Samokrytycznie o zdradzie

Prezydent Lech Kaczyński skutecznie domagał się powstrzymania zmian w kodeksie wyborczym w okresie krótszym niż sześć miesięcy przed wyborami. Jarosław Kaczyński zapewne to pamięta. Nie wątpię w dobrą pamięć także Andrzeja Dudy

fot. Katarzyna Pierzchała

Trzy lata temu zwykły poseł Jarosław Kaczyński „bez żadnego trybu” wszedł na mównice Sejmu, by mówić o „zdradzieckich mordach”. 6 kwietnia 2020 roku rządząca pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego formacja wymusiła zmiany w kodeksie wyborczym

Demolują one konstytucyjną zasadę, że wybory prezydenta dokonują się w głosowaniu tajnym, są powszechne, równe i bezpośrednie (art. 127 Konstytucji). W świetle tego tamte słowa Jarosława Kaczyńskiego wybrzmiały na nowo – niezwykle samokrytycznie.

6 kwietnia 2020 roku przepychając w parę godzin ustawę o głosowaniu korespondencyjnym, głosujący za tym projektem na niespotykaną skalę dopuścili się pogwałcenia Konstytucji, standardów parlamentarnych i zasad wprowadzania zmian w prawie.

Dokonała tego koalicja pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego. Dokonała tego wiedząc, że:
„Nie można zmienić wyznaczonych czynności urzędowych związanych z wyborami, jakie wynikają z kalendarza wyborczego. Jest tak, tym bardziej że chodzi o czynności mające istotne znaczenie dla wyborów, takie jak termin przeprowadzenia wyborów oraz sposób, w jaki wyborcy mogą realizować prawo do wybierania”.


Termin przeprowadzenia wyborów prezydenckich został, zgodnie z kodeksem wyborczym, ustalony na 10 maja 2020 r. Jeśli chciano dokonać zmian terminu i zmian w procedurze wyborów przewidzianej w kodeksu wyborczym to „do obowiązków prawodawcy należało dokonać zmian prawa wyborczego (w wypadku konieczności ich wprowadzenia) w taki sposób, aby zmiany zostały przeprowadzone i ogłoszone w Dzienniku Ustaw co najmniej, na kilka miesięcy przed podjęciem czynności wyborczych”. To słowa prezydenta RP. Wiadomo też, że wprowadzane zmiany nie mogą naruszać istoty art. 127 Konstytucji. Wybory nadal muszą być tajne, powszechne, równe i bezpośrednie.

To sprawa istotnej wagi i dlatego „prezydent RP, powołując się na orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego dotyczące zachowania przez prawodawcę odpowiedniej vacatio legis w zakresie zmian wprawie wyborczym, wskazał, że minimum minimorum powinno polegać w tym względzie na uchwaleniu istotnych zmian w prawie wyborczym co najmniej sześć miesięcy przed kolejnymi wyborami, rozumianymi nie tylko jako akt głosowania, lecz także jako całość czynności objętych kalendarzem wyborczym. Wyjątki od tak określonego standardu mogłyby wynikać jedynie z nadzwyczajnych okoliczności o charakterze obiektywnym. Konieczność zachowania co najmniej sześciomiesięcznego terminu od wejścia w życie istotnych zmian w prawie wyborczym do podjęcia pierwszej czynności wyborczej jest jednak nienaruszalnym, co do zasady, normatywnym składnikiem art. 2 Konstytucji.”

PRZECZYTAJ TAKŻE: List otwarty do polskich polityków. Uwaga na kryzys wirusa, bo król może być nagi

Cytaty pochodzą z wyroku 38/9/A/2009 z dnia 28 października 2009 r. Sygn. akt Kp 3/09. Prezydent, o którym tu mowa to Lech Kaczyński. Przed Trybunałem Konstytucyjnym reprezentował go minister jego kancelarii Andrzej Duda.

Prezydent Lech Kaczyński skutecznie domagał się powstrzymania zmian w kodeksie wyborczym w okresie krótszym niż sześć miesięcy przed wyborami. Jarosław Kaczyński zapewne to pamięta. Nie wątpię w dobrą pamięć także Andrzeja Dudy.   

Co jednak, gdy sytuacja jest nadzwyczajna? Nadal obowiązuje art. 2 Konstytucji. To właśnie podkreślał prezydent Lech Kaczyński. Art. 2 Konstytucji wymaga zastosowania się do przepisów przewidzianych na sytuacje nadzwyczajne. W sytuacjach nadzwyczajnych dla Lecha Kaczyńskiego było jasne, że w grę wchodzi Rozdział XI Konstytucji; Gdy jest zaraza stosuje się więc art. 232 Konstytucji i wprowadza stan klęski żywiołowej.


Szczerą troską napawa mnie kondycja przedsiębiorczości, za którą odpowiada pani Jadwiga Emilewicz. Jeśli równie błędne ma na nią poglądy, jak te na stan klęski żywiołowej – źle to wróży polskim przedsiębiorcom. Stan klęski żywiołowej, wbrew stwierdzeniom pani Emilewicz nie wymaga i nie oznacza ani wojska na ulicy, ani odcięcia od mediów, wolności słowa i swobody wypowiedzi. Jeśli jest to jednak ze strony pani minister forma zawoalowanych pogróżek, to myślę, że członkini rządu tak brzydko chwytać się nie wypada.

Wprowadzenie stanu klęski żywiołowej jest konieczne dla legalnego ograniczenia wolności i praw człowieka zagwarantowanych obywatelkom/obywatelom w Konstytucji. Mogą być one ograniczone tylko w takim stopniu i na tak długo, jak naprawdę wymaga tego zwalczenie zarazy. W stanie klęski żywiołowej nie robi się wyborów i oczywiście nie zmienia Konstytucji. Wprowadza się jednak, zgodnie z Konstytucją dozwolone ograniczenia. Mogą one na czas zarazy dotyczyć swobody działalności gospodarczej i wolności osobistych w postaci swobody przemieszczania się. Ograniczenia te faktycznie zostały nam narzucone. Jednak tryb ich wprowadzenia narusza art. 2 Konstytucji na konieczność przestrzegania, którego zwracał uwagę prezydent Lech Kaczyński i reprezentujący go minister Andrzej Duda.

Art. 2 Konstytucji wymaga od rządzących działań, które gwarantują, że Polska jest demokratycznym państwem prawa, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Podejmowane obecnie przez rządzących działania gwarancji tych nie dają. Jest to rzeczywiście zdrada. Zdrada zarówno wartości, jak i zasad, które były ważne dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego i reprezentowane przez Andrzeja Dudę, prezydenckiego ministra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *