4 lutego 2021 Język spraw ludzkich

David Graeber, Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat, przeł. Bartosz Kuźniarz, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018, ss. 640 (książka z 2011 roku, zaktualizowana i rozszerzona w 2014, polski przekład oparty na wydaniu z roku 2014)

oraz

Timothy Snyder, Amerykańska choroba. Szpitalne zapiski o wolności, przeł. Bartłomiej Pietrzyk, Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2021, ss. 184).

Najpierw o książce Graebera (waga ciężka dosłownie, więc zapiski dłuższe). Najogólniej można powiedzieć, od razu określając rzecz „z grubej rury”, że praca ta przedstawia w kategoriach długu rzeczywistość, ludzkie sprawy i ludzką kondycję. Pisana jest zaś z perspektywy antropologa, niewątpliwego znawcy problemu, w ujęciu historycznym oraz przestrzennym, więc obejmuje prezentację rozmaitych zjawisk zarówno w zależności od czasu, jak i od różnych kontekstów kulturowych. Problem długu zdaje się wprawdzie należeć głównie do ekonomii, ale antropologia widzi chyba nieco inaczej, szerzej, i wnet się okaże, że w tym przypadku właściwie bardziej chodzi o pojmowanie i charakteryzowanie ludzkiej moralności, ludzkiej etyki w kategoriach ekonomicznych niż – jakby się mogło zdawać – o gospodarkę.   

Naturalne są przy tym odwołania do literatury pięknej, w tym sakralnej, do teatru, w tym teatru życia codziennego (tu na pewne rozszerzenie refleksji mogłaby wpłynąć stara dość, bo z lat pięćdziesiątych, książka Ervinga Goffmana pt. Człowiek w teatrze życia codziennego, przeł. Helena i Paweł Śpiewakowie, PIW, Warszawa 1981). Nieunikniony kontekst stanowią też, siłą rzeczy, religie, polityka różnych państw, public relations. Ewidentne się w końcu staje, że bez filozofii nie ujedziemy, a człowieczeństwa w ogóle nie da się definiować bez nadrzędnej kategorii długu.

Lektura książki Graebera oferuje, inaczej mówiąc, pewne narzędzia i rozpoznania, które pozwalają uświadomić sobie szereg reguł określających międzyludzkie relacje, a traktowanych z zasady jakby były przezroczyste, więc bez jakiegokolwiek dociekania „podskórnych” znaczeń – tak jest, tak się robi, tak się mówi, co tu roztrząsać… Graeber proponuje wgląd w takie narzędzia i rozpoznania, które każą w konsekwencji myśleć o tym, kim jesteśmy. 

Nie jest to lektura dla wąskiego tylko grona specjalistów w którymkolwiek ze wspomnianych wyżej zakresów wiedzy. Nie można jej też określić mianem popularyzatorskiej. Stanowi fascynujący wykład dla każdego, kto zechce skupić uwagę na podjętym w niej temacie, więc na poważnie rozważyć nasze rynkowe uwikłania, przy czym okaże się zapewne, że „rasowi” ekonomiści raczej swoje wiedzą, przy swoim trwają i z ustaleń Graebera nie całkiem będą zadowoleni. Rozumieją przecież, gdzie się centrum świata mieści.

Czytaniu tej książki, niezależnie od indywidualnych zainteresowań i czytelniczych oczekiwań, dobrze w każdym razie służy najpierw ogólna orientacja co do całości, by dalej można się było skupić bardziej na filozofii moralności, teoriach pieniądza, rodzajach kredytów lub – generalnie – na ekonomii. To zaś ze względu na rozbrajanie jej wielkiego założycielskiego mitu, tj. mitu barteru, i na rozprawę z Bogactwem narodów Adama Smitha. Wiązać się z tym będzie swego rodzaju „podgryzanie” twardej naukowo pozycji ekonomii, dla której gospodarka stanowi przedmiot badań – prawdopodobnie jedyny właśnie, jakim się, według ekonomistów, warto w ogóle i na serio zajmować. Znacząca jest następnie prezentacja historycznych i kulturowych kontekstów pojmowania długu. Tym bardziej, że prócz mitu barteru w kulturze działa też konkurencyjny mit pierwotnego, odwiecznego długu wobec bogów / Boga lub państwa.

Taką wybiórczą koncentrację na przedstawianych w książce Graebera problemach potwierdzają internetowe recenzje. W przypadku niżej formułowanych uwag jest zresztą podobnie, choć raczej na co innego niż we wspominanych komentarzach pada w nich akcent.

 

Na początku podkreślmy jednak bezsprzeczną aktualność książki Graebera. Zwłaszcza wobec faktu, że w naszej przestrzeni społecznej funkcjonują, widoczne i słyszalne na każdym kroku, niezliczone ilości zachęt i ofert reklamujących najrozmaitsze pożyczki, tj. zaciąganie długów. Osób, szczególnie młodych, już uwikłanych w całożyciowe kredyty także zresztą nie brakuje. Problem długów należy dziś bowiem z pewnością do żywotnych i dotyczy wielu.

Niektórym może się w związku z tym przypomnieć film pt. Dług w reżyserii Krzysztofa Krauzego (1999) i przedstawiany w nim problem gangsterskiego wymuszania nieistniejących długów. Innym – inspirowany właśnie książką Graebera – świetny spektakl wyreżyserowany w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie przez Jana Klatę (premiera 14.09.2019). Mówił Klata wtedy, że zrobił to, bo po odejściu ze Starego Teatru ma „wobec krakowskich widzów dług”.

Przedstawienie, brawurowo zagrane przez czwórkę aktorów, pomyślane zostało jako swego rodzaju teatralnie opracowany esej. Przywoływało m.in. wspominanych przez Graebera rozmaitych bohaterów literackich, którzy w taki czy inny sposób zajmowali się w swoich fikcyjnych światach długami. Element od czasu do czasu puentujący kolejne fragmenty spektaklu stanowiła przy tym piosenka: „Każdy człowiek jest długiem / Zrodzonym z siebie do śmierci / Każdy dzień jest pożyczką / Spłacasz ją w ratach dziennych”.

Na zasadzie „uderz w stół, nożyce / książki się odezwą”, w sprawie długów odzywało się i odzywa wielu znakomitych autorów. Szekspir od mniej więcej czterystu dwudziestu lat mówi na przykład głosem swego Kupca weneckiego, Rabelais zaczął nawet jeszcze troszkę wcześniej, by w tonacji tragifarsowej, karnawałowej – według Bachtina – mówić na ten temat głosem Panurga z historii o Gargantui i Pantagruelu. Coś do powiedzenia w tej sprawie miał w swoim czasie Molier i jego lichwiarz Harpagon ze Skąpca. Dołączyć mógłby Raskolnikow ze Zbrodni i kary albo Nastazja Filipowna z Idioty Dostojewskiego. Lalce Prusa też kwestia ta nie jest obca. Fachowcem absolutnym byłby Mefistofeles z Fausta Goethego. To on przecież przekonująco doradził pewnemu zadłużonemu do niemożliwości Cesarzowi emisję papierowych pieniędzy i papierów dłużnych, zgodnie – nawiasem mówiąc – z ekonomicznymi teoriami pierwszej połowy XIX wieku (zob. Faust. Część druga, sc. I; w tym kontekście zob. też: Viviana A. Zelizer, (Prze)znaczenie pieniądza, przeł. Marcin Korzewski, w: Socjologia codzienności, red. Piotr Sztompka i Małgorzata Bogunia-Borowska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008, s. 288-317). Ze współczesnych głos mogłaby zabrać na przykład Margaret Atwood poprzez powieść Dług. Rozrachunek z ciemną stroną bogactwa (przeł. Tomasz Macios, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, ss. 260) czy polski autor, Radek Rak z niedawno wydaną Baśnią o wężowym sercu albo wtórym słowem o Jakubie Szeli (Powergraph, Warszawa 2020, ss. 464).

Przedstawienie Klaty zbudowane zostało oczywiście między innymi z tego rodzaju przywołań. Nawiązywało poza tym do akcji demonstracyjnego spalenia tysiąca funtów przez członków zespołu muzycznego KLF (na pewnej szkockiej wyspie 23.08.1994) oraz do ich objaśnień znaczenia tego performance’u. Najzupełniej szczególne wrażenie wywoływała jednak, nacechowana osobistym doświadczeniem, opowieść jednego z aktorów o tym, jak przenosił się z teatru do teatru, z miasta do miasta, jak kupował w związku z tym mieszkanie, zadłużając się we frankach – razem z bratem, bo z żoną nie miał „zdolności kredytowej” – by następnie z powodu kolejnej przeprowadzki, sprzedając stare, kupować gdzie indziej nowe lokum… W trakcie kredytowych pertraktacji pracownica banku oferowała za grosze na Allegro jego autograf, bo to znakomity aktor, on zaś ciągle spłacał i spłaca jedynie odsetki, bez szansy na uwolnienie się od długu…

Cała ta historia poruszająco ilustruje proces popadania w błędne koło dłużnych zależności i określa sytuację współczesnych młodych ludzi (na stronach „Krytyki Politycznej” z 22 listopada 2019 zob. recenzję opisywanego spektaklu: Krzysztof Jaruś, Aktor się obnaża. Ekonomicznie).

Inspiracją do pracy nad książką o długu – objaśnia z kolei Graeber – był kryzys 2008 roku, który:

doprowadził całą światową ekonomię na skraj zapaści. […] Kryzys nie tylko wywołał powszechny gniew i zdumienie, ale stał się początkiem debaty publicznej na temat natury długu, pieniądza, a także instytucji finansowych, którym udało się uzależnić od swoich decyzji losy całych narodów. Trwało to jednak tylko chwilę. Do dyskusji nigdy w rzeczywistości nie doszło. Ludzie odczuwali jej potrzebę, ponieważ historia, której wysłuchiwali przez ostatnie dziesięć lat, właśnie okazała się gigantycznym kłamstwem (Dług, s. 24-25).

Graeber objaśnia dalej:

Na porządku dziennym były takie operacje, jak udzielanie ubogim  rodzinom kredytów hipotecznych skonstruowanych w taki sposób, aby nigdy nie zostały spłacone; przyjmowanie zakładów dotyczących okresu, po którym dłużnicy przestaną regulować należności; składanie hipotek oraz związanych z nimi zakładów w pakiet i odsprzedawanie inwestorom instytucjonalnym (nierzadko funduszom emerytalnym właścicieli tych hipotek) – przekonywanie ich przy tym, że bez względu na okoliczności wyjdą na swoje; umożliwianie tym samym inwestorom obrotu tymi pakietami, jakby to były pieniądze, zrzucanie odpowiedzialności za ostateczną spłatę zadłużenia na wielki konglomerat ubezpieczeniowy, który w przypadku utraty płynności finansowej wskutek obciążenia długiem (co było oczywiście nieuniknione) będzie ratowany przed upadkiem przez podatników (tak się w istocie stało). […] udzielanie skrajnie nieodpowiedzialnych pożyczek, przy pełnej świadomości, że gdy sprawa się wyda, politycy i biurokraci zrobią wszystko, aby doszło do spłaty długu, bez względu na liczbę zrujnowanych przy okazji ludzi (Dług, s. 25-26).

Historia długu zaczyna się jednak dużo wcześniej przecież niż powstały przywoływane dotąd, nawiązujące do niej literackie i „życiowe” przykłady. Podtytuł książki Graebera sygnalizuje wyraźnie, że chodzi o pięć tysięcy lat. Jest w niej między innymi rozdział zatytułowany Przedwieczne długi i inny: Krótki traktat o moralnych podstawach stosunków gospodarczych.

Naprawdę niesamowite w kontekście całej książki okazuje się zaś odkrycie, że – prawie tego nie zauważając – ludzką moralność i przyzwoitość, relacje między dobrem i złem, generalnie – res humanae i ujawniające się w nich człowieczeństwo opisujemy językiem handlu i handlowych umów, językiem rynku. Graeber szczególnie właśnie akcentuje fakt, że: „Spory o to, co, komu i od kogo się należy, odegrały kluczową rolę w kształtowaniu się naszego podstawowego słownictwa dotyczącego dobra i zła” (Dług, s. 16). Podkreśla, że „znaczna część języka moralności narodziła się na gruncie sporów o długi” (Dług, s. 17). Pisze też: „W świeckiej rzeczywistości moralność polega w znacznej mierze na wypełnianiu zobowiązań wobec innych i mamy uparty zwyczaj wyobrażania sobie tych zobowiązań w postaci długów” (Dług, s. 22). Potwierdza to lektura Biblii i opisywanych w niej historii dłużników. Podobne opowieści zawierają księgi sakralne wywodzące się z innych kultur. Słowa „I odpuść nam nasze winy…” z modlitwy Ojcze nasz w popularnym średniowiecznym przekładzie brzmiały wręcz: „Odpuść nam nasze długi” (Dług, s. 486).

Jeśli ktoś jest komuś coś winien, to znaczy, że jest dłużnikiem. Rodzimy się jako dłużnicy i jako dłużnicy mamy być sądzeni.

Grzechy to nasze długi wobec Boga: są nieuniknione, ale niewykluczone, że można je kontrolować, skoro u kresu czasu to właśnie z długów i kredytów moralnych rozliczy nas Bóg podczas Sądu Ostatecznego. Pojęcie długu stało się składnikiem najbardziej intymnych relacji międzyludzkich (Dług, s. 486).

Odpowiadające kwestii długów słownictwo i frazeologia obejmują formuły typu: długi trzeba spłacać / oddawać / nadejdzie dzień zapłaty / wypłaty / odkupienia (to ostatnie z języka starożytnych finansów). Dług to synonim winy: ktoś jest komuś coś winien, w tym państwu – na przykład podatki. Składa się komuś daninę. Składa się też ofiary, przekraczając granicę między profanumsacrum (Dług, s. 80-81). Kogoś się czymś zniewala, kogoś od czegoś / długów zwalnia / uwalnia / wyzwala / czyni wolnym. Istniało niewolnictwo za długi i pojęcie darowania długów – obok długu pojawia się tu znacząca w antropologii kategoria daru, za który trzeba się zrewanżować / odpłacić – rozmaicie w zależności od kontekstu kulturowego. Czasem odpłaca się na przykład „pięknym za nadobne”. Istnieje pojęcie zobowiązania i wdzięczności, które w tle mają oczywiście dłużnika i wierzyciela (odwołanie do badań Bronisława Malinowskiego i jego Argonautów Zachodniego Pacyfiku rozumie się samo przez się – przeł. Barbara Olszewska-Dyoniziak i Sławoj Szynkiewicz, PWN, Warszawa 1967). Ktoś coś komuś zawdzięcza, ktoś komuś odwdzięcza się, ktoś może sobie kupić przebaczenie, darowując innemu zaciągnięte długi / winy… Bywa, że komuś coś procentuje w relacjach z innym. Ktoś komuś udziela kredytu zaufania. Ktoś nadużywa czyjegoś kredytu zaufania. Ktoś coś zyskuje, ale też ktoś kogoś wyzyskuje. Wymiany, przejęcia i zwroty własności funkcjonują „od zawsze”. Można mówić, podkreśla Graeber, o „sprowadzaniu wszelkich ludzkich stosunków do wymiany, jakby nasze związki z kosmosem dało się wyrazić w kategoriach wymiany handlowej” (Dług, s. 30).

Tu warto może przywołać fragment analiz prowadzonych z perspektywy antropologii kulturowej przez francuską filozofkę, Chantal Delsol. Jej uwagi wyrażają nie tylko akceptację, ale i uzasadnienie takiej właśnie wizji rzeczywistości:

Ponieważ człowiek jest […] istotą kulturową, zaciąga, czy tego chce czy nie, dziedziczny dług. Albowiem świata, który zamieszkuje i bez którego nie może żyć, nie stworzył sam, zawdzięcza go innym ludziom, którzy już nie żyją i o których często nic nie wiadomo, jest dłużnikiem umarłych.

Wszystkie sieci relacji rodzinnych i towarzyskich, jakie zawiązują się między ludźmi, w różnym stopniu należą do systemu długów. Wymiana ekonomiczna z jej policzalnymi długami stanowi tylko maleńką cząstkę ogromnego i złożonego systemu długów kulturowych, uczuciowych, długów troski i gestów przyjaźni. Dług tworzy samą tkankę więzi społecznej, towarzyszącej każdej relacji, a jednostka, która sądzi, że nic nikomu nie jest winna, staje się samotnym wilkiem lub Kiplingowskim „kotem, który chodzi swoimi drogami”. Każda relacja zaczyna się od daru, a darem jest już zwykły uśmiech, który zobowiązuje tego, kto go otrzymuje (Czym jest człowiek. Kurs antropologii dla niewtajemniczonych, przeł. Małgorzata Kowalska, Wydawnictwo Znak, Kraków, s. 175).

Gdyby z kolei zajrzeć na „nasze podwórko”, można by przypomnieć ks. Józefa Tischnera i pewne jego kazanie na Dzień Zaduszny. Mówił w nim, że sens odwiedzania w takim dniu cmentarzy sprowadza się do wyobrażonej „rozmowy z umarłymi”.

[…] w tej rozmowie okazuje się, że ci, co umarli, często są bardziej żywi niż ci, którzy pozostali przy życiu. Umarli żyją. Umarli mówią. Umarli opowiadają. Jest w naszym życiu jakieś wielkie dziedzictwo umarłych. Umarli coś nam pozostawili, pozostawili nam jakieś dziedzictwo. Pozostawili nam domy, pozostawili nam miasta, pozostawili nam drzewa ich ręką sadzone; pozostawili nam uprawiane ich ręką pola. Pozostawili nam naszą mowę […] W nas jest dziedzictwo umarłych. Jesteśmy spadkobiercami (Wiara ze słuchania. Kazania starosądeckie 1980-1992, oprac. Wojciech Bonowicz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 10).

I nie da się ukryć – jesteśmy dłużnikami tych, którzy odeszli, a „długi trzeba spłacać”. Jesteśmy im to winni. Wydaje się więc, gdyby wrócić do książki Graebera, że pytania, na które otwiera jej lektura, pytania o to, „co w istocie jesteśmy sobie nawzajem winni i co to właściwie znaczy, że stawiamy sobie to pytanie” (Dług, s. 30), ma w naszej rozchwianej, burzliwej współczesności i wobec nieprzewidywalnej przyszłości sens szczególny.

Tym bardziej, że – jak Graeber starannie podkreśla – antropologia rejestruje wprawdzie wielką rozmaitość i różnorodność kultur, ale równocześnie także zdumiewające podobieństwa między ludźmi.

Z pewnością warto sobie zatem zdawać sprawę z faktu, że wszystkie sfery ludzkiego życia, niezależnie od miejsca i czasu, opanował język rynku, że to rynek dostarcza słownika, do którego przez wieki sięgali i sięgają moralni i religijni przeciwnicy. I pytać, czy mamy tego świadomość. Bo przecież można by też powiedzieć, że jaki język, taki świat, jaki język, takie człowieczeństwo. Językowy obraz międzyludzkich relacji, oceniany na podstawie zgromadzonych wyżej przykładów leksykalno-frazeologicznych świadectw, wskazuje zaś wyraźnie, że w reprezentowanym przez niego świecie łatwo o zachwianie, delikatnie mówiąc, równowagi między ludzkimi potrzebami i wyobrażeniami oraz możliwościami, między tym, co indywidualne i wspólne, co publiczne i prywatne, co szlachetne i podłe, co dobre i złe…

I teraz zajrzyjmy do nowej, także po polsku niedawno wydanej (2021) książki Timothy’ego Snydera Amerykańska choroba (zob. poza tym inne prace jego autorstwa: O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku, Kraków 2017; Droga do niewolności. Rosja – Europa – Ameryka, Kraków 2019, wszystkie w przekładzie Bartłomieja Pietrzyka wydane przez Znak Horyzont). Tę Amerykańską chorobę także wolno chyba czytać ze względu na międzyludzkie relacje pojmowane w kategoriach długu.

Punkt wyjścia do uogólnień stanowi w tej książce opowieść o absolutnej gehennie, jakiej doświadczył sam autor. Przerzucany w chorobie ze szpitala do szpitala, z sepsą, na granicy życia i śmierci, „wściekle samotny” daremnie wyczekiwał – opowiada – że ktoś z personelu medycznego skupi uwagę na objawach świadczących o stanie jego zdrowia, zastanowi się nad ich źródłem, postawi diagnozę, skonsultuje się z innymi lekarzami, określi sposób leczenia, a przede wszystkim potraktuje go jak ciągle jeszcze żywego, cierpiącego człowieka Że dla kogoś ważniejszy będzie sam człowiek niż wpisane w komputer procedury i tempo pracy. Tymczasem:

[…] nie wdrożono żadnego konkretnego leczenia. Lekarze oraz pielęgniarki byli w stanie spędzić ze mną najwyżej kilka sekund i rzadko nawiązywali ze mną kontakt wzrokowy. Wykonywali badania krwi, zapominali o wynikach, przekazywali je z błędami. Nieustanne roztargnienie lekarzy i pielęgniarek jest jednym z objawów naszej choroby. Każdy pacjent ma swoją historię, ale nikt jej nie śledzi (Amerykańska choroba, s. 38).

Udało mu się jakimś cudem ujść cało. To porażające doświadczenie i opowieść o nim, budowana na podstawie szpitalnych notatek, stają się następnie podstawą do opisu w książce generaliów charakteryzujących „amerykańską chorobę”. „Chorobę” tę powodują, pisze Snyder, organizacja oraz działanie systemu opieki zdrowotnej, w którym liczy się wyłącznie komercja i konkurencja, więc biznes. Na taką opiekę milionów ludzi w ogóle zresztą nie stać. Tych zaś, którzy mogą z niej skorzystać, system i jego ludzie traktują wyłącznie w kategoriach opłacalności finansowej. Jest w konsekwencji w książce Snydera także rozdział z wykazem kłamstw i zachowań prezydenta Trumpa odnośnie do pandemii koronawirusa, rozdział określający „cenę, jaką płacą za to” Stany (w tym kontekście zob. wyliczenie wprowadzających w błąd oświadczeń prezydenta: Tom Phillips, Prawda. Krótka historia wciskania kitu, przeł. Maria Gębicka-Frąc, Wydawnictwo Albatros, wyd. II, Warszawa 2020, s. 14-16). Cały ten system, z dodatkiem celowych kłamstw i oszustw, zdaje się w każdym razie odpowiadać przeświadczeniom formułowanym niegdyś, zapewne w dobrej wierze, przez Adama Smitha. Ten zaś – jak podkreśla Graeber – był przekonany, że:

Bóg – czy też […] Boska Opatrzność – poukładał wszystko w taki sposób, że nasze dążenie do własnej korzyści, przy braku ingerencji w mechanizm rynku, „niczym wiedzione niewidzialną ręką” przyczyni się do ogólnego dobrobytu” (Dług, s. 61).

Zmierzając do jakiejś konkluzji, powiedzmy: wyeliminowanie pojęcia długu z kultury raczej w grę nie wchodzi. Snyder także go używa i nie tylko wtedy, gdy w zamykających książkę podziękowaniach wylicza, co komu zawdzięcza.  Także na przykład w rozdziale Odnowa zaczyna się od dzieci, w którym pisze:

Paradoks wolności polega na tym, że nikt nie jest wolny bez pomocy. Wolność może być samotna, ale wymaga solidarności. Dorosły, który nauczył się być wolny w samotności, korzystał z solidarności jako dziecko. Wolność jest zatem kredytem udzielanym i spłacanym z pokolenia na pokolenie. W ciągu pierwszych pięciu lat życia dzieci potrzebują skupionej, świadomej uwagi. Tego szczególnego czasu dzieci nie mogą uzyskać od innych dzieci ani dorośli od dorosłych. Dzieci mogą jedynie pożyczyć go od dorosłych. Spłacić ten dług mogą zaś dopiero później, gdy dorosną, dzieciom, których dziś jeszcze nie ma. Wolny kraj rozwija się przez pokolenia (Amerykańska choroba, s. 86-87).

Dla wyobrażeń Snydera o normalności i moralności znamienny jest jednak pogląd, że niejako w kontrze do omawianego wyżej języka handlu na usługach przyzwoitości, trzeba biznesowe opcje i myślenie na temat relacji z innymi równoważyć. Jest to do pomyślenia, gdy na drugiej szali kładzie się wolność, solidarność, empatię, równość oraz prawo do godności. Bez dobrze zaprojektowanej pod tym względem edukacji idea taka ma jednak raczej nikłe szanse na rzeczywistą skuteczność. Jakie człowieczeństwo, taki język i taki świat. Czego Jaś w relacjach z innymi nie doświadczył, tego Jan nie będzie umiał zastosować wobec innych…

I na koniec: w kontekście zapisków na temat prezentowanych tu lektur powstaje pytanie, czy w naszej własnej, ojczyźnianej, historii nie jesteśmy akurat świadkami i uczestnikami wprowadzania w życie takiej wizji świata, która każe koncentrować uwagę wyłącznie na komercji, zarówno w odniesieniu do spraw opieki zdrowotnej, jak szkół, jak uniwersytetów… Czy nie wpędzamy się właśnie w chorobę podobną do tej, którą charakteryzuje Snyder…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zapiski na marginesach starych i nowych lektur

Fot. Wikimedia

Zofia Agnieszka Kłakówna – mieszka w Krakowie, polonistka, literaturoznawczyni, od zawsze i stale zajmuje się problemami edukacji — w teorii i w praktyce, w różnych rolach, w różnych szkołach, w różnych miejscach, w Polsce i poza jej granicami, jest autorką paru książek na ten temat, współautorką koncepcji edukacyjnej i odpowiadających jej podręczników pod nazwą To lubię! Sztuka pisania, przez wiele lat redagowała czasopismo „Nowa Polszczyzna”. Zdaniem recenzentów jej prac – „skrajna indywidualistka, która przedziwnym sposobem prawie zawsze pracuje w zespole”. 

Wszystkie zapiski

14.10.21. Bezradność i wyobraźnia

Trochę głupio i niezręcznie pisać jakby nigdy nic o właśnie czytanych i wartych przeczytania książkach, gdy na naszej granicy mocą rządowych decyzji umierają z głodu i wychłodzenia bezradni ludzie, gdy te same moce wyprowadzają nas z Unii Europejskiej, za nic mając elementarną wyobraźnię co do tego choćby, jak dalece jesteśmy „więźniami geografii”. Mimo wszystko chciałoby się jednak myśleć, że czytanie i namysł nad znaczeniami czytanego jako rzeczywista praktyka kulturowa czynią pewne kwestie oczywistymi, pomagają się rozeznawać w tym, co dookoła, umożliwiają tworzenie jakiejś zasadniczej hierarchii wartości, jakieś rozumienie sytuacji ogólnej oraz własnej, jakieś warunki porozumiewania się i porozumienia…

Czytaj »

2.09.21. Podziemie…

Ludzie wokół mnie reagowali tak samo: po prostu szli przed siebie, udając, że nie widzą sekciarzy. […] Niemieccy intelektualiści z okresu weimarskiego chyba postępowali podobnie, kiedy pierwszy raz widzieli Hitlera (Podziemie…, s. 303).

Czytaj »