Notatki prof. Marcina Króla. Elitaryzm

fot. Alexas_Fotos, Pixabay

Nie warto odnosić się do głupich wypowiedzi na temat elit, jakie przedstawiciele PiSu głosili podczas ostatniej kampanii wyborczej. Natomiast sprawa elit w nowej demokracji ma charakter fundamentalny. Na temat elit wypowiedziano bardzo wiele niemądrych opinii, a krytyka domniemanych elit to wcale nie nowość, ale stary i powierzchowny argument polityczny. Najpierw nieco teorii

Jeden z najwybitniejszych myślicieli (ekonomista, socjolog) początków XX wieku – Vilfredo Pareto uważał, że zawsze są elity, które rządza resztą, bo tak jest skonstruowany świat. Pareto – zupełnie bezpodstawnie – posądzano o związki z faszyzmem włoskim, więc przez lata go nie publikowano, a amerykańscy socjologowie z niego ściągali. Zaś Pareto, upraszczając, mówił tylko tyle: ludzie, czyli społeczeństwo w sprawach publicznych kierują się wyłącznie emocjami, więc są „głupi”. Zawsze zatem rządzą elity i to z reguły dwie elity, które co pewien czas ulegają zamianie: elita innowatorów i elita stabilizatorów.

Zakłócenie tego cyklu prowadzi do wstrząsu społecznego i do wyłonienia ze społeczeństwa nowej elity. Tak jest – zdaniem Pareto – zawsze. Innymi słowy, Pareto sądził, że elity są, bo taka jest budowa życia publicznego.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Notatki prof. Marcina Króla. Kryzys współczesności


Inni myśliciele, których argumenty należy przyjmować z dużą ostrożnością, sądzili i sądzą, że elity powinny być. Jest to zupełnie inny pogląd. I tylko to stanowisko nazywałbym elitaryzmem. Stwierdzenie, że elity są jest opisaniem oczywistości i tylko ludzie nieroztropni mogą temu stwierdzeniu zaprzeczać. Sama demokracja zawiera w sobie element elitaryzmu, choćby wyłonienie reprezentantów lub – przepraszam – profesorów. Są to często długotrwałe i skomplikowane procesy służące, co najmniej w teorii, wyłonieniu najlepszych, którzy mają podejmować decyzje lub uczyć. Jeżeli tak wyłaniane elity są marne, to świadczy to tylko o złym stanie demokracji.


Wszelako można, zgodnie z tradycją platońską, uznać, że elity powinny rządzić i nauczać, a zatem że elitaryzm jest konieczny, a co najmniej przydatny. Wtedy wszystko zależy od tego, co kto ma na myśli używając pojęcia „elity”. Nie przypadkiem w wielu krajach – w Polsce dawniej też – wprowadzano elitaryzm do edukacji. Nie powinien być uzależniony od pieniędzy, ale od zdolności. W Ameryce, gdzie jeszcze są dobre uniwersytety, nawet na Harvard dostaje się bardzo wielu uboższych studentów z rozmaitymi stypendiami. W Europie, zwłaszcza po ustaleniach bolońskich, elitaryzm edukacyjny zaniknął, a poziom nauczycieli akademickich i – odpowiednio – studentów spadł radykalnie. W kontynentalnej Europie nie ma ani jednego bardzo dobrego uniwersytetu, co oczywiście przekłada się na poziom innowacyjności i błyskotliwości cywilizacji europejskiej i sprawia, że jest ona – pierwszy raz w nowożytnej historii – gdzieś w ogonie świata.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Notatki prof. Marcina Króla. Największy kryzys czasów nowożytnych


System edukacji to dobry przykład, bo najbardziej wyrazisty i nikt nie zaprzeczy, że istnieje w nim relacja wyższość- niższość, mistrz – uczeń, a już na pewno powinna istnieć. Jednak w całkowicie zamieszanym świecie zachodnim i przy złym pojmowaniu demokracji, jako głosu masy, tłumu, relacja wyższość-niższość, mistrz-uczeń powoli zanika, albo już zaniknęła.

Pozwolę sobie użyć przykładu, który lubił jeden z moich mistrzów, niedawno zmarły wielki angielski filozof, Michael Oakeshott. Chodzi mianowicie o kuchnię i o sztukę gotowania. Zalew przepisów kulinarnych, z jakim mamy do czynienia, całkowicie podważa sztukę kucharską. Nawet mistrzowie natychmiast podlegają degradacji, bo dla pieniędzy muszą reklamować sos na przykładów Winiarów (bez obrazy), czego nie mogą czynić uczciwie. Kuchnia, według Oakeshotta, to jest domena wiedzy praktycznej, czyli doświadczenia, tradycji, intuicji, ryzyka i jeszcze czegoś, czego nie umiemy nazwać. Obecnie każdy się ma za mistrza i reklamuje swoje przepisy, co najmniej na forach internetowych. Relacja wyższość-niższość zniknęła całkowicie.

Przy okazji chcę wyjaśnić wątpliwości niektórych czytelników. Kiedy piszę o kulturze wyższej, to znaczy, że sądzę – inaczej niż część współczesnych komentatorów, że istnienie podziału na kulturę wyższą i masową (niższą) jest zjawiskiem naturalnym i w żaden sposób nie zamierzam poniżać kultury niższej (sam lubię czytać kryminały). Stwierdzam tylko, że należy odróżniać, a nie dowodzić, że są to wszystko przejawy tego samego zjawiska, których efektem jest „dzieło twórcze”.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Notatki prof. Marcina Króla. Kryzys nowoczesności – demokracja


A z tym odróżnianiem jest w demokracji kłopot. Stąd wraz z rozwojem demokracji pojawiły się upowszechniane przeświadczenia, że każdy z nas powinien być autentyczny, że każdy ma swoją subiektywność i spontaniczność oraz tożsamość. Zapewne tak, ale z tego nie wynika, że – na przykład – poglądy każdego z nas na sztukę czy politykę są równie wiele warte, chociaż – to też jest problem – każdy z nas ma taki sam głos w wyborach. A tu czytamy w internecie (powtarzam, jest to narzędzie genialne i fatalne zarazem i nie wiem, co przeważa) myśli każdego, kto umie pisać – jak w tym nie zginąć! Jest to zjawisko demokratyczne, ale ukazujące złe strony demokracji. Proszę zauważyć, że znacznie mniej jest wypowiedzi na tematy ściśle ekonomiczne lub techniczne, bo to wymaga pewnej wiedzy (wyższość-niższość) niż na temat kultury lub polityki.

Przecież nie chcemy z góry degradować przyszłej demokracji. Dlatego nie bacząc na idiotyczne anty-elitarne deklaracje polityków, którzy myślą, że w ten sposób przypodobają się masom, trzeba będzie wspierać oświecony elitaryzm. Jeżeli uda się w maksymalnym stopniu zrealizować postulat „równości możliwości”, to elitaryzm taki w najmniejszym stopniu nie będzie niebezpieczny. Oczywiście pod warunkiem istnienia kontroli oddolnej

Lektura polecana: Marcin Król „Do nielicznych szczęśliwych”

fot. Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *