6. Obywatele RP proszą o stanowisko. Jaką rolę pełnią partie w polityce?

Obywatele RP uważają, że Sejm – od dawna całkowicie podporządkowany decyzjom zapadającym na Nowogrodzkiej – tworzy fikcję kontynuacji demokratycznych instytucji państwa, służąc w istocie legitymizacji zamachu na konstytucję. Obywatele RP uważają także, że polityczna reprezentacja demokratycznej opozycji w Sejmie nie pełni żadnej innej funkcji niż właśnie legitymizacja pozorów trwania upadłego w istocie państwa. Niezależnie od radykalizmu tych sformułowań, to nie jest ocena – to tylko opis rzeczywistości zawłaszczonego państwa i nikłych możliwości tradycyjnie pojmowanej polityki opozycji. Tej pustej i w efekcie szkodliwej polityce chcemy przeciwstawić program obywatelskiego sprawstwa, które prawdziwie demokratyczne państwo zbuduje siłą faktów dokonanych. Prosimy więc o ustosunkowanie się do tych tez, poniżej przedstawiając uzasadnienie dla tak ostrego postawienia sprawy. 

Koncesjonowana opozycja, pozory parlamentaryzmu

Od dawna już każda w zasadzie uchwała Sejmu narusza podstawowe normy konstytucji w sposób, na który właściwą odpowiedzią powinna być stanowcza odmowa uczestnictwa. Równocześnie od początku drugiej kadencji władzy pisowskiej większości, zwłaszcza zaś od czasu pandemii, opozycja zaniechała już nawet deklaracji o obronie ładu konstytucyjnego, godząc się zamiast tego na udział w niekonstytucyjnych rządach dekretami w randze rozporządzeń; na udział w niekonstytucyjnych głosowaniach zwanych wyborami prezydenckimi; nie wspominając o kompromitujących głosowaniach w rodzaju tego o podwyżkach własnych wynagrodzeń, a mają te głosowania przecież dłuższą historię i obejmuje ona mnogość tematów, by wspomnieć tylko IPN, prawa kobiet, czy żołnierzy wyklętych. Robiąc to wszystko, opozycja wciąż przegrywa kolejne wybory – nawet te, w których (jak to było z wyborami do Sejmu w 2019 roku) zdobywa więcej głosów niż PiS i Zjednoczona Prawica. Opozycyjne partie nie są dziś oczywiście – jak to było w latach PRL – satelickimi przybudówkami rządzącej PZPR (okazuje się, że również koalicjanci PiS wykazują znacznie dalej posuniętą samodzielność), niemniej podobnie jak w tamtych czasach uczestniczą w grze pozorów, skuteczniej niż wówczas nadając patologii rządów PiS pozory demokratycznej normalności. Jesteśmy niestety przekonani, że żadne korzyści nie uzasadniają dewastujących kosztów tej polityki. 

To oczywiście skrajnie ostro wyrażony pogląd – o ile wiemy, w ten sposób nie stawia spraw żadne inne środowisko demokratycznej opozycji. Chodzi tu jednak nie o krytykę i nie o ocenę postępowania partyjnej opozycji, ale o chłodną konstatację możliwości, które w polityce pojmowanej tradycyjnie są dziś bardzo ograniczone, o ile nie całkowicie wyczerpane. Każe to dziś przemyśleć na nowo zestaw narzędzi skutecznego działania. Sejmowa arytmetyka nie jest przecież winą polityków opozycji, choć da się i niestety należy podnieść również w tej sprawie kilka istotnych zastrzeżeń, co uczynimy za chwilę. Wydaje się jednak przede wszystkim, że w pewien sposób podobnie do czasów PRL, kiedy było to oczywiste, możliwości zmiany szukać trzeba dziś poza parlamentem i poza instrumentarium, do którego przywykliśmy, myśląc dotąd o „dorosłej polityce” przeciwstawianej „politycznemu przedszkolu” organizacji i ruchów społecznych. 

Czy politykę definiować jak chciał Machiavelli, czy jak Arystoteles – czy zatem widzieć w niej sztukę gry o władzę, czy sztukę rozwiązywania problemów w imię dobra wspólnego – sytuacja całkowitego ubezwłasnowolnienia instytucji konstytucyjnej demokracji każe dziś pytać, czego powinny w tych czasach dotyczyć nagłówki gazet, z których dowiadujemy się, co w polityce słychać. Czy istotniejsze są dzisiaj transfery do partii Szymona Hołowni, konferencje prasowe Borysa Budki, inicjatywy ustawodawcze Lewicy pozbawione szans w tym i dającym się przewidzieć przyszłym parlamencie – czy raczej to, co o Polsce opowiada i co w niej robi np. Marta Lempart oraz kobiety walczące o prawa człowieka? 

Parlamentarne instrumenty nie działają poza parlamentaryzmem

Od wyborów prezydenckich i zwłaszcza parlamentarnych roku 2015 jesteśmy w Polsce świadkami i uczestnikami wydarzeń na kilka sposobów bezprecedensowych. Nie ma dzisiaj sensu opisywać w szczegółach prowadzonego od tego czasu systematycznego zamachu stanu likwidującego w Polsce resztki demokratycznych instytucji. To dobrze znana historia – choć warto pamiętać, że sporo czasu musiało upłynąć i niemałe koszty ponieśliśmy, zanim rzeczywistość zamachu do nas dotarła. Bezprecedensową nowością było jawnie ostentacyjne deptanie pluralizmu m.in. właśnie w Sejmie, ale również zdolność nowej władzy do całkowitego ignorowania protestów społecznych. Ani wielkie demonstracje, ani sprzeciw parlamentarnej opozycji nie spowodowały nie tylko żadnych ustępstw rządzących, ale również w żaden sposób nie wpłynęły wówczas na sondażowe notowania obozu władzy. Jedno i drugie było w polskiej polityce całkowitą i dla większości z nas zaskakującą nowością. 

Z tą nowością nie umieliśmy sobie poradzić przede wszystkim intelektualnie – modyfikując własne programy i zwłaszcza dokonując przeglądu skutecznych instrumentów polityki w tej nieznanej wcześniej sytuacji, choć przecież tradycyjne instrumentarium okazało się jawnie bezskuteczne. 

Skrajnie różne oceny skuteczności polityki

Zasygnalizujmy tu możliwość myślenia w kategoriach innych niż tradycyjna polityka –przyjdzie do tego oczywiście wrócić w konkluzjach. Kiedy trwał w najlepsze sezon wielkich i wciąż rosnących demonstracji KOD, Obywatele RP przestrzegali przed ich jałowością i nieuniknionym w tej sytuacji kryzysem. Dziesiątki, a później setki tysięcy ludzi uczestniczących regularnie w potężnych demonstracjach pod hasłem „obronimy demokrację” rzeczywiście wierzyło, że bronią jej naprawdę i atak PiS na sądy zostanie powstrzymany. Choć przecież żadna z tych demonstracji nie tworzyła żadnego kosztu dla władzy. Daremność ówczesnej wiary musiała przynieść rozczarowanie, frustrację i wreszcie postępującą apatię – jej głębokość była wprost proporcjonalna do początkowego entuzjazmu. Zanim ów kryzys nastąpił, władza odpowiadała na protesty, że „demokracja ma się w Polsce znakomicie, skoro każdemu wolno protestować”. 

Obywatele RP postanowili przynajmniej tę tezę władzy sprawdzić, stając z kontrmanifestacjami naprzeciw smoleńskim miesięcznicom i wywołując w ten sposób długotrwały konflikt, obnażający łamanie podstawowych praw jawnie niekonstytucyjną nowelizacją ustawy o demonstracjach, kilometrami stalowych barierek i tysiącami policjantów w centrum stolicy. Wypracowaliśmy przy tym strategię  i zademonstrowaliśmy jej skuteczność – proponując obywatelski opór, który wystawiał władzy rachunek politycznych kosztów i wymuszając realne ustępstwa – bo one wreszcie nastąpiły. W sprawach wprawdzie drobnych i niczego nieprzesądzających, ale właśnie tak dobranych, by rachunek zysków i strat po stronie przeciwnika miał szansę działać na korzyść społecznych postulatów. Mieliśmy nadzieję tę strategię uogólnić na działania całego demokratycznego ruchu i po to podejmowaliśmy te wysiłki. To się niestety nie udało. 

Próbowaliśmy równocześnie budować konieczny naszym zdaniem w „sytuacjach rewolucyjnych” etos ruchu – a była nim wartość praw człowieka i politycznych wolności obywatelskich zapisanych w konstytucji, bo to właśnie w ten sposób konstytucja przestawała być abstrakcją, a stawała się wartością bliską i dobrze uświadomioną. Tamte nasze intuicje okazały się trafne – uświadomiona społecznie potrzeba „kontroli konstytucyjnej w sądach powszechnych” (trudno przecież o bardziej abstrakcyjnie brzmiący postulat) – stała się dziś zarówno praktyką, jak i powszechnie akceptowaną i zrozumiałą dla każdego normą. Jasne jest również dziś dla każdego, że np. niekonstytucyjny zakaz zgromadzeń wymaga sprzeciwu i nie obowiązuje – choćby skądinąd uzasadniał go rozsądek wobec zagrożenia epidemią. 

Demokratyczny ruch ma w okresie rządów PiS kilka tego rodzaju osiągnięć. Drobnych i nieprzesądzających w polskiej wojnie, ale przynajmniej da się je wymienić i niektóre są znaczące. Obywatele RP w opisany tu sposób zdołali skutecznie unieważnić pisowski zakaz zgromadzeń i tę wolność obronili niezależnie od przepisów przeforsowanego w Sejmie prawa. Zdeterminowana garstka aktywistów ekologicznych zdołała obywatelskim oporem zatrzymać wycinkę Puszczy Białowieskiej, doprowadzając przy okazji do dymisji wpływowego ministra – to niesłychany sukces, który jednak nie zdołał zbudować poczucia obywatelskiego sprawstwa, bo wciąż jeszcze żyliśmy złudzeniami o partyjnej polityce, która rozstrzyga. W podobny sposób ruch obywatelski – bez udziału „dorosłej polityki” i wbrew sceptycyzmowi, a w niektórych przypadkach wbrew sprzeciwowi polityków – zdołał powstrzymać wycinkę Sądu Najwyższego, a pomimo zmian wprowadzonych tam siłowo, wciąż jeszcze trwa batalia o tę instytucję, jej wynik nie jest przesądzony i wciąż widocznego znaczenia tego ruchu protestu nie da się przecenić. 

Być może jednak największe znaczenie mają osiągnięcia ruchu protestujących kobiet i aktywistów LGBT. Niezależnie od stanu legislacji dokonał się w tych sprawach niezwykle istotny przełom społeczny. Poparcie dla postulatów liberalizacji prawa aborcyjnego lub antydyskryminacyjnych przepisów dotyczących osób nieheteronormatywnych nie zmieniało się w trakcie żadnej debaty w latach niezagrożonej – wydawałoby się – demokracji III RP. Okres protestów, w których kobiety i tęczowe flagi widać było w pierwszych szeregach obywatelskich demonstracji, przyniósł zmianę na tym tle rewolucyjną. Jest sprawą osobną, czy, w jaki sposób, w jakim stopniu i kiedy wreszcie ów przełom przyniesie regulacje prawne – ta zaiste epokowa zmiana dokonała się wszakże całkowicie poza zakresem „dorosłej polityki” i w dużym stopniu wbrew politykom. 

Niezależnie od tego, że ten bilans dokonań nie wygląda imponująco i politycznego przełomu nie przyniósł, pytanie o dokonania opozycji parlamentarnej w tym samym czasie pozostaje w zasadzie retoryczne. Opozycji udało się przegrać kolejne wybory, o sejmowych głosowaniach nie ma sensu mówić, warto za to wspomnieć o tym, że gadanie o konstytucji od dawna przestało być w modzie wśród polityków. 

Pojęciowe zamieszanie w partyjnej grze

Bilans bilansem, podstawowe przekonanie większości z nas pozostaje prawdopodobnie wciąż to samo. Ruchy społeczne, ich dokonania, czy to w sferze instytucji, które tworzą (to niedoceniany wątek), czy w sferze zmian świadomości – wszystko świetnie, ale nie ma to żadnego znaczenia, jeśli się nie przełoży na polityczną większość, która wprowadzi odpowiednie prawo. Tak patrząc przestajemy być pewni prawomocności rozróżnienia pomiędzy Machiavellim i Arystotelesem: trzeba bowiem przecież zdobyć władzę, by w imię dobra wspólnego rozwiązać problem. Dokładniej mówiąc: by rozwiązać problem, jak sami tego chcemy i w imię dobra, jak je sami pojmujemy. 

Pozostając w tej optyce, Obywatele RP twierdzą od dawna, że np. konstytucja nie wtedy jest dobra, kiedy uzasadnia to jakość jej zapisów – bo liczy się również to, czy ma powszechną legitymację. Czy jej normy uznajemy powszechnie za oczywiste, zrozumiałe i podstawowe i w związku z tym nikomu nie przychodzi do głowy ich kwestionować. Przypominamy przy każdej okazji, że w referendum z roku ’97 wzięło udział 43% uprawnionych, a wcale nie „my, naród”, jak to dumnie i niestety na wyrost obwieszcza piękna skądinąd preambuła. I że przewaga wyniosła wówczas 52%. Konstytucję poparło więc w rzeczywistości w tamtym głosowaniu 23% obywateli. Zarówno wszystkie ówczesne sondaże, jak szczegółowa analiza wyników w okręgach pokazują, że gdyby wyobrazić sobie frekwencję 100%, to konstytucja przepadłaby w głosowaniu z pewnością bliską 99%. 

Pytanie, czy ważniejsza jest w polityce polityczna większość i władza, czy uświadomione społecznie potrzeby i silna artykulacja postulatów – a może konstytucyjny pakt wyznaczający granice każdej władzy i dający obywatelom instrumenty obrony przed jej samowolą – nie ma prostej odpowiedzi. A to jest dość podstawowe pytanie, jeśli naprawdę obchodzi nas treść polityki, a nie tylko kto rządzi. Ważne jest jednak uświadomić sobie, że tę świadomość (choć prawdopodobniejsza wydaje się raczej podświadomość) mają najwyraźniej także konkurujący o władzę politycy. To mianowicie świadomość ograniczonej wartości politycznej władzy.

Częścią bilansu sześciu już prawie lat rządów PiS jest bowiem wątpliwość, czy opozycja naprawdę władzy chce. Wątpliwość tę da się podnieść na co najmniej dwóch poziomach. 

Kiedy godzono się na udział w wyborach w warunkach pandemii i jaskrawych naruszeń konstytucji, nikt nie liczył na szanse zwycięstwa. Ta nadzieja pojawiła się wkrótce – w trakcie zaskakującego dla wszystkich sukcesu przy zbieraniu podpisów pod kandydaturą Rafała Trzaskowskiego – ale w momencie decyzji nikt jeszcze tych nadziei nie miał. Co więcej, polityczna opozycja odrzuciła równocześnie ofertę Gowina, a on proponował przecież ni mniej, ni więcej, tylko właśnie odwrócenie sojuszy i możliwość przejęcia władzy. Największej wówczas partii opozycji chodzić mogło więc wyłącznie o to, by z nowym kandydatem – możliwość wymiany kandydata uzyskano w zamian za deklarację udziału w wyborach – powrócić na utracone miejsce lidera. Kandydatom mniejszych partii oczywiście chodziło w tej kampanii o wszystko – ale przecież nie o wiarę w zwycięstwo, bo ono możliwe nie było w żadnym stopniu. Wszystkie te decyzje podejmowano za cenę rezygnacji z ostatnich pozorów obrony konstytucji, ale w tym miejscu mniejsza nawet o to – przede wszystkim nie były te decyzje obliczone na polityczne zwycięstwo i jakiekolwiek pragmatyczne rachunki. W pragmatycznej warstwie osiągnęliśmy w tym głosowaniu to, że Andrzej Duda zamiast być jawnie marionetkowym prezydentem wybranym bezprawnie, zwyciężył niczym mąż stanu przy rekordowej frekwencji, a przegrany Rafał Trzaskowski został na czas jakiś niekwestionowanym liderem opozycji. Obaj panowie zdołali zresztą ten potencjał natychmiast zmarnować. Podobnie przecież – jeśli chodzi o kalkulacje zwycięstwa – było w sejmowych wyborach z 2019 roku, kiedy opozycyjni sztabowcy musieli wiedzieć, że decyzja o starcie trzech partyjnych list oznacza pewność porażki w walce z PiS. Wspólna lista dawała realną szansę zwycięstwa – jak udało się to w Senacie, pomimo wszystkich strat, które tam zanotowano – zrezygnowano z niej w imię partyjnych partykularyzmów i celów innych niż nasze, wyborców. 

Nigdy nie wypowiedziano tego wprost – jedynym wyjątkiem był prof. Radosław Markowski, który o tym mówił otwarcie i uzasadnił w sposób niepusty – opozycja władzy przejąć nie chciała. Po raz kolejny – nie chodzi nam o ocenę i oskarżenia o kunktatorstwo, czy fałsz. W tym stanie państwa przejmowanie władzy i wynikającej z niej odpowiedzialności nie bez powodów da się uznać za misję samobójczą. Porównania z rokiem 1989 o tyle są tu nietrafne, że ówczesna opozycja dysponowała potężnym autorytetem i niemal nieograniczonym mandatem zaufania, pozwalającym jej przetrwać gigantyczne społeczne koszty planu Balcerowicza. Rzecz właśnie w tym, że żadnego takiego mandatu dzisiejsza opozycja nie ma. 

Drugi poziom, na którym da się podać w wątpliwość polityczną determinację w walce o władzę, dotyczy mechanizmów poparcia dla partii i ich programowych postulatów. Była już o tym mowa w naszym poprzednim pytaniu, ale dorzućmy tu kolejne spostrzeżenie. Ile są warte np. wyborcze deklaracje Lewicy o liberalizacji prawa aborcyjnego? Wygłaszając tę obietnicę w wyborach z roku 2019 Lewica oczywiście wiedziała, że jej nie spełni. Bo nie ma szans zwycięstwa, a gdyby nawet – co nie było możliwe w tamtych wyborach, ale kiedyś możliwe będzie – dzisiejsza opozycja zwyciężyła, to premierem nowego rządu nie byłby żaden z liderów Lewicy, a nawet w tak skrajnym wariancie byłby to rząd koalicyjny. Czego mogła oczekiwać w tym zakresie Lewica, która godziła się równocześnie na „pakt senacki” oddający większość miejsc politykom konserwatywnym, jawnie wrogim liberalizacji aborcji? To pozostaje tajemnicą mechanizmów partyjnego PR, z których istnienia czas sobie wreszcie zdać sprawę. 

Trzeba przede wszystkim wiedzieć, co politycy wiedzą bez wątpliwości: że prawa o aborcji Lewica nie przeprowadzi przez żadne parlamentarne głosowanie ani oczywiście w tej, ani w następnej kadencji Sejmu. Jednocześnie jednak podnoszenie tego postulatu jest dla Lewicy bezcenne. Poparcie dla niej dzisiaj oscyluje bowiem w granicach 10%. Poparcie dla liberalizacji aborcji potrafi zaś sięgać 30%. Różnica 20% wyznacza potencjał wzrostu Lewicy, dopóki postulat liberalizacji „pozostaje w grze”. Zrealizowany postulat straci tę wartość. Kolejny raz to samo zastrzeżenie – nie zarzucamy politykom Lewicy cynicznie fałszywej gry, zupełnie nie o to chodzi w żadnej z wielu gorzko brzmiących uwag tego rodzaju. Tak po prostu działa polityczny rynek – i będzie działał, dopóki go nie zmienimy. Polityka – jaką znamy – czym innym jest w praktycznej rzeczywistości, a czym innym w wyobrażeniach wyborców. 

Partyjna opozycja ma dziś mimo wszystko – od niedawna – kilka istotnych instrumentów realnej zmiany. To przecież prawda, że kilku posłów przeciągniętych „na jasną stronę” wystarczy, by powstrzymać okres narodowej smuty rządów PiS. Prawdą jest jednak również, że do tego opozycja w widoczny sposób się nie kwapi. Ale z drugiej i dla nas ważniejszej strony żadna tego rodzaju zmiana nie przyniesie realizacji żadnego istotnego postulatu społecznego. Z całą pewnością nie przyniesie liberalizacji prawa o aborcji. Przeciwnie – prawdopodobnie zablokuje tę możliwość na długie lata, choć to osobne i samo w sobie wielowymiarowo skomplikowane zagadnienie. 

W tym właśnie sensie pytanie, które dziś zadajemy – choć dotyczy bardzo praktycznego problemu skuteczności opozycyjnej polityki – jest jednym z całej serii pytań o istotne i głębokie cele politycznej walki, którą toczą w Polsce ruchy obywatelskie, jak nasz niewielki ruch Obywateli RP. Nas interesują wyobrażenia i potrzeby wyborców – a mechanizmy „realnej polityki” chcielibyśmy zrozumieć i modyfikować odpowiednio do tego celu. 

Specyfika obywatelskiej perspektywy

Jest bardzo radykalnie różna od wszystkiego, co oferuje tradycyjna polityka partyjna i czym wciąż niestety żyją media, pomimo całkowitego przecież wyczerpania politycznego sprawstwa partyjnej opozycji. Jesteśmy przekonani, że realne zmiany dokonują się już i będą się dokonywać poza sejmowymi kuluarami i poza salą plenarną. 

Obywatelska perspektywa dotyczy co najmniej dwóch ściśle ze sobą związanych sfer rzeczywistości. Jedną z nich jest społeczna świadomość i jej niezbędność dla legitymizacji podstawowych praw w państwie. 

Wspomnieliśmy już o konstytucji i jej słabym mandacie. Polskie prawo o mediach niech będzie kolejnym przykładem: o tyle lepszym, że nie budzącym politycznych emocji. Wzorowaliśmy je na prawie brytyjskim – niektóre przepisy kopiowały wprost tamtejsze rozwiązania. Wśród nich np. obowiązek stacji telewizyjnych, by w wymiarze określonym ustawą i postanowieniami koncesji nadawały materiały wytworzone na niezależnym rynku przez producentów innych niż one same. Przepis doskonale funkcjonujący w Wielkiej Brytanii natychmiast stał się fikcją w Polsce, gdzie wszystkie stacje powołały osobne spółki producenckie, które choć miały tych samych właścicieli, były innymi podmiotami prawnymi. Dlaczego tak się stało? Najczęstsza i oczywiście prawdziwa odpowiedź wskazuje kulturę prawną jako przyczynę. W Anglii kultura polityczna pozostaje na poziomie w Polsce nie do pomyślenia. 

Weźmy jednak jeszcze inny przykład – ustrój partii politycznych i jego patologie. Za jedną z nich – krytykowaną dość powszechnie – uchodzą partyjni „spadochroniarze” kandydujący w wyborach z okręgów, z którymi nie mają żadnych związków, jak np. Grzegorz Schetyna kandydujący z Kielc. Można rozważać odpowiedni zakaz w kodeksie wyborczym – byłby jednak naiwny i łatwy do obejścia. „Spadochroniarza” można zameldować w odpowiedniej miejscowości, można mu nawet wynająć lub wręcz kupić mieszkanie, by uciąć wszelkie prawne możliwości. Gdyby jednak nawet tak słaba w realnej praktyce norma pojawiła się w kodeksie wyborczym na skutek zorganizowanego nacisku ruchu społecznego, a nie z inicjatywy „łaskawych władców”, byłoby to prawo skuteczne. Po prostu „spadochroniarz” jawnie oszukujący wywalczone przez obywateli prawo nie miałby żadnych szans w wyborach. Anglicy nie są jakoś bardziej od nas praworządni z natury – oni po prostu funkcjonują w systemie dobrze uświadomionych norm, których nie da się łamać bezkarnie. 

Druga sfera to instytucje tworzone siłą faktów, a niekoniecznie stanowionym prawem przez obywatelskie społeczeństwo, a nie dekretowane przez polityków. Instytucje to przy tym nie tylko urzędy lub organy władzy, ale również prawo, media, organizacje, nawet po prostu uznawane społecznie wartości. To sfera bardzo ściśle związana ze społeczną świadomością. 

O świadomości sądzi się na ogół, że rodzi się w szeroko rozumianych działaniach edukacyjnych. W naszym przekonaniu o wiele większą wartość ma tu sprawcza praktyka i strategia faktów dokonanych świadomie przez zorganizowane społeczeństwo obywatelskie. Wspomniana tu już „rozproszona kontrola konstytucyjności” byłaby postulatem niekończących się debat i kampanii edukacyjnych, których znikomy efekt da się łatwo przewidzieć – o wiele efektywniejszym działaniem zarówno pod względem praktyki działania sądów, jak i społecznej świadomości okazały się właśnie fakty dokonane przez obywateli gotowych stanąć przed sądami. 

Jeśli np. prawa o aborcji nie są w stanie uchwalić politycy – nie bez powodu powstrzymując się od podjęcia stosownego ryzyka – można je zostawić „trzeciej izbie”, jak to zrobiono w Irlandii. O tej formie demokracji – panelach obywatelskich złożonych z losowo dobranej reprezentacji obywateli – i o jej przewagach można w Polsce debatować w nieskończoność bez rezultatu. Niezależnie od tego np. Senat – co proponowaliśmy po wielokroć, zawsze bezskutecznie – mógłby taką „trzecią izbę” powołać. Siłą faktu. Żadne prawo tego nie zabrania. Senat ten nasz postulat ignoruje. „Trzecią izbę” można jednak nadal powołać i bez niego. Siłami ruchów społecznych. W każdym przypadku efekt prac panelu nie miałby żadnego znaczenia prawnego. Znaczenie polityczne jest już jednak czymś zupełnie innym i zależy od zaangażowanego tu społecznego potencjału, uwagi mediów – wielu tego rodzaju czynników, których uruchomienie jest dzisiaj skrajnie trudne, choć żadną miarą nie jest to trudność obiektywna. 

Jeśli potrzeba  twardych politycznie faktów, mających realne prawne znaczenie – w tej i w wielu innych sprawach rozwiązaniem lepszym niż skazane na porażkę inicjatywy ustawodawcze wydaje się referendum obywatelskie. Jeśli wniosek o jego przeprowadzenie odrzuca parlament – pisowski lub kolejny z inną większością – ponosi polityczny koszt odrzucenia woli wyborców. I nie kończy to sprawy. Odrzucone przez parlament referendum da się przeprowadzić siłą samorządów – tam, gdzie na nie da się liczyć, budując przy okazji świadomość ich znaczenia – lub wreszcie społecznej samoorganizacji. Niezależnie od wątpliwości, jakie budzi idea katalońskiego separatyzmu, referendum przeprowadzone w Katalonii – choć nie przyniosło niepodległości – przysłużyło się sprawie nieporównanie bardziej niż dekady zbrojnych akcji ETA zdołały przysłużyć się niepodległości Basków. 

Jesteśmy przekonani, że wobec zniszczenia państwa, upadku wiarygodności i społecznie uświadomionej wartości polityki ruch obywatelski walczący o konkretne postulaty i zdolny budować własne instytucje (tworząc np. obywatelskie media publiczne i finansując je powszechnym obywatelskim „abonamentem na demokrację”, zamiast oczywiście bezproduktywnych żądań likwidacji TVP Info na konferencjach prasowych) jest w stanie doprowadzić do potrzebnego dzisiaj wyborczego przełomu, uniemożliwić spodziewane manipulacje władzy i przede wszystkim zbudować instytucje obywatelskiej demokracji w realnym działaniu. A to jest ważniejsze – lub przynajmniej równie ważne, co sama tylko polityczna władza. 

Wiemy oczywiście, że to dzisiaj scenariusz political fiction (a może bardziej social fiction). Ale wiemy również, że ów obezwładniający ogrom trudności ma swoje źródła w niedokonanej wciąż diagnozie rzeczywistych możliwości i instrumentów zmiany – nie wspominając o debacie o celach i naturze polityki widzianej z perspektywy tych, których ona dotyczy. Dlatego prosimy o zdanie. Od czegoś trzeba zacząć. Pilnie. 

1 thought on “6. Obywatele RP proszą o stanowisko. Jaką rolę pełnią partie w polityce?

  1. Należy pilnie powołać „Trzecią Izbę”Legitymizacja jej przez senat byłaby cudem.Jednak mogłaby zyskać poparcie polityków z wszystkich partii opozycyjnych.Przy całej nieskutecznosci partii opozycyjnych jest coraz więcej indywidualistów,ktorzy mówią „we can”.To nasza siła.Niestety nowe byty polityczne/Hołownia/winny też pomóc w tworzeniu takiej izby gdzie byloby miejsce dla ludzi z bogatym merytorycznym doswiadczeniem zawodowym i politycznym o twardych kregosłupach.Juz widać ze struktury na szybko tworzone przez Hołownie same go pogrążą ku radości betonu partyjnego./w Kaliszu już czeka na Niego bomba z opóźnionym zapłonem/.Takie mam plan naprawy Polski do realizacji/

Pozostaw odpowiedź FB Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Głosy w dyskusji

Wybory najpóźniej za:

Dni
Godzin
Minut
Sekund