Są za, a nawet przeciw. Kandydaci o bojkocie wyborów

fot. Wikipedia, Facebook

Kandydaci i spora grupa komentatorów we wszystkich możliwych mediach podkreślają, że nie należy oddawać pola bez walki. Nie zauważają, że nie ma już ani pola, ani walki

Sprawa bojkotu wyborów prezydenckich to najgorętszy w tej chwili temat w polskim życiu politycznym. Pomimo, że wszyscy poważni konstytucjonaliści i specjaliści od prawa wyborczego (włącznie z przedstawicielami Państwowej Komisji Wyborczej) deklarują, że wybory przeprowadzone w warunkach „stanu epidemii” będą nieważne. Że nie ma możliwości przeprowadzenia ich zgodnie z Konstytucją i nie będą gwarantowały reprezentatywności społeczeństwa. Do ich przeprowadzenia niezbędne jest przesunięcie terminu na czas po epidemii, ale zarazem pozwalającego na normalne prowadzenie kampanii wyborczej.

Bardzo stanowcze stanowisko przyjęli Obywatele RP, którzy nie tylko wezwali do bojkotu, ale również zapowiedzieli, że spalą swoje karty do głosowania, decydując się na odpowiedzialność karną. Przyłączyło się do nich kilku działaczy Komitetu Obrony Demokracji z Warszawy.


Na zapowiedź bojkotu najszybciej zareagowały propisowskie „media”, zwane szczujnią. Użyły tych samych argumentów o wzywaniu do łamania prawa i nieodpowiedzialności, co zwykle. Media obiektywne, najwyraźniej cały czas się zastanawiają, co zrobić z takim gorącym kartoflem, jak płonąca karta wyborcza. Podobnie liczący się kandydaci ze strony opozycyjnej nie odpowiedzieli na postawione im przez Obywatele.News pytania wprost: – Czy poprą bojkot i czy gotowi są wesprzeć osoby pociągnięte do odpowiedzialności za sprzeciw wobec ustawki wyborczej.

Robert Biedroń na razie posługuje się tylko aluzjami. Na rozpowszechnianym w mediach społecznościowych filmiku „zostań w domu” wieloznacznie wyjaśnia, że lepiej zostać w domu i czytać książki, posłuchać muzyki czy posprzątać. W takim samym stopniu odnosi się to do ryzyka zarażenia koronawirusem w parku, jak i do ewentualnego spaceru by oddać głos w komisji wyborczej, czy przez pocztę. Kandydat lewicy także jednoznacznie domaga się przełożenia głosowania na później, ale głównym jego argumentem nie jest łamanie prawa, tylko troska o to, że 1.100.000.000 zł przeznaczonych na liczenie głosów, lepiej wydać na pomoc służbie zdrowia.


Z tych, którzy nie wypowiedzieli się jasno, czy są za pozostaniem obywateli w domu, czy jednak widzą jakiś sens w tym plebiscycie, najuczciwiej chyba wypowiedział się [w wywiadzie dla portalu Interia 11 kwietnia – red.] Szymon Hołownia. – Jesteśmy w sytuacji, w której oszust wciąż rozdaje karty. Gdy oszust do końca je rozda, to będzie czas na decyzje. Wycofywanie się wcześniej to legitymizowanie oszusta, bo on dokładnie tego chce – żeby jego demonstracyjne szachrajstwa odgoniły nas od stołu, żebyśmy uciekli w świętym oburzeniu, a później pomstowali sobie strojąc się w męczeńskie szatki na Facebooku. A co, jeśli Kaczyński właśnie na to czeka, na gesty takie, jak ten Małgorzaty Kidawy-Błońskiej? A gdy odpędzi od stołu nas wszystkich, a na karcie wyborczej zostanie tylko Duda i Jakubiak? – powiedział. Szkoda tylko, że nie zastanowił się nad legalnością wyborów, w których mieliby kandydować tylko ci dwaj, a głosy byłyby oddawane w sposób sprzeczny z Konstytucją. W innych wypowiedziach podkreśla, że jego zdaniem wyborów nie da się przeprowadzić 10 maja i konsekwentnie wzywa do ich przełożenia.

Najbardziej jednoznaczna jest postawa Małgorzaty Kidawy Błońskiej, która wprost wezwała do bojkotu. – Apeluję do wszystkich Polaków: 10 maja zostańcie w domu. Wasze życie i zdrowie jest najważniejsze – ogłosiła. Jednakże nie wycofała swojej kandydatury i nie powołała się wyraźnie, że te wybory nie spełniają warunków konstytucyjnych i należy spodziewać się, że będą po prostu nieważne.


Szczególnie skomplikowaną argumentację przyjął Władysław Kosiniak-Kamysz, który jako lekarz i polityk ogłosił, że uczestnictwo w wyborach (także korespondencyjnych) niesie zagrożenie dla zdrowia i życia, ale jako polityk i kandydat nie zaczął przekonywać własnych wyborców, aby w wyborach nie uczestniczyli.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Panie Kosiniak-Kamysz, proszę odpowiedzieć za siebie i swoich ludzi

Gdyby szukać analogii w innych niedemokratycznych wyborach w historii Polski, to nie da się zastosować przykładu z 4 czerwca 1989 roku. Wtedy opozycja nie miała szans ich wygrać, ale miała pewność, że będzie miała dużą reprezentację w Sejmie i szansę na większość w Senacie. A jakie szanse ma kandydat, który przegra w pierwszej czy drugiej rundzie tego konkursu z Andrzejem D.? Może zostać odźwiernym w pałacu prezydenckim? Albo nosić teczkę wygranego?


Kandydaci i spora grupa komentatorów we wszystkich możliwych mediach podkreślają, że nie należy oddawać pola bez walki. Nie zauważają, że nie ma już ani pola, ani walki. Pole jest zajęte przez PiS i Jarosława Kaczyńskiego, a walka przy takiej różnicy sił i środków jest po prostu nierealna.

Przypominam sobie wybory w PRL, przy których PZPR dużo staranniej niż PiS obecnie, zachowywał pozory ich konstytucyjności. Nikt rozsądny nie przekonywał wtedy, żeby iść do wyborów, bo może wygra liberalne skrzydło partii. Niezależnie myślący Polacy te wybory bojkotowali.

1 thought on “Są za, a nawet przeciw. Kandydaci o bojkocie wyborów

  1. Brak jakiegokolwiek sensownego programu na teraz i na czas po pandemii to bardzo charakterystyczne dla wszystkich kandydatów tzw. opozycji. Poza paroma gładkimi frazesami o bezpieczeństwie rodaków, konieczności walki z zarazą i nie słychać nic w ich zapowiedziach co pozwoliłoby wierzyć w ich skuteczność. Nawet teraz, kiedy PiS ewidentnie łamie wszelkie reguły prawa nasza pozorna opozycja siedzi i kombinuje jak mieć ciastko i je zjeść. Kandydaci ochoczo wzywają do bojkotu, ale jednocześnie za nic nie chcą zrezygnować z udziału w wyborach, bo a nóż oddadzą pole opozycyjnym rywalom bez walki? Tak naprawdę wszyscy ci ludzie (posłowie i senatorowie) przestali być reprezentantami opozycji w momencie kiedy zgodzili się bez oporu na złamanie prawa po raz pierwszy. Nie mieli odwagi w poprzedniej kadencji, nie mają jej teraz, by otwarcie stanąć w sprzeciwie wobec deptania prawa w parlamencie. Bo ten bojkot powinien się rozpocząć już pięć lat temu, kiedy PiS rozpoczął rozjeżdżanie prawa. Teraz to już tylko walka o utrzymanie stołków z nadzieją, że władza sama się zużyje i pozwoli odwrócić role. I budowanie swoich politycznych pozycji na przyszłość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *