„Chcieliśmy tylko tam stać w milczeniu z białymi różami”

fot. JohnBoB & Sophie Art

Jak co roku, przed 1 sierpnia, pojechałam umyć tablicę upamiętniającą zgrupowanie powstańcze „Leśnik” – to w nim walczył mój ojciec i moja babcia. Tablica wisi na budynku sądu w alei Solidarności.
A 1-go sierpnia stanęłam z koleżankami i kolegami na pl. Krasińskich. W tym roku zdecydowaliśmy nie blokować, haniebnego dla pamięci powstańców, przemarszu nacjonalistów, uznając, że należy to do prezydenta miasta. Chcieliśmy tylko tam stać w milczeniu z białymi różami – symbolem antynazizmu i antynacjonalizmu.
W oczekiwaniu na godzinę 17.00 miałam okazję ze smutkiem obserwować piknikową atmosferę wśród już zebranych tam ludzi: różni przebierańcy, faceci w opiętych koszulkach z orłem, z opaskami z symbolem PW na łapskach, w krótkich gaciach, dzieci w wojskowych strojach, kobiety z biało-czerwonymi chorągiewkami – przychodzili trzaskać sobie fotki pod pomnikiem, pokrzykując, śmiejąc się – cóż za wspaniała okazja na spędzenie sobotniego popołudnia w patriotycznym wzmożeniu.
Wydawało się, że tym razem uda się w spokoju i powadze wyrazić pamięć i szacunek dla Powstańców. O 17.00 zawyły syreny. Zawsze mnie ten moment porusza do łez – milczenie ludzi, bezruch miasta i dźwięk syren. Tyle ludzkich istnień, tyle krwi i cierpienia … Ale, szlag, jacyś „prawdziwi Polacy” uznali ten moment za świetną okazję do odpalenia rac i wznoszenia tych swoich strasznych okrzyków.
Dalej wszystko odbyło się już klasycznie: przed dotarciem na miejsce marszu nacjonalistów policja wezwała „osoby z białymi kwiatami” do opuszczenia placu. Rzekomo na żądanie organizatorów tego publicznego zgromadzenia. Powód? Nie, że przeszkadzamy swoim zachowaniem, ale że mamy INNE WARTOŚCI!
Odmówiliśmy, wyniesiono nas na ulicę Długą (nieopodal, pod numerem 7, 2 września 1944 roku, Niemcy wystrzelali lub spalili pacjentów szpitala powstańczego, także moją ranną od wybuchu babcię, łączniczkę AK) przy aplauzie zebranych „patriotów”, nie szczędzących nam nienawistnych obelg. Policjanci jak zwykle nie umieli podać faktycznej podstawy legitymowania, więc odmówiliśmy podania danych. Wywieziono nas sukami na komendę przy Zakroczymskiej, gdzie policyjni stażyści oddziałów prewencyjnych (ze Śląska, skądinąd niektórzy mili, współczuliśmy im, ale niestety z rozmów wynika, że nie wiedzą, co to są prawa obywatelskie, których mają bronić) do pierwszej w nocy miotali się, by spisać protokoły zatrzymania. Odmówiliśmy przyjęcia mandatów, sprawą pewnie zajmą się sądy – może i ten przy alei Solidarności.
Tato, Babciu, myślę o Was.

Kalina de Nisau

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *