Ptaki drapieżne. Historia Lucjana „Sępa” Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK

Lucjan Wiśniewski, ps. Sęp, był jednym z najmłodszych „cyngli” Podziemia. Gdy, jako żołnierz słynnego już dziś referatu 993/W wykonywał wyroki w imieniu Polski Podziemnej, miał 17 lat

Jego wiedza o pracy wywiadu i kontrwywiadu KG AK nie mogła być zatem duża. A jednak to on uświadomił nam („Ptaki drapieżne” pisałem z Emilem Maratem), w jak kiepskiej sytuacji są dziś historycy tej branży. Nie tylko nie powstała – 75 lat po wojnie! – wyczerpująca monografia wywiadu i kontrwywiadu Podziemia, co w ogóle całej AK i Delegatury. Dlaczego tak jest, można się tylko domyślać


PRZECZYTAJ TAKŻE: „Granatowy 44”


Państwo Podziemne z jego służbami bezpieczeństwa nie było tworem doskonałym, zresztą nie mogło być. Sowieci i Niemcy pracowali nie tylko lepiej – ich służby były większe, bardziej profesjonalne i zasobniejsze w „siły i środki”. Gorzej, że sami Polacy pracowali  chaotycznie, popełniali błędy i zdecydowanie za dużo energii tracili na walkę między sobą. Sytuacja była tak napięta – tylko trochę przesadzam – że gdyby nie Powstanie Warszawskie nasze służby i liderzy wzajemnie by się wyrżnęli. W 1944 r. toczyła się nad Wisłą wojna polsko-polska i nie mówię tu o walce z komunistami. To wstydliwy i pomijany dziś w badaniach aspekt.


Wszystkiemu winne podziały polityczne, co z żelazną konsekwencją potrafił wykorzystać przeciwnik. Infiltracja służb wojskowych i cywilnych (czyli AK i Delegatury) to kolejny nieopisany problem. Problem gigantyczny, przez to absolutnie fascynujący.

Niestety, wszystko co o nim wiemy, pochodzi z polskich archiwów. Te  sowieckie czy niemieckie nie są przebadane. Mimo to wiadomo, że prolondyńskie służby były jak durszlak, wyciekało z nich i wlewało się doń zdecydowanie za dużo. Zresztą zdawali sobie z tego sprawę sami liderzy Podziemia, ja odnalazłem w archiwum IPN-u jedynie strzępy potwierdzających to informacji. Choćby krótką analizę agenta  o pseudonimie „Borowski”, dołączoną do akt procesowych liderów wywiadu Delegatury w 1950 r.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Ścigani – jak „dobra zmiana” niszczyła polskie służby


„Borowski” – ewidentnie były oficer wywiadu KG AK – za jedną z głównych wad swoich służb w czasie wojny uznał ich rozrost i brak kontroli kadr. Każde środowisko rozbitego na frakcje i koterie Podziemia tworzyło własną siatkę wywiadowczą. Efekt? PiszeBorowski”: poddawanie inwigilacji osób z jednej grupy politycznej czy wojskowej – jako „podejrzanych” – przez inną grupę, robiło wiele niepotrzebnego zamieszania, gdyż osoby poddane inwigilacji nigdy nie były pewne, czy nie znajdują się pod obserwacją Gestapo. To prowadziło do zmiany miejsc zamieszkania, wyłączania się z „roboty”, uznawania za „spalone” lokali organizacyjnych itp.
Na tle tak powstałego przerostu akcji informacyjno-wywiadowczej – dochodziło do nadprodukcji informacji mało ważnych, gdyż ludzie, którzy je zbierali, w większości przypadków nie posiadali innych kwalifikacji, jak „chęć szczera” wraz z poświadczeniem o doniosłości ich misji.

Nadprodukcja materiału szpiegowskiego – twierdził „Borowski” – wymusiła powstanie „giełdy informacji”, na której można było zarobić. A skoro tak, wiele meldunków, raportów i doniesień powstało tylko i wyłącznie z myślą o handlu i z wiarygodnością miało niewiele wspólnego. Agent nie wahał się nazwać tego bałaganem konspiracyjnym roboty wywiadowczej. AK czy służby Delegatury kupowały te informacje nie wiedząc do końca, które materiały są „podkładane” przez przeciwnika, a które rzeczywiście zawierają istotne informacje. Weryfikowanie źródeł zajmowało dużo czasu i odciągało oficerów od rzeczywistych problemów.


I jeszcze jedna sprawa: skoro oficjalny wywiad i kontrwywiad Podziemia zlecał pracę „prywatnym” podwykonawcom i działał na zasadach kapitalistycznych – „doły” wywiadowcze racjonalizowały koszty. W służbach zatrudniano całe rodziny i przyjaciół, by dać zarobić „swoim”.

Specyficzne dla mroków konspiracji – osobiste, przyjacielskie, towarzyskie, miłosne czy rodzinne powiązania międzyorganizacyjne stanowiły również ważny, a nieuchwytny współczynnik przenikania informacji. W tych warunkach indywidualna robota jakiegoś cynicznego przedwojennego dwójkarza mogła spowodować nieoczekiwane następstwa.

I powodowała – sugeruje „Borowski”. Służby degenerowały się. Każda aktywność stawała się sposobem na życie, z czego skwapliwie korzystał przeciwnik. W tak mętnej wodzie Gestapo i Sowieci czuli się doskonale. Jak mawia inny bohater mojej książki Stanisław Aronson z Kedywu, z Niemcami kolaborowało ok. 50 tysięcy Polaków. Ilu współpracowało z Sowietami (poza Hansem Klosem) i jaki to miało wpływ na politykę Podziemia? Nike temu kto to obliczy a potem szczerze opisze.

  • Ptaki drapieżne. Historia Lucjana „Sępa” Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK, Emil Marat i Michał Wójcik, Wydawnictwo Znak Literanova

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *