Postmarksizm, neofrankizm – czyli pisowskie państwo apartheidu

To co dziś można powiedzieć o Polsce: władze starają się „wdrożyć” zasadę selekcji poczynając od słów, a wchodząc już coraz to w sferę czynów, uczynić ją naczelną zasadą, porządkującą wszystko

Obchody 10. rocznicy katastrofy smoleńskiej, fot. JohnBoB & Sophie Art

Na początku były słowa. Słowa o drugim sorcie Polaków, o mordach zdradzieckich, o „komunistach i złodziejach”. Też Kaczyńskiego w Sejmie „To my jesteśmy panami”. To pierwsze narzędzie siania spustoszenia we wspólnocie społecznej, także narodowej i międzynarodowej. Zwiastun tego, że przeciwników będzie się chciało nie tylko pokonać, ale też upokorzyć i najpierw werbalnie, odczłowieczyć, zanim przejdzie się do kolejnego etapu

Po słowach przyszły chwyty obezwładniające stosowane przez brzuchatych mężczyzn, część w mundurach, wobec kobiet – matek tych niepełnoprawnych, którzy protestowali w Sejmie. I milczenie górniczych organizacji wobec apelu Wałęsy o pomoc tym ludziom (tu kontynuacja łamania „łańcucha dostaw moralnych”). Przy okazji pierwszej wersji 500+ nie uwzględniono w ogóle dzieci z domów dziecka, przy absolutnym milczeniu opinii publicznej, skupionej na twierdzeniach władzy: „nigdy nie obiecywaliśmy, że na każde dziecko”.

Potem przyszło do ukoronowirusowania czynem. Rząd już na początku epidemii zapewnił sobie i swoim rodzinom preferencyjny dostęp do ledwo dyszącej opieki zdrowotnej. Z zakazów wchodzenia na cmentarze 10 kwietnia, które objęły wszystkich, także pogrzeby bliskich i na przykład inne rodziny „smoleńskie”, wyłączony został jeden człowiek i wskazane przez niego najbliższe otoczenie. Inni w tym czasie karani byli jakby „na ślepo” za dużo mniejsze łamanie prawa.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Organizujmy się i współpracujmy, bo państwo już przestało działać

Kolejny raz prawicowa inicjatywa chce „przy okazji epidemii” narzucić reszcie społeczeństwa restrykcyjną ustawę antyaborcyjną. Nie wchodząc teraz w sam spór merytoryczny: to jest dopinanie państwa, w którym część społeczeństwa każe reszcie żyć tak, jak chce część, tak po imieniu, mniejszość, używając do tego prawa. Tak kształtująca się oligarchia, próbująca zbudować bazę społeczną na piramidzie przywilejów (jesteś we właściwym związku zawodowym, mniej płacisz za benzynę w Orlenie) ustąpiła wobec protestów policjantów, którzy pozostali (masowe L4) poza zasięgiem prawa w ich trakcie (nie wchodząc w to, czy i na ile same postulaty były słuszne), a przykładnie złamała otwarty protest nauczycieli, tu stosując zasadę: „dostają tylko ci, którzy czekają pokornie, aż damy”.


Wygranymi mają być, na każdym polu ludzie nowej nomenklatury, w końcu raczej policjanci, niż nauczyciele. Wrogiem publicznym jest większość samorządów, sędziowie, organizacje pozarządowe, też poza posłusznymi, wszystkie media. Jak u komunistów i nazistów: kto się nie podporządkuje, tego „walniem” (dawniej, za Moczara „kto nie z Mieciem, tego zmieciem”).

Marszałek Senatu najpierw był bez skutku przekupywany, potem próbowano go wrobić kryminalnie, w końcu „obrobić medialnie”. Czyli cały repertuar wspomnianych dwóch polityk. No, na razie – prawie cały.

W tym porządku, w którym protofrankistowska w treści i formie elita ma dominować, istotne jest panowanie nad przestrzenia publiczną. Dlatego wszelkie zarządzenia czasów epidemii koncentrują się przede wszystkim na otwartej przestrzeni (w sensie dosłownym). To co pozostaje poza nią, podlega żelaznej marksistowsko – taylorowskiej zasadzie produktywności.

„Luzowanie” zarządzeń okołoepidemicznych nie wynika tylko z oceny stopnia zagrożenia życia, ale też, bardzo z oceny tego, co zdaje się niezbędne produkcyjnie. Dlatego to, żeby ruszyły wskaźniki gospodarcze, jest w ważniejsze od zdrowia i życia ludzi, którzy swoim działaniem mają je uruchomić. Tak jest zresztą nie tylko u nas. Zresztą: w odróżnieniu od na przykład Hiszpanii i w dużej części Włoch, niewidoczna na co dzień gołym okiem sfera produktywności, w ogóle nie podlega żadnym realnym zasadom chroniącym życie i zdrowie pracujących w niej ludzi. Do tego dochodzi, między jedną w drugą hipergodnościową tyradą, płaszczenie się przed realną siłą, czy w jednej dziedzinie amerykańską, czy w innej chińską.

Pocięcie „łańcucha dostaw moralnych”, pozostawienie dużych części społeczeństwa w ramach „ja, mi, nie”, łamanie wywalczonych przez lata praw ludzkich i pracowniczych (w tych sprawach duży spadek po PO-PSL), odbieranie moralnych walorów pozytywnym akcjom społecznym, od WOŚP poczynając – to wszystko czyni pozytywne akcje społeczne czasów zarazy odosobnionymi wyspami. Państwo pokazuje swoją butę, przez którą co chwilę przebija się jego nieskuteczność. A szerzenie społecznego darwinizmu, jako podlanej hierarchiczną ideologią cnoty, czyni bardzo trudnymi akcje dzielenia się pracą tam, gdzie niknie (metoda znana na całym świecie), czy odruchy solidarności z porzuconymi przez władze, na wyborczo „straconych odcinkach”, jak choćby domy opieki.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nowa normalność

Niemiecki poeta – anarchista Hans Magnus Enzensberger, opisał selekcję do łodzi na „Titanicu” jako zwiastun selekcji w kacetach. To co dziś można powiedzieć o Polsce: władze starają się „wdrożyć” zasadę selekcji poczynając od słów, a wchodząc już coraz to w sferę czynów, uczynić ją naczelną zasadą, porządkującą wszystko.

Trudna dla tych, co mają słabą silną wolę, ale sprawdzona przeciwzasada jest taka, że wspomagana działaniami ludzkimi naturalna entropia może stawić temu czoło. Ale sama entropia to za mało, bo ona akurat obejmuje także nas, nie tylko ich.

fot. JohnBob & Sophie Art

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *