Sprawa Aleksieja Nawalnego. Trucizny i „trucizny”

Aleksiej Nawalny, fot. flickr.com


Aleksiej Nawalny wyszedł ze szpitala, a media i serwisy specjalistyczne podają coraz więcej danych o okolicznościach jego otrucia. Wygląda na to, że poprzednie hipotezy o podaniu nowiczoka na lotnisku w Tomsku nie są wiarygodne. Ślady tej trucizny znaleziono na ściankach butelki, z której Nawalny pił wodę w hotelu w Tomsku. Tak jakby najpierw miał kontakt z zabójczym płynem przez dotyk, a później zostawił ślad na butelce wody

Dziennikarzom udaje się docierać do kolejnych osób mogących znać kulisy tej morderczej operacji. Jednym ze wskazywanych jako współautor zamachu jest potencjalny zabójca Aleksandra Litwinienki, Andriej Ługowoj. Z jednej strony wydaje się absurdalne, że tropy prowadzą regularnie do tych samych osób. Z drugiej jednak zrozumiałe jest, że do takich tajemnic, jak plany zabójstwa opozycjonisty, nie dopuszcza się zbyt wielu osób, a jeżeli już, to takie co mają doświadczenie „w terenie”.

Przyglądając się sprawie Nawalnego można wyciągnąć kilka wniosków dotyczących polityki Kremla wobec przeciwników politycznych. Albo szerzej: metod postępowania dowolnej dyktatury wobec osób dla niej niewygodnych.


PRZECZYTAJ TAKŻE: KGB – prawdziwy właściciel Białorusi


Jeden z pierwszych wniosków jest taki, że zleceniodawcy – kimkolwiek by był: dyktatorem czy osobą, która chce mu się przypodobać – wcale nie zależy na tym, żeby pozostać poza podejrzeniami.

Zaczynając od doboru trucizn. Pomimo, że nie zawsze są one w pełni rozpoznane, są to zwykle środki niedostępne dla przeciętnego przestępcy. W przypadku Nawalnego wykorzystany został środek z grupy inhibitorów cholinosterazy. Za tą skomplikowaną nazwą chemiczną kryją się takie konkretne substancje, jak znany jeszcze przed II wojną światową, wyprodukowany w III Rzeszy, sarin (ostatnio używany w wojnie domowej w Syrii przeciwko rebeliantom wobec rządu Asada, a także ludności cywilnej), gaz VX, pochodzący z lat 50-tych, najgorszego okresu zimnej wojny, z brytyjskich laboratoriów wojskowych (głośny w związku z użyciem do zabójstwa przyrodniego brata dyktatora Korei Północnej) i niewątpliwie najbardziej obecnie znany, w związku z próbą otrucia słynnego rosyjskiego defektora Sergieja Skripala – nowiczok. To właśnie nowiczok, został uznany ostatecznie za związek wykorzystany do ataku na rosyjskiego opozycjonistę.

Wspólną cechą tych wszystkich substancji jest to, że są one uważane za najbardziej niebezpieczne środki bojowe. Ich pojawienie się gdziekolwiek wszczyna alarm wszystkich możliwych służb antyterrorystycznych i wojsk chemicznych. Ich wytwarzanie, przechowywanie i rozpowszechnianie jest zakazane konwencjami międzynarodowymi i żadne z państw nie przyznaje się do ich posiadania. Jest właściwie wykluczone, żeby wpadły w ręce przypadkowych bandytów czy terrorystów. Przechowywać je mogą tylko wyspecjalizowane, szczelnie chronione laboratoria państwowe lub magazyny wojskowe.

Kolejnym wnioskiem wskazującym, że mamy do czynienia z „państwowym” działaniem, jest dobór celów. To nie są osoby przypadkowe. Właściwie wszyscy, prędzej czy później zadarli z Kremlem. Zbuntowani oligarchowie, obrońcy praw człowieka, dziennikarze, bojownicy czeczeńscy, uciekinierzy ze służb specjalnych, nawet podejrzany o nielojalność były ochroniarz Władimira Putina.  Przy czym w tym miejscu trzeba wyraźnie stwierdzić, że zaatakowani bezpośrednio krytycy Moskwy nie wydają się jedynym, a może nawet nie głównym celem próby zabójstwa. Niewątpliwie ma to być ostrzeżenie dla ich następców, współpracowników, sojuszników, przyjaciół, rodzin: nie próbujcie z nami walczyć. Spotka was taki sam los.


Jeżeli do próby zabójstwa dochodzi na terytorium Rosji (tak jest w większości przypadków), to można zaobserwować bardzo dziwny przebieg zdarzeń. Lekarze, początkowo otwarci, mówiący o swoich spostrzeżeniach, dość szybko przestają udzielać jakichkolwiek informacji, pacjenci są izolowani, przez co najmniej kilka dni służba zdrowia odmawia ich przeniesienia do np. lepiej wyposażonej placówki medycznej za granicą (nawet do najbardziej renomowanych klinik zachodnioeuropejskich). Wyników badań nie ma, bo: nie ma aparatury, zginęły próbki lub akurat doszło do awarii sprzętu. Dopiero po kilku dniach (a termin ten jest zwykle zbieżny z okresem rozpadu wielu toksycznych substancji) okazuje się, że stan pacjenta pozwala na przewiezienie za granicę.

Charakterystyczne jest to, że próba zabójstwa przy użyciu trucizn, nie jest pierwszą lub jedyną, której ofiarą jest określona osoba. Na przykład w przypadku dziennikarki Anny Politkowskiej, bojownika czeczeńskiego Doku Umarowa i samego Nawalnego próby były powtarzane co najmniej drugi raz. Politkowska, po próbie otrucia, została zastrzelona, Doku Umarow – po serii zamachów, z użyciem różnych środków – zginął w ataku rakietowym na dom, wytypowany przez służby specjalne. W przypadku Nawalnego poprzednia próba otrucia miała miejsce rok wcześniej. W lipcu 2019 roku.

Rosja, bo to o niej przede wszystkim mowa, pomimo że zostawia wiele sygnałów (takie jak ten z utrudnianiem szybkiej diagnozy i charakterystycznym doborem ofiar), że stoi za zamachami – nigdy się do nich nie przyznaje.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Polityka powinna być gdzie indziej


W ciągu minionych 20 lat media informowały o 18 przypadkach zabójstw lub nieudanych zamachów z wykorzystaniem środków trujących. Celem tych ataków było 15 osób (niektórzy więcej niż raz). Do tych zamachów wykorzystanych było 8 rodzajów trucizn. Jednak wszystkie te substancje wymagały specjalistycznej wiedzy i nie były dostępne na najbardziej nawet ukrytym czarnym rynku.

Można te przypadki podzielić na kilka grup:

– zaatakowani substancjami z grupy inhibitorów cholinosterazy (czyli właśnie nowiczokiem i podobnymi): Emir Chattab, Emilian Gebrewa, Sergiej Skripal, Aleksiej Nawalny,
– ofiary ataków z użyciem pochodnych związków metali ciężkich (np. rtęci): Wiktor Kałasznikow, Władimir Kara-Murza,
– cele użycia środków radioaktywnych (w tym Polonu): Roman Cepow, Aleksander Litwinienko,
– ofiary ataków z użyciem innych substancji: Wiktor Juszczenko (dioksyny), Piotr Werzilow (atropina).
– największą grupę stanowią jednak poszkodowani w zamachach z użyciem środków nieustalonych (właśnie poprzez awarie w laboratoriach, brak sprzętu, zaginięcie próbek): Sergiej Mochow, Badri Patarkacziszwili, Anna Politkowska, Jurij Szczekoczichin, Doku Umarow i Aleksiej Nawalny (w pierwszym przypadku z 2019 roku).

Z jednej strony trzeba powtórzyć, że Kreml zaprzecza swojemu udziałowi w wyliczonych wyżej zdarzeniach. Zarazem jednak, we wszystkich tych przypadkach, z wyjątkiem dwóch, udało się znaleźć wyraźne poszlaki, czy wręcz dowody, wskazujące na udział Moskwy. W dwóch pozostałych, pomimo braku jednoznacznych dowodów, udział Rosjan wydaje się o tyle pewny, że trucizną posłużono się przeciwko Wiktorowi Kałasznikowowi, jednemu z dezerterów z rosyjskich służb specjalnych (a tych dawne KGB tropi najbardziej zaciekle) lub technologia wyprodukowania i sposobu działania substancji toksycznej jest typowa dla produktów laboratorium w Szychanach (dioksyny użyte przeciwko Wiktorowi Juszczence).


Szychany to miasto, w którym działało najsłynniejsze radzieckie laboratorium broni chemicznej. „Działało” bo w 2018 roku – po ataku na Sergieja Skripala, szef „zamkniętej struktury administracyjno-terytorialnej Szychany” Andriej Tatarinow ogłosił, że laboratorium zostaje zamknięte. Likwidację ośrodka badań potwierdził w 2019 roku Władimir Putin argumentując, że Rosja ma już dość plotek o nielegalnej produkcji broni chemicznej. Trudno uwierzyć rosyjskim deklaracjom. Szychany to nadal strefa zamknięta. Niedostępna nawet dla członków dalszych rodzin osób tam mieszkających, o turystach, dziennikarzach czy dyplomatach nie wspominając. Można tam produkować cokolwiek, pod warunkiem zachowania obostrzonych zasad tajności. Można też przenieść tego rodzaju produkcję do innych ośrodków badań chemicznych w Rosji, z których co najmniej kilka i tak prowadzi badania nad bronią chemiczną.

To jednak, po próbie zabójstwa Sergieja Skripala, laboratorium w Szychanach było najczęściej wymieniane jako producent nowiczoka. A laboratorium to jest tak stare jak historia radzieckich i rosyjskich badań nad bronią chemiczną. Zaraz po powstaniu Rosji radzieckiej rozpoczęły się badania nad wykorzystaniem substancji toksycznych do obrony rewolucji. Zajmowało się tym Laboratorium X, zlokalizowane na Łubiance lub w obiektach jej bezpośrednio podległych. Także GRU próbowało nie zostawać w tyle: powołana została jednostka 29155, przeznaczona do wykorzystywania trucizn i innych środków likwidowania przeciwników.

Zmieniło się to diametralnie, kiedy na pole rosyjskich badań weszli… Niemcy. Jeszcze w czasach Republiki Weimarskiej, aby ukryć przed sąsiadami i Ligą Narodów swoje militarne plany, zaczęli przenosić część swojej machiny wojennej do Związku Radzieckiego. Od 1924 roku do 1928 to właśnie inżynierowie niemieccy zbudowali w Szychanach, w obwodzie Saratowskim, laboratorium do badań nad bronią chemiczną. Jako wspólny projekt radziecko-niemiecki działał do czasu objęcia władzy przez Hitlera, który uznał, że nie ma powodu, aby dzielić się niemiecką wiedzą chemiczną ze Stalinem.

W każdym razie od 1928 roku działał w Szychanach w obwodzie Saratowskim, Państwowy Instytut Technologii Syntezy Organicznej, w którym pracowano nad różnymi toksynami. Szychany od tego czasu były miastem zamkniętym, oznaczanym kryptonimami Wolsk-17 i Wolsk-18, zależnie od tego, do której części miasta przypisywano któryś z dwóch obiektów laboratorium.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Opozycja polityczna w Polsce istnieje jedynie formalnie


Paradoksalne jest to, że mimo ukrycia na terenie Związku Radzieckiego, projekt został dość szybko rozpracowany przez wywiady państw sąsiedzkich. Jedną z głównych ról w tym sukcesie odegrał rotmistrz Jerzy Sosnowski, polski rezydent w Berlinie. Oficer zarówno wybitny jak i kontrowersyjny. To właśnie jego siatka wpadła, jako jedna z pierwszych, na informacje o tajnym porozumieniu niemiecko-radzieckim w sprawie przeniesienia części niemieckich zasobów wojskowych na obszar ZSRR. Ogromną rolę odegrała w tym Irene von Jena, córka generała, zatrudniona w oddziale budżetowym Ministerstwa Reichswehry. W niemieckich dokumentach ośrodek badawczy w Szychanach działał wówczas pod kryptonimem „Tomka”.

Z kolei po radzieckiej stronie jednym z głównych zainteresowanych odbiorem produktów laboratorium z Szychan był pułkownik, później generał, Paweł Sudopłatow. To wówczas główny organizator komórek specjalizujących się w skrytobójstwach. Pod koniec lat 30-tych kierował operacją zamordowania Jewhena Konowalca – przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. W 1940 nadzorował zabójstwo Lwa Trockiego w Meksyku. Od 1941 roku kierował Zarządem Zadań Specjalnych NKWD.

Paweł Sudopłatow odegrał też sporą rolę przy typowaniach do werbunków polskich oficerów znajdujących się na terytorium ZSRR po 17 września 1939. Jednym z przesłuchiwanych był rotmistrz Jerzy Sosnowski, uciekinier z konwoju, który eskortował go jako więźnia skazanego za zdradę (miał jakoby być podwójnym agentem, który przeszedł na niemiecką stronę). Czy do zadań Sudopłatowa należało wydobycie informacji, jak wiele danych na temat współpracy niemiecko-radzieckiej, także przy budowie broni chemicznej, polski wywiad przekazał do Francji i Wielkiej Brytanii, prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.

Wracając jednak do głównego wątku tego tekstu. Mógłbym przytoczyć w tym miejscu kilka, a może nawet kilkanaście opinii, że za próbami zabójstw z użyciem trucizn prawdopodobnie nie stali Rosjanie, bo mają zbyt profesjonalne służby, żeby takie sprawy tak spieprzyć. Absolutnie nie zgadzam się z takim argumentem. „W tych sprawach” nie chodziło bowiem wyłącznie o otrucie konkretną trucizną konkretnej osoby. Chodziło z zaatakowanie „trucizną” opinii publicznej.


Dlatego wszystkie te operacje miały być wykonane według zasady: „tak aby wszyscy wiedzieli, że to my. Ale żeby nie było na to żadnych dowodów”. I to się niewątpliwie udało. Nawet biorąc pod uwagę międzynarodowe sankcje po zamachu na Skripala. Wartość strachu potencjalnych kolejnych zdrajców z rosyjskich służb, działaczy opozycji, którzy gotowi byliby podjąć bardziej zdecydowane działania, gdyby nie lęk o siebie i rodzinę, obawy bardziej ugodowych polityków, dziennikarzy i społeczników przed tym, żeby nie zadzierać z państwem, które potrafi być tak zdecydowane – ten strach jest dużo więcej wart niż wszystkie sankcje razem wzięte.

Dlatego największym wrogiem naszej wolności i demokratycznego państwa prawa nie są wbrew pozorom trucizny, które zabijają, odbierają zdrowie czy oszpecają – wszystkich otruć się przecież nie da. Są to „trucizny”, które sączą w społeczeństwach jad przekonywujący, że władza zawsze sobie poradzi, że za bycie opozycjonistą płaci się bardzo poważną cenę, że nie ma co protestować. To trucizny, które dosłownie nie trują, ale odbierają wolę. Bardzo skuteczne nie tylko w Rosji czy Chinach i Korei Północnej. Coraz bardziej skuteczne także w Polsce, w Bułgarii, na Węgrzech. Nie muszą zabijać. Wystarczy, że spowodują pomówienia o korupcję, nadużycia, ujawnienie tajemnicy. Przerabiają demokratyczne państwa prawa w państwa policyjne. Trucizna to tylko jedno z narzędzi. „Trucizna” to wszystkie te środki, które osłabiają wolę sprzeciwu wobec łamania zasad praworządności.

fot. flickr.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *