusz Morawiecki, prawem kaduka, złożył wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie, czy TSUE ma prawo takie postanowienie wydać. Nie będziemy wchodzić w szczegóły, ważniejsze jest co innego: obok Izby Dyscyplinarnej tym samych grzechem pierworodnym (kontestowany skład Krajowej Rady Sądownictwa, który wyłonił kandydatów na sędziów obu izb, w większości spośród osób pozostających w bliskiej zażyłości ze środowiskiem Zbigniewa Ziobry) jest dotknięta Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, która ma wydać fundamentalny dla Prawa i Sprawiedliwości werdykt o ważności wyborów. Do tego roku ocena prawidłowości wyborów pozostawała w gestii Izby Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych, której odjęto ostatni człon nazwy.


30 kwietnia kończy się zatem kadencja pani prezes Gesdorf. Już teraz powinno się odbyć Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego, które miałoby przedstawić prezydentowi 5 (pięcioro!) kandydatów na Pierwszego Prezesa. Jak wiemy, 15 kwietnia PPSN Małgorzata Gersdorf odwołała owo Zgromadzenie, zapowiedziane wcześniej na 21 kwietnia, całkiem słusznie motywując to „zagrożeniem epidemicznym”. W swoim zarządzeniu pisze ona, że

„Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN będzie mogło być zwołane po ustaniu zakazów lub ograniczeń w zakresie bezpośredniego kontaktowania się obywateli w stanie epidemii lub w stanie zagrożenia epidemicznego.”

Któż zatem zwoła owo Zgromadzenie? To  proste, wyjaśnił to SSN Michał Laskowski, rzecznik prasowy SN, który napisał w komunikacie:

„Sąd Najwyższy nie dysponuje urządzeniami, które pozwoliłyby na przeprowadzenie posiedzenia Zgromadzenia zdalnie, zwłaszcza zaś niemożliwe jest przeprowadzenie w ten sposób tajnego głosowania. Zwołanie do Sądu Najwyższego 97 sędziów, którzy zamieszkują w różnych częściach kraju, a ich średnia wieku powoduje zwiększenie zagrożenia, wiążę się ze znacznym ryzykiem zarażenia koronawirusem. Oznaczałoby to nie tylko osobiste niebezpieczeństwo dla sędziów i pracowników, ale także ustanie działalności Sądu Najwyższego. W tej sytuacji u podstaw decyzji Pani Pierwszej Prezes leżało ważenie wartości, z jednej strony – wskazanie kandydatów na stanowisko Pierwszego Prezesa, z drugiej – bezpieczeństwo sędziów i pracowników SN. Pani Prezes, kierując się również wnioskami sędziów uznała, że obecnie najważniejsze jest bezpieczeństwo i zapewnienie ciągłości funkcjonowania Sądu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Sędzia jak Ford – może być tylko jednego koloru

Na podstawie ustawy o Sądzie Najwyższym po 30 kwietnia 2020 r. obowiązki Pierwszego Prezesa przejmie Prezes Sądu Najwyższego najstarszy służbą na stanowisku sędziego i w sytuacji, którą będzie można uznać za bezpieczną zwoła Zgromadzenie Ogólne. Nie ma wobec tego, żadnego zagrożenia dla funkcjonowania Sądu Najwyższego.”

Najdłuższy staż na stanowisku prezesa SN kierującego izbą ma Józef Iwulski kierujący pracami Izby Pracy, Ubezpieczeń Społecznych (dawniej z uzupełnieniem „i Spraw Publicznych”). Józefa Iwulskiego w PiSie i na Krakowskim Przedmieściu niezbyt lubią, bowiem jest jednym z tych sędziów SN, którzy nie dali się odwirować przez ustawę o Sądzie Najwyższym, która na rympał przeniosła dużą grupę sędziów na wcześniejszą emeryturę, skracając im kadencję. Sędzia Iwulski odwołał się od decyzji neoKRS … do Sądu Najwyższego! A zatem od prezesa SN Józefa Iwulskiego będzie zależeć data zwołania Zgromadzenia Ogólnego, ale także, co mocno prawdopodobne, oddanie sprawy badania prawidłowości przeprowadzenia wyborów i stwierdzenia wyboru prezydenta – niekoniecznie do nowej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych – bo, zgodnie z uchwałą trzech połączonych izb SN z 30 stycznia – nie jest ona w zasadzie sądem.

No i to jest poważny kłopot, który teraz ma Jarosław Kaczyński przez wist profesor Gesdorf.

Dlatego pewnie nastąpiło interesujące wydarzenie w Sejmie, zajmującym się wprawdzie na posiedzeniu od 15 kwietnia aborcją, edukacją seksualną i polowaniami z dziećmi, ale także – projektem zmiany konstytucji, zgodnie z pomysłem byłego wicepremiera Gowina. Jak już wiemy, Druk nr 337, podpisany przez odpowiednią liczbę posłów (1/5 członków izby, wg Konstytucji), zawiera zmianę artykułu 127 ust 2 „Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany na pięcioletnią kadencję i może być ponownie wybrany tylko raz.”

na

„Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany na jedną siedmioletnią kadencję.
Art. 2 1. Przepis art. 1 stosuje się do kadencji urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, która skończy się z upływem okresu ustalonego w zmienianych przepisach Konstytucji.
2. Zarządzone przed wejściem w życie ustawy wybory przed upływem kadencji urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej stają się bezskuteczne.
Art. 3 Ustawa wchodzi w życie z dniem … czerwca 2020 r.”.


Ciekawa jest przewidywana data czerwcowa. Przypomnijmy więc, że autorzy Konstytucji przewidzieli możliwość jej zmiany i pewne elementy procedury unormowali w jej przepisach. Wymagana jest nie tylko odpowiednia liczba podpisów pod projektem, ale też konieczność przestrzegania pozostałych ustępów art. 235:

„Zmiana Konstytucji następuje w drodze ustawy uchwalonej w jednakowym brzmieniu przez Sejm i następnie w terminie nie dłuższym niż 60 dni przez Senat.

Pierwsze czytanie projektu ustawy o zmianie Konstytucji może odbyć się nie wcześniej niż trzydziestego dnia od dnia przedłożenia Sejmowi projektu ustawy.

Ustawę o zmianie Konstytucji uchwala Sejm większością co najmniej 2/3 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów oraz Senat bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów”.

Obliczając więc minimalny okres parlamentarnej debaty nad zmianą konstytucji, lądujemy nie w czerwcu, jak autorzy antycypowali w projekcie, a w lipcu (miesiąc w Sejmie plus dwa – w Senacie). Nie zapominajmy, że wczoraj, to jest 16 kwietnia, obowiązywał jeszcze

„Art. 86i Regulaminu Sejmu
Drugie czytanie projektu ustawy o zmianie Konstytucji może odbyć się nie wcześniej niż czternastego dnia od dnia doręczenia posłom sprawozdania Komisji, która rozpatruje projekt ustawy o zmianie Konstytucji.”

16 kwietnia 16 posłów PiS i Porozumienia, w tym – obaj Jarosławowie – podpisało projekt uchwały o zmianie Regulaminu Sejmu, zmieniający Art. 86i.

„Art. 86i
1.Drugie czytanie projektu ustawy o zmianie Konstytucji może odbyć się nie wcześniej niż czternastego dnia od dnia doręczenia posłom sprawozdania Komisji, która rozpatruje projekt ustawy o zmianie Konstytucji.
2. W szczególnie uzasadnionych przypadkach Marszałek Sejmu po zasięgnięciu opinii Prezydium Sejmu może skrócić termin, o którym mowa w ust. 1.

Należy się więc spodziewać, że właśnie oto nadchodzi ten szczególnie uzasadniony przypadek i po zakończeniu 30-dniowego okresu przed pierwszym czytaniem dalej ma proces zmiany Konstytucji pójść piorunem i drugie oraz trzecie czytanie zajmie raptem kilka godzin.

Nie bądźmy też naiwni, licząc, że po pierwsze większość w Senacie będzie twardo stała na gruncie i przeciw: wróble ćwierkają, że cały czas trwa ciężka praca polityków PiS nad niektórymi senatorami, których próbują wydłubać z opozycji. Nie liczmy też na niewielką tylko większość prawicy w Sejmie, która nie ma przecież, nawet z częścią opozycji (np. Konfederacja plus PSL) 307 głosów. Trzeba to liczyć zupełnie inaczej, bo kto zapewni, że w piątek, już po zakończeniu głosowań, marszałek nie zwoła na sobotę, na godzinę 7 rano kolejnego posiedzenia Sejmu, na które karnie stawią się wszyscy posłowie klubu Prawa i Sprawiedliwości (wedle Konstytucji na sali musi być 231 posłów, z których nie 2/3, a wszyscy zagłosują „za”), a pod nieobecność niczego nieświadomych posłów opozycji, śpiących już w domach pod swoimi ciepłymi kołderkami? Niemożliwe? W historii Polski zdarzyło się to 3 maja 1789 roku i 23 kwietnia 1934 roku. Dodajmy, że może akurat wystąpić nieoczekiwana awaria Internetu, a pani marszałek odrzuci wniosek o reasumpcję (lub nawet łaskawie podda go pod głosowanie – z  wiadomym skutkiem).

Tak więc, opozycjo, czuj duch! Śpiworki w plecaki, termosy z kawą w dłoń, zapasowe powerbanki do telefonów i plan dyżurów na zmianę w gmachu Sejmu…

Tylko ten Iwulski…

  • Piotr Rachtan – dziennikarz, założyciel Monitora Konstytucyjnego.

Tekst ukazał się jednocześnie w Monitorze Konstytucyjnym (monitorkonstytucyjny.eu)

fot. flickr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *