„Skrywane” – najlepsza rzecz, jaką od dawna czytałem

fot. Grzegorz Kalinowski/Facebook


Dawno już miałem o niej napisać, bo to najlepsza rzecz, jaką nie tylko w tym roku, ale i od dawna, czytałem. Zabierałem się za napisanie paru słów od dwóch miesięcy i przekładałem to wielokrotnie. Ciężko coś dodać do tego, co znalazło się w eseju, który poświecił powieści profesor Zbigniew Mikołejko i tekstu Andrzeja Mencwela, który znalazł się na plecach książki

„Skrywane” to Wielka Przygoda i niespodziewanie długa lektura. Format standardowy, druk przyjazny zmęczonym oczom, ledwie 260 stron, ale powieści Michała Komara nie da się łyknąć, bo nie sposób czytać ją w pośpiechu.

Akcja rozgrywa się w szesnastowiecznej Europie, a narratorem jest bezimienny medyk, którego otaczają postacie historyczne. Autor zamieszcza przypisy, ale zamiast wyjaśnić, co trzeba i zaspokoić moją ciekawość, tylko ją rozbudzały.

„Skrywane” stało się dla mnie nie jedną, lecz dwiema, a może nawet trzema książkami. Potrafiłem zrobić godzinną przerwę na poznanie biografii kardynałów, naukowców i… szpiegów (bo to także powieść szpiegowska, do czego później wrócę).


PRZECZYTAJ TAKŻE: „Granatowy 44”


Uważna lektura zmieniła się w coś pomiędzy kwerendą do własnej książki, a zabawą telewizyjnym pilotem. To było tak, jakbym oglądał Wojny Gwiezdne i fundował sobie w ich trakcie spin offy. Na ekranie pojawia się nowa postać, zaciekawia mnie, więc przełączam, żeby obejrzeć film, który opowie mi skąd się wziął ten cały Han Solo.

W powieści Michała Komara kosmicznych przygód nie ma, ale są cuda i dziwy. Jest lewitujący święty, gdańska Piscis episcopi, ryba-biskup, potwór morski. Fantasy? Skądże znowu, to bezpośrednie odniesienie do wydarzeń, które miały miejsce i znalazły opisy w kronikach. Zresztą lewitujący błogosławiony Władysław z Gielniowa został patronem Warszawy, drugorzędnym, ale jednak. Medyk chce zająć się sprawą Piscis episcopi, ma na tym punkcie obsesję, ale w końcu musi robić to, co każe jego mocodawca, Giovanni Francesco Commendone – kardynał, nuncjusz apostolski, jeden z generałów kontrreformacji.

Z drugiej strony mamy Francisa Walsinghama, który zdobył sobie przydomek Spymaster. Mamy walkę o rząd dusz, w użyciu jest nie tylko propaganda, ale i stosy, a naukowcy i myśliciele są jak na polu minowym. Jeden nieostrożny ruch, słowo, deklaracja i śmierć w męczarniach. Miłość nie ma w tych czasach szans, a przeżycie zapewnia skrywanie prawdy i własnych myśli.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Ścigani – jak „dobra zmiana” niszczyła polskie służby


Wciągające, piękne i okrutne. Bolesne, ale znakomicie przedstawiający coś, co można nazwać religijną wojną hybrydową.

W czasach tagów i Netfiksowego „jeśli oglądałeś…”, trzeba wymienić „Q. Taniec śmierci” Luthera Blissetta, powieść, którą przypisywano przez pewien czas Umberto Eco. Pewnie to samo mogłoby się stać z książką Michała Komara, gdyby ją napisał pod pseudonimem, wtedy wielu ogłosiło by ją odnalezionym dziełem mistrza z Mediolanu. Trzeba też się odwołać do samego Michała Komara, który w latach osiemdziesiątych stworzył na podstawie powieści Jamesa Hogga scenariusz filmu Wojciecha Jerzego Hasa „Osobisty pamiętnik grzesznika przez niego samego spisany”.

Tak, jak warto wrócić do każdego filmu Hasa, tak warto sięgnąć po „Skrywane” Michała Komara. Sięgnąć i obłożyć się innymi książkami, nie wyłączać dostępu do sieci, zagłębiając się w awanturniczą, pełną knowań, szpiegowskich intryg i propagandowych majstersztyków historię szesnastowiecznej Europy.

Michał Komar – „Skrywane”, wyd. Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2020

fot. Grzegorz Kalinowski/Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *