Stan wyjątkowy w Hiszpanii. Argumenty, a nie kary

Z wirusem czy bez, słoneczne dni znów wrócą do Andaluzji, ale z powrotem do pogody ducha może być tu trochę trudniej

fot. Wikiemedia

Mieszkam z żoną w przeciętnym, nieturystycznym mieście w południowej Andaluzji, niedaleko Malagi. Miasteczko jest wielkości Nowego Sącza. Do Malagi trochę, jak do Krakowa: po kulturę, biura administracji, lepsze restauracje i lotnisko. Wyemigrowaliśmy tutaj z USA dwa lata temu, głównie dla plaż, klimatu i pogody ducha. Dwa miesiące temu znaleźliśmy się w apogeum europejskiego koronawirusa

Od początków marca, kiedy zaczęliśmy z coraz większym napięciem śledzić tragiczny rozwój epidemii we Włoszech, oficjalna liczba infekcji w Hiszpanii wzrosła do ponad 188 tysięcy, liczba zgonów do prawie 20 tysięcy (choć dziś już podejrzewa się około 400 tysięcy możliwych, nieudokumentowanych zarażeń). Rząd nowo wybranego Pedro Sancheza wprowadził restrykcje podobne do tych, które widzimy w większości krajów Unii. Ale jak sobie radzi ten kraj, rząd i mieszkańcy?

Pozycja partii rządzącej Sancheza jest delikatna: PSOE (Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza) jest w niezbyt silnej koalicji z wcześniejszą partią opozycyjną (obecnie ugrupowaniem Unidos Podemos), po drugiej stronie parlamentu, nacjonalistyczna, prawicowa partia Vox robi wszystko, żeby podkopać ten nowy socjalistyczny autorytet.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Tresowanie lwa. Państwo PiS w czasach zarazy

A jednak. Odkąd 12 marca wprowadzono stan wyjątkowy, barwne życie hiszpańskiej ulicy zamarło. Z dnia na dzień zmienił się styl życia. Należy sobie zdać sprawę z tego, że Hiszpanie funkcjonują na zewnątrz, jeśli nawet nie dosłownie na ulicy. Bary tapas, bodegi, restauracje ze stolikami rozsianymi po chodnikach są niemal dziedzictwem kulturowym. Znajomi witają się całusami, podczas rozmowy jesteś o łokieć od każdego rozmówcy… A jednak. W ciągu zaledwie kilku dni ludzie przestali wychodzić z domów, a te wyjścia, na które zezwalają oficjalnie restrykcje, odbywają się zaskakująco praworządnie.

Co nam wolno? Wolno wynieść śmieci (jako, że wynoszenie jest konieczne do kontenerów na ulicach), wolno iść po zakupy żywności bez ograniczeń lub z minimum wysokości zakupu. Wizyty u lekarza, w aptece, czy w banku są bez ograniczeń, choć tu warto nadmienić, że ogólnie wskazany jest kontakt telefoniczny, łącznie z konsultacją i poradą medyczną, jeśli można uniknąć osobistej wizyty.

Dozwolone są też wizyty na poczcie i w urzędach, o ile te pozostają otwarte. Można odwiedzić chorych czy osoby starsze, którymi się opiekujemy, jak również zorganizować wizytę z dziećmi w ramach rozwiedzionych rodzin. Dozwolone jest też uprawianie indywidualnych sportów (jogging) oraz wyprowadzanie psa. Z tym wiążą się co prawda przeróżne anegdoty: że sąsiedzi wypożyczają psy aby ułatwić innym spacery i że robią to albo za darmo albo za euro, lub że właściciele żółwi też starają się usprawiedliwić wyjście dla zdrowia…


Czego nie wolno? Poza przyczyną rzetelnie usprawiedliwioną (słowne wyjaśnienie), bądź udokumentowaną (np. zapis na wizytę lekarską w innym mieście) lub potwierdzoną (np. paragon ze sklepu), wszelkie inne wyjścia pieszo czy wyjazdy samochodem są zabronione. Z naszego (hiszpańskiego) punktu widzenia, to ograniczenie odnosi się oczywiście głównie do plaży, parku, no i restauracji.

Ograniczenia wydają się być wdrożone w sposób mało konsekwentny, brak jakiejś stałej kontroli społeczeństwa poza sporadycznymi przejazdami samochodów policji po mieście lub po pustych parkingach centrów handlowych (miałem z nimi przyjazną rozmowę w Wielki Czwartek, kiedy pojechałem do supermarketu i znalazłem cały kompleks zamknięty). Zdarzają się również niespodziewane blokady przy wjazdach/wyjazdach z miasta. Miałem okazję przejść taką kontrolę w drodze powrotnej z supermarketu w sąsiednim miasteczku przy autostradzie.

Policja ma bardzo łagodne i dość przyjazne podejście, ale rygor jest i podejrzewam, że na przykład jazda w grupie samochodem bez konkretnego celu (poza miejscem zamieszkania) lub powrót ze sklepu z jedną butelką wina w koszyku może się skończyć mandatem, tak jak o tym piszą w gazetach…

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nowa normalność

Raczej niesforni i dosyć emocjonalni Hiszpanie nagle podporządkowali się rządowi i zostali w domu. W domach przenieśli życie na balkon, trochę jak we Włoszech. Nie słyszałem jeszcze co prawda arii śpiewanych z okien czy balkonów, ale wiem z pierwszej ręki, że pieśni flamenco się zdarzają. Tu u nas, co wieczór o godz. 20, balkony ożywają pięciominutowymi oklaskami solidarności z pracownikami służby zdrowia (podąża za nimi co prawda walenie w garnki, które jest protestem przeciw korupcji elit oraz monarchii byłego króla, ale o tym innym razem). Dość, że duch jedności jest obecny i mocny.

W ciągu dnia na ulicy wiele osób nosi maski, choć nie są obowiązkowe. Wszyscy starają się zachować przepisowy odstęp na chodniku i w sklepie. Pod małymi sklepikami, czy aptekami, krótkie kolejki formują się same, wszyscy oddzielnie i, co ciekawe, cierpliwie i uprzejmie oczekują na swoją kolej. Po ponad miesięcznej „izolacji” nie zaobserwowałem gniewu, frustracji czy napięcia wśród ludności. Wprost przeciwnie, wydaje się, że ludzie nauczyli się zminimalizować tę przedkryzysową radość życia i przenieść ją na bezpieczną odległość.

Po pierwszych emocjach, kiedy istotnie wykupiono papier toaletowy i żel antybakteryjny (papieru już jest w bród; żelu nie uwidzisz…), wydaje się, że teraz wszyscy czekamy cierpliwie na przełom w kryzysie i cieszymy się na powrót do życia sprzed marca.

Ale izolacja w Hiszpanii się przedłużyła: parlament dał zgodę na to do końca kwietnia, być może przedłuży się jeszcze do maja. Z punktu widzenia ekonomii, wesoło nie jest. I wszyscy są tego mniej lub bardziej świadomi. Prawica oskarża rządzącą koalicję o brak decyzji w pierwszych tygodniach wybuchu epidemii. Wiemy, co się działo na początku w Madrycie, w Rioja, w Barcelonie.

Tutaj, na południu kraju, uderzenie koronawirusa nie wydaje się aż tak dramatyczne czy śmiertelne. Ale trudno jest nie myśleć o konsekwencjach, jakie epidemia przyniesie ludności. Hiszpanie dopiero zaczęli się powoli podnosić z upadku gospodarki po 2008. Chociaż rząd Sancheza zapewnił finansowe wsparcie dla małych przedsiębiorstw i ogłosił ułatwienia w obowiązku opłat za rentę czy elektryczność dla rodzin o mniejszych dochodach, zamknięcie przedsiębiorstw będzie tu kosztować drogo.

W zeszłym roku Hiszpania z 47 milionami ludności gościła u siebie 84 miliony turystów. W tym roku nie wrócą, nie w takich ilościach, a turystyka to 12% PKB. Bezrobocie przed kryzysem wynosiło ponad 13% w kraju (21% w Andaluzji!), co w porównaniu z Unią Europejską (średnio 6-7%) jest bardzo wysokie, ale które w dobie kryzysu poprzednich lat (2013) sięgało aż 26%! Trudno być teraz optymistą.

Jako hiszpański rezydent bez finansowych obciążeń i obowiązków, cieszę się na myśl o powrocie do małych luksusów życia: do wyjścia z żoną na plażę po przyjemnym lunchu w restauracji, do szklanki wina w barze tapas, do przejażdżki w góry do poarabskich wiosek z widokiem na morze.

Z wirusem czy bez, słoneczne dni znów wrócą do Andaluzji, ale po ostatecznym podliczeniu pandemicznych strat z powrotem do pogody ducha może być tu trochę trudniej.

fot. Wikimedia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *