Ścigani – jak „dobra zmiana” niszczyła polskie służby

Nakładem Wydawnictwa Znak ukazała się książką „Ścigani” autorstwa znanego dziennikarza śledczego, Roberta Zielińskiego. To zapis rozmów z trzema byłymi szefami służb specjalnych w Polsce, tj. (w kolejności przytaczanej w książce): z gen. Jerzym Noskiem, Pawłem Wojtunikiem i gen. Krzysztofem Bondarykiem. Całą trójkę łączy nie tylko to, że w okresie rządów koalicji PO –PSL kierowali trzema różnymi służbami specjalnymi ale, że w czasie rządów PiS mają kłopoty z prokuraturą i stąd zapewne tytuł książki

To trzy historie o różnych drogach życiowych. Od najstarszego: gen. Bondaryka – działacza opozycji demokratycznej i więźnia politycznego PRL, współtwórcę UOP i na końcu szefa ABW, poprzez gen. Noska, który za przykładem ministra Kozłowskiego dołączył do pierwszej ekipy tworzącej UOP i przeszedł długą drogę kariery w UOP, ABW aż do SKW, po Pawła Wojtunika – od szeregowego policjanta do szefa największej służby antykorupcyjnej tj. CBA.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Los Pawła Siewierińca pokazuje, jak Łukaszenka odnosi się do żądań protestujących


Tytuł „Ścigani” tym bardziej jest usprawiedliwiony, że stawiane im przez prokuraturę zarzuty wydają się co najmniej dziwne, od zarzutu niedopełnienia obowiązku czy przekroczenia kompetencji, jak w przypadku Wojtunika i Bondaryka, po zarzut współpracy z obcym wywiadem (Nosek).

Istota tych zarzutów polega na tym, że Bondaryk nie zakwestionował świadectwa ukończenia studiów podyplomowych przez jednego ze swoich podwładnych (z paru tysięcy), Wojtunik, że nadał klauzulę tajności materiałom bezprawnie, jego zdaniem, ujawnionym przez prokuraturę, które narażało jego oficerów na dekonspirację i zagrożenie ze strony przestępców. Gen. Noskowi wręcz przeciwnie, że zdekonspirował, czyli po katastrofie smoleńskiej wysłał pod prawdziwym nazwiskiem oficera kontrwywiadu, by chronił członków polskiej komisji badającej wypadki lotnicze przed prowokacjami służb rosyjskich, co ma uzasadnić już zupełnie egzotyczny zarzut o współpracy z rosyjskimi służbami specjalnymi (sic!).


Reszta jest tajna i nie wiemy, o co chodzi i jakie materiały ma jeszcze prokuratura, jeśli ma? Znamy te sprawy tylko z relacji głównych bohaterów i co najwyżej komunikatów prasowych, a więc dość jednostronnie, ale i tak osoba znająca trochę chociaż procedury prawne i specyfikę działania służb specjalnych może wyrobić sobie zdanie, że ma do czynienia z akcją polowania na ludzi służb specjalnych III Rzeczpospolitej. Dlaczego to polowanie, a nie uzasadniony proces postępowania karnego mającego służyć walce z przestępczością i przestępcami ?


PRZECZYTAJ TAKŻE: Kasprzak: – Chciałabym zobaczyć jakikolwiek konkret


W sprawie dotyczącej gen. Bondaryka uderza to, że oficjalny dyplom wyższej uczelni, której władze potwierdziły fakt wydania i prawdziwość dyplomu podwładnemu Bondaryka, prokurator upiera się, że Bondaryk wiedział, że dyplom wydano nieprawidłowo i zaniechał swoich  obowiązków, by go podważyć. Na szczęście w tej sprawie sąd pierwszej instancji uznał, że szef ABW nie jest właściwy w sprawie nadawania dyplomów wyższych uczelni i nadawania stopni naukowych, jak by chciał prokurator. Dyplom wyższej uczelni jest tzw. dokumentem urzędowym i we wszystkich procedurach, w tym karnej, stanowi dowód tego, co w nim stwierdzono. To wiedza na poziomie studenta 2-3 roku prawa, a i prawa nie trzeba studiować by wiedzieć, co to dyplom uczelni.

Nic dziwnego, że 8 stycznia 2020 r. Sąd Rejonowy Warszawa-Mokotów odrzucił akt oskarżenia przeciwko gen. Bondarykowi i umorzył postępowanie. „Zgromadzone w toku postępowania przygotowawczego dowody jednoznacznie wskazują, iż zachowania przypisywane oskarżonemu Krzysztofowi Bondarykowi nie noszą znamion czynów zabronionych” – tak brzmi uzasadnienie sądu, a mimo tego prokurator apeluje i wkrótce ma rozpatrzyć jego apelacje Sąd Okręgowy w Warszawie. Miejmy nadzieję, że ciągle niezawisły, choć pewności nie ma.


