Mariusz Kamiński, cudotwórca destrukcji

Objęcie funkcji ministra spraw wewnętrznych to nie tylko zaszczyt i poszerzenie obszaru władzy. To także poważny obowiązek wobec obywateli. Milczenie ministra wobec sytuacji w Koninie może świadczyć o tym, że nie bardzo go obchodzi sytuacja w policji

Środki masowego przekazu pełne są spekulacji dotyczących spodziewanego votum nieufności wobec Mariusza Kamińskiego – ministra spraw wewnętrznych i koordynatora służb specjalnych.

Głównym motywem wotum nieufności i uzasadnieniem pytań w sondażach opinii publicznej jest „sprawa Banasia”. Czyli zaniedbania podległych Mariuszowi Kamińskiemu służb, w procedurze poświadczania bezpieczeństwa dla wyższych urzędników państwowych (przede wszystkim byłego ministra finansów i jego współpracowników), pozwalającego na dostęp do tajnych informacji, a także nieuzasadnionej zwłoki w weryfikacji oświadczeń majątkowych obecnego szefa NIK.

Tymczasem sprawa poświadczeń bezpieczeństwa i weryfikacji oświadczeń majątkowych to tylko czubek góry lodowej zbudowanej na serii zaniechań, nadgorliwości, nieumiejętności wyznaczania strategicznych celów podległych służbom, zamiatania pod dywan ewidentnych nadużyć i wykorzystywania funkcjonariuszy do załatwiania prywatnych czy politycznych porachunków. Obywatele RP protestowali przeciwko powołaniu wiceprezesa PiS na stanowisko ministra spraw wewnętrznych już od dnia powołania, w sierpniu 2019, podnosząc jego skłonność do przekraczania uprawnień, potwierdzoną nieprawomocnym wyrokiem.

Szczególnym przekładem degrengolady – najbardziej istotnym z punktu bezpieczeństwa obywateli – jest sytuacja w policji. Niewątpliwie odpowiadają za nią kolejni ministrowie i szefowie Komendy Głównej Policji. Tylko, że Mariusz Kamiński pełni funkcję ministra odpowiadającego za sprawy wewnętrzne od sierpnia 2019 roku. Niby niedługo, ale jakoś nie słychać, aby planował reformy mające na celu wyciągnięcie tej służby z zapaści. A byłoby co robić. Zaczynając od systemu naboru i szkolenia, w którym, aby uzupełniać braki kadrowe, bardzo poważnie obniżono kryteria zarówno wydolności fizycznej jaki odporności psychicznej. Przedmiotem żartów funkcjonariuszy są legendarne szkolenia z posługiwania się bronią, w których policjant może wystrzelać kilka sztuk amunicji w ciągu kilku miesięcy. Omijane są testy wydolności fizycznej, a wielu funkcjonariuszy od lat nawet nie widziało maty do zajęć z samoobrony.

Osobną sprawą jest alokacja sił i środków. Naprzeciw grupy – kilkunastu/kilkudziesięciu osób, często emerytów – stojących na wprost Sejmu z transparentem, wyprowadza się po dwie kompanie oddziałów prewencji, sprowadzanych z najodleglejszych garnizonów. Tymczasem policjanci liniowi w komisariatach padają ze zmęczenia od nadgodzin, za które zresztą wynagradzani są z opóźnieniem i nieregularnie. Brakuje wszystkiego. Sprawnych radiowozów, benzyny, materiałów biurowych, wyposażenia komend, komputerów, środków czystości, nowoczesnych urządzeń do łączności, nawet jednolitych mundurów.

Najbardziej drastycznym ostatnio przypadkiem świadczącym o skali zapaści jest tragedia w Koninie, kiedy w trakcie interwencji policjant zastrzelił uciekającego 21-latka. Krąży wiele wersji okoliczności tego zdarzenia. Najbardziej obrzydliwe z nich próbują przerzucić odpowiedzialność na zastrzelonego, sugerując, że był dilerem narkotyków i posługiwał się niebezpiecznym narzędziem. Problem z tym, że nawet gdyby to była prawda (a relacje osób znających zabitego Adama wskazują, że to mało prawdopodobne), to nadal zgodnie z ustawą o użyciu środków przymusu bezpośredniego, funkcjonariusz nie miał prawa nawet wyciągnąć broni, a co dopiero strzelać.

Zgodnie z przepisami rozdziału 3 ustawy o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej, policjant może użyć tej broni wyłącznie w stanie wyższej konieczności lub obrony koniecznej (czyli odparcia bezpośredniego i bezprawnego zamachu na siebie lub inną osobę), ewentualnie w pościgu za sprawcą którejś z najcięższych zbrodni (terroryzmu, zabójstwa, ciężkiego okaleczenia, zgwałcenia, wzięcia zakładnika, rozboju lub kradzieży rozbójniczej). Dopuszczalne jest strzelanie także do uciekiniera z konwoju pod warunkiem, że konwojowany był sprawcą któregoś z wymienionych wyżej przestępstw.

Z przepisów ustawy jasno wynika, że nawet celowanie do drobnego 21-latka, który być może miał w ręku nożyczki do papieru, było niedopuszczalne. Policjanci są szkoleni do obezwładniania napastników, stosowania środków adekwatnych do zagrożenia, strzelania w taki sposób, aby nie zabijać ani nie wywoływać nadmiernej szkody i trzymania nerwów na wodzy. Uczeni są taktyki pościgu, w którym uczestniczy np. dwóch policjantów lub policjant i radiowóz.

Jednym słowem zawiodło wyszkolenie, wyposażenie i nerwy policjanta. Powinien podjąć taktykę pościgu mającego szanse powodzenia lub od pościgu odstąpić. Aby poznać tożsamość uciekającego nie miał powodu strzelać, mógł ewentualnie zapytać któregoś z dwóch pozostałych zatrzymanych lub innych świadków. Do ustalenia osoby i miejsca ukrycia można było wykorzystać nagrania z monitoringu. Nawet gdyby użycie broni było uzasadnione, powinien wykonać strzał ostrzegawczy, a następnie celować w rękę (np. tę trzymającą nożyczki) lub nogę, albo w inne miejsce, którego uszkodzenie wywołałoby możliwie najmniejszą szkodę.

Tymczasem, według relacji świadków, do których dotarli dziennikarze: nie jest jasne czy wykonany był strzał ostrzegawczy, nie było bezpośredniego zagrożenia dla policjanta (nawet przyjmując, że drobny mężczyzna z nożyczkami nie dałby się unieruchomić przy pomocy chwytów obezwładniających) bo strzał padł z odległości kilku metrów – gdyby uciekający był bliżej i stwarzał zagrożenie tym bardziej powinno być możliwe trafienie w rękę lub nogę. Młody mężczyzna praktycznie nie miał szans uciec, ponieważ wbiegł na ogrodzony zewsząd plac zabaw dla dzieci i odwrócił się nie widząc innego wyjścia.

Co w takim razie zawiodło w zachowaniu gliniarza? Wszystko. Jeżeli miał skłonności do zbyt nerwowych reakcji, w ogóle nie powinien być policjantem. Jeżeli był zbyt zmęczony – nie powinien być dopuszczony do służby. Gdyby załatwiał prywatne porachunki – byłby przestępcą i powinien być natychmiast wydalony ze służby i ponieść odpowiedzialność karną. Niewłaściwy dobór taktyki pościgu, pochopne sięgnięcie po broń, nieumiejętność celnego strzelania – w sposób niewyrządzający poważnej szkody – wskazywałby na luki w wyszkoleniu kompromitujące dla przełożonych. Brak wyposażenia (chociażby działających na odległość środków obezwładniających innych niż broń palna, czy niemożność użycia samochodu do zablokowania ucieczki) świadczy o lekceważeniu przez kierownictwo policji, realnych potrzeb patroli pilnujących porządku, w blokowiskach i innych podobnych miejscach.

Najbardziej irytujące jest jednak w całej tej sytuacji, w obliczu tragedii rodziny i przyjaciół zabitego, jest kręcenie i mataczenie w kolejnych wersjach zdarzeń ogłaszanych przez policyjnych rzeczników. Nie jest jasne czy uciekający faktycznie miał nożyczki i torebkę z białym proszkiem. Policja powinna to wiedzieć niezwłocznie po przesłuchaniu świadków i obejrzeniu nagrań z monitoringu. Nożyczki w wersji policyjnej miały być wielkie i niebezpieczne. W relacjach świadków, to niewielkie nożyczki do papieru. Nikt nie tłumaczył w jakich okolicznościach ofiara miała być wcześniej notowana przez policję. A deklarując wsparcie i pomoc dla nadgorliwego (niezrównoważonego?) policjanta, Komenda Główna zapomniała przeprosić rodzinę ofiary i przyznać się do jakiejkolwiek odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie: straszy dziennikarzy i komentatorów krokami prawnymi za krytykowanie postawy policji.

To wszystko świadczy raczej o woli zamiatania pod dywan niż rzetelnego wyjaśnienia sprawy. Jeżeli okaże się prawdą, że policja zlekceważy postępowanie policjanta i konieczność weryfikacji procedur i szkoleń, oznaczałoby to skandal porównywalny z zabójstwem Igora Stachowiaka.

A jaka mogłaby być rola ministra spraw wewnętrznych? Powinien natychmiast objąć osobisty nadzór nad sprawą i zażądać weryfikacji procedur i programów szkolenia policjantów. W wyznaczanych przez niego zadaniach powinien znaleźć się przegląd wyposażenia funkcjonariuszy działających w linii i stan radiowozów, wraz z normami zużycia paliwa. Weryfikacji wymaga obciążenie szeregowych i podoficerów nadgodzinami. Szczególną uwagę winien zwrócić na kryteria naboru, system motywacyjny w służbie, a także na szkolenia związane z samoobroną, stosowaniem środków przymusu bezpośredniego i broni. Wreszcie aż się prosi o sprawdzenie czy i jak policjanci przechodzą testy sprawnościowe i psychologiczne.

Objęcie funkcji ministra spraw wewnętrznych to nie tylko zaszczyt i poszerzenie obszaru władzy. To także poważny obowiązek wobec obywateli. Milczenie ministra wobec sytuacji w Koninie może świadczyć o tym, że nie bardzo go obchodzi sytuacja w policji. Że wypala się przy ręcznym sterowaniu służbami specjalnymi. Tylko czy nie znaczy to, że nie obchodzi go bezpieczeństwo obywateli? Co najwyżej o dobre samopoczucie polityków obozu rządzącego rezydujących przy Wiejskiej lub Nowogrodzkiej. Wniosek o votum nieufności jest słuszny także z tego powodu.

Piotr Niemczyk

fot. flickr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *