Kronika zarazy. Świetny interes

fot. needpix

Odziedziczył ten biznes po swoich przodkach z lekką niechęcią. Gdy przejął stery, firma była już bardzo dobrze prosperującym przedsiębiorstwem. Zakład pogrzebowy „Nadzieja” założył jego dziadek. Firmę rozbudował ojciec, a syn po prostu dostał wszystko na tacy jak prawdziwy dziedzic

Od dziecka wychowywał się wśród trumien i wieńców. Wśród lekko podpitych grabarzy i klientów, którzy przychodzili zapłakani lub bladzi jak kartki papieru. W młodości myślał nawet buntowniczo o tym, aby zająć się czymś innym, pofrunąć za pieniądze ojca gdzieś w świat, robić coś wesołego, ale szybko wybito mu to z głowy, a i on sam dojrzał do sytuacji, w której stabilizacja finansowa i życie na wysokim poziomie mają swoje niezaprzeczalne walory.

Wkrótce wsiąkł w ten biznes, a nawet go pokochał. I zawsze pamiętał słowa dziadka, który mówił, że są na świecie tylko trzy profesje, które zawsze będą miały klientów. Piekarz, grabarz i kurwa. Ojciec przekazywał swe złote myśli już bardziej oględnie i ciągle mu powtarzał, że trupy to po prostu „świetny interes”.

W tym biznesie od zawsze była spora konkurencja. W latach 90. dochodziło nawet do gangsterskich zagrywek, takich jak podpalanie karawanów, wykradanie sobie klientów poprzez łapówki dla lekarzy czy chłopaków z drogówki, aż po filmowe kompromitowanie wrogich zakładów na numery z tzw. „fałszywą wdową”. Stare czasy.

Minęła epoka małych, rodzinnych zakładów pogrzebowych. Dziś rynek funeralny opanowały korporacje. On początkowo sceptyczny wobec rodzinnego biznesu, jako jeden z pierwszych zrozumiał, że zasady gry się zmieniły. Wykorzystał swoje zdolności internetowe i znajomości. Jego kumple z młodzieńczych szalonych lat, kompani od flaszki i dziewuch, nie mieli takiego startu finansowego jak on, a ponieważ niewiele oprócz bimbania potrafili, poszli w politykę. Po latach kilku z nich (i to tych mniej rozgarniętych, ale łasych na pieniądze) zrobiło zawrotną karierę w partii rządzącej.

Połączenie nowoczesnego zarządzania, marketingu internetowego i ważnych znajomości, to były trzy filary rozwoju biznesu. Coś co było kiedyś dobrym zakładem stolarskim z pochówkiem, rodzinnym przedsięwzięciem o idiotycznej nazwie „Nadzieja”, rzemieślniczym warsztatem założonym przez dziadka, teraz stało się Europejską Fabryką Trumien, gigantem na terenie całego kraju.

Epidemia koronawirusa wielu doprowadziła do bankructwa i utraty majątków. Branża gastronomiczna, rozrywkowa, turystyczna, lotnicza, firmy usługowe, odzieżowe i wiele innych leżały jak maratończyk, który się potknął, upadł na pysk daleko przed metą i teraz błagał rząd o kubek wody. Tymczasem jego firma prosperowała znakomicie. Rozwinęła skrzydła jak orzeł, drapieżnik, który fruwając wśród gór z daleka widzi ofiarę.

Do tej pory na klientów od wirusa mówiono w jego branży żartobliwie „włoscy narciarze”. Teraz było nowe określenie. Po wyborach prezydenckich, gdy liczba zmarłych radykalnie wzrosła przyjęło się „wyborcy Andrzeja”.

– Świetny interes – przypomniał sobie dawne słowa ojca i dał znak magazynierowi z hali nr 16, że transport trumien jest już gotowy do wyjazdu.

fot. needpix

Total Page Visits: 7 - Today Page Visits: 3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *