150 pytań na 150 tygodni

Miało być tych pytań 150 – bo tyle mniej więcej czasu zostało do wyborów terminowych. Ile ich będzie w rzeczywistości, zobaczymy. Po bardzo niepewnej przyszłości możemy się spodziewać rozmaitych momentów gwałtownych, a ten, który przeżywamy obecnie, jest jednym z nich. Choć on może zmienić bardzo wiele i prawdopodobnie zmieni, uważamy, że nie dezaktualizuje doświadczeń i nie zwalnia z obowiązku myślenia. Spora część wyzwań staje się przez to tylko bardziej pilną sprawą.

Konstytucja RP, Art. 4. 2: Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Celem projektu 150 pytań jest, by odpowiadali w rzeczywistości obywatele, by o sprawach najważniejszych dla Polski, Polek i Polaków nie rozstrzygano za zamkniętymi drzwiami. To nie populistyczna anarchia -- to wypełnienie obietnicy Konstytucji, której od lat bronimy przed ostatecznym zdeptaniem.

Potrzebujemy rozwoju obywatelskich mediów. Częścią projektu powinny być badania społeczne i panele obywatelskie i głosowania referendalne. To wielkie przedsięwzięcie. Wymaga środków, które dziś są poza naszym zasięgiem.
Wesprzyj

Miało być tych pytań 150 – bo tyle mniej więcej czasu zostało do wyborów terminowych. Ile ich będzie w rzeczywistości, zobaczymy. Po bardzo niepewnej przyszłości możemy się spodziewać rozmaitych momentów gwałtownych, a ten, który przeżywamy obecnie, jest jednym z nich. Choć on może zmienić bardzo wiele i prawdopodobnie zmieni, uważamy, że nie dezaktualizuje doświadczeń i nie zwalnia z obowiązku myślenia. Spora część wyzwań staje się przez to tylko bardziej pilną sprawą.

Poniżej lista pytań na pierwszy sezon (kwartał) debaty. Jak nietrudno się zorientować, cały szereg dalszych pytań wynikać będzie z odpowiedzi uzyskanych w tej rundzie. Jedną z oczywistych idei jest podążanie w stronę dających się określić konkretów. Wybory najpóźniej za:

Dni
Godzin
Minut
Sekund
Zobacz dyskusję

Choć pytanie narzuca się z całą konkretną oczywistością i ma niemal techniczny charakter, w istocie kryje się w nim cała grupa zagadnień i dlatego będziemy jeszcze wracali do kolejnych pytań wynikających z dyskusji – wbrew pozorom chodzi tu o coś znacznie ponad taktyczne kampanijne układanki. Odpowiedź powinna więc brać pod uwagę różnorodne doświadczenia, których dostarczają dotychczasowe wybory, zatem doświadczenie „paktu senackiego”, wyborów sejmowych przegranych przez trzy bloki, porażkę koalicyjnej listy w wyborach europejskich, skomplikowany bilans wyborów samorządowych. Ale o listach nie da się myśleć, nie widząc celu, jaki sobie postawimy przed tymi wyborami. W kształtach list, sposobach ich formułowania, w ujęciach programowych i sposobie ich artykulacji powinna się zawierać wizja państwa, jakiego chcemy. Już się zresztą zawiera. I rozczarowuje. Wyniki wyborów są jedną z miar tego rozczarowania.
Zobacz dyskusję

Czy da się pomyśleć angażująca ludzi kampania, w której stroni się od tego wszystkiego, co w ciągu ostatnich lat z taką łatwością budziło tak ogromne emocje, jak prawa osób LGBT z prawem do adopcji włącznie, cała sfera praw kobiet z dostępem do aborcji na czele, stosunki z Kościołem? A może także 500+ i prawa socjalne? Czy to są rzeczy ważne, czy drugorzędne? Czy może właśnie trzeba koniecznie rozwiązać te wszystkie sprawy dlatego, że cynicznie wykorzystywane w kampaniach i innych ważnych momentach historii służą destabilizacji państwa? Czy da się je rozwiązać? Czy stać nas na ich nierozwiązanie? Czy partie mają szansę porozumienia w którejkolwiek z tych spraw? Do kogo – to pytanie jest dla nas najważniejsze – powinna należeć decyzja?

Pamiętając, że w Polsce wybory raczej się przegrywa niż wygrywa, że każda władza raczej plącze się we własne nogi niż przegrywa w konkurencji z lepszymi programami dla Polski – czy właśnie tego należy życzyć Polsce i nam wszystkim? Czy jest szansa, by z upadku obozu władzy wyłonił się stabilny ład? To kolejna, szczególnie dziś aktualna grupa pytań dotyczących zarówno oceny klasycznie pojmowanej „sceny politycznej” w Polsce jak i głębszych zagadnień z zakresu politycznej filozofii.

To może być wprost pytanie o cele zarówno kampanii roku 2023, czy tej która wyniknie z „rewolucyjnego wzmożenia” – tego wszystkiego, co powinniśmy robić do czasu wyborów. Tu znowu formułujemy je tak szeroko, że zawiera się w nim ogromna przestrzeń zagadnień. Możemy więc – zaczynając od najwęższego spojrzenia – próbować rozważać szanse koalicji, która mogłaby się wyłonić z dzisiejszych rachunków partyjnych sił. Jaką zatem politykę ma szanse prowadzić koalicja np. PO i SLD? Czy tak skonstruowana władza byłaby zdolna przetrwać dające się przewidzieć kryzysy? Czy jesteśmy skazani właśnie na tego rodzaju kalkulacje, czy może istnieje jakiś inny pomysł. Jaki? A może Polsce potrzeba większości konstytucyjnej? Jak bez niej cofnąć choćby zniszczenia demokratycznych instytucji – Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego, by od nich zacząć – nie mówiąc o takiej naprawie ustroju Rzeczypospolitej, która uodporniłaby go na wstrząsy, jak ten z roku 2015? Czy da się pomyśleć o celach aż w takiej skali? Jak silna powinna być legitymacja władzy stawiającej czoła kryzysowi gospodarczemu, katastrofie demograficznej i klimatycznej?

To jest z kolei pytanie bardzo konkretne, choć sformułowane ogólnie. Jeśli w kampanii np. ugrupowania lewicowe obiecują liberalizację aborcji, albo transformację energetyczną w krótkim horyzoncie czasowym, jeśli rynkowi liberałowie zapowiadają likwidację KRUS i szereg podobnych rozwiązań – by wspomnieć o drobiazgach – to czy da się te deklaracje traktować poważnie i dlaczego właściwie tak o nich rozmawiamy w debacie publicznej? Partyjni liderzy opowiadają o własnych planach tak, jakby liczyli np. na samodzielną większość, na którą oczywiście liczyć im nie wolno, jeśli mamy rozmawiać poważnie. W partyjnych programach nie ma żadnych „planów B” na oczywisty wypadek, w którym nie uda się rządzić samodzielnie. W zasadzie jedyną realną funkcją tego rodzaju deklaracji jest chęć „policzenia się” – ustalenie w debacie, a nie w powierzchownych sondażach poparcia dla konkretnych własnych postulatów. Ma to przy okazji ten głęboki skutek dotyczący praktyki funkcjonowania demokracji, że utrwala sztywny podział ról w systemie przedstawicielskim, w którym głos wyborców da się słyszeć – w ograniczonym i wyznaczonym przez polityków zakresie – raz na cztery lata, a poza tymi okazjami żaden głos wyborców nie zakłóca spokoju politykom. Z drugiej strony partie realnie liczące na większość – jak PO i być może od niedawna Polska 2050 Hołowni – usiłują własne programy pozbawić wszelkich kontrowersji, a zatem wszelkich deklaracji po prostu wyraźnych. Po co więc w ogóle opowiadać o tak określonych programach i rozważać je, jakby to były poważne propozycje? Czy w Polskiej sytuacji jest miejsce na „liczenie się” mniejszościowych elektoratów? Czego naprawdę – o ile czegokolwiek poza odsunięciem PiS – mógłby oczekiwać potencjalny elektorat większościowy?

Pomyślmy o narzędziach, jakimi dysponujemy realnie, pozbądźmy się zaś złudzeń, którym najwyraźniej ulegamy. W ciągu pięciu lat rządów PiS jedyne głosowanie, w którym głosy opozycji przesądzały o wyniku, dotyczyło zakazu hodowli zwierząt. Wszystkie inne głosowania miały przebieg „siłowy”, a udział opozycji w politycznej logice władzy służył niemal wyłącznie jej upokorzeniu. W niektórych innych przypadkach – zwłaszcza ostatnio – wyraźnie widoczne były też jednak zabiegi pozyskania opozycji dla planów władzy. Przykładem jest nie tylko słynne głosowanie w sprawie podwyżek, ale również skuteczne próby uwikłania opozycji w manewry towarzyszące głosowaniu prezydenckiemu po kompromitacji z 10 maja, kiedy obóz władzy potrzebował legitymacji wyborów poprzez udział w nich opozycji. Czym istotnym – poza językiem ostrej konfrontacji – różni się rola opozycji w parlamencie od tej, którą w latach PRL wypełniały ZLS i SD, a również koło poselskie Znak? Czy koncentracja na „oficjalnej polityce” rzekomo lub rzeczywiście uprawianej w parlamencie nie oznacza w rzeczywistości wyłącznie uznania fikcji parlamentaryzmu? Czy dadzą się pomyśleć inne narzędzia politycznej zmiany, czy doświadczenia ostatnich lat i wszystko, co widzimy w proteście kobiet dzisiaj, pozwalają je dostrzec, czy da się wyobrazić konstruktywny polityczny program zmiany zwieńczony wyborami?

Powody byłyby rozmaite. Konkretnym i wobec tego najmniej ważnym jest myśl o zagrożeniu zmianą konstytucji wszczętą przez obóz władzy – jedną z możliwych strategii byłoby wyprzedzić taki atak, czyniąc z reformy konstytucyjnej istotny element programu opozycji choćby po to, by tym trudniej było o tym mówić ludziom obozu władzy. Istnieją jednak oczywiście zdecydowanie poważniejsze powody. Czy konstytucja uchwalona niegdyś w parlamencie pod nieobecność środowisk prawicy i przyjęta w referendum o stosunkowo niskiej frekwencji, poparta zatem nie przez większość obywateli, a przez ok. 23% uprawnionych, miała kiedykolwiek w swej historii wyraźnie wyższe poparcie? Czy dla oceny jakości konstytucji wystarczy jakość jej zapisów, czy może równie istotny jest stopień jej uświadomionej społecznie akceptacji? Myśląc o konstytucji, wspominamy często o „bezpiecznikach demokracji”, które być może po prostu zawiodły, skoro konstytucję wraz z opisanymi w niej instytucjami rozmontowano. Być może zatem analiza konstytucyjnych zapisów powinna skłaniać do myśli o reformie? Może zmian konstytucji trzeba będzie, by przywrócić np. polityczną bezstronność Trybunału Konstytucyjnego? A może uznamy, że trójpodział władzy, o którym tyle mówiliśmy w ostatnich latach opisuje relacje trzech władz, a nie jedynie dwóch? Że zatem kontrola rządu przez parlament jest niezbędnym elementem trójpodziału władzy, który w III RP nigdy nie funkcjonował, skoro rząd pochodzący z parlamentarnej większości używał jej, by forsować własne projekty ustaw, zamieniając parlament w narzędzie do głosowania? Że tego rodzaju „bezpiecznik demokracji” – gdyby działał – uchroniłby nas przed dzisiaj przeżywanymi kłopotami?

Czy program wyborczy powinien obiecywać np. poprawę stanu ochrony zdrowia, czy raczej powinien się koncentrować na ustrojowych gwarancjach wiarygodnej demokracji, zdolnej do realizacji celów ważnych dla obywatelek i obywateli i stworzeniu takiej sytuacji, w której będzie się dało rozsądnie wierzyć w wyborcze obietnice o opiece zdrowotnej? To kolejne z pytań o konstrukcję programowych obietnic demokratów. Wynika z obserwacji danych z badań. Dość zgodnie pokazują one, że Polacy istotnie bardziej niż o kwestie ustrojowe i sprawy takie, jak niezależność sądów troszczą się np. o ochronę zdrowia lub bezpieczeństwo systemu emerytalnego. Stąd popularność rozmaitych wyborczych sześciopaków z postulatami „wychodzącymi naprzeciw oczekiwaniom zwykłych ludzi”. Równocześnie jednak badania pokazują absolutną niewiarę tych samych „zwykłych ludzi”, że możliwa po wyborach zmianach władzy będzie miała jakikolwiek wpływ na sytuację w tych sprawach. Jaką siłę może mieć w tej sytuacji kolejna wyborcza teczka z projektami ustaw?

