Katastrofa po katastrofie

Kapitalna książka Grzegorza Rzeczkowskiego „Katastrofa posmoleńska. Kto rozbił Polskę” ujawnia z okrutną precyzją dwie straszne prawdy: cwany cynizm polskiej prawicy i ślepotę wszystkich pozostałych

Jest też i trzeci element tej układanki, choć może najmniej zaskakujący – że za podziałem Polski na dwa wrogie obozy stali też Rosjanie. Przy czym nie chodzi raczej o demonicznych putinowskich agentów, niczym znani z naszej niesławnej historii drugiej połowy XVIII wieku ambasadorowie Repnin, Stackelberg czy Igelström. Tak jak Rosjanie nie zestrzelili prezydenckiego tupolewa, tak nie uknuli samodzielnie spisku na polską demokrację. Raczej suflowali, prowokowali i dyskretnie wspomagali. Kogo? Tych, którzy standardów unijnych – liberalnej demokracji, wolności, świeckości, praw człowieka – boją się jak diabeł święconej wody. Długo jednak znajdowali się na marginesach polskiego życia publicznego i dopiero społeczna trauma po 10 kwietnia 2010 pozwoliła im wypełznąć na powierzchnię.

O kogo konkretnie chodzi? Grzegorz Rzeczkowski rozpoznaje, lokalizuje, opisuje i charakteryzuje ich z klasą wybitnego śledczego na prawie 300 stronach swojej książki. Na tę różnorodną biograficznie grupę składają się i pogrobowcy komunistycznego szowinisty Mieczysława Moczara (od kombatantów Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald” po jawnie proputinowską partię Zmiana), i działacze Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej (spod skrzydeł  Mateusza Morawieckiego – jeszcze w funkcji prezesa wielkiego banku), i wreszcie spadkobiercy strasznej tradycji polskiej endecji, po dziś dzień czczący zabójcę prezydenta Narutowicza. Wspierani oni byli organizacyjnie, logistycznie, finansowo przez antysemitę milionera Jana Kobylańskiego, przez alt-prawicę amerykańską i grupkę miłośników Rosji w tamtejszym establishmencie i przez „niepokorne” pseudo-media prawicowe – od Radia Maryja po „Gazetę Polską”.

Dopiero kiedy wspólnym wysiłkiem tym autentycznym współczesnym targowiczanom udało się rozdmuchać ognisko z popiołów tupolewa, do akcji włączył się PiS. I było pozamiatane. Ale jeszcze długo ani polska opinia publiczna, ani polskie służby specjalne, ani media, ani – przede wszystkim – polski rząd PO-PSL nie zauważyły, co się stało. Aż do wyborów w 2015 roku.

Mainstreamowa opinia publiczna najpierw prawo do przeżywania tragedii oddała całkowicie w ręce Jarosława Kaczyńskiego, jakby jedynym pasażerem tupolewa był jego brat. A kiedy na Krakowskim Przedmieściu narastała histeria wokół krzyża, a potem pęczniał obłęd kolejnych miesięcznic, uznała to za przejaw folklorystycznej aberracji, którą należy zostawić samej sobie. Służby z kolei zaniedbały ustalenie, że za tym pozornym w istocie obłędem stoją ludzie i organizacje, których bynajmniej o utratę zmysłów nie można posądzać. Media tymczasem uczestniczyły w symetrystycznym obrzędzie, w którym dawały głos (i rozgłos) prawie każdej bredni, manipulacji i kłamstwu. Wiedzione po trosze pryncypialną zasadą „audiatur et altera pars”, a po trosze skrajnie cynicznym przeświadczeniem, że afera i wariactwo dobrze się sprzedają, nagłaśniały i reklamowały treści, które w gruncie rzeczy można by porównać do tezy o płaskiej Ziemi czy tajnych rządach Reptilian. Zestawiając wersje spiskowe z dowodami ekspertów mówiły raczej o „kontrowersjach”, „różnicy stanowisk” czy „poglądów”… Całkiem tak, jakby informować, że równoprawne jest podawania, iż 2+2=4 oraz 2+2=5.


Na dobitkę (a może jednak przede wszystkim?) równie zabójczym brakiem wyobraźni wykazał się rząd i cała elita władzy III RP. Dość wspomnieć, że komisję Macieja Laska, której celem było wyjaśnianie setek i tysięcy kłamstw, łgarstw i dezinformacji rozkręconej już na potęgę propagandowej maszynki pisowskiej, powołano dopiero dwa lata (!) po katastrofie. Ale nawet i wtedy ta swego rodzaju – jak się okazuje – „komisja ostatniej szansy” napotkała w samym centrum rządowym, czyli w Kancelarii Premiera, gdzie urzędowała, na mur niechęci i niezrozumienia. Jak wspomina jeden z jej członków, przytaczany przez Rzeczkowskiego: „Czuliśmy, jakbyśmy pracowali na wrogim terenie. Wszyscy bali się do nas zbliżyć, nie chcieli mieć z nami nic wspólnego, żeby nie zostać oskarżonymi o jakiekolwiek działanie po naszej stronie (…) Mieliśmy problemy z umówieniem się z kimkolwiek decyzyjnym. Pamiętam, że gdy wiosną 2015 roku chcieliśmy przygotować stronę zespołu po angielsku, to się nie udało, bo nie dostaliśmy zgody. Byliśmy osamotnieni”.

Podaliśmy, proszę państwa, Jarosławowi Kaczyńskiemu Polskę na złotej tacy.

Skrewiliśmy.

Jacek Rakowiecki

  • Grzegorz Rzeczkowski „Katastrofa posmoleńska. Kto rozbił Polskę”, Wydawnictwo Tarcza 2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *