Kasprzak pisze do Wyborczej: Nie wierzę, by musieli Państwo plajtować, broniąc profilu redakcji

siedziba Gazety Wyborczej w Warszawie
fot. Flickr.com

Wielu — nie tylko w PiS — mówi z rechotem, „macie za swoje”. Sam mam swoje „kosy” z Gazetą, ale ten rechot to głupota. Pozycji redakcji GW trzeba bronić. Bezwzględnie. Bardziej niż niepodległości — trzeba jej bronić, jak człowiek powinien bronić kultury, w której żyje i którą oddycha

Broni się dzisiaj Wyborczej listami, tekstami do redakcji i wydawnictwa, udziałem w zapowiedzianej na wieczór debacie, prenumeratą oczywiście. Są pewnie też inne sposoby i ze wszech miar warto o nich pomyśleć.


TUTAJ link do niektórych listów w obronie Wyborczej


Szanowni Państwo, twórcy Gazety Wyborczej i członkowie władz Agory,

piszę w najwyższym stopniu zmieszany, bo każde z Państwa nazwisk bardzo wiele dla mnie znaczy. Wiele znaczy dla mnie zwłaszcza oczywiście Gazeta, ale przecież – szczególnie w dzisiejszych trudnych czasach – dobrze było wiedzieć także, że istnieje nie tylko niezależna i niepokorna redakcja, ale i potężny koncern, który wspiera instytucje demokracji i którego potęgę da się wykorzystać w ich obronie. Wydawało mi się, że wolność gospodarcza może naprawdę wspierać wolność polityczną i służyć budowie demokracji – i że Agora jest tu sztandarowym przykładem.

Ostatnie czasy nieco studziły te moje nadzieje na ów szczególnego rodzaju „społecznie odpowiedzialny biznes”. To wtedy, kiedy się okazywało na przykład, że z przestrzeni reklamowej Agory skorzystać się da jednak w politycznie ograniczonym zakresie, że z powodu rzekomych lub rzeczywistych „wtargnięć” w tę przestrzeń osób trzecich z niemiłymi dla obecnej władzy plakatami, Agora ma skłonność dochodzić roszczeń itd. No, zdarza się nawet najlepszym – myślałem sobie.

Pamiętam również z odległej już przeszłości własne zmieszanie na wieść o giełdowym debiucie spółki. Pytałem, jak się te rzeczy ocenia gdzie indziej i od zaskoczonych dziennikarzy mediów zagranicznych, np. New York Timesa, słyszałem odpowiedź, że w ich świecie takie rzeczy nie przystoją wydawnictwu gazety, której podstawową wartością jest niezależność. Ale może w Polsce – myślałem – da się te rzeczy układać inaczej. Dziś widzę, że niezupełnie.

Problem jest szerszy i głębszy niż sama tylko bieżąca polska wojenna polityka. Niż relacje z władzą – tą konkretną władzą, która niezależności nie toleruje. Chodzi o globalnie widoczne i od dawna opisywane kryzysowe zjawiska dotyczące sfery kultury, nie tylko bieżącej walki politycznej, choć to ona nas w Polsce emocjonuje najbardziej. Chodzi więc również o tabloidyzację mediów, o ich skłonność do ulegania tandecie, która sprzedaje się łatwiej i z większym zyskiem. O wszystkie fatalne skutki zawrotnej kariery mediów zwanych społecznościowymi, choć one w rzeczywistości wspólnotę raczej przecież niszczą. To wszystko jest w jakimś sensie nową realizacją starego prawa gorszego pieniądza, którego działaniu podlegają wszyscy, skoro tylko ktoś już zaczął. W kulturze – w polityce zresztą również – sprawy zaszły już tak daleko, że nie da się dzisiaj powiedzieć, co jest ważniejsze i co jest pierwsze oraz co jest bardziej prawdą: czy tandeta wygrywa, bo takie są ludzkie skłonności, czy dlatego, że do konsumowania tandety skłania nas medialna oferta. W czasach Kopernika nie było przecież prawdą, że ludzie wolą monety z niższą zawartością kruszców. Dzisiaj to również nieprawda.

Dziś natomiast – wydaje mi się – da się powiedzieć przynajmniej, że na wartościowych produkcjach choćby filmowych niekoniecznie trzeba splajtować, podobnie jak na wartościowej, więc siłą rzeczy trudnej publicystyce, dobrym dziennikarstwie śledczym, pracochłonnym i kosztownym reportażu. Stopa ewentualnego zysku jest tu jednak rzeczywiście zawsze mniejsza. Jeśli pozwolimy, by redakcją poważnego medium rządził postulat maksymalizacji zysków akcjonariuszy, zniszczymy wszystko. Obawiam się bardzo, że jesteśmy świadkami właśnie tego rodzaju procesów. Wnioski z tej obserwacji są trudne. Wygląda na to, że trzeba tu szukać rozwiązań niezupełnie jeszcze nam znanych.

Gazeta Wyborcza ma wartość związaną z jej wyjątkową wprost jakością. To niezbędny składnik „wartości marki”. Od lat z żalem obserwowałem odejścia wybitnych twórców i dziennikarzy – motywowane finansowo. Ale być może ważniejsza jest właśnie niezależność, w którą – nie zawsze słusznie – wierzyliśmy bez wątpienia. Jeszcze ważniejsza była „zadziorność” Gazety, która nigdy nie bała się kontrowersji, tematów niebezpiecznych, niepopularnych, trudnych. Waleczność, zdolność, by iść pod prąd lub wbrew interesom właśnie. To wszystko było w Gazecie bezcenne, a piszę o tym między innymi dlatego, że przy całej swojej biznesowej indolencji jestem przecież pewien, że giełdowa wartość marki Gazety zniknie bez śladu, jeśli Gazeta straci którykolwiek z tych atrybutów.

Mam kilka poważnych „kos” z redakcją, jeśli mi Państwo wybaczą kolokwializm. Uważam, że zbyt często redaktorzy „wiedzieli, co dobre dla Polski” lepiej niż ludzie, z którymi przeprowadzali wywiady lub którzy słali do niej teksty. Że z tych powodów polityczna debata, której pierwszą cechą powinna być otwartość, zmieniała się w paternalistyczny wykład pouczających nas redaktorów – często zresztą zaangażowanych własnymi sympatiami po jakiejś stronie politycznych sporów. Że nie o wszystkim dało się w Gazecie pisać i nie o wszystkim rozmawiać.

Jestem jednak wiernym czytelnikiem Gazety, używam jej tekstów do komunikacji z innymi, odnoszę się do nich wspólnie z innymi, spieram się z nimi i o nie. Gazeta tworzy mój kod kulturowy – wspólny z wszystkimi, których znam i z którymi w ogóle rozmawiam poważnie. Nie znam badań o tym i prawdopodobnie takie badania nawet nie istnieją – może jesteśmy niszą, ale to i tak ogromy kapitał, a choć biznes z nas może i nie jest najlepszy, to nie wierzę, by musieli Państwo plajtować, broniąc tego profilu redakcji, który zapewnił jej tę wyjątkową pozycję w Polsce.

Może więc spółka znajdzie rozwiązanie, by się tej nierentownej redakcji pozbyć tak, by pozwolić jej przeżyć. Niekoniecznie na giełdzie przecież. Może fundacja byłaby jakimś rozwiązaniem. Albo inna spółka. Nie będę udawał, że znam rozwiązanie. Gdybym znał, nie ośmielę się przecież go proponować najwybitniejszym w kraju fachowcom. Wierzyliśmy jednak wszyscy niedawno, że „niewidzialna ręka rynku” jest wystarczającą gwarancją i regulatorem niezależności mediów. Dzisiaj powinniśmy widzieć, że jednak nie jest. Że powierzanie „niewidzialnej ręce rynku” zawartości głów całej populacji ludzi jest pomysłem szalonym. Musi się znaleźć rozwiązanie. Darmowe nie będzie. A jednak warto. Liczę na nie i bardzo o nie proszę. Wciąż są Państwo najlepsi. I w redakcji, i w biznesie. Kto, jeśli nie Państwo?

Paweł Kasprzak
Obywatele RP

fot. Flickr.com

2 thoughts on “Kasprzak pisze do Wyborczej: Nie wierzę, by musieli Państwo plajtować, broniąc profilu redakcji

  1. Nie płakałem po Trybunie Ludu, więc nie będę też płakał po Gazecie Wyborczej. I po ich poronionych bękartach typu TVP czy Gazety Polskiej.

  2. Oddychanie „życiodajnym duchem” Gazety Wyborczej to jest już jakaś perwersja. To tak jak oddychanie „życiodajnym duchem” Stürmera lub cyklonem B.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Głosy w dyskusji

Wybory najpóźniej za:

Dni
Godzin
Minut
Sekund

Znaczenie „partyjnego programu”

Wygrane kampanie PiSu w praktyce uruchamiały spontaniczne działania oddolne (by użyć ukochanego słowa z czasów „Solidarności”) nie tylko działaczy partyjnych, ale bardziej zaangażowanych wyborców PiSu. Program najwyraźniej do nich przemawiał i zostawiał miejsce na włączenie się w akcję za własną partią.

Czytaj »