Wybory prezydenckie w Polsce stanowiłoby bardzo poważne naruszenie praw człowieka

Po raz pierwszy od lat 80. ubiegłego wieku i transformacji demokratycznej Polska stoi przed wyborem geopolitycznym

fot. Wikipedia

Prawdopodobnie nikt nie oczekiwał, że Jarosław Kaczyński czy Viktor Orbàn zapomną o tym, że „force majeur” daje także „siłę wyższą” dyktatorom. Nowością jest jednak sytuacja kryzysowa, w której ich „taktyka salami”, znana od czasów radzieckich, nagle przyspieszyła – pisze Bartosz Lech w tekście, który w środę opublikował belgijski Le Soir

Na Węgrzech przejawia się to między innymi przejęciem podatków lokalnych przez rząd centralny w Budapeszcie. W Polsce to upór Jarosława Kaczyńskiego (de facto głowy państwa) w odniesieniu do organizacji wyborów prezydenckich w pierwszej połowie maja.

Brakujące dane

Nie jest żadną tajemnicą, że jedyne prawdziwe statystyki o liczbie zarażonych COVID-19, i zgonów z tego powodu, trzeba liczyć samemu dodając dane z niezależnych jeszcze samorządów. Te oficjalne, choć podawane codziennie, są albo niepełne albo wadliwe. Coraz silniejsze stają się oddolne inicjatywy pomocowe i media obywatelskie. I jest to wprost odpowiedź na to, że państwo Polskie nie działa. 

Kurs Kaczyńskiego

W sytuacji pandemii Jarosław Kaczyński upiera się przy organizacji wyborów prezydenckich w maju. Początkowo, aby ten plan pasował do propagandy rządowej „że nie ma wirusa”, planowano regularne wybory w lokalach wyborczych. To zmieniło się wraz ze zwiększoną liczbą zachorowań i przyznaniem przez rząd, że problem jednak jest.

Partia rządząca zaproponowała wtedy wybory korespondencyjne. Zdominowany przez PiS Sejm przyjął nowe prawo, które czeka teraz na głosowanie w Senacie, gdzie opozycja ma minimalną i kruchą większość. Ma jednak marszałka, który z nowym prawem nie musi się zbytnio spieszyć. Ale nie może opóźniać go w nieskończoność.


Niebezpieczeństwo dla demokracji

Nigdzie na świecie nie przeprowadzono wyborów krajowych wyłącznie korespondencyjnie. Generalnie wybory wymagają fizycznej obecności i jedną z wartości ich powszechności jest przecież „powszechna interakcja”. Tak zostały stworzone demokracje. Zdalne głosowania są zarezerwowane dla bardzo wąskiej procentowo grupy, której np.: niepełnosprawność nie pozwala na obecność w lokalu wyborczym.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Organizujmy się i współpracujmy, bo państwo już przestało działać

Głosowanie korespondencyjne ma konsekwencje logistyczne, zwłaszcza jeśli jest organizowane dla ponad 30 milionów wyborców. Wymaga to modyfikacji wszystkich etapów głosowania: od sporządzenia dokumentów wyborczych po zatrudnienie personelu zupełnie innego niż wcześniej. Rząd proponuje, aby karty do głosowania były wysyłane do wyborców pocztą polską, co już budzi wątpliwości: szacuje się, że listonosz jest w stanie dostarczyć 3000 kopert z kartami do głosowania w bardzo krótkim czasie (7 dni!).

Ponadto karty do głosowania należy dostarczyć na adres wyborców, co ponownie stanowiłoby problem dla osób mieszkających za granicą lub zmieniających miejsce zamieszkania. Stanowiłoby to również problem pod względem personelu, ponieważ planowane jest, aby listonosze pracowali w parach. Ponadto organizacja głosowania korespondencyjnego dla Polaków mieszkających za granicą jest absolutnie niejasna. W notatce dla rządu Ministerstwo Spraw Zagranicznych zauważa, że wiele ​​polskich placówek dyplomatycznych odmówiło zorganizowania wyborów.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Poczta jako narzędzie zbrodni

Dostarczenie kart do głosowania Polakom mieszkającym za granicą jest nadal nieznane. To ponownie stawia pod znakiem zapytania kolejną zasadę – równości i powszechności wyborów. Jednocześnie sędziowie sądów powszechnych zaczynają wyrażać wątpliwości, co do ich zdolności do rozpatrzenia skarg wyborczych w warunkach pandemii. Na tak spolaryzowanej scenie politycznej powracają wątpliwości dotyczące zdalnego głosowania, tożsamość osoby otrzymującej pocztę lub tajność głosowania stają się prawdziwym pytaniem o legalność tych wyborów.

Skrócona kampania

Urzędujący prezydent (szef państwa de jure) Andrzej Duda korzysta z ograniczeń narzuconych przez epidemię. W końcu jest on jedynym, który bierze udział w oficjalnych wydarzeniach, kryzysowych konferencjach prasowych i jest jedynym, który ma dostęp do zasobów niedostępnych dla innych kandydatów, którzy nie mogą nawet organizować spotkań z potencjalnymi wyborcami (wszystkie spotkania powyżej 2 osób były zabronione). OBWE/ODIHR ostrzega już, że prawo wyborców do dostępu do informacji oraz prawo kandydatów do korzystania z wolności wymiany idei, czyli kampanii, są ograniczone. Zasugerowali bardzo poważne naruszenie praw człowieka, gdyby głosowanie miało się odbyć. Ta największa europejska organizacja obserwacji wyborów również nie będzie w stanie ich obserwować i nie wyśle ​​do Polski misji w związku z zagrożeniem ze strony koronawirusa.

Imbroglio polityczne

Taka sytuacja logicznie sugerowałaby przesunięcie wyborów. Jednak logika już dawno przestała obowiązywać w polskiej polityce. Minister zdrowia, jeden z najpopularniejszych polityków obecnego kryzysu, właśnie przyłączył się do „konkursu wyborczego”, ogłaszając, że „wybory normalne” byłoby możliwe dopiero za 2 lata. Sprowadza się to do zasugerowania partiom opozycyjnym przyjęcia oferty przedstawionej niedawno przez odłamowców z PiS proponujących zmianę Konstytucji i automatyczne przedłużenie obecnego mandatu prezydenckiego o dwa lata.


Ponadto projekt ustawy w tej sprawie został właśnie przedłożony w Sejmie przez samych posłów PiS. Opóźnienia konstytucyjne i brak zgody opozycji na współpracę z PiS w celu zmiany Konstytucji uniemożliwiają jednak uchwalenie tej ustawy przed wyborami, a nawet przed upływem kadencji obecnego prezydenta (6 sierpnia).

Inne priorytety UE

Sytuacja jest w impasie. Pamiętam podobny moment pogubienia i uporu PiS, kiedy rządziła w latach 2005-2007. Pracując już wtedy w Brukseli obserwowałem, ile elementów musiało zagrać, aby możliwe było odebranie im władzy. Każdy, społeczeństwo obywatelskie, opozycja krajowa i europejska, instytucje unijne odegrały z sukcesem swoją rolę w skomplikowanej układance. Teraz czas się radykalnie zmienił. Przyzwyczajanie do demokracji Kaczyńskiego i Orbana uśpiło chęć spójności demokratycznej Unii. Priorytety wychodzenia z nadchodzącego kryzysu ekonomicznego mogą ją dodatkowo osłabić.

Dezintegracja

Ale, gdy potencjalna ofiara śpi, drapieżnik jest czujny i pełen adrenaliny. To w Polsce od lat trwają największe rosyjskie anty-unijne kampanie dezinformacyjne, a media społecznościowe zalane są fake-newsami dotyczącymi COVID-19. Ekstremiści budują swoją tożsamość na tym, że istnieją, a sam interes bycia wzajemnymi wrogami jest dobry zarówno dla Kaczyńskiego, jak i Putina. Po raz pierwszy od lat 80. i transformacji demokratycznej Polska stoi przed wyborem geopolitycznym. 

Gdy wirus odwraca naszą uwagę od wszystkiego, co nie jest ożywieniem gospodarczym i epidemią, nadszedł czas, aby się obudzić: Kaczyński u władzy w Polsce jest otwartą bramą dla Putina do reszty UE. Czy świadomie, czy nie, nie ma to znaczenia – bo wynik w obu przypadkach jest taki sam: dezintegracja.

Tekst powstał na podstawie publikacji autora w Le Soir.

fot. Wikipedia

  • Bartosz Lech – jeden z założycieli Partii Zieloni. Pracuje jako niezależny ekspert wyborczy i demokratyzacyjny na misjach obserwacji wyborów OBWE, UE, NDI. Dotychczas analizował w tym charakterze wybory powszechne w 13 krajach na całym świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *