14.10.21. Bezradność i wyobraźnia

Trochę głupio i niezręcznie pisać jakby nigdy nic o właśnie czytanych i wartych przeczytania książkach, gdy na naszej granicy mocą rządowych decyzji umierają z głodu i wychłodzenia bezradni ludzie, gdy te same moce wyprowadzają nas z Unii Europejskiej, za nic mając elementarną wyobraźnię co do tego choćby, jak dalece jesteśmy „więźniami geografii” (zob. Tim Marshall, Więźniowie geografii, przeł. Filip Filipowski, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2017, ss. 384). Mimo wszystko chciałoby się jednak myśleć, że czytanie i namysł nad znaczeniami czytanego jako rzeczywista praktyka kulturowa czynią pewne kwestie oczywistymi, pomagają się rozeznawać w tym, co dookoła, umożliwiają tworzenie jakiejś zasadniczej hierarchii wartości, jakieś rozumienie sytuacji ogólnej oraz własnej, jakieś warunki porozumiewania się i porozumienia…

Laureatem Nagrody Nike roku 2021 został oto Zbigniew Rokita, autor reportażu-eseju pt. Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020, ss. 318), zdobywając też za swą książkę tegoroczną nagrodę czytelników. Podczas wieńczącej konkurs gali ogłoszono poza tym, że laury przypadają również esejo-reportażom Mariusza Szczygła z tomu Nie ma (Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2018, ss. 336), tj. książce, która zdobyła Nike w 2019 roku, a obecnie uznana została przez czytelników za najlepszą w dotychczasowej historii konkursu.

Dziwnym albo i wcale nie dziwnym trafem da się chyba uzasadnić, że zachodzi pewna znacząca koincydencja między tematyką dzieł właśnie nagrodzonych i wspominaną pobieżnie w poprzednich Zapiskach, niedawno wydaną książką filozofa, Tomasza Stawiszyńskiego Ucieczka od bezradności, (Wydawnictwo Znak Litera Nova, Kraków 2021, ss. 350) oraz że te lekturowe wybory mają jakiś związek z dookolną rzeczywistością. Spróbujmy poszukać między nimi relacji.

Więc tak. Najpierw Stawiszyński. W swej Ucieczce od bezradności określa uniwersalne, stałe wyznaczniki ludzkiej egzystencji. Wydobywa je na światło dzienne, na powierzchnię, z ukrycia pod płaszczem współczesnego kontekstu cywilizacyjno-kulturowego, objaśniając założenia podjętych analiz w taki sposób:

Kultura […] sprzyja albo nie sprzyja pewnego rodzaju doświadczeniom, promuje albo tłumi określone przekonania, wartości czy przeżycia. Stwarza przestrzeń, w której można mierzyć się z rozmaitymi aspektami życia i umierania, albo tę przestrzeń odbiera (Ucieczka…, s. 18).

I przechodząc do czasów obecnych, filozof dodaje:

Moim zdaniem współczesna kultura zachodnia ma na sumieniu wiele przemilczeń, wyparć i negacji. W tej książce przyglądam się nieodłącznym składowym ludzkiej egzystencji, od których systematycznie kultura ta odwraca wzrok. O których woli nie wiedzieć albo które – w momencie, kiedy ich istnienia nie da się już ukryć (bo przecież niczego, co jest nieodłączną składową ludzkiej egzystencji, nie da się na dłuższą metę ukryć) – stara się za wszelką cenę zdeprecjonować. Albo zmienić w patologię wymagającą takiej czy innej – farmakologicznej albo terapeutycznej – interwencji (Ucieczka…, s. 18).

Tak definiowana kultura wynika z hybris świata naznaczonego interesami kapitalistycznymi, charakteryzującego się szalonym, nieporównywalnym z żadnymi wcześniejszymi dokonaniami rozwojem technologii, w tym między innymi sukcesami w kreowaniu sztucznej inteligencji oraz marzeniami o nieśmiertelności. I de facto czyni człowieka bezradnym.

Sfery owej bezradności analizowane są w kolejnych rozdziałach książki Stawiszyńskiego. Chodzi o bezradność wobec śmierci, straty, smutku, (nad)odpowiedzialności, nieznanego, (własnej) przemocy. Skutkują one opisywanymi w ostatnim rozdziale próbami ucieczki od bezradności. Gdzieś tu znajdzie się miejsce dla twórców wszelkich teorii spiskowych, antyszczepionkowców czy płaskoziemców.

Rozwijana na przestrzeni tekstu charakterystyka współczesności eksponuje fakt, że w kulturze, w której „każdy jest kowalem własnego losu” dbającym o swój indywidualny rozwój i spełnianie własnych pragnień, w której liczą się wola, samozaparcie, konsekwencja, siła charakteru wiecznie młodych, sprawnych i silnych, świetnie zarabiających superbohaterów codzienności, w której staruszkowie są zawsze uśmiechnięci, przystojni, a siwizna we włosach przydaje im niezaprzeczalnego uroku… W takiej kulturze nie wypada się smucić ani zawalać roboty i zobowiązań z powodu doświadczanych przeżyć i niedostatków. To bowiem pozostaje w sprzeczności z koniecznością dążenia do stałego rozwoju i umniejsza przecież zyski. Wszelkim nieudacznikom mówimy nie. W razie potrzeby są zresztą najrozmaitsi trenerzy, kursy…, pisze Stawiszyński, przywołując przy okazji pojęcie „techników życia” Michela Foucaulta. Ci zaś powiedzą, jak żyć, nawet bez potrzeby zaczepiania jakiegoś premiera. Stawiszyński podkreśla:

Nie da się ukryć, refleksja nie jest dziś w cenie. Może dlatego, że wytrąca z maniakalnego trybu działania, stwarza niebezpieczeństwo rozpoznania własnych ograniczeń. Neguje ten […] tyleż rozpowszechniony, ile fałszywy, dogmat współczesności: wszystko jest możliwe; nie ma przed nami żadnych nieprzekraczalnych granic; jeśli tylko odpowiednio mocno się postaramy, wszystko się nam uda; i zawsze będziemy zdrowi, sprawni i piękni, a w każdym razie tacy powinniśmy być, tak powinniśmy się czuć, do tego powinniśmy dążyć. I jeszcze: trzeba myśleć pozytywnie, iść zawsze do przodu, nieustannie się rozwijać. A wszelkie dyskomforty – lęk przed niewiadomą przyszłością, żal po stracie bliskich, przerażenie faktem, że sami kiedyś będziemy musieli umrzeć, melancholia, która nas ogarnia bez powodu, depresja, która przychodzi znienacka pośrodku codziennych aktywności – należy niwelować za pomocą dostępnych na rynku technik terapeutycznych: od jogi, poprzez coaching, mindfulness, rozmaite formy terapii, aż po prozac albo inne, nowocześniejsze leki z grupy SSRI. Dlaczego? Dlatego, że stany te ograniczają ekspansję, spowalniają i zatrzymują, a więc uniemożliwiają realizację celów, które zawsze, na każdym etapie życia powinniśmy sobie stawiać. W przeciwnym razie bowiem przestaniemy się rozwijać, zatrzymamy się na drodze do sukcesu i zamajaczy przed nami widmo porażki najgorszej z możliwych: widmo niespełnienia (Ucieczka…, s. 113-114).

I jeszcze:

Społeczeństwo w późnym kapitalizmie – jak pokazują badania: zatomizowane, dotknięte epidemiami samotności, depresji i uzależnień – przypomina rój małych, jednoosobowych przedsiębiorstw, które nieustannie ze sobą konkurują i które od samego początku, od najwcześniejszych lat, muszą zdobywać kolejne umiejętności zapewniające im elementarne przetrwanie. Zdefiniuj cele, uczyń z siebie markę, sprzedaj się jak najbardziej atrakcyjnie – oto pierwsze przykazania współczesnego dekalogu.
Wprzęgnięci w tę ideologiczną sieć – w nieuświadomiony zestaw głębokich przekonań, wartości i pojęć, którymi oddychamy i które traktujemy jak naturalną ramę świata – tracimy zdolność krytycznego patrzenia na otaczającą rzeczywistość i rządzące nią mechanizmy. Nasza praktyka życiowa staje się w efekcie odzwierciedleniem narzucanych nam z góry idei wzrostu, samodoskonalenia i aktywności (Ucieczka…, s. 115).

Okazuje się przy tym, że ludziom wobec tak charakteryzowanej sytuacji nie dysponują językiem do nazywania i nazwania swoich zasadniczych doświadczeń i przeżyć. Stawiszyński tak to przedstawia:

We współczesnym świecie […] brakuje języka, by wypowiedzieć doświadczenie śmierci i rozpaczy, doświadczenie niepowetowanej, niemożliwej do odrobienia straty; by uchwycić prawdę o skończoności naszego własnego życia i naszych bliskich. Tego rodzaju okoliczności nie mieszczą się po prostu w obowiązującej wizji świata, w doskonale skrojonej pod późny kapitalizm opowieści, w której szczęśliwe i spełnione życie ciągnie się w nieskończoność, a każdy deficyt daje się z łatwością zniwelować, stosując odpowiedni suplement, lekarstwo albo usługę (Ucieczka…, s. 72-73).

Jako swoistą odpowiedź na tego typu diagnozy można by chyba wskazać właśnie książkę Szczygła. Ewidentnie podsuwa ona przecież sposób mówienia o sprawach zasadniczych i ostatecznych. Nie ma pozostaje w oczywistej opozycji do majest. Może oznaczać utratę, brak, nieobecność, pustkę, związane z tym cierpienie, smutek, żal, ale i wartość, przestrzeń, szansę. A także odwrotnie. Wartością może się okazać zarówno jest, ma, jak i nie ma w zależności od tego, kto i o jakich sferach rzeczywistości chce mówić. W każdym razie esejo-reporterskie teksty Szczygła to opowieści o konkretnych, indywidualnych historiach cudzych, otwierające możliwość nadbudowywania nad nimi historii własnych.

Z podobnym nastawieniem da się także czytać historię dotyczącą bezradności i zmagań z nią ludzi pozbawionych czy pozbawianych tożsamości lokalnej z opowieści Rokity. Ta podpowiada z kolei istotne pytania i język, gdy w grę wchodzą znaki tożsamości oraz jej funkcje i znaczenia w życiu konkretnych ludzi: potrzeba przynależności, zakorzenienia, ciągłości, pamięci, wolności jako prawa do zadomowiania się, gdy w grę wchodzą kształtujące takie potrzeby wydarzenia, symbole i mitologie, a także stereotypy, które określają relacje między lokalnością i globalnością oraz miejsce tych relacji w historii.

Takie potrzeby oczywiście nie tylko Śląska dotyczą. W każdym razie w Kajś to, co jest naprawdę ważne, ujawnia się zarówno w zderzeniu rezultatów opisywanych przez Rokitę wieloaspektowych poszukiwań tożsamościowych z nieoczekiwanym finałem opowieści rodzinnej wieńczącym te poszukiwania, jak i w tych partiach opracowania, które dotyczą wielowiekowej historii Śląska.  Tego, co znajduje potwierdzenie w dokumentach i tego, co sfałszowane, tego, co w swych filmach pokazywał Kazimierz Kutz i tego, co pod pseudonimem Janosch pisał zachodnioniemiecki pisarz Horst Eckert o swym dzieciństwie w Hindenburgu (dzisiejszym Zabrzu) w książce Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny.

Czytelnicy reportażu Rokity, którzy wcześniej nie interesowali się szczególnie historią Śląska, podjąwszy lekturę Kajś, będę mieli okazję się przekonać, że w zasadzie nic o tej historii nie wiedzą oraz że dotyczące Śląska szkolne informacje stale konstruowane są według aktualnych przesłanek ideologicznych. Rokita w pewnym momencie słusznie napisze: „Pojawia się obowiązek szkolny, a szkoła to najlepsze narzędzie propagandy aż do czasów radia i telewizji” (Kajś, s. 25). I tylko Internet trzeba by zapewne dopisać.

Własną sytuację i potrzeby autor omawianego reportażu scharakteryzuje zaś tak:

[…] dopiero kilka lat temu zacząłem się przepraszać ze śląskością, bo tylko tak mogłem się zakorzenić. Potrzebowałem następnie paru lat, żeby pozbyć się choć krztyny wstydu w związku z tym, skąd pochodzę, a później sobie tę tożsamość ulepić, zebrać wszystko, czym tożsamości się karmią: miejscowe mity, żale, megalomanie, stereotypy. I wciąż sobie ją lepię, bo polskość jest w pierwszym lepszym podręczniku do polskiego czy historii ujarzmiona, doszlifowana, a podręczników do górnośląskości nie ma i każdy ma swoją. To tożsamość, na którą trzeba sobie zapracować.
[…] Doskwierało mi, że z autochtonami związany jestem tylko w niewielkiej części. Dopiero podczas pisania tej książki zdałem sobie sprawę, że to właśnie moje drzewo genealogiczne najlepiej opowiada historię tego miejsca.

Moja babka ojczysta z lwowskiego ojca i góralskiej matki.
Mój dziadek ojczysty z podczęstochowskiej wsi.
Moja babka macierzysta z Górnego Śląska.
Mój dziadek macierzysty z podkarpackiej wsi.
To przepis na dzisiejszego Ślązaka (Kajś, s. 296).

Rokita notuje też:

I szukam odpowiedzi, czym jest ta śląskość. Może czyśćcem? Poczuciem odrębności od polskości i niemieckości, zawieszeniem między nimi. I ja teraz obserwuję, jak ta śląskość się tworzy. Pojawiają się pisarze, trwają dyskusje, spory, z roku na rok to się rozwija (Kajś, s. 193).

Samo przez się zrozumiałe, że dla poszukiwanej, odkrywanej i konstruowanej tożsamości arcyważny jest język. Tu małe dopowiedzenie, które pozwoli wyraźniej wprowadzić do refleksji rozwijanej w związku z Kajś zapowiedzianą w tytule tych Zapisków wyobraźnię. Oto jako jeden z elementów wspomnianych wyżej starań nastawionych na tworzenie czy odtwarzanie śląskości Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej w 2012 roku zainicjowało serię wydawniczą CANON SILESIAE. Podserię w jej obrębie stanowi „Biblioteka Tłumaczeń”. Jej „zadaniem – czytamy na okładce pierwszej pracy z tej cyklu – jest przybliżyć czytelnikom dzieła literatury powszechnej w tłumaczeniu na mowę śląską”.

Tą pierwszą pozycją był – ni mniej, ni więcej – tylko Prometeusz w okowach, jedyna zachowana z V wieku przed Chrystusem część stworzonej przez Ajschylosa lub może jego syna trylogii poświęconej dziejom tytułowego bohatera. Na język śląski dramat został przełożony przez profesora Zbigniewa Kadłubka (zob. Prōmytojs przibity, Wydawnictwo Silesia Progress, Kotórz Mały 2013, ss. 74). Ideę przekładu antycznego dramatu na śląski Kadłubek w polskojęzycznym posłowiu objaśniał zaś tak:

Przetłumaczyłem na śląski ten tekst, albo może lepiej powiedzieć, że sparafrazowałem go czy dokonałem trawestacji, przebrałem Ajschylosa w śląskie słowa, ponieważ związek z tragedią grecką to związek z literaturą powszechną i kulturą światową. Ten tekst to fundament tradycji, tekst fundamentalny […]. Bez przypomnienia sobie Greków nie ma Europy, Polski, nie ma Górnego Śląska. Bez mądrzejszej relacji lokalne / globalne, a także dzisiejsze / dawniejsze żadna kultura nie potrafi się rozwinąć i szybko marnieje. Zasklepia się. Bez przekładów wreszcie nie pojmuje się siły tradycji jako oswajania rzeczy obcych.

Uzasadnienie potrzeby tego tłumaczenia ma też, jak widać, sens ogólniejszy. Nie tylko dla Śląska przecież dramat Ajschylosa jest ważny. Uniwersalna i do bólu aktualna wydaje się nadto towarzysząca tłumaczeniu interpretacja ukazanej w dramacie historii Prometeusza. I to całkiem niezależnie od tego, ile i jakie maski temu reprezentantowi Tytanów w historii kultury nakładano oraz jak obfita jest biblioteka prac na ten temat. Kadłubek pisze:

Dramat polega na konflikcie Zeusa z Prometeuszem. Zeusa można tutaj uznać za personifikację władzy, siły, sprawiedliwości, Prometeusza zaś za uosobienie wolnej wyobraźni i porywów duszy, a także współczucia. Walczą więc: potęga prawa z potęgą miłosierdzia. Akcją byłby pewien proces, w którym dochodzi do głosu prawda, że władza (Zeus) nie radzi sobie bez ducha, wyobraźni, współodczuwania (Prometeusz). Dogmat, prawo nie włada niczym bez wyobraźni. Potęga władzy, panowanie Zeusa, które na początku sztuki wydaje się bezsporne, niezmienne, w finale dramatu wydaje się wątpliwe, podważone, zachwiane, choć Prometeusza przywala skała. Władza nie potrafi zapanować nad duchem. W posiadaniu tej wiedzy jest Prometeusz. On, który jest bogiem w micie i na scenie, a nie jakimś tylko wybitnym człowiekiem, bohaterem, jak chciano by sądzić za filozofami doby oświecenia czy późniejszymi. Jest Prometeusz bogiem niezniszczalnym, nie tyle buntującym się, wierzgającym przeciw Olimpowi, co zanurzonym we współczuciu dla ludzkiego losu (Od tłumacza, s. 68-69).

Gdy idzie o nasze aktualne kłopoty i wątpliwości wyrażone na wstępie, historia Prometeusza zdaje się nieźle porządkować myślenie. A co z takich Zapisków wynika dla szkoły, gdyby zapytać o to dla zachowania obowiązującej w nich reguły?  „W zwykłym trybie” znalazłaby się w tym miejscu z wszelką pewnością porada typu eureka! Oznaczałaby, że spośród tekstów wyżej wymienianych trzeba bezsprzecznie uwzględnić w lekturach przynajmniej Prometeusza w okowach! Możliwe jednak, że powinno to być przede wszystkim indywidualne wskazanie lekturowe dla ministra Czarnka i całej rządowej ekipy. „Tryb poważniejszy” prowadzi bowiem do całkiem innego wniosku: trzeba inaczej niż dotąd konstruować programy, inaczej uczyć czytania literatury, inaczej historii i wielu innych rzeczy, a to znaczy, że szkołę trzeba wymyślić na nowo. To by znaczyło, że nie wystarczą zmiany incydentalne i szlachetne hasła jak to, które koncentruje uwagę na ćwiczeniach w bezrefleksyjnym w istocie wpisywaniu młodzieży w oferty współczesności – najważniejsze, by się w niej każdy dzielnie odnalazł i zakotwiczył! To by znaczyło raczej, że trzeba wziąć pod uwagę wieloaspektowo charakteryzowany kulturowo-cywilizacyjny kontekst i zacząć od wyrazistego określenia, jakiej wizji człowieka edukacja szkolna ma służyć. Od tego bowiem zależy, co wolno, a czego w szkole nie wolno. Tu pamiętać by warto, że nie tylko szkoła zajmuje się edukacją. Prostych i łatwych rozwiązań nie ma…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zapiski na marginesach starych i nowych lektur

Fot. Wikimedia

Zofia Agnieszka Kłakówna – mieszka w Krakowie, polonistka, literaturoznawczyni, od zawsze i stale zajmuje się problemami edukacji — w teorii i w praktyce, w różnych rolach, w różnych szkołach, w różnych miejscach, w Polsce i poza jej granicami, jest autorką paru książek na ten temat, współautorką koncepcji edukacyjnej i odpowiadających jej podręczników pod nazwą To lubię! Sztuka pisania, przez wiele lat redagowała czasopismo „Nowa Polszczyzna”. Zdaniem recenzentów jej prac – „skrajna indywidualistka, która przedziwnym sposobem prawie zawsze pracuje w zespole”. 

Wszystkie zapiski

2.09.21. Podziemie…

Ludzie wokół mnie reagowali tak samo: po prostu szli przed siebie, udając, że nie widzą sekciarzy. […] Niemieccy intelektualiści z okresu weimarskiego chyba postępowali podobnie, kiedy pierwszy raz widzieli Hitlera (Podziemie…, s. 303).

Czytaj »

22.07.21. „Cztery nogi dobre, dwie nogi złe”

Dookoła pełno pralni mózgów. Jest na szczęście piękne słowo „timszel”, które oznacza, że możesz się nie poddać praniu swego mózgu, możesz odmówić prania mózgów cudzych, możesz także uczyć innych, jak takiego prania mózgu unikać i jak identyfikować zakusy różnych „praczy”.

Czytaj »