Miecz TSUE

Działania KRS, hejt ministerialny, jawny i tajny, szantażowanie i ataki na sędziów w mediach publicznych i partyjnych musiały już wywołać efekt mrożący. Czy sędziowie poddani naciskom władzy wykonawczej poprzez KRS i praktykę szantaży są bezstronni? Kto ma stwierdzić czy sędziowie, którzy będą orzekać sprawy odbite przez TSUE, są niezależni?

Stéphane Bidouze/Fotolia.com

Upraszczając, aby lepiej zrozumieć sytuację:


Polski Sąd do TSUE: czy jestem wolnym sądem, bo istnieje wiele okoliczności, które wskazują, że nie?


Odpowiedź TSUE do polskiego Sądu: czy jesteś wolnym sądem, bo istnieje wiele okoliczności, które wskazują, że nie?

Pomijając komplikacje prawne i szczegółowy kontekst sprawy, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zalecił polskiemu Sądowi Najwyższemu zastosowanie metody Barona Munchhausena, który wydostał się z bagna ciągnąc się za własne włosy. Nowe regulacje mogą wprawdzie prowadzić do podważenia niezależności Krajowej Rady Sądownictwa i Izby Dyscyplinarnej, ale orzeczenie tego faktu Trybunał zwraca polskiemu sądowi. Nie trzeba być bystrym obserwatorem, aby zauważyć, że jednak sędziowie Sądu Najwyższego są już od dłuższego czasu mieleni w trybach pisowskiej machiny zastraszania i niszczenia. Możemy tych instytucji pisowskich nie uznawać, ale one przecież realizują już każdego dnia plan Partii przejęcia kontroli nad wymiarem sprawiedliwości.

Działania KRS, hejt ministerialny, jawny i tajny, szantażowanie i ataki na sędziów w mediach publicznych i partyjnych musiały już wywołać efekt mrożący. Czy sędziowie poddani naciskom władzy wykonawczej poprzez KRS i praktykę szantaży są bezstronni? Kto ma stwierdzić, czy sędziowie, którzy będą orzekać sprawy odbite przez TSUE, są niezależni? Czy obywatele powinni zatrudnić biuro detektywistyczne i biegłego psychologa, żeby mieć pewność, że sędziowie nie byli szantażowani, korumpowani i że się nie boją Partii? Rząd prowadzi przecież systematyczną wojnę hybrydową z niezależnymi sędziami od kilku lat. I widać, że jest to priorytet reżimu. Przecież w umysłach „pisowskiego ludu”, „kasta sędziowska”, to „złogi komunistyczne”. Czy można czuć się bezpiecznie w takim środowisku, wydając wyrok na PiS?

Obywatele „oświeceni”, wspierający opozycję demokratyczną nie mogą już uznawać, że wszyscy sędziowie Sądu Najwyższego są nadal niezawiśli, nie boją się szykan i ataków władz, członków i sympatyków partii. Zdrowy rozsądek podpowiada, że należy przyjąć domniemanie wręcz odwrotne. Tak czy inaczej niezależność sądownictwa nie może opierać się na odwadze poszczególnych sędziów. Niezawisłość musi gwarantować system. Jeżeli tego nie gwarantuje, to nie mamy trójpodziału.

Czy sędziowie TSUE nie wiedzą, że w Polsce ma miejsce rewolucja? Że doszło do zmiany porządku konstytucyjnego? Że sędziowie żyją w stanie zagrożenia, terroru psychicznego stosowanego przez Partię i media? Sędziowie nie są wolni od obaw o własną karierę, rodzinę i dobre imię. W sprawach politycznych lub w takich, których stroną jest państwo albo członek Partii, aby być bezstronnym sędzia musi wykazać dużą odwagą. Przy czym nawet sprawa o kradzież batonika może być sprawą polityczną. Tymczasem polskie sprawy, który pojawiły na wokandzie TSUE i zostały przekazane z powrotem do Polski, to przypadki najcięższego kalibru ustrojowego.

Jeżeli więc organ sądowy tej rangi jak Sąd Najwyższy orzeknie, że struktury państwowe utworzone przez PiS naruszają niezawisłość sądów – a ma to charakter trwały – to będzie to oznaczać wyrok terminalny na ustrój państwa Kaczyńskiego. Opozycja miałaby pełną satysfakcję, gdyby sąd jednoznacznie stwierdził, że naruszony został art. 10 Konstytucji RP: trójpodział władzy. W przypadku konstytucyjnego ustroju Polski oznacza to formalne uznanie, że nie mamy już demokracji, porządek konstytucyjny został zmieniony, a więc partia rządząca wprowadziła stan wyjątkowy bez oficjalnej proklamacji. Odtąd formalnie władza oparta będzie na nielegalnym stosowaniu siły, a nie na prawie.

Przy czym w przypadku trójpodziału nie chodzi tak naprawdę o władzę, tylko o ochronę nas, obywateli przed wszechwładzą państwa, jakim często staje się władza skonsolidowana w rękach jednego człowieka czy partii. Art. 10 jest prosty („Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.”), ale kryje się za nim tragiczna historia ekscesów państwa-Lewiatana, które jak wiemy z bliskiej nam historii organizowało masowe mordy, tortury, okradało, wyzyskiwało i gnębiło własnych obywateli. Tak tę zasadę ustrojową uzasadniał Monteskiusz w „Duchu praw” jako antidotum na absolutnego władcę: „Albowiem wiekuiste doświadczenie uczy, iż wszelki człowiek, który posiada władzę, skłonny jest jej nadużyć; posuwa się tak daleko, aż napotka granice. Któż by powiedział! Nawet sama cnota potrzebuje granic. Iżby nie można było nadużywać władzy, trzeba, aby przez naturalną grę rzeczy władza powściągała władzę”.

A w innym miejscu dodaje: „Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolna; sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela”. Jest to zasada głęboko zakorzeniona w demokratycznej kulturze prawnej Europy i Ameryki. Dotychczas tylko faszyści i komuniści niszczyli ten obywatelski kaganiec nakładany władzy.   

Jeżeli więc zlikwidowany został w Polsce trójpodział, to naczelne organy państwa utraciły demokratyczną legitymację do sprawowania władzy. Pozostaje im legitymacja siłowa. Z tego wynika logicznie, że organy państwa, w tym Sejm i Rada Ministrów, działają poza porządkiem prawnym, czyli nielegalnie. Prawo polskie nie przewiduje przecież istnienia naczelnych organów władzy nie stosujących się do tej zasady ustroju. Działania wielu osób i podmiotów mogą być w takiej sytuacji także nielegalne i podlegać w przyszłości karze lub stanowić podstawę do wypłaty odszkodowań i zadośćuczynienia na podstawie stosownych przepisów kodeksu karnego czy kodeksu cywilnego. Szykuje się trudny do opisania chaos prawny i polityczny.  To jeden z najcięższych deliktów ustrojowych, jakie można sobie wyobrazić. Określenia w rodzaju „zamach stanu”, „zbrodnia stanu”, „rewolucja” są tu jak najbardziej na miejscu.

Wcześniej mówili o tym tylko konstytucjonaliści, dziennikarze, niektórzy obywatele, ale to były prywatne opinie. Natomiast orzeczenie sądu, ustalając stan prawny obecnego ustroju w takim zakresie jak wyżej opisany, zdelegalizuje całą rewolucję Kaczyńskiego. To byłby wyrok kończący grę pozorów i udawanie legalności systemu. Czy jednak polski sąd odważy się na taki krok? Sądzę, że do tego nie dojdzie. Zbyt niebezpieczne zadanie. Nie ma obecnie w Polsce instytucji publicznej, która mogłaby rozstrzygnąć wiarygodnie, w sposób niezawisły, czy trójpodział został złamany, czy naruszony został porządek konstytucyjny, czy żyjemy w kraju demokratycznym czy w dyktaturze. Na razie każdy obywatel sam musi sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Także przedstawiciele opozycji parlamentarnej muszą o tym pomyśleć, a co więcej muszą rozstrzygnąć problem: jak postępować wobec „kolegów z PiS”, którzy dysponują legitymacją opartą na manipulacjach i fake newsach TVP. Jak powinien zachować się odpowiedzialny parlamentarzysta, gdy na sali odbywa się farsa wyborów do nieistniejącego Trybunału Konstytucyjnego? Gdzie kończy się zdrowy rozsądek nakazujący minimalną współpracę z tymi ludźmi, a gdzie zaczyna się kolaboracja?

Słuchając na przykład ostatniego wystąpienia Adriana Zandberga można się było wzruszyć. Mówił dużo i niby celnie, ale polityk skrajnej lewicy tylko kilka sekund poświęcił na „praworządność”, nie zająknął się nawet, że ten Sejm i ta władza łamie w trwały sposób porządek konstytucyjny. Że to teatr, a nie parlament. Symetrysta idealny. Dogadają się przy zwiększaniu podatków i dzieleniu pieniędzy? Widać było jak Zandberg się nobilitował we własnych oczach, celebrując i delektując się zwrotem: „Panie Premierze”. Zachowywał się tak, jakby mówił do normalnego premiera, w normalnym parlamencie, w normalnym państwie. Zandberg już zagnieździł się w tym systemie, a więc będzie go legalizował.

Zapewne uczyni tak większość z nich. „Oni” mają inną perspektywę. Uznają podświadomie prawowitość tego wadliwego państwa, także dla własnej wygody psychicznej, materialnej, spokoju ducha, uznania własnego prestiżu (że są w normalnym parlamencie). Tu widać będzie rosnącą różnicę między opozycją parlamentarną a opozycją uliczną. Ta ostatnia nie musi niczego udawać, opozycja uliczna nie musi uczestniczyć w parlamentarnej grze pozorów.

Tak czy inaczej, nad państwem Kaczyńskiego i tak zawisł sądowy Miecz Damoklesa. Nawet jak polski sąd niczego nam nie powie, to w kolejce na rozstrzygnięcie w TSUE czeka skarga Komisji Europejskiej przeciwko Polsce o uznanie, że ustawa o KRS jest sprzeczna z zasadą trójpodziału władz. Tutaj trudno już będzie o rozstrzygnięcie w stylu delfickiej Pytii. Ale wyrok zapadnie prawdopodobnie dopiero w 2020 roku. Polacy powinni wówczas podjąć decyzje, czy zostajemy w Europie, ale żegnamy się z Kaczyńskim, czy też żegnamy się z Europą i zostawiamy Kaczyńskiego przy jednolitej władzy.

Waldemar Sadowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *