Notatki prof. Marcina Króla. Kryzys nowoczesności – demokracja

fot. Gerd Altmann, Pixabay

Demokracja po 1945 roku została wprowadzona odgórnie. Przyjęto ideę demokracji proceduralnej sformułowaną już w 1942 roku przez Josepha Schumpetera, wielkiego ekonomistę, który ograniczył rolę demokracji do wyłaniania przywództwa

Wszyscy politycy i myśliciele byli przede wszystkim zainteresowani tym, żeby nie powtórzyły się perturbacje z okresu międzywojennego. A przede wszystkim, żeby zapewnić społeczeństwom minimum stabilności i bezpieczeństwa materialnego oraz socjalnego. Dla realizacji tego celu potrzebna była stabilna polityka demokratyczna. Schumpetera i jego kontynuatorów nie interesowała zatem realizacja postulatów społeczeństwa, lecz zbudowanie społeczeństw, które nie będą miały postulatów.

Demokracja proceduralna to innymi słowy – porządek demokratyczny ograniczony do okresowych wyborów. Porządek – jak to nazwie potem Ralph Dahrendorf – zimny, w którym rządzą procedury.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Notatki prof. Marcina Króla. Największy kryzys czasów nowożytnych


Władza polityczna miała dwa zadania: podejmowanie decyzji gospodarczych oraz zapewnienie minimum dobrobytu. Oczywiście, były to zadania ściśle powiązane. W ten sposób powstało państwo dobrobytu, welfare state, czy też – przy innym rozłożeniu akcentów – państwo opiekuńcze. Państwo opiekuńcze było wielkim sukcesem. Czasem jego działania były posunięte tak daleko, że – jak się wydaje – przekraczały granice zdrowego rozsądku. Przede wszystkim nastąpił kolosalny postęp w dostępie do pracy, czyli praktyczne skasowanie bezrobocia. Postęp w zakresie dostępu do usług medycznych i edukacyjnych. Liczba studentów na bezpłatnych studiach uniwersyteckich wzrosła w zachodniej Europie pięciokrotnie, a w niektórych krajach nawet dziesięciokrotnie w stosunku do obliczeń z roku 1937. Twórcy państwa opiekuńczego rozumieli, że nie mogą budować go jako formy nacisku, więc w sferze prywatnej zostawili obywatelom wiele swobód, które szybko ulegały rozszerzeniu.

Były to swobody liberalne i tak powstał zlepek „demokracja liberalna”. Rzeczywiście zakres wolności niesłychanie się poszerzył, a od 1964 roku (przegrany przez rząd Wielkiej Brytanii proces w sprawie „Kochanka Lady Chatterley” D.H. Lawrence’a) zniesiona została wszelka cenzura. Wolność indywidualna była ograniczona jedynie przez prawo, a w sferze politycznej miały decydować procedury i w znacznej mierze tak było rzeczywiście. Co najmniej od 1948 roku.


Jak to zdarzało się wielokrotnie w historii, rezultat konieczności uznano za wzór i potem za ideał. Najpierw (1960) Daniel Bell oraz Raymond Aron (polemizowali ze sobą) ogłosili koniec wieku ideologii. Pamiętajmy, że cały czas toczy się zimna wojna, która pomaga w budowaniu konsensualnej demokracji, a w Ameryce doprowadza niemal do histerii antysowieckiej. Otóż Bell i Aron zaobserwowali, że partie radykalne przestały odgrywać istotną rolę, życie polityczne zdominowały partie szerokiego centrum. Był to oczywisty rezultat narzuconego po wojnie modelu Schumpetera. Działania wykonane wówczas z konieczności, uznano za wzorcowe. W związku z tym, skoro demokracja nie była zagrożona, a w każdym razie tak uznano, zaczęto budować teorie demokracji „idealnej”. Amerykańscy uczeni (Robert A. Dahl czy Bruce Ackermann) opisywali warunki niezbędne dla zaistnienia pełnej demokracji. Jednym z nich była znaczna liczba „oświeconych” obywateli.


PRZECZYTAJ TAKŻE: O wolności przeskakiwania murów, nawet jeśli nimi nie są


Tendencja to osiągnęła swój szczyt i zarazem koniec w pracy Francisa Fukuyamy „Koniec historii” (1989), która stanowiła apologię „demokracji liberalnej”, jako praktycznie ostatniego słowa na temat budowy życia publicznego. Koniec historii miał polegać na tym, że skoro zwalczono najpoważniejsze zagrożenia dla demokracji liberalnej, czyli nacjonalizm i fundamentalizm religijny (określenia Fukuyamy), to demokracja liberalna będzie trwała wiecznie z niewielkimi korektami. Fukuyama dobrze opisywał przeszłość, ale całkowicie się mylił co do przyszłości. Nadszedł czas neoliberalizmu i powolnego schyłku „demokracji liberalnej”. Co się stało i jaką możemy wyciągnąć naukę?

Po pierwsze, od początku lekceważono sprzeczność między demokracją a liberalizmem (o której liberałowie wiedzieli od czasów Benjamina Constanta, czyli od 1819 roku). Sprzeczność polegającą na tym, że liberalizm skłania nas do myślenia o niezależności jednostki i to coraz większej niezależności, a demokracja wymaga wspólnoty. Do dzisiaj wielu teoretyków używających zbitki „demokracja liberalna” nie pojmuje tego problemu.

Po drugie, teoria proceduralnej i zimnej demokracji, jaka sprawdziła się w okresie powojennym, na dłuższą metę była nie do przyjęcia dla społeczeństwa, a pierwszym i niezrozumianym znakiem był bunt studentów na Zachodzie w 1968 roku. Kiedy ludzie już się uspokoili, że będą mieli co jeść i gdzie mieszkać, zaczęli zastanawiać się nad wpływem na władzę. Przestali akceptować rolę biernych wyborców. Istotną rolę odegrała tu też – wspominana przez mnie – nuda. Zmiany ekipy rządzącej powodowały w Niemczech czy w Austrii lub Szwecji minimalne konsekwencje.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Notatki prof. Marcina Króla. Nowa sytuacja po wielkiej zmianie


Po trzecie, pojawił się na krótko nowy dogmat ekonomiczny, czyli neoliberalizm, a zatem powrót do całkowicie wolnej gospodarki rynkowej i odrzucenie państwa opiekuńczego. Pogląd ten odniósł częściowe sukcesy w Wielkiej Brytanii pani Thatcher, ale okazał się wątpliwy dla nowych krajów demokratycznych po 1989 roku. Po raz kolejny ponadto poglądy ekonomiczne zdominowały politykę, a myśliciele polityczni grzecznie zamilkli. Po kilku kryzysach (zwłaszcza 2008) neoliberalizm stracił rozpęd, ale nie pojawił się żaden dominujący pogląd na jego miejsce.

A zatem stan obecny, stan zasadniczej niepewności co do roli demokracji, wynika z jej sukcesów i z – ze współczesnego punktu widzenia – oczywistych błędów. Jak przywrócić w tej sytuacji demokrację obywatelską, a nie demokrację proceduralną – tego na razie nie wie nikt. Nic więc dziwnego, że z uporem politycy trzymają się starych i zużytych wzorów, skoro nie ma innych. A to jest źródłem coraz głębszego kryzysu nie tylko gospodarczego, ale także duchowego.

fot. Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *