7. Czy wolno nam i czy powinniśmy mówić o reformie konstytucyjnej?

Powody byłyby rozmaite. Konkretnym i wobec tego najmniej ważnym jest myśl o zagrożeniu zmianą konstytucji wszczętą przez obóz władzy – jedną z możliwych strategii byłoby wyprzedzić taki atak, czyniąc z reformy konstytucyjnej istotny element programu opozycji choćby po to, by tym trudniej było o tym mówić ludziom obozu władzy. Istnieją jednak oczywiście zdecydowanie poważniejsze powody. Czy konstytucja uchwalona niegdyś w parlamencie pod nieobecność środowisk prawicy i przyjęta w referendum o stosunkowo niskiej frekwencji, poparta zatem nie przez większość obywateli, a przez ok. 23% uprawnionych, miała kiedykolwiek w swej historii wyraźnie wyższe poparcie? Czy dla oceny jakości konstytucji wystarczy jakość jej zapisów, czy może równie istotny jest stopień jej uświadomionej społecznie akceptacji? Myśląc o konstytucji, wspominamy często o „bezpiecznikach demokracji”, które być może po prostu zawiodły, skoro konstytucję wraz z opisanymi w niej instytucjami rozmontowano. Być może zatem analiza konstytucyjnych zapisów powinna skłaniać do myśli o reformie? Może zmian konstytucji trzeba będzie, by przywrócić np. polityczną bezstronność Trybunału Konstytucyjnego? A może uznamy, że trójpodział władzy, o którym tyle mówiliśmy w ostatnich latach opisuje relacje trzech władz, a nie jedynie dwóch? Że zatem kontrola rządu przez parlament jest niezbędnym elementem trójpodziału władzy, który w III RP nigdy nie funkcjonował, skoro rząd pochodzący z parlamentarnej większości używał jej, by forsować własne projekty ustaw, zamieniając parlament w narzędzie do głosowania? Że tego rodzaju „bezpiecznik demokracji” – gdyby działał – uchroniłby nas przed dzisiaj przeżywanymi kłopotami?