To jest wojna. Normalne życie staje się nielegalne

– Prawa kobiet są obecnie na pierwszym planie politycznej walki ideologicznej – uważa Klementyna Suchanow.  W księgarniach pojawiła się właśnie jej książka „To jest wojna”. Suchanow dowodzi, że kobiety i ich prawa są przedmiotem wielkiej rozgrywki o losy świata. Książka mówi również o historii międzynarodowego buntu kobiet


O degradowaniu praw kobiet przed rokiem pisała Ewa Borguńska, dziś wraca to swojego tekstu dowodząc, że nic się nie zmieniło:


Na początku stycznia 2019 r. napisałam w facebookowej notatce: „Klementyna Suchanow bliżej naświetliła międzynarodową, systemową kampanię degradowania praw kobiet i osób w sytuacji podatnej na przemoc, prowadzoną przez środowiska parakatolickie i katolicko-neofaszystowskie, które przyklejają się do rządów, a których w Polsce emanacją jest Ordo Iuris (pod rękę z ONR i MW oraz posłami większości parlamentarnej). Ordo Iuris, jak pamiętamy, zamierzał wtrącać kobiety do więzienia za poronienie. Wbrew opinii niektórych demokratów, ta sprawa jest na pierwszej linii polityki światowej – tej, która ma na celu objęcie rządu dusz, a nie w drugorzędnym tle. Warto żeby Klementyna ponownie to zapisała i żeby zostało opublikowane”.

Klementyna zapisała i właśnie na rynek wchodzi jej książka „TO JEST WOJNA”. Książki jeszcze nie czytałam więc nie mam zamiaru jej recenzować. Wiem tyle, co z opisu w sklepie internetowym, co Klementyna sama ujawnia na swoim profilu na Facebooku, i to co mówiła na spotkaniach. Tomasz Piątek również badał powiązania Ordo Iuris i wiem, że oboje autorzy kontaktowali się, więc według mnie można się spodziewać obrazu pełnego na tyle, na ile można go zmieścić w 640-stronicowej książce. Jest to także opis zrodzonego w Polsce w październiku 2016 roku ruchu, będącego bezpośrednią konsekwencją Czarnego Poniedziałku i jego wpływu na podobne działania kobiet na całym świecie. Jest zapisem osobistych doświadczeń z tamtych dni.

Zatem recenzji nie będzie, ale tekst tak. Bo od dawna marzyło mi się zrobić coś takiego. Otóż wziąć stary tekst i go użyć, bo nie stracił na aktualności. I teraz właśnie nadarza się okazja. Mimo, że nie ma w tym tekście całego bujnego w wybory 2019 roku, mimo, że nie ma w nim spektakularnego początku 2020, mimo że nie odnosi się do „najgroźniejszego obecnie wroga chrześcijańskiej Polski” czyli osób LGBTQIA, korzystam z okazji, bo wspomniana na wstępie notatka cieszyła się dużą popularnością i chyba warto przypomnieć, co rok temu nas rozgrzewało:


PRZECZYTAJ TAKŻE: Kreml na wojnie z kobietami


„Mogłabym właściwie wziąć jakiś tekst z 2016 r., albo 2017, a zwłaszcza 2018, stworzyć jakąś kompilację. Bo sprawa jest ciągle ta sama tylko okoliczności się zmieniają. W sensie, że one już były tylko teraz stają się jakby namacalne. 


Prawa kobiet nie są tylko ich prawami

Prawa kobiet nie są tylko prawami kobiet, są sferą oddziaływania władzy na całe społeczeństwo. Cechą charakterystyczną każdego systemu totalitarnego jest przejęcie mediów i podporządkowanie sądownictwa oraz wygaszanie organizacji pozarządowych. Ale jest jeszcze jeden symptom (pisałam o tym w 2016 r.) – wprowadzenie społeczeństwa w permanentne poczucie niepewności, upokorzenia, a nawet strachu poprzez państwowe zarządzanie najintymniejszą prywatnością, poprzez sprawianie, że normalne życie staje się nielegalne. Drogą do tego jest ograniczanie praw kobiet w sferze najbardziej prywatnej, a nawet intymnej. Poprzez kobiety reżim oddziałuje na ich bliskich. Kobiety nie są dyskryminowaną mniejszością, stanowią ponad 51% społeczeństwa. Matki, siostry, córki, żony, przyjaciółki, znajome, współpracownice, szefowe, podwładne mają mężów, synów, przyjaciół, ojców, których te ograniczenia dotyczą tak samo, oprócz tego, że nie dotyczą bezpośrednio ich ciał. Aspiracje polskiego rządu PiS-u z przystawkami do władzy totalitarnej, do neofaszyzmu, do reżimu są chyba już w końcu czytelne?

Uderzanie w dobrostan kobiet to uderzanie w całe społeczeństwo w sferze najwrażliwszej, bo  bezpieczeństwa prywatności i zdrowia (a nawet życia) własnego, bliskich i dzieci. A te ciosy są rozmaite od ekonomicznych po najintymniejsze, od fizycznych po werbalne.

Okładka książki Klementyny Suchanow „To jest wojna!”, wyd. Agora

W tej chwili nie wiadomo, gdzie natkniemy się na tzw. „klauzulę sumienia”. Czy w związku z jej rozpanoszeniem usłyszymy prawdziwą diagnozę, czy zostaną nam zalecone właściwe badania, czy zostaną wykonane, a ich wyniki rzetelnie przedstawione, czy zostaną nam sprzedane przepisane lekarstwa, czy państwowa opieka zdrowotna w ogóle nas jeszcze dotyczy, czy za wszystko musimy płacić prywatnie. I nie dotyczy to tylko ginekologii i położnictwa, choć to jest najbardziej groźne i upokarzające (chwała Bogu, światowej sławy lekarz, papież Franciszek pozwolił usuwać chorą macicę…). Poszukiwanie dostępności usług i leków po całej Polsce, także za granicą, pocztą szeptaną, po kryjomu, znajdowanie na to pieniędzy – to jest sprowadzanie normalnych życiowych problemów do podziemia, do poczucia nielegalności, gdy tymczasem nielegalnie postępuje państwo polskie. Czy naprawdę to są tylko sprawy kobiet? Nie dotyczą ich rodzin i przyjaciół? Czy wszyscy nie uczestniczą w „spisku”, żeby zrealizować całkiem naturalne potrzeby? Czasem ważące o całym życiu lub po prostu o tym czy będzie się żyć, czy się umrze?

I dowiadywanie się, że jakieś ministerstwo wysłało instrukcję Ordo Iuris do prokuratur, jak mają ścigać „niewłaściwe” praktyki i zakupy kobiet, że inne ministerstwo chce pozwolić na bezkarne bicie tak jak w Rosji, że jeszcze inne odmawia dotacji dla sprawdzonych organizacji przeciwdziałających przemocy i pomagających ich ofiarom, że zakazuje przyjmowania do schronisk kobiet z dziećmi uciekających przed katem, że każe mediować z tym katem, że planowane jest drastyczne podniesienie kosztów rozwodu, że alimenty na dziecko uzależnia się od dochodu rodzica-opiekuna (przeważnie matki) dziecka, że dorosłe osoby z niepełnosprawnościami są traktowane jak zło konieczne, a kobietom, które przeważnie są ich opiekunami, nie starcza na życie swoje i ich, bo nie wyrobiły emerytury, bo mniej zarabiają, bo opiekując się, rodząc, pracują krócej niż mężczyźni, którzy je zostawili. Że dzieci z niepełnosprawnościami nie są wpuszczane do szkół w celu kształcenia indywidualnego, więc znów przeważnie matki zostają w domach z tymi dziećmi, a zajęcia w grupach organizowane są pokątnie, że kolejne ministerstwo reglamentuje antykoncepcję i likwiduje standardy okołoporodowe (znów legalnie można rodzącą kobietę traktować jak worek, a roniącą jak szmatę), bo ból, cierpienie i upokorzenie jest powinnością kobiety, dzieci z in vitro są dziełem szatana z bruzdą na czole, a zarodki płaczą, bo kobiety i już urodzone dzieci przecież nie płaczą… I, że Rzecznikiem Praw Dziecka zostaje religijny fanatyk, a atrapa Trybunału Konstytucyjnego ma rozstrzygnąć czy torturowanie kobiet (i dzieci) poprzez nakaz trwania w ciąży z płodem z wadami letalnymi, czyli śmiertelnymi, jest zgodne z Konstytucją. A jak się dziecko urodzi żywe i umrze w mękach, to mamusia dostanie 4 tysiące złotych, które odda na tacę za chrzest i pogrzeb katolicki. I że rodzice jednego czy dwojga dzieci nie są rodzicami całe życie, bo tymi są tylko ci, którzy mają co najmniej troje dzieci i dostaną za to kasę choćby mieli 90 lat (to z ostatniej chwili). Naprawdę nikogo oprócz kobiet to wszystko nie rusza, choć nie wymieniłam wszystkiego? Bo np. nie wymieniłam, że ten sam lek podawany mężczyźnie w celu leczenia przerostu prostaty kosztuje 1,50 zł, a podawany kobiecie w procedurze in vitro kosztuje 380 zł.

Naprawdę nie widać systemu przemocy państwa wobec WSZYSTKICH obywateli poprzez odbieranie wolności kobietom rozmaitymi metodami?

A ta nieszczęsna aborcja? Przerywanie ciąży odbywało się zawsze, odbywa się i będzie się odbywać. I żadne zaklęcia tego nie zmienią. Czy zawsze dotyczy tylko kobiety? A może jednak często także męża czy partnera, a także urodzonych już dzieci? Nawet przeprowadzenie legalnego, czyli zgodnego z obowiązującym prawem zabiegu wymaga obecnie jakichś horrendalnych zachodów, błagania o wsparcie rozmaitych organizacji, walki z czasem, walki o humanitaryzm. No, a reszta jest nielegalna, jest przestępstwem, jest złem. Jest nieopodatkowanym czarnym rynkiem, zagrażającym zdrowiu i życiu kobiet. Jednocześnie ograniczony i utrudniany dostęp do antykoncepcji oraz ideologiczna indoktrynacja oparta na cynicznych kłamstwach i zabobonach w miejsce edukacji seksualnej zapędza dziewczynki i kobiety w niechciane ciąże i kółko się zamyka. Brak edukacji seksualnej powoduje też plagę chorób wenerycznych wśród bardzo młodych dziewcząt i chłopców. To jest wyniszczanie narodu. 

Tak, jak powiedziała Klementyna Suchanow: – Prawa kobiet są obecnie na pierwszym planie politycznej walki ideologicznej. To dzieje się na całym świecie, poprzez powiązane struktury organizacji wspierających rządy o totalitarnych aspiracjach, albo już totalnych. To jest także jeden z podstawowych punktów ideologii neofaszystowskiej. To jest główny cel ataku zwłaszcza polskiego kościoła katolickiego. Polska stała się ciepłym zakątkiem dla antykobiecych fanatyków.


Na pierwszym miejscu walka o prawa kobiet

Jeśli walczymy z faszyzmem i autorytaryzmem, to w mojej ocenie, walka o prawa kobiet jako o prawa całego społeczeństwa powinna być w każdym programie pierwszym punktem.

Jeśli chcemy przekonywać nieprzekonanych, żeby głosowali w wyborach i żeby nie głosowali na PiS i starać się trafiać także do wyborczyń PiS-u to nie musimy mówić koniecznie o aborcji (choć dlaczego nie? Np. wiejskie kobiety wbrew pozorom są bardziej otwarte, bo mają trudniejszy do niej dostęp), ale wystarczy o przemocy i o traktowaniu przez lekarzy i położne. O pieniądzach, czyli kosztach.

Jeśli chcemy zjednoczenia, to niech jednym z punktów będzie wdrażanie postanowień Konwencji antyprzemocowej i zdemaskowanie tego wielkiego oszustwa, którym PiS i Kościół katolicki chcieli ją zablokować czyli gender. O tym „potworze zagrażającym polskiej tradycji” jest w konwencji jeden czy dwa punkty, które były mielone także przez „liberalne” media do znudzenia, do skutku, aż stały się główną cechą stambulskiego dokumentu. Cała reszta jest po prostu o przeciwdziałaniu przemocy i o tym była cisza. I przyjrzyjmy się na poważnie postulatom Strajku Kobiet. 

Chcemy zjednoczenia? Zjednoczmy się wokół głównego zagrożenia dla demokracji. Bez wolnych i pełnoprawnych kobiet (oczywiście także bez wszystkich mniejszości, ale nie o nich jest ten tekst) nie będzie ani wolnych sądów ani wolnych mediów. No chyba, że panowie uznają, że dadzą sobie radę sami i wywalczone przez nich (o ile Kijowski nie rozwiąże demo, Frasyniuk nie wyprowadzi ludzi w pole, a Schetyna nawet nie spojrzy na ulicę) wolne media i sądy wystarcza, że będą dla nich i dla takich Rafalskich, Szydło, Mazurków, Pawłowicz, Godek, Dudziak czy innych Sobeckich, które są narzędziem reżimu. Ale wtedy nie mówmy o demokracji.

PS. A tak przy okazji… Jaki jest powód, że nawet „motherfucker” jest tłumaczony na „skurwysyna” choć literalnie to oznacza kompletnie co innego? Taka „tradycja”? Czy tylko ja widzę tę zasadniczą różnicę? Że tam bandyta jest tak skrajnym podlecem, że nawet własną matkę…,  a u nas bandyta jest bandytą, bo ma matkę kurwę, a w łagodniejszej formie zwierzęcą sukę? I dziwimy się kulturze gwałtu, przemocy, bagatelizowania ich przez ludzi, przez władze, policję i sądy? Słowa wiele znaczą. Słowo Konstytucja też znaczy.

Zasadniczy tekst napisany został 8 stycznia 2019 r. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *