O partiach, ordynacji i opozycji ulicznej, czyli wychodząc od pytania 9

Narzekamy na demokratyczne partie polityczne słusznie wytykając im brak wizji, porywającego programu, słaby słuch społeczny, nieumiejętność dialogu, nie wspominając o braku wewnętrznej demokracji, stylu wodzowskim, nietransparentnym procesie tworzenia list wyborczych etc. etc. To wszystko prawda. Ale równocześnie jest to zamknięte koło. Bo czym bardziej polityka postrzegana jest negatywnie, tym trudniej o dobrych polityków

Nie pomogą, albo pomogą niewiele, najlepsze zmiany legislacyjne, jeżeli do polityki nie przyjdą nowi ludzie. Według GUS wszystkie partie w Polsce zrzeszają 241 600 członków. Największe demokratyczne ugrupowanie – Platforma Obywatelska ma 33 000 członków. To bardzo mało jak na 38-milionowy kraj.

Nie ma dopływu nowych idei, nie ma wewnętrznej konkurencji, a więc też konieczności rozwoju czy ciężkiej pracy. Z braku ożywionej debaty, ważniejsze są wewnętrzne układy czy koterie niż programowe frakcje. A frakcje – także w ruchach obywatelskich – są zdrowym zjawiskiem.

Brakuje pozytywnego wzoru kariery politycznej. Co można zrobić? Już widzę jak kręcicie głowami i wznosicie oczy do nieba, ale uważam, że aktywistki i aktywiści powinni iść do polityki. Zaangażowani społecznie, ideowi, odważni, o nowych umiejętnościach, które daje aktywizm – to potencjalnie niezwykle cenny dopływ świeżej krwi, idei, energii dla partii politycznych. Oczywiście bardzo potrzebne są organizacje pozarządowe, ponadto nie każdy ma polityczny temperament i dobrze czułby się w takiej roli. Ale wiele osób, które poznałam w ciągu tych ponad pięciu lat, od Pawła Kasprzaka po niezwykle zdolnych liderów Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, byłoby wspaniałymi politykami. Wstępujcie do partii, twórzcie frakcje, wchodźcie do władz partyjnych (czemu nie?), twórzcie własne. Jest też nadzieja, że partyjni działacze o społecznych korzeniach nie zapomną o potrzebie konsultacji i dialogu.

Pytanie 9: – Czy ustrój i praktyka działania partii politycznych wymaga zmiany, jakiej i jak jej dokonać?

Oczywiście to nie rozwiąże wszystkich problemów polskiej polityki. Ale zróbmy ferment! Zacznijmy promować pozytywną ideę kariery politycznej, zachęcać i wspierać tych z nas, którzy zamierzają ją wybrać.

Wady ordynacji wyborczej? Uważam, że nasz system wyborczy nie jest zły, pozwala bowiem głosować nie na partię, ale na konkretnego człowieka. Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj to tak nie działa. Miejsca rozdają liderzy-wodzowie, a wyborcy głosują na jedynki. Ale nie muszą tego robić. Nasze organizacje są bardzo aktywne w okresie wyborczym, ale widzimy, że akcje na rzecz frekwencji nie wystarczą. Możemy upowszechniać wiedzę o świadomym korzystaniu z prawa wyborczego. Wiem, że to trudne, ale przy poważnej, wspólnej, szeroko pomyślanej akcji edukacyjnej można z czasem (to nie jest zadanie na jeden okres wyborczy) coś zmienić. Równolegle trzeba wywierać naciski na partie, aby umieszczały na listach społecznych kandydatów – tych, którzy z różnych powodów nie wstąpili do partii i tych, którzy są nowymi członkami. Tak naprawdę umieszczanie na listach znanych i cieszących się zaufaniem w lokalnych społecznościach aktywistów powinno był dla partii opłacalne, przez promowanie listy krajowej. Wiem, że pozostaje szereg problemów, chociażby kwestia finansowania kampanii czy miejsca na liście. Niemniej bez poważnej akcji edukacyjnej i aktywnej promocji lokalnych kandydatów trudno będzie coś zmienić.

Jest jednak zjawisko, które wymaga nie tylko edukacji, nacisku na partie, ale i zmian legislacyjnych, Myślę o miejscu kobiet w polityce. Niech nas nie zmylą deklaracje. W 32-osobowym Zarządzie Krajowym PO jest 7 kobiet. Tylko Zieloni i Lewica Razem stosują parytet przy tworzeniu władz partyjnych a  Razem jest jedyną partią, która ma w swoim statucie zapisane regulacje dotyczące obecności kobiet na listach wyborczych.

Mamy regulacje kwotowe, zgodnie z którymi lista wyborcza każdego komitetu wyborczego musi przynajmniej w 35% składać się z kandydatek i kandydatów, aby mogła być zarejestrowana. Po raz pierwszy przepisy te miały zastosowanie w wyborach parlamentarnych 2011 roku.

Szczegółowy raport Instytutu Spraw Publicznych („Kobiety w polityce krajowej, strategie partii politycznych w wyborach parlamentarnych w 2019 roku” Małgorzata Druciarek, Dariusz Przybysz, Izabela Przybysz) pokazują niezbyt optymistyczny obraz: Odsetek  kandydatek na listach wyborczych jest wciąż jedynie nieco wyższy niż ustawowe 35 %.


ZOBACZ TAKŻE listę pytań na pierwszy sezon debaty


Odsetek kobiet na listach wyborczych maleje od 2011, w którym po raz pierwszy zadziałały przepisy kwotowe. W ostatnich wyborach do Sejmu wśród ogółu kandydatów na listach wyborczych kobiety stanowiły 42,1%, co było wynikiem nieznacznie gorszym niż cztery lata wcześniej (42,4%) i osiem lat wcześniej (43,5%).

Podobnie jest w przypadku o odsetek kobiet wśród kandydatów lokowanych na miejscach od pierwszego do piątego: o ile w 2011 roku wynosił on 35,5%, o tyle w kolejnych wyborach wyniósł 32,5%, a w wyborach w 2019 roku – 29,6% (przy okazji zjawisko to pokazuje znaczenie debaty publicznej).

Co więcej zwiększenie odsetka posłanek w 2019 roku nie jest, niestety, efektem systemowej zmiany, ale ma raczej związek z powrotem lewicy do Sejmu po czterech latach nieobecności w parlamencie. Był to bowiem komitet wyborczy, który nie tylko miał relatywnie dużo kobiet na pierwszych miejscach list, ale także sporo jego przedstawicielek odniosło sukces wyborczy.

Autorzy raportu postulują, aby przepisy, które regulują mechanizm kwot (w zasadzie dlaczego 35? czemu nie więcej?), powinny być uzupełnione systemem obowiązkowej naprzemienności kobiet i mężczyzn w pierwszej dziesiątce na listach wyborczych (suwak) oraz, aby regulacje dotyczące parytetów i suwaków na listach wyborczych znalazły miejsce w statutach partii. Proponują także zainicjowanie debaty na temat parytetów na listach wyborczych oraz nad powrotem na wszystkich szczeblach wyborów do systemu proporcjonalnego.

Tu dotykamy kwestii zmian legislacyjnych. Uważam, że każdą propozycję zmiany ordynacji wyborczej powinniśmy rozpatrywać w kontekście wyrównywania szans kobiet i mężczyzn w wyborach. Wiemy na przykład, że JOW-y, które nie dają możliwości zastosowania kwot, parytetów czy naprzemienności zmniejszają szanse na udział kobiet w polityce.

Czasem słyszymy: – Najpierw musimy obalić PiS, potem zajmiemy się innymi sprawami. Nie uważam, że wolno nam w imię wyższej racji godzić się na niesprawiedliwość. Dotyczy to nie tylko praw kobiet, ale wszelkich mniejszości, czy grup wykluczonych. Nie cofajmy się, ale twórzmy bardziej sprawiedliwy świat.

Kinga Łozińska

  • Kinga Łozińska – aktywistka obywatelska, wiceprzewodnicząca Zarządu Głównego KOD

4 thoughts on “O partiach, ordynacji i opozycji ulicznej, czyli wychodząc od pytania 9

  1. Kinga, bardzo dziękuję. To ważne, że się odezwałaś — dla mnie osobiście, dla Obywateli RP też.

    Dziękuję Ci za zwrócenie uwagi na parytety oraz za myśl, która mnie samemu nie przyszła do głowy — że listy, a nie JOW-y umożliwiają tu zmianę.

    Ważna jest również — tak sądzę — Twoja deklaracja o tym, że działacze ruchów obywatelskich powinni w politykę wejść, choć moim zdaniem absolutnie wymaga to precyzyjnego określenia zasad, o czym za chwilę.

    Jeśli mi wolno trochę Cię przycisnąć, co czynię z zakłopotaniem, bo sam nie będę już uczestniczył w programowym myśleniu Obywateli RP — choć zamierzam dotrzymać obietnicy i kandydować, jeśli się w partyjnym zachowaniu nic nie zmieni — chciałbym, żebyś oceniła szansę ustalenia wspólnego stanowiska KOD i Obywateli RP (oraz oczywiście ruchów obywatelskich w ogóle).

    1. Nasze wprowadzenie stawia tezę, że reforma prawa o partiach politycznych jest sprawą fundamentalnie ważną jako skuteczny „bezpiecznik demokracji”, a wady partyjnego ustroju są jedną z istotniejszych przyczyn kryzysu, z jakim się obecnie zmagamy. Czy i na ile — jak sądzisz — ludzie KOD podzielają tę diagnozę? Pytanie jest o tyle konkretne, że powinno oznaczać przygotowanie projektu lub postulatów reformy ustroju partii politycznych. Czy KOD byłby gotów zaangażować się we współpracę w tej sprawie?

    2. Jeśli da się o tym rozmawiać — jak sądzisz — czy powinniśmy się ograniczyć do sformułowania projektu / postulatów i potem ew. przepytywania kandydatów i (lub) partii w wyborach, czy taki projekt poprą? Tu po drodze byłoby nam przynajmniej częściowo. Projekt warto być może mieć. Naszym zdaniem jednak partie nie zreformują się same, potrzebny tu jest silny nacisk na nie. To między innymi w tym kontekście myślimy o prawyborach oraz o własnych kandydatach. Np. do Senatu, w którym miejsce dla obywatelskich kandydatów wydaje się dość naturalne (bardziej niż w wyborach sejmowych) — bo Senat być może mógłby się wreszcie stać strażnikiem fair play (nie tylko konstytucji) w polityce? Czy jest szansa na współpracę w tej sprawie?

    3. Pytam o to — by nie owijać w bawełnę — bo np. mój start do Senatu, w którym chodziło o próbę wymuszenia debaty i nacisk na partie spotkał się z Waszym co najmniej chłodnym stanowiskiem.

    4. Co do udziału w wyborach. Dla ruchów obywatelskich to jest podstawowy problem. Nasz status wymaga reprezentowania rządzonych — nie udziału w rządzeniu. Wydaje mi się — to dla mnie zawsze było ważne — że powinniśmy zdobyć status tych, którzy w imieniu rządzonych wyznaczają reguły rządzącym i potrafią je narzucić, jeśli trzeba. Albo jest się sędzią, albo zawodnikiem w grze. Czy Twoim zdaniem jest szansa, by w tej sprawie uzgodnić obowiązujące nas wszystkich warunki udziału w grze i w porozumieniach z partiami? Dla mnie np. start z jakiejkolwiek listy partyjnej jest wykluczony. Z wielu powodów. Póki trwa wyborczy plebiscyt przeciw PiS, tylko prawybory (w jakiejkolwiek formie) dają rzeczywisty wybór demokratom. Ordynacja wyborcza praktycznie uniemożliwiająca komuś innemu niż silne partie z dużą kasą nawet rejestrację list kandydackich jest na pewno zła. Uważam, że nie wolno się na to zło godzić. Wymarzonym dla mnie wariantem maksymalnym byłoby porozumienie, w którym zażądalibyśmy prawyborów i wspólnej listy opozycji, zapowiadając, że w razie braku zgody ze strony partii wystawimy taką listę sami, zagrozimy partiom „urwaniem” tych 15-20%, ogłaszając równocześnie, że zaakceptujemy wynik prawyborów lub czegoś w tym rodzaju — no, tak, jak to zrobiłem startując przeciw Ujazdowskiemu. Gdyby mi np. PO zaproponowała miejsce na liście (nie zdarzy się to, ale gdyby), podziękowałbym i odmówił, mówiąc, że miejsce dla mnie powinni wskazać (pra)wyborcy, a nie zarząd partii. Czy sądzisz, że jakieś zasady tego rodzaju (lub inne, ale jakieś) dałoby się ustalić z KOD?

    Wszystkie te sprawy są pilne. Niby mamy czas, ale te rzeczy wymagają namysłu, a są trudne.

  2. Pisałam we własnym imieniu, to nie jest stanowisko organizacji. Tak zresztą zrozumiałam Wasz projekt, jako stworzenie platformy do wypowiedzi i dialogu, zderzenie myśli i zmuszenie do refleksji. Wielogłos, z różnych perspektyw. Ustalenie wspólnego stanowiska kilku organizacji to inna sprawa. Przekaże Twoje pytania koleżankom i kolegom z zarządu, ale mam nadzieję, że nadal interesuje Was mój indywidualny głos? Przy okazji: osobiście rozdawałam Twoje ulotki wyborcze pod Łazienkami. Choć faktycznie w KOD silna była opinia, że nie należy rozbijać głosów.

    1. Dziękuję! Ale — co do rozbijania głosów, choć to nienajważniejsza sprawa i innego tematu dotyczy (raczej pytania 1. o listy) — trzeba by przynajmniej ujednolicić pojęcia, kryteria rozumowania i fakty.

      W tamtych wyborach wynikami sejmowymi rządził d’Hondt. I wynik był jasny. Wynikał ze wszystkich sondaży, choć to, że opozycja dostanie więcej głosów niż PiS, nie było pewne, a tylko dość prawdopodobne. Jednak w każdym wariancie jasne było, że PiS wygra dzięki dzieleniu głosów. W tym kontekście — ja przede wszystkim nie dzieliłem, tylko deklarowałem wycofanie się. Po drugie natomiast — każda analiza sondaży (i tych przed wyborami i tych wcześniejszych) i analiza wyników wyborów z przeszłości pokazywała, że w tym okręgu PiS ma 30%. Niepewność mogła dotyczyć bardzo zawsze nieprzewidywalnego wyniku za granicą — ale tam trend z kolei był bardzo wyraźny, poparcie dla PiS topniało tam bardzo wyraźnie. Poza kandydatem PiS było nas dwóch i do „rozbicia” było 70%. Nie istnieje taki podział 70% na dwie części, by żadna z nich nie była większa od 30%. Wygrana PiS nie mogła się zdarzyć, więc kiedy Ujazdowski odmówił debaty, a ja w związku z tym się nie wycofałem, wybór był między nami, zagrożenia wygraną PiS po prostu nie było.

      Wspominam o tym, bo to nie są sytuacje, w których każdy pogląd jest równie dobry. Naprawdę da się rozmawiać o twardych faktach, a nie gadać, co nam się wydaje w przekonaniu, że każdy pogląd jest w równym stopniu prawomocny.

  3. „Zacznijmy promować pozytywną ideę kariery politycznej…”
    Jeżeli będziemy postrzegać i traktować działanie w strukturach Państwa, jak karierę polityczną, to chyba coś jest tu nie tak. Robić karierę zostając politykiem? Zawsze wydawało mi się, że najwyższe stanowiska urzędnicze, zasiadanie w Parlamencie, to służba krajowi i Społeczeństwu. „Wydawało mi się” jest adekwatnym określeniem, bo najwyższe stanowiska i zasiadanie w Parlamencie to właśnie kariera. To układy, znajomości, pieniądze i władza. Ministrami i Posłami zostają czasami ludzie z „sektora prywatnego”. Co się takiego dzieje, że znikają? Potrafili zbudować przedsiębiorstwa, zarobić pieniądze, a nie potrafią zarządzać? A może orientują się, że w zarządzaniu Polską nie ma nic z zarządzania, a jest wiele z rządzenia, z nastawieniem na zysk? Że układy decydują? No decydują. Gdyby było inaczej, następowałaby szybsza wymiana na lepszych. A tymczasem są ci sami. Czasami postrzegam Parlament jak monarchię dziedziczną. Najbardziej wpływowe jednostki, decydujące latami o partiach z których pochodzą, muszą umrzeć, żeby zniknąć z Parlamentu i często na ich miejsce pojawiają się skoligaceni. Tak właśnie działa system wyborczy, który określa pani jako „niezły”. Może i słusznie, bo słowo „niezły” jest pejoratywne. Moim zdaniem należy zmienić system wyborczy tak, aby Obywatele będą mieli realny wpływ na co dzień, nie co cztery lata. Choć i co cztery lata wpływ maja teoretyczny.
    Pisze pani o konieczności edukacji. Bardzo słusznie. Tylko że od czasu do czasu słyszę o konieczności edukacji (sam zresztą czasami bełkoczę), a edukacji jak nie było, tak nie ma. Mam tu na myśli edukację obywatelską. mam nie wrażenie, a pewność, że edukacja obywatelska miała się znacznie lepiej za czasów słusznie minionego ustroju. Przykład? Na początku lat 80, kiedy uczęszczałem do liceum, mieliśmy WOS. I ten WOS był prowadzony przez kobietę – sekretarza POP. Odbywały się ciekawe i gorące dyskusje. Zorientowaliśmy się, że nauczycielka żyje w lekkiej bańce. Pewnego dnia, w czasie wyjątkowo gorącej rozmowy, w której nauczycielka przekonywała nas, że młodzież szanuje partię, udowodniliśmy jej, że się myli, czytając napisy na tylnych oparciach krzeseł. Najczęstszym napisem był „Kania to huj”. Był gnój? Nie bardzo. To był przyczynek dalszej, rozbudowanej dyskusji. Dziwne to, ale za komuny, nauczycielom, także tym partyjnym, zależało na edukacji. Nie tylko obywatelskiej. A po 89…
    „Odsetek kobiet na listach wyborczych maleje od 2011…”. Dlaczego? Może ktoś zacznie wreszcie zadawać pytanie „dlaczego”. Proszę porozmawiać ze znajomymi kobietami, zrobić ankietę, a prawdopodobnie dowie się pani, że zdaniem kobiet, mieć kobietę szefową to dramat. Nie nie wszystkie tak powiedzą, ale większość. I dlatego między innymi, kobiety nie głosują na kobiety.
    Tak tylko napisałem.

Pozostaw odpowiedź Paweł Kasprzak Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Głosy w dyskusji

Wybory najpóźniej za:

Dni
Godzin
Minut
Sekund