W sprawie gen. Noska nie wiemy, na czym prokurator opiera swoje przekonania, że gen. Nosek mógł współpracować ze służbami Rosji, choć przez całe życie zawodowe najpierw w UOP i ABW, a później w SKW starał się eliminować wpływy tych służb w Polsce? Nie ma o tym pojęcia i sam zainteresowany, któremu te zarzuty postawiono, ponieważ nie został zapoznany z tajnymi materiałami śledztwa. Zarzut zaś delegowania po katastrofie smoleńskiej oficera z doświadczeniem na tzw. kierunku rosyjskim jest z oczywistych powodów idiotyczny. Przy tak poważnych zarzutach gen. Nosek powinien siedzieć, a nie został nawet zatrzymany, ba nie ma nawet aktu oskarżenie w sądzie w jego sprawie.

Co do meritum, to łatwo zauważyć, że po pierwsze do pomocy polskiej komisji badania wypadków lotniczych, działającej na terytorium Rosji, powinien zostać wydelegowany oficer ze znajomością działalności służb rosyjskich. Po drugie wydelegowanie go pod zmienionym nazwiskiem, tzw. legalizacyjnym, mogłoby wskazywać na to, że jego rola polega na czymś zupełnie innym, tzn. na prowadzeniu wobec Rosji wrogich działań operacyjnych, a tym samym narazić i jego i komisję na ryzyko prowokacji, zatrzymania, skompromitowania działań polskiej komisji. Po trzecie, to zwykła praktyka służb, że osoby na kierowniczych stanowiskach w kontrwywiadzie występują pod własnymi nazwiskami w składach oficjalnych delegacji. Nie są żadną tajemnicą nazwiska szefów kontrwywiadu, bowiem ich praca nie polega na prowadzeniu osobiście tajnych operacji, ale na kierowaniu niejawnymi pracami niejawnych oficerów.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Paweł Wujec: – Tata dziś wspierałby demokratów z Białorusi. Pomóżcie!


Przytaczany fakt nieznajomości przepisów, dotyczących wydawania zgód na współpracę z obcymi służbami, przez prowadzącego sprawę prokuratora wojskowego, już po przedstawieniu gen. Noskowi zarzutów, jest po prostu kompromitujący i dyskwalifikujący. To jest dopiero jaskrawy przykład na niedopełnienie obowiązków. O naturze tego przepisu napisano zresztą dostatecznie dużo, by wiedzieć, że służy on przede wszystkim ściganiu przeciwników politycznych.

Trzeba by w tej sprawie zapytać, dlaczego prokuratura podległa ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze ściga zasłużonych dla polski generałów współtwórców służb specjalnych III Rzeczypospolitej, z których jeden był już więźniem politycznym… w PRL, a obaj  lojalnie i z poświęceniem wobec Polski wykonywali swoje obowiązki?


Mam problem z trzecim bohaterem książki, Pawłem Wojtunikiem, nie ujmując mu zasług w zwalczaniu przestępczości zorganizowanej – tak ze względu na charakter stawianych mu zarzutów, jak i wiarygodność niektórych jego opowieści.

Wojtunik przekroczył, zdaniem prokuratury, swoje kompetencje w ten sposób, że utajnił dokument już odtajniony decyzją podjętą zgodnie z ustawą o ochronie informacji niejawnych przez ABW na wniosek prokuratora generalnego i to w czasach, gdy był nim Seremet. Niezależnie od być może słusznych intencji pana Wojtunika, tzn. by chronić oficerów, którzy brali udział w operacji przeciwko przestępcom, w wyniku której uzyskano m.in. taśmy z podsłuchów będące częścią tzw. afery taśmowej, to w państwie prawa nie może szef służby zmieniać rozstrzygnięć należących do właściwości innych podmiotów. O tym stanowi zasada wyłączności organów tzn., że jeżeli sprawa należy i została rozstrzygnięta przez ABW, to nie należała już do CBA i jego szefa. Ustawa o ochronie informacji niejawnych nie pozostawia w tym miejscu żadnych wątpliwości.

Nie zmienia to faktu, że Wojtunik wydaje się być także ofiarą nagonki, która m.in. spowodowała odebranie mu w sposób niezgodny z prawem poświadczenia bezpieczeństwa (certyfikatu dostępu do informacji niejawnych), a tym samym uniemożliwiła mu pełnienie funkcji szefa CBA, a umożliwiła tym samym obsadzenie tego stanowiska przez swojego, tzn. delegowanego przez PiS, protegowanego ministra Kamińskiego, przed upływem kadencji Wojtunika. Bezprawność odebrania certyfikatu niejawności potwierdza wyrok NSA (sama sprawa ciągle się toczy, co fatalnie świadczy o działaniu polskiego wymiaru sprawiedliwości).