To pierwsze z serii podobnych pytań, które da się zadać na różnych poziomach. Wady ustroju partii politycznych są w Polsce dostrzegane, ale analizuje się je rzadko i niemal nigdy konkluzje nie są obecne w dyskusjach o realnej polityce. Statuty polskich partii pozostawiają wiele do życzenia, jeśli chodzi o demokratyczne standardy – w Niemczech i w krajach Skandynawii, gdzie te sprawy reguluje prawo, miałyby one spory kłopot z rejestracją. Znaczenie ma również oczywiście sposób finansowania i ordynacja wyborcza – te i inne elementy ustroju da się opisać jako jedno z istotnych źródeł patologii polskiej polityki. Pytanie z tym związane brzmi: czy partie mogą się zreformować same, będąc własnymi sędziami i lekarzami? Czy w wyborach chodzić powinno wobec tego o zmianę stosunku politycznych sił, pokoleniową wymianę kadr, czy raczej o zmianę modelu ustrojowego?

To, że demokracja przedstawicielska jest zagrożona, raczej nie ulega wątpliwości. Bez wątpienia widzimy upadek znaczenia i wiarygodności przedstawicieli politycznych i jakichkolwiek, również pozapolitycznych autorytetów. Czy jednak istnieje szansa obrony demokracji jaką znamy i czy powinniśmy próbować? W świecie realnej polityki pytania tego rodzaju uchodzą za akademickie, niemniej mogą one mieć i już miewają niebezpiecznie praktyczne znaczenie, kiedy np. stajemy wobec Brexitu, czy wyboru Trumpa w USA, by uciec na chwilę od polskiej rzeczywistości. W obu tych przypadkach mamy do czynienia zarówno z bezbronnością tradycyjnego politycznego mainstreamu wobec nierzadko agenturalnej manipulacji wielkimi grupami ludzi, jak i z naturalną, spontaniczną, więc w wielu przejawach „dziką demokratyzacją”, w której do głosu dochodzą i przesądzają ludzie, grupy społeczne, postawy i instynkty dotąd skutecznie marginalizowane w życiu publicznym. Czy bezpośrednie formy demokracji, jak referendum, są szansą, czy zagrożeniem? To jedno z możliwych sformułowań problemu. Potencjalnie doniosłe w skutkach, jeśli pomyśleć, że możliwe mogą być referenda zarówno w sprawie np. aborcji, jak kosztów transformacji energetycznej. Czy chcemy trwać przy klasycznych, wielkich, wodzowskich i tożsamościowych partiach jak Republikanie i Demokraci, albo PiS i PO, czy szukamy nieznanych wcześniej i dziś wciąż kontrowersyjnych modeli w rodzaju włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazd lub inicjatyw związanych z konkretnymi projektami. W tej grupie zagadnień chodzi także o wciąż bardzo mało w Polsce znane rozwiązania z zakresu demokracji deliberatywnej, jak panele obywatelskie.

To kolejne pytanie w serii. Jego konkretną aktualność uzmysławia Covid. Wydaje się jasne, że lockdown – jakkolwiek oceniać jego skuteczność i adekwatność – nie miałby takiej skali i nie nastąpiłby tak szybko, gdyby nie media, w tym media społecznościowe. W drugiej fali pandemii ujawnia się z kolei odwrotne zjawisko: zapowiadane i wdrażane obostrzenia – znów cokolwiek sądzić o ich celowości – są często łagodniejsze niż w pierwszej fali pomimo nierzadko większych i gwałtowniejszych przyrostów zakażeń, jak to obserwujemy choćby w Polsce. Każda władza – nie tylko autokraci z PiS – musi się liczyć z politycznymi kosztami decyzji niosących poważne i dolegliwe konsekwencje dla ludzi. Poza bieżącym kontekstem pandemii problemy wydają się tylko większe. Eksperci na całym świecie przestrzegają, że kryzys gospodarczy ujawniony w 2008 roku wciąż trwa i musi powrócić poważniejszymi wyzwaniami dla światowej ekonomii. Polityka wzrostów jest w ich ocenie wyczerpana i wystarczą czysto ekonomiczne powody, by sądzić, że kolejnym pokoleniom przyjdzie żyć na niższym poziomie niż obecnym. Nad ludzkością i społeczeństwami poszczególnych krajów ciąży widmo katastrofalnych zmian klimatycznych – ich skutków ekonomicznych, demograficznych i po prostu fizycznego zagrożenia. Do tego wszystkiego dokładają się następujące niezależnie i niedające się już powstrzymać zmiany demograficzne. Ich skutkiem jest zaś rozpoczynające się na naszych oczach załamanie sektorów ubezpieczeń społecznych, ochrony zdrowia, oświaty i publicznej opieki. Obok energetyki katastrofalny kryzys dotyka więc największych i najbardziej kosztownych sektorów państw, które w zasadzie przecież istnieją właśnie po to, by ich obywatele mogli je wspólnie tworzyć i utrzymywać. Mamy wszelkie powody obawiać się przyszłości i sądzić, że dzisiejsza polityka – zwłaszcza zaściankowa polityka polska – w żadnym stopniu nie odpowiada na te wyzwania. Poważne pytania dotyczą tego, czy rzeczywistość polityczna, jedyna jaką znamy, umożliwia stawienie im czoła. Polityków konkurujących o nasze względy nie stać na ryzykowne decyzje i skutecznie ich unikają. Nie wydaje się też, by np. stosunek do energetyki atomowej mógł i powinien wyznaczać polityczne tożsamości i budzić polityczne namiętności w sprawach, które wymagają nierzadko wręcz inżynierskich kompetencji i eksperckiego, pozbawionego emocji namysłu. Czy te najpoważniejsze wyzwania i w jakim stopniu powinny organizować debatę programową przed wyborami i jaką nową jakość da się tu zaproponować?

Dyskusja między np. Adrianem Zandbergiem, a Szymonem Hołownią na jakikolwiek temat związany np. z prawami osób LGBT, ale prawdopodobnie także z 500+, a być może także ustrojem partii politycznych, rolą Senatu i innymi sprawami ustrojowymi, musi być sporem, o ile nie konfliktem – jeśli tylko ma być uczciwa, a uczciwa być musi, ponieważ wyborcy nie wybaczają „taktycznej ściemy”. Według wszelkiego prawdopodobieństwa obaj politycy wystartują w kolejnych wyborach. Jak określić to, co ich łączy? Nie jest wcale pewne, że może to być konstytucja, nie ma też żadnej pewności, jak da się wyobrazić powrót do reguł praworządnego państwa. Czy połączy nas wspólny plan naprawy państwa, czy po prostu deklaracja, że parlamentaryzm jest sposobem rozwiązywania koniecznych w demokracji sporów? Czy z „protokołu rozbieżności” pomiędzy partiami uczynimy listę spraw do załatwienia – może głosami obywateli?

Przy wszystkich podniesionych dotąd zastrzeżeniach, wątpliwościach i pytaniach, być może polityczny plan minimum powinien obejmować kilka kluczowych kwestii możliwych do uzgodnienia bez kompromisów rujnujących programowe tożsamości różnych środowisk. Czy da się uzgodnić i w jaki mniej więcej sposób wspólne zdanie np. w sprawach:

  • Przywrócenia reguł praworządności i równowagi władz na poziomie konstytucyjnych instytucji państwa;
  • Integracji europejskiej (w tym w strefie Euro);
  • Obronności w NATO i w Europie;
  • Apolityczności służb bezpieczeństwa;
  • Apolitycznego korpusu urzędniczego;
  • Gwarancji politycznej niezależności spółek skarbu państwa;
  • Umocnienia (rozszerzenia) roli samorządu terytorialnego;
  • Reformy ustroju partii politycznych?

Ostatnio otwarte dyskusje

Wiemy też bardzo dobrze, że terminowe wybory nie będą żadną miarą uczciwe i równe. Od dawna już polityka w Polsce odbiega od zwykłych parlamentarno-wyborczych standardów, procedur i wartości. Żadnych wyborów nie da się już wygrać w żaden zwykły sposób. Tyle dzisiaj powinniśmy wszyscy wiedzieć, że jeśli w Polsce ma przetrwać demokracja lub po prostu cywilizacja, którą cenimy – umożliwiająca każdemu rozwój i zapewniająca bezpieczeństwo; szanująca jednostkę, jej indywidualność i odmienność; broniąca praw mniejszości przed tyranią władzy i tyranią większości; respektująca prawo i zawarte między obywatelami umowy – jeśli mamy zachować wszystkie te wartości, trzeba czegoś więcej niż zwykłej wyborczej większości. Korekty marketingowych technik kampanii zdecydowanie już nie wystarczą. Ani nie wystarczą pakiety wyborczych obietnic.

O wyborach chcemy więc rozmawiać już dziś. Codziennie przez każdy z tych około 1000 dni, jakie nas dzielą od wyborów w terminie. By nie obudzić się znowu miesiąc przed, kiedy rozdane zostaną już wszystkie karty i wszystkie decyzje zapadną w zaciszu partyjnych gabinetów. By znowu nie usłyszeć, że jest „za późno” na wizje Polski przyszłości, programy, strategie wyborcze i nawet drobne korekty, by nie być zmuszanymi do głosowania w rzeczywistości „jaka jest”, by nie czytać, że zmienić się już niczego nie da i nie da się nawet naprawdę wybrać – by znowu w strachu nie popierać „naszych”, robiąc wszystko i wszystko akceptując byle tylko uniknąć zwycięstwa „tamtych”.

Proponujemy listę pytań o bardzo podstawowym charakterze. Będziemy je zadawać co tydzień. Obok na stronie zestaw wstępny na „pierwszy sezon” tej dyskusji.

Dzisiejsza gorąca sytuacja na ostrzu noża stawia „problemy światopoglądowe”, a zwłaszcza podstawowe prawa człowieka i ich znaczenie ustrojowe ukryte za pacyfikującą polityczną gadaniną o „tematach zastępczych”. Bieżące wydarzenia potwierdzają naszą od dawna formułowaną tezę, że – odwrotnie niż to na ogół widzą „polityczni stratedzy” – te sprawy wymagają decyzji i rozstrzygnięć raczej przed wyborami i nie mogą być odsuwane na spokojniejszą przyszłość „odzyskanej demokracji”, bo są po prostu niebezpiecznymi bombami odpalanymi zawsze w politycznej potrzebie. Choć ten problem stawiamy zaraz na początku listy pytań, nie jest on jedynym z dłuższej listy punktów zapalnych.

Nie przygotowujemy listy pytań gotowej i zamkniętej z góry. Nawet nie próbujemy określić gotowego katalogu problemów, wymieniając choćby zagadnienia, jak energetyka i klimat; polityka społeczna i zakres wsparcia dla potrzebujących; ochrona zdrowia i ubezpieczenia; edukacja, rozwój jednostek i rozwój wspólnoty; bezpieczeństwo i kontrola odpowiadających za nie służb – choć przecież zdajemy sobie sprawę z ich znaczenia. Media, kultura, partyjna niezależność korpusu urzędniczego, spółki skarbu państwa, obronność, integracja europejska – długo można wymieniać sfery, które należałoby objąć programem, o jakim na ogół myślimy przed wyborami. My jednak rezygnujemy nawet z prób ich skatalogowania. Wiemy z niezliczonych badań i sondaży, że choć da się wskazać zadania państwa, które są przedmiotem największych lęków i trosk obywateli – jak choćby ochrona zdrowia – tym troskom towarzyszy jednak równocześnie absolutna niewiara, że jakiekolwiek wybory i wyłoniona w nich polityczna większość przyniesie tu jakąkolwiek zauważalną zmianę. Nie mamy zatem żadnej pewności, czy program wyborczy, a co zatem idzie zadania wyłonionego w wyborach parlamentu, powinny zawierać obietnice konkretnych polityk państwa, czy raczej takich podstawowych rozwiązań ustrojowych, które politykę uczynią wiarygodnym procesem rzeczywistego rozwiązywania ważnych dla ludzi problemów.

To jedna z głównych i bardzo specyficznych cech tej listy pytań, którą tu proponujemy. Nie chcemy pytać o zawartość niebieskich, czarnych, czerwonych, czy żółtych teczek z projektami gotowych ustaw, o których usłyszymy, że zostaną wdrożone po zwycięstwie.

Mamy powody sądzić, że polskie państwo trzeba dziś gruntownie przemyśleć na nowo, by porozmawiać poważnie o tym, do czego ono w ogóle jest potrzebne obywatelom płacącym na nie podatki i głosującym w wyborach, by tworzyć jego instytucje. Silne przekonania mówią nam, że wiarygodną politykę rozpoczyna wizja kształtująca się w dialogu z podmiotową rolą tych ludzi, którym polityka ma służyć. To oni muszą stworzyć listę problemów i w ostatecznym rachunku – udzielić odpowiedzi na postawione przez siebie pytania. Tak będziemy więc postępować – kolejne pytania pojawiać się będą w konsekwencji dyskusji, do której z jednej strony zaprosimy najlepszych z najlepszych ekspertów, zawodowców, aktywistów i polityków, a z drugiej – zrobimy wszystko, by uruchomić najlepsze i najbardziej wiarygodne mechanizmy społecznej deliberacji, na jakie tylko będzie nas stać.

Jako Obywatele RP, niewielkie środowisko demokratycznej opozycji, pozwalamy sobie sądzić, że nasze dokonania i wysiłki z ostatnich kilku lat zasługują na to, by odpowiedzieć na pytania, które mamy czelność dziś stawiać akurat my, choć wiemy, że to jest z naszej strony jakaś uzurpacja. Formułujemy własne pytania, nie próbując ich uzgodnić z innymi, ponieważ – mówiąc otwarcie – po prostu wiemy, że te uzgodnienia nie skończyłyby się nigdy. Niech więc dyskusja ma wiele źródeł – na to liczymy. My sami – sądzimy jednak nieskromnie – mamy prawo oczekiwać odpowiedzi nie tylko dlatego, że w walce o demokrację poświęcaliśmy się bardzo. Również dlatego, że przed każdymi z wciąż przegrywanych przez opozycję wyborów w czasie rządów PiS stawialiśmy postulaty i przestrzegaliśmy przed klęskami, których nieuchronność widzieliśmy. Wszystkie nasze czarne scenariusze potwierdzały się dotąd bez wyjątków. Ich trafność dostrzegało wielu – o czym wiemy z mnóstwa rozmów. Za każdym razem perspektywa nadchodzącej konfrontacji powstrzymywała jednak ludzi rozsądnych i odpowiedzialnych przed publicznym wyrażaniem własnych opinii, ocen i prognoz. Bo już było za późno, bo oceny już niczego w powszechnym mniemaniu nie były w stanie zmienić, a mogły tylko osłabić wiarę w zwycięstwo – konieczną w przeddzień kolejnego „boju o wszystko”.

Niech tym razem będzie inaczej. Pomyślmy jak wygrać Polskę i po co. Zorganizujmy ją sobie i zbudujmy w demokratycznym środowisku. Mamy do wykorzystania czas, który nie musi być po prostu kolejnym ponurym okresem smuty.

Na niniejszej stronie portalu Obywatele.News każdy rozpoczęty pytaniem wątek będzie stale dostępny, jak hasło w encyklopedii. Nie będzie można udawać potem, że pytań nie było i odpowiedzi nie padły. Będzie można te odpowiedzi modyfikować i poprawiać zawsze. Ale nie będzie można ignorować argumentów, powtarzając obalone wcześniej tezy, co jest jedną ze zmór tej karykatury debaty, z którą mamy obecnie do czynienia zwłaszcza w nowych mediach – one wprawdzie zwą się społecznościowymi, ale w rzeczywistości społeczność rujnują. Niech choćby to będzie wartością, którą zrealizujemy w tym projekcie. Chcemy też, by odpowiedzi tu udzielone były jakiegoś rodzaju umową zobowiązującą autorów. Pracujmy potem wspólnie na rzecz rozwiązań i postulatów, które tu padną.

Zagajenie ze strony Obywateli RP będzie otwierać każdy tydzień debaty. Redakcja poprosi o teksty i wypowiedzi ekspertów i osoby, których autorytet jeszcze w Polsce coś znaczy oraz przedstawicieli aktywnych środowisk opiniotwórczych, w tym redakcji, środowisk uniwersyteckich, ruchów i organizacji pozarządowych. Rzadziej polityków, choć oczywiście ich zdanie jest ważne i czasem nawet interesujące. Teksty, wywiady i wypowiedzi będą publikowane w osobnej rubryce portalu Obywatele.News. Będziemy zabiegać o ich publikację w innych mediach. W miarę realizacji projektu pojawiać się w nim będą debaty rejestrowane w studiu Obywatele.News.

Każdy tydzień będziemy kończyć dokonywać wstępnego podsumowania, otwierając kolejny wątek. W podsumowaniach będziemy wykorzystywać i stale rozbudowywać mechanizmy demokracji deliberatywnej – poczynając od niedoskonałych siłą rzeczy ankiet internetowych i sondaży ulicznych, poprzez jakościowe badania fokusowe, by w miarę możliwości finansowych wykorzystać również zaawansowane badania społeczne oraz wspierać powstanie i uruchomienie mechanizmów tej prawdziwej demokratycznej deliberacji, o którą nam chodzi – takich jak wciąż w Polsce niemal nieznane panele obywatelskie.