PRZECZYTAJ TAKŻE: Nie tylko syndrom sztokholmski


Z Wojtunikiem o tyle sprawa jest trudna, że opisuje jako jedną z największych osiągnięć sprawę tzw. Infoafery, czyli aferę korupcyjną z udziałem MSW, policji i kilku firm informatycznych, a przy opisie której zapomina o kilku bardzo istotnych, a niewygodnych dla jego relacji faktach tj:

  1. Głównym bohaterem Infoafery był jego kolega z Komendy Głównej Policji i policjant w czynnej służbie Andrzej Machnacz;
  2. Sądy nie potwierdziły wersji Wojtunika o szerokim spisku firm informatycznych i tworzeniu specjalnych funduszy łapówkarskich. Potwierdzona została zaś wstydliwa dla policji i Wojtunika wersja, że to policjant wymuszał łapówki na firmach informatycznych.
  3. Kara 100 mln USD, którą zapłaciła jedna z firm amerykańskich komisji papierów i giełdy w USA, na który to fakt powołuje się Wojtunik jako na dowód swojego sukcesu w zwalczaniu korupcji w środowisku informatycznym, to informacja prawdziwa tyle, że firma ta przyznała, że mogły być przypadki korupcji, ale dotyczyły one tak pozyskania zamówienia dla Prokuratury Generalnej w Rosji, jak i owej afery policyjnej związane z informatyzacją w Polsce. Wojtunik jako doświadczony oficer służb specjalnych powinien rozumieć, co mogło by to oznaczać, tymczasem Wojtunik sugeruje, że to efekt jego działań wyłącznie w Polsce. Ego Wojtunika zrobiło swoje i firmy amerykańskie w Polsce nie miały lekko przez kilka następnych lat.
  4. Zapomina, w jaki sposób wydobywano zeznania od żony głównego oskarżonego w tej sprawie, która była w zaawansowanej ciąży. Guzik mnie obchodzi, że podobno było jakieś świadectwo lekarskie pozwalające na aresztowanie przesłuchiwanie zatrzymanej żony, która za chwilę miała rodzić. To zwykle draństwo i warto by opinia publiczna poznała szersze kulisy tej sprawy i roli CBA, tym bardziej w czasie, gdy policja stosuje wobec kobiet „skuteczne chwyty unicestwiające” w czasie protestów LGBT.
  5. Zamiast policyjnego Biura Spraw Wewnętrznych (które miało wszystkie instrumenty by zapobiegać korupcji), zarzut niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień postawiono m.in. ówczesnemu wiceministrowi spraw wewnętrznych i jednemu z zastępców Andrzeja M., w tym, że próbowali zatrudnić jakiś kompetentnych urzędników, których zawsze brakuje w administracji rządowej oraz zlecili przeprowadzenie audytu w EPUAP jednemu z najwybitniejszych polskich kryptologów, utytułowanemu profesorowi z Wrocławia. To taki sam scenariusz, jaki teraz PiS stosuje wobec Wojtunika. Człowiek wykonujący swoje obowiązki zleca audyt bezpieczeństwa, z którego korzystają dziś miliony Polaków i dostaje zarzut: „przekroczenia uprawnień w celu uzyskania korzyści majątkowej”.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kryzys nowoczesności. Obyczaje – notatki prof. Marcina Króla


W przypadku Wojtunika wygląda na to, że miast gigantycznej afery efekty działań CBA przyniosły efekt w postaci skazanych na symboliczne raczej kary bez bezwzględnego pozbawiania wolności, którzy pod kierunkiem policjanta zorganizowali sobie intratny dla nich tylko interes. Opinia publiczna nie poznała wyroków, które zapadły w tej sprawie poza karą w tzw. zawiasach dla ekspolicjanta.

W lipcu 2018 r. były szef CBA usłyszał w Prokuraturze Regionalnej w Krakowie dwa zarzuty karne – niedopełnienia obowiązków i utrudniania postępowania karnego. – Paweł Wojtunik jest podejrzany o to, że w związku z pełnioną funkcją nie dopełnił ciążącego na nim obowiązku związanego m.in. z rozpoznawaniem, zapobieganiem i wykrywaniem przestępstw przeciwko działalności instytucji państwowych – informował prokurator.

Zarzuty dotyczą sprawy jego byłego podwładnego, dyrektora warszawskiej delegatury CBA Roberta G. Miał on się dopuścić malwersacji, m.in. poprzez wynajem mieszkań do prywatnych celów za środki z funduszu operacyjnego oraz wypłacanie służbowych pieniędzy na prywatne konta.

Dla prokuratora to nie ważne ze sprawa wypłynęła dopiero po tym jak Wojtunik opuścił CBA, a samego podejrzanego zwalniał ze stanowiska i służby. Zadziwiająca kooincydencja bowiem sprawa Infoafery została ujawniona po tym, jak główni oskarżeni z amerykańskich firm zostali zwolnieni z pracy, lub sami z niej musieli  odejść.

W tych opisanych przez Zielińskiego sprawach najbardziej więc chodzi o to, by jak zatytułował swój artykuł jeden z największych portali w Polsce, „Śledztwa bez końca. Jak PiS ściga politycznych przeciwników”.

Warto przeczytać tę książkę także dlatego, by dowiedzieć się więcej o drodze, która prowadzi „cywila” na szczyt hierarchii służb specjalnych, o wpływie polityki na ich życie, a także – niestety – o tym, co grozi ludziom, którzy mają twarde kręgosłupy.

Wojciech Siwy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *