Ustrój partii. Feudalne lenna. Obywatele RP proszą o stanowisko i przedstawiają własne

Wg rozmaitych badań 2/3 polskich obywateli nie ufa partiom politycznym (zob. np. raport CBOS jeszcze z 2014 roku, dość dobrze zapowiadający, co stanie się w ówczesnych wyborach europejskich i rok później w wyborach prezydenckich oraz parlamentarnych). Istotnym elementem kampanii wyborczej PiS z 2015 roku była np. afera związana z nagraniami w Sowie i Przyjaciołach. Poza szokującym dla opinii publicznej językiem nagranych wówczas polityków, w nagraniach z bardzo nielicznymi wyjątkami nie pojawiły się przecież nawet ślady afer korupcyjnych, nepotyzmu, politycznej prywaty. Dlaczego więc nagrania spowodowały aż taki szok, że miały one tak wielki udział w zmianie politycznej władzy? Wydaje się, że przyczyną był ów wyczuwalny dla wszystkich klimat zaklętych rewirów zastrzeżonych dla ludzi uprzywilejowanych. Charakterystyczne było np., że tematy rozmów – nierzadko poważnych i dotyczących ważnych spraw polskiej gospodarki i polityki, wbrew szokującemu wszystkich językowi – były w ówczesnej debacie publicznej całkowicie nieobecne: darmo byłoby ich szukać w komentarzach publicystów, czy w politycznych wywiadach. W Sowie i Przyjaciołach – takie mieliśmy wrażenie – rozmawiano o prawdziwym rządzeniu i o prawdziwej polityce. Rozmowy w mediach to zaś wyłącznie pic i hipokryzja, podobnie jak wystąpienia w Sejmie. Dla ustroju przedstawicielskiej demokracji opartego na rywalizacji partii i ich parlamentarnej grze, to absolutnie rujnujące zjawisko. Kiedy się to dostrzega, wie się, że kryzys roku 2015 był nieunikniony. Z tej perspektywy nie dziwi nie tylko zamach na podstawowe reguły demokracji, ale również duże społeczne poparcie dla niego.

Ustrój, nie „uzdrowiciel” z charyzmą

Mamy w Polsce do czynienia z partiami wodzowskimi, których ustrój i praktyka funkcjonowania jest zaprzeczeniem demokracji. Do dominującej od lat w polskiej polityce pary PO-PiS dołącza dziś Polska 2050 Szymona Hołowni, której ustrojowej praktyki ocenić się dziś nie da, ale której głównym i wciąż niemal jedynym politycznym kapitałem jest osoba lidera. Trzy partie to z punktu widzenia demokratycznego pluralizmu zawsze lepiej niż dwie, ale rozmiar patologii systemu każe się obawiać, że lekarstwo z łatwością może okazać się gorsze od choroby. Z polskiej historii powinniśmy o tym wiedzieć bardzo dobrze.

Staję do walki (…) z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partii i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyści.

Te słowa wypowiedział nie żaden z populistycznych przywódców współczesnych i nie o taśmach z Sowy i Przyjaciół jest tutaj mowa. Wypowiedział je polski narodowy bohater, oczekiwany wówczas powszechnie, powracający na scenę wódz sprawiedliwy, przywracający porządek i wartości, człowiek nie tylko o niewątpliwych i wielkich zasługach, ale również szczerych i bardzo głębokich przekonaniach demokratycznych – Józef Piłsudski. Kilka dni później Zamachem Majowym rozpoczął wbrew własnym intencjom instalowanie w Polsce autorytarnego reżimu, który przez 13 kolejnych lat stopniowo osuwał się w brunatniejącą z roku na rok dyktaturę pełną wyborczych manipulacji, likwidowania wolności słowa, więzień dla politycznych przeciwników, śmiertelnych ofiar tłumienia protestów, rosnącego szaleństwa nacjonalizmu i pierwszych pogromów dla etnicznie lub wyznaniowo „obcych”. Patrząc z tej arcypolskiej perspektywy, powinniśmy wiedzieć szczególnie dobrze, że wiara w jakiegokolwiek uzdrowiciela, choćby to była postać formatem dorównująca Piłsudskiemu – o Tusku, Biedroniu czy Hołowni, a nawet o Wałęsie nie wspominając – jest niebezpieczna zupełnie niezależnie od osobistych kwalifikacji wyglądanego z nadzieją wybawcy.

W historii nie sprzed stu lat, ale tej rozgrywającej się na naszych na oczach, jedna z wodzowskich partii dokonuje w Polsce zamachu stanu po tym, jak inna partia wodzowska skompromitowała demokrację w oczach obywateli.

Zamachu stanu dokonuje Jarosław Kaczyński i dziś dobrze widzimy, że nie byłoby to możliwe bez żelaznego posłuszeństwa, które narzuca we własnym obozie i że staje się to dlań trudne, kiedy dyscyplina w jego szeregach pęka. Nie tylko jednak knowania Kaczyńskiego, ale także dworski obyczaj panujący w liberalnych partiach dzisiejszej opozycji umożliwił ów kryzys.

Obywatele RP uważają zatem, że to ustrój partii politycznych ma tu krytyczne znaczenie, a nie jakość tego lub innego lidera, czy polityka z nagłówków gazet – choć wiemy, że znaczenie ustroju nie jest uświadomione w opinii publicznej i że dominują w niej raczej instynktowne, dobrze zakorzenione w faktach, ale wciąż podświadome postawy często wręcz wrogiej nieufności, tworząc podatny grunt dla uzdrowicieli, wyjaśniający krótkotrwałe sukcesy co raz pojawiających się „nowych nadziei”, jak Palikot, Kukiz, Petru, Biedroń i ostatnio Hołownia.

Ustrojowy bezpiecznik demokracji

Na ile można sądzić, żadna z istniejących w Polsce partii nie mogłaby zostać zarejestrowana np. w Niemczech, gdzie prawo wymaga od partii przestrzegania rygorystycznie określonych reguł demokracji wewnętrznej. Statuty polskich partii – nie mówiąc o praktyce ich stosowania – nie mieszczą się w demokratycznych standardach. Regulacje w tym zakresie nie są jednak normą ani w Europie, ani na świecie – poza Niemcami, Hiszpanią i Skandynawią prawo z zasady „nie wtrąca się w wewnętrzne życie partii” i uważa się, że w demokracji właśnie tak powinno być: gwarancje konstytucyjne dotyczą wyłącznie swobody tworzenia partii. Te gwarancje są zresztą w Polsce również iluzją i jest to efekt systemu finansowania oraz ordynacji wyborczej – te dwa elementy działają tu łącznie – ale to jest jeszcze inna sprawa.

 

Trzeba też zauważyć koniecznie, że regulacje prawne w tym zakresie mogą mieć co najwyżej ograniczone skutki i oczywiście nie zapobiegają np. istnieniu partii skrajnie prawicowych i populistycznych, nie wykluczają również autorytarnych programów. We Włoszech – gdzie żadne prawo demokracji wewnątrzpartyjnej nie wymaga – Ruch Pięciu Gwiazd jest strukturą pod kilkoma względami ultrademokratyczą (choć osobnego komentarza wymagałaby częsta w takich przypadkach pozorność „braku przywództwa”), a dość skrajnie prawicowa Liga Północna jako jedna z pierwszych zastosowała praktykę prawyborczą dla wyłaniania własnych kandydatów w wyborach właściwych, podobnie zresztą jak to w Polsce robi Konfederacja. W samych Niemczech AFD spełnia, jak należy sądzić, wymogi tamtejszej ustawy, co nie oznacza, że partia nie osuwa się wręcz w faszyzm. Autorytarne idee nie tylko potrafią wzrastać w demokracji, ale mogą również uzyskiwać demokratyczne poparcie wielkich mas ludzi.

 

Przy wszystkich tych zastrzeżeniach prawo, które narzuca partiom demokratyczne reguły, wydaje się jednak przede wszystkim skuteczniejszym bezpiecznikiem demokracji niż wszystkie te zapisy konstytucyjne, które partia wodzowska jest w stanie bezczelnie zignorować, jak tego byliśmy świadkami w ostatnich latach. Po prostu dlatego, że to zabezpieczenie zadziała zanim zamach stanie się planem w głowie wodza i padnie rozkaz „wykonać”. Obok elementów trójpodziału władzy (choćby przez przesunięcie kadencji Sejmu i Senatu) uważamy to za najskuteczniejsze i najpilniejsze, a równocześnie stosunkowo proste rozwiązanie problemu populistycznego zamachu stanu, choć reforma ustroju partii każe odpowiadać na szereg trudnych i skomplikowanych pytań, dotyczących także zwłaszcza ordynacji wyborczej i w ogóle modelu polskiego parlamentaryzmu. Inne ważne czynniki, jak choćby media wymagające, jak się zdaje, poza gwarancją politycznej wolności również regulacji zapobiegających dewastacji publicznej debaty poprzez szkodliwe mechanizmy rynkowe, są nieporównanie trudniejszą i o wiele mniej jednoznaczną sprawą.

Kilka systemowych problemów – zauważanych i pomijanych

Istnieje wiele różnych grup problemów dotyczących funkcjonowania partii i od czasu do czasu były one w Polsce studiowane (zob. np. raport Fundacji Batorego – to bodaj najpełniejsze z opracowań), choć charakterystyczną cechą jest dla większości opracowań konsekwentne omijanie zasadniczych pytań, na które trzeba by odpowiedzieć i rzeczywistych źródeł patologii.

 

Startująca kiedyś jako obywatelskie stowarzyszenie Platforma Obywatelska występowała z projektami rewizji ordynacji wyborczej w kierunku wyborów większościowych i podjęła próbę reformy finansów partyjnych oraz ich redukcji – była to jednak próba nieudana, a dalsze porzucono. Partiom politycznym poświęcony był ostatnio także jeden z pierwszych projektów programowych Polski 2050 – powierzchownie jednak skoncentrowany na ważnym wprawdzie, ale zdecydowanie nie najważniejszym i niewystarczającym zagadnieniu transparentności finansów partyjnych. Istotnie wiele wskazuje, że „nowa polityka” oferowana przez tę nową siłę na politycznej scenie ograniczy się od nowocześniejszego podejścia do rozliczeń wydatków, wewnętrzny system zależności personalnych i politycznych pozostawiając jednak bez zmian. Najsilniejsza krytyka „partiokracji” obecna jest w retoryce Kukiz ’15. Z konkretów proponuje się tam większościowe wybory oraz ograniczenie roli partii w ogóle poprzez np. referenda jako przeciwstawioną „partyjniactwu”, z natury „zdrową” postać demokracji bezpośredniej. Powszechnie dostrzegany jest radykalizm tych postulatów, co ma oznaczać, że są niepoważne i mogą być niebezpieczne. Jednakże przede wszystkim upór szefa stowarzyszenia Kukiz ’15, by nie być partią i nie korzystać z krytykowanej przez siebie patologii, w żaden sposób nie przekłada się np. na sposób nominowania kandydatów tego ugrupowania i wewnętrzną demokrację, regulującą sieć personalnych związków, które mają tam znaczenie być może nawet większe niż gdzie indziej. Cóż, przegląd dokumentów i wspomnienie inicjatyw rozwiewa złudzenia co do zdolności systemu do autosanacji. W realnej praktyce reformatorskie zapędy okazują się jedynie grą pozorów.

 

Trzeba powiedzieć wyraźnie, że finanse to zdecydowanie nie jest najpoważniejszy problem z partiami. Finanse potraktowane poważnie i systemowo każą zauważyć, że system państwowych subwencji pozwala dziś istnieć partiom w zasadzie bez innych członków niż ścisłe kierownictwo i kilku polityków. By zaś to właśnie członkowie partii – a nie wyłącznie partyjne kierownictwa – nabrali jakiegokolwiek realnego znaczenia, system publicznych subwencji musiałby być powiązany nie tylko z wynikami wyborczymi, ale także i może nawet przede wszystkim z liczbą członków opłacających składki. Subwencja będąca podstawowym źródłem utrzymania i uzupełniona o środki na biura dla wybranych polityków, uruchamia szereg sprzężeń zwrotnych, utrwalających praktyczną nienaruszalność politycznych monopoli. Chodzi zarówno o trwale dominujące partie, jak i ekipy dominujące wewnątrz nich. Jedno i drugie funkcjonuje w najlepsze bez udziału „szeregowych członków” partii i nawet ich istnienia.

 

Oczywiście znaczenie mają również inne związane z finansami sprawy, jak transparentność, czy sposób wydawania partyjnych pieniędzy – dziś niemal wcale nie inwestują one w prace eksperckich think-tanków, przeznaczając wszystko na najprymitywniejszy wyborczy PR. Ale to są wszystko sprawy poboczne.

 

O ile o partyjnych finansach jeszcze od czasu do czasu się mówi, to niemal nieobecne są w formułowanych dzisiaj postulatach sprawy zdecydowanie bardziej zasadnicze. Problem partyjnej dyscypliny, jej istnienia i zakresu, nasuwa przeczuwane w świadomości społecznej fundamentalnie ważne pytanie, kogo reprezentuje partyjny polityk – wyborców, których przedstawicielem ma być w przedstawicielskiej podobno demokracji, czy może ścisłe kierownictwo partii? Nie ma na ten temat badań, w sondażach się o to nie pyta, Obywatele RP wiedzą zaledwie z własnych, amatorskich i niereprezentatywnych ankiet, że obywatele postawieni przed wyborem pomiędzy dyscypliną partyjną, a mandatem wyborców wiążącym polityka w parlamencie, zdecydowanie opowiadają się za tym drugim. Nawet jeśli wiedzą – bo i to próbowaliśmy sprawdzać – że takie rozwiązanie jest dzisiaj zabronione przez konstytucję i znają powody, dla których ów zakaz jest słuszny i ważny. To jest jedno z pytań, które należy publicznie zadać i na nowo przemyśleć co najmniej wykładnię konstytucyjnej zasady wolnego głosu posła.

 

Uprawnienia wykonawczych organów partii w stosunku do organów uchwałodawczych są niezwykle silne, a kontrolne uprawnienia organów wyższych w stosunku do niższych odwracają naturalny w demokracji porządek kontroli. Kontrola oddolna nie istnieje. Politycy aktywni w urzędach i organach państwa pełnią kierownicze stanowiska w partiach, co również rodzi zastrzeżenia. Partyjni „spadochroniarze” wysyłani z central kandydują w okręgach, z którymi nie mają żadnych związków – tego rodzaju nielubianych społecznie zjawisk można wymienić bardzo wiele. Niektóre z nich bywają dostrzegane w publicystyce, eksperckich raportach i nawet partyjnych programach, niektóre są pomijane tak konsekwentnie, że da się podejrzewać intencjonalne fałszowanie rzeczywistości – zasadnicza przyczyna groźnej dla państwa patologii, premiująca kształtowanie się politycznych mafii raczej niż demokratycznego obyczaju leży zupełnie gdzie indziej: w systemie nominacji partyjnych kandydatów.

„Miejsca biorące” – feudalne lenna w dyspozycji władców

Władza partyjnego kierownictwa opiera się na systemie osobistych związków i zależności – są one całkowicie pozaustrojowe, niepoddane jakiejkolwiek kontroli członków partii.

Doświadczeni partyjni politycy wiedzą dobrze, że problem demokratyzacji życia wewnętrznego partii oznacza w rzeczywistości wybór pomiędzy silnym kierownictwem krajowym i jego absolutną władzą, a grą interesów centrali zależnej od konkurencyjnych wpływów „lokalnych baronów” z siecią zależności opartych na strukturach samorządowych i żerujących na nich w stopniu często znacznie większym niż dzieje się to na krajowym poziomie, wbrew mitom o ponadpartyjnej merytokracji samorządów. Jeden i drugi model – a nazywając rzeczy po imieniu, można przypisać go PO z jednej, a PSL z drugiej strony – nie ma żadnego związku z realnie funkcjonującą demokracją i przypomina raczej feudalne zjawiska podziału wpływów.

Chodzi przy tym nie o finanse – choć i one mają oczywiste znaczenie – ale przede wszystkim o tryb nominowania kandydatów w wyborach. To w tym procesie rodzi się feudalna natura problemu.

 

Proporcjonalna ordynacja wyborcza – uzupełniona ważnymi i czasem krytykowanymi błędami jak progi wyborcze, konieczność rejestrowania list w całym kraju i metodą D’Hondta – w intencjach zakłada głosowanie nie na osoby, a na partyjne szyldy. Istotnie skrajnie niewielki odsetek wyborców potrafiłby z nazwiska i dorobku opisać wszystkich kilkunastu posłów i senatorów wybranych z każdego okręgu wyborczego. Zdecydowanie więcej osób potrafi z grubsza wymienić i opisać charakterystyczne cechy partii. Trudno dziś wskazać, gdzie tu jest skutek, a gdzie przyczyna – niemniej decydując się na ten sposób wyłaniania reprezentacji stawialiśmy właśnie na to. Skutkiem są w każdym razie „miejsca biorące”. Spośród 560 polskich parlamentarzystów jedynie kilka osób zawdzięcza swoje stanowiska własnemu, rozpoznanemu społecznie dorobkowi. Cała reszta – partyjnej nominacji. Proporcjonalna ordynacja – również bez progów, D’Hondta i obowiązku rejestrowania komitetów ogólnopolskich – powoduje istnienie kilku partii, których obecność w parlamencie jest w zasadzie pewna i w długich cyklach stała. Uważa się zresztą dość powszechnie, że „stabilna demokracja” nie przeżywa większych wstrząsów i zmian w tym zakresie.

 

„Jedynki” na partyjnych listach, to zatem oczywiście „miejsca biorące” – nawet najmniejsze partie „mają” przynajmniej okręgi, w których tak się dzieje. Partie większe cieszą się „biorącymi miejscami” obejmującymi nie tylko „jedynki”. Te znane rzecz jasna wyborcom fakty mają jednak zdumiewająco niedoceniane konsekwencje. Wyborcze porażki i zmiany władzy dotyczą podziału „miejsc biorących” w stopniu zdecydowanie mniejszym niż odczuwają to wyborcy – utrata władzy i przejście do opozycji dla znacznej większości polityków nie oznacza utraty posad i stanowisk. Tylko nieliczni z nich – na ogół zresztą trafnie typowani przez liderów do „odstrzelenia”, co da się łatwo zrobić na podstawie przedwyborczych badań w okręgach – odczuwają w takich razach kłopoty i przeżywają załamanie karier.

Władza zaś partyjnego lidera opiera się właśnie o „biorące miejsca” rozdawane wedle uznania politykom w procesie gry, w której liczy się wszystko, ale nie wpływ „zwykłych członków” partii, a co ważniejsze nie cokolwiek z rzeczy w ogóle znanych wyborcom i dla nich ważnych. To jest władza absolutna – decyduje o bycie lub niebycie polityka. Partyjni bossowie tej własnej pozycji strzegą przy silnym i niezwykle lojalnym wsparciu najbliższych partyjnych „baronów”, których zależność od lidera jest najsilniejsza. W istocie jest ona silniejsza niż niegdysiejsze feudalne poddaństwo, bo lenno co kadencję trzeba odnawiać i nie jest ono dziedziczne.

Cała reszta mafijnych lub, jak kto woli, folwarcznych patologii – synekury na urzędach, w spółkach, układ mediów zależnych od reklam z komunalnych lub państwowych przedsiębiorstw itd. – to wszystko są pochodne, a ich nasilenie zależy od oddalenia od silnych ośrodków publicznej opinii, więc często im dalej na samorządowej prowincji, tym gęstsza i mniej przejrzysta staje sieć zależności również tego rodzaju. Ustrój ma wszelkie cechy feudalizmu z rzeszami interesownie lojalnych klientów ułatwiających przetrwanie powtarzanych co kadencję prób wyborczych – i tak przecież niegroźnych wobec opisanego podstawowego mechanizmu ustrojowego, który ma pierwotne znaczenie w stosunku do nepotyzmu i korupcji, które wręcz powoduje.

 

Skutkiem nie są przecież niedostatki wewnątrzpartyjnej demokracji. W końcu, co one obchodzą nas, bezpartyjnych? Skutkiem jest, owszem, obserwowany, wyjątkowo w Polsce niski stopień „upartyjnienia” obywateli, ale i to ma znaczenie nie tak znów wielkie. Również o wiele ważniejsza jakość politycznej reprezentacji na partyjnych listach i jej niska adekwatność do oczekiwań wyborców nie ma przesądzającego znaczenia. Rujnujący dla politycznego systemu jest fakt, że tam, gdzie prawo powinno tworzyć gwarancje demokracji, w rzeczywistości tworzy uwarunkowania, przy których mafijne praktyki stają konieczną konsekwencją. Dotyczą one nie samych partii, ale wszystkich struktur państwa, o których partie decydują i którymi zarządzają.

 

Patologia systemu polega więc w skrócie na istnieniu „miejsc biorących”, owych lenn tworzonych przez system wyborczy, oraz na istnieniu bossów, co z kolei jest wynikiem zderegulowanego i kształtującego się „rynkowo” ustroju partii. Mit o politycznej konkurencji, która mogłaby głosami wyborców wyeliminować partie przeżarte tego rodzaju praktyką, pozostaje wyłącznie mitem. System petryfikuje się samorzutnie, a mechanizm utrwalających go sprzężeń zwrotnych jest weń trwale wbudowany. Przeciąć patologię da się zatem w dwóch miejscach i wbrew dominującej opinii finanse mają tu znaczenie poboczne. Jednym z tych miejsc jest ordynacja wyborcza, drugim – łatwiejszym, bo nieuwikłanym w trudne do jednoznacznego rozstrzygnięcia problemy prawidłowego wyłaniania rzeczywistej reprezentacji wyborców – są ewentualne normy prawne nałożone zwłaszcza na tryb decydowania o kandydatach w wyborach. Muszą one wymagać wyłaniania kandydatów przez kolegialne, uchwałodawcze – nie wykonawcze – partyjne organy na odpowiednich szczeblach i muszą odbierać wyższym szczeblom władzy partii możliwość ingerencji w ten proces. Te normy obywatele muszą partiom narzucić jako bezwzględną regułę w parlamentarnej grze.

Możliwość zmiany

Feudalizm był historycznie jednym z trwalszych modeli ustrojowych. Przemijał na różne sposoby – niekoniecznie poprzez najbardziej spektakularne akty dekapitacji feudałów. W dzisiejszej Polsce trudno za rozsądne uznać podobnie na pozór rewolucyjne, populistyczne, antypartyjne zawołania do polityki uprawianej przez „nie-polityków”. Pytanie brzmi, czy istnieje w polskiej rzeczywistości dorobek partii – programowy, kadrowy, strukturalny, wreszcie także marketingowy – który da się zachować i który mógłby działać korzystnie, a nie szkodliwie.

 

Obywatele RP uważają, że to jest i konieczne, i możliwe. Przy całej własnej niechęci do „partyjnej polityki”, wiemy jednak dobrze, że jeszcze długo nie da się w Polsce niczego wygrać i niczego zrobić bez twardych partyjnych elektoratów – że samo ich istnienie przy wszystkich ich dalekich od racjonalności zachowaniach, tworzy wciąż w Polsce nową i świeżej daty, ale jednak polityczną tradycję. Wiemy także doskonale, że kadr politycznych można i należy szukać poza partiami, ale przecież trudno bez popadania w szaleństwo wyobrazić sobie obsadzenie 560 miejsc w Sejmie i Senacie ludźmi dotąd w polityce całkowicie nieznanymi.

 

Wysuwana przez nas bezustannie i od lat propozycja międzypartyjnych prawyborów, w naszym głębokim przekonaniu tworzy właśnie tę szansę. Może przeciąć tę najistotniejszą, feudalną z natury, poddańczą więź polityków z ich partyjnymi centralami, ratując równocześnie partyjne szyldy i zwłaszcza kadry i zachowując to z dorobku partii w III RP, co zachować być może warto.

 

Żeby uniknąć nieporozumień – nie domagamy się wpisania prawyborów do przyszłego prawa o partiach politycznych. Prawybory dzisiaj to sposób na przywrócenie wyboru w sytuacji, która tę możliwość znosi w starciu z autorytarnym przeciwnikiem. To również sposób na efektywne, wiarygodne wyłonienie „wspólnego frontu” demokratów przeciw autokratom – koniecznego dla zwycięstwa. W demokracji wspólna lista potrzebna nie jest – jest postulowanie byłoby dziwacznym zaprzeczeniem wartości wyboru. Prawybory są jednak równocześnie – dla Obywateli RP ma to ogromną wartość – sposobem budowy polityki wolnej od najgroźniejszej z patologii, obecnej powszechnie, a nie tylko w PiS. Budowy tu i teraz, a nie w odległej i szczęśliwej przyszłości, kiedy nowa władza złożona z ludzi tym razem prawych i szlachetnych zechce łaskawie uzdrowić się sama. Mówiąc dziś o patologicznym ustroju partii politycznych, nie chcemy pisać po prostu – co jest nadal powszechnym zwyczajem wśród demokratów – projektów dobrej ustawy, którą uchwalimy po wyborczym zwycięstwie. Wiemy, że tak się nie stanie. Że realną zmianą jest ta powodowana przez świadome swych celów obywatelskie społeczeństwo. W prawyborach widzimy wielką szansę jego przebudzenia, zmobilizowania i zorganizowania.

 

Jeśli kiedykolwiek mieliśmy złudzenia, że to jest łatwe zadanie, pozbyliśmy się go już dawno w szeregu bolesnych zderzeń ze ścianą twardego betonu partyjnych aparatów i równie betonowych elektoratów obecnych także wśród aktywistów ruchu obywatelskiego protestu oraz z solidarną niechęcią mediów, nawykłych bezkrytycznie wspierać „naszych polityków” w przekonaniu, że tak trzeba „dla sprawy” i w lęku, że każda krytyka „naszych” efektywnie wspiera PiS. Kluczem dzisiaj – wiemy o tym dobrze, uczestnicząc w kolejnych trudnych staraniach o wyłonienie wiarygodnego społecznie kandydata w wyborach prezydenckich w Rzeszowie – są właśnie media, ich zdolność organizowania debaty kształtującej publiczną opinię i zdolną tę opinię wyrazić będąc czwartą władzą również w stosunku do „naszych” w polityce. Czekając jak zwykle dotąd, aż w politycznych gabinetach dojrzeją decyzje, obudzimy się jak zwykle w przeddzień wyborów albo z kilkorgiem kandydatów partyjnych, co skaże nas na kolejną klęskę, albo z kolejnym „paktem dla Rzeszowa” i uzgodnionym kandydatem, którego realny mandat zaufania będzie żaden, dorobek wątpliwy, podobnie jak moralny kręgosłup. W taki sposób z nieszczęścia upadku demokracji wyjść się nie da. To wiemy z całą zasmucającą pewnością.

5 thoughts on “Partyjne lenna i feudalizm. Obywatele RP proszą o stanowisko i przedstawiają własne

  1. Od początku kiedy tylko poznałam Obywateli RP zrozumialam, że to co proponujecie jest najrozsądniejsze. Ale czy przy takiej mentalności Polaków możliwe ?

  2. Jest jeszcze jeden aspekt „partyjności”. Funkcjonariusze partii nie tylko dlatego słuchają prezesa, że chcą zdobyć jakieś stanowisko. Partie polityczne pełne są osób bezgranicznie posłusznych prezesowi. To jest problem psychologiczny. Decyzje podtrzymujące jedność partii, nawet wbrew logice, są codziennością. W skrajnych przypadkach trzech członków rady wstrzyma się od głosu 😉
    Partia polityczna to grupa osób, która uważa że można odnieść sukces grupowy. Jest to wyższy poziom indywidualnej konkurencji pomiędzy osobami, np. z zakładzie pracy. Ten sukces grupowy może mieć wymiar wręcz mafijny, gdyż wewnątrz grupy nie istnieją kary. Tak się w praktyce składa, że sukces grupy bardziej odbywa się kosztem całego społeczeństwa aniżeli kosztem konkurencyjnych grup.
    Cały czas piszę „partie polityczne” ale podobne zachowanie można zaobserwować w kolektywach anarchistycznych.
    Wydaje mi się, że jedynym rozwiązaniem byłoby:
    – wprowadzenie obowiązku przynależności do jakiejś partii politycznej,
    – wyegzekwowanie demokracji wewnątrzpartyjnej, łącznie z demokracją bezpośrednia.

    1. Obowiązek przynależności jest jednak śmiałym pomysłem.

      Co do psychologii, to prawda, zwłaszcza w czasach trudnych, jak obecne. Dobrze opisana przy okazji stalinowskich procesów komunistów, którzy — choć skazani na śmierć — wierzyli w nieomylność partii i Stalina.

      Chyba mi wolno powtórzyć. Poseł Stanisław Huskowski — znamy się milion lat z Wrocławia, jeszcze z lat 70. Jeden z trzech od 80 milionów „S”. W po wielokrotnie zadzierał ze Schetyną i decydujący był oczywiście ostatni raz, kiedy Stachu zrobił awanturę na wieść o rozmowach Schetyny z Adamem Lipińskim (też przyjaciel z Wrocławia, potem jeden z wiceprezesów PiS, z zakonu PC) o koalicji pozbawiającej władzy marszałka województwa (który w końcu zdradził na rzecz PiS zresztą). Pytałem go, czemu sam nie wystąpi zanim go wyrzucą.

      Powiedział, że to by było nieuczciwe. Kiedy kandydował ze swojego okręgu we Wrocławiu, wiedział, że mandat należy do niego — bo Stachu we Wrocławiu wygrywał, jeśli tylko chciał. Znany, szanowany i bardzo lubiany. Ale swój ostatni mandat z list PO dostał w Legnicy. Wpisała go tam na listę Ewa Kopacz walcząc ze Schetyną — Legnica to był Schetyny „matecznik”. Schetyna kandydował „karnie” z Kielc, Stachu na jego miejsce. To jest mandat PO, nie mój — mówił mi więc Stachu. Bo to bardzo uczciwy i lojalny facet.

      Mówił jeszcze, że wie, że go wyleją. Ale wiesz — mówił — frakcja Ewy Kopacz jest za mną. W głosowaniu przeciw wywaleniu Stanszka z PO padł jeden głos. Ewy Kopacz. Frakcja.

      Przed wyborami samorządowymi w 2018 prowadziliśmy intensywne prace w kilkudziesięciu gminach w Polsce, gdzie znaleźliśmy ludzi i nawet środowiska rozumiejące i popierające ideę prawyborów. Nie udało się w ani jednym przypadku. Znam historie rozmaite. Szanowana i doświadczona pani, która zgodziła się kandydować na burmistrza dostała telefon od burmistrza (nasz człowiek, z jednej z naszych partii), który jej przypomniał, gdzie pracuje jej mąż (pracował w spółce komunalnej). Mówiła nam potem, że to nie chodzi o nią, ani o męża. Mam niezłą emeryturę — mówiła — mój Józek też sobie poradzi. Ale ja wiem, że nie tyko do mnie dzwonią. To nie ma sensu, to się nie uda, przykro mi. W innym mieście kandydaci wzywający do prawyborów dostawali oferty biorących miejsc w charakterze marchewki, a kije też się znajdowały. Na lokalne media liczyć się nie dało niemal nigdzie. W ogółnopolskich wtedy postanowiono słowa „prawybory” nie dopuścić do druku. Rzeczywistość wygląda niestety właśnie tak.

  3. Z całym szacunkiem dla dokonań i przemyśleń: prawybory, jak widać, to idea za wielka i za trudna dla Polaków. Może znaleźć cel pośredni i do niego dążyć bezpośrednio, uzyskując postęp, bo tak, to chyba tracicie cenny czas i wielki potencjał bez rezultatów. Serdecznie pozdrawiam

    1. To w dużej mierze prawda. O tym jest tekst np. tutaj : https://obywatele.news/dziura-po-ferencu-prawybory-co-z-nimi-dalej/, gdzie podsumowanie dokonań i atutów wypada blado. Niemniej — proszę zauważyć — wciąż owo tu zdiagnozowane jądro patologii systemu (jeśli oczywiście zdiagnozowane jest trafnie) pozostaje poza zasięgiem czyjejkolwiek uwagi. W tekście przywołany jest raport Batorego o partiach (jak dotąd, chyba najpełniejszy). Diagnostycznie temat został zauważony jakoś, postulatywnie natomiast — zupełnie nie. Obietnice „nowej polityki” przy tym wszystkim. Dzisiaj tę obietnicę składa Szymon Hołownia i jego Polska 2050. Ich analiza ustroju partii — zresztą konsultowana wśród sporej liczby uczestników ruchu — koncentruje się wyłącznie na powierzchownych zagadnieniach transparentności i celowości wykorzystania partyjnych funduszy. No, to są ważne zagadnienia, ale z punktu widzenia patologii demokracji — kompletnie marginalne. Hołownia dwukrotnie był u nas w studiu (sama jego obecność jest znakiem „nowego” — inni liderzy ignorowali zaproszenia) i był o to pytany. Nie odpowiadał. W jego zachowaniu wiele wskazuje, że sam nie odstąpi przywileju dysponowania partyjnymi lennami, a ma ich dzisiaj całkiem sporo do rozdania.

      Cóż, nadal uważam, że klucz jest w ręku mediów. One powinny wypełniać rolę organizatora i wyraziciela opinii publicznej. Tu jednak redaktorzy wiedzą sami, „co jest dobre dla Polski” i w związku z tym próbują wspierać partie opozycji. Tyleż to zrozumiałe, co jednak katastrofalnie zamieniające niezależne media w propagandowe organy kierownictw partyjnych.

      Owszem, próbowaliśmy celów ograniczonych. Przed europejskimi wyborami promowaliśmy wysłuchania publiczne kandydatów. Mieliśmy nadzieję, że towarzyszyć im będą rekomendacje, które zdołają mieć wpływ na wynik. Pamiętam skrajne zupełnie przypadki — np. pierwszą debatę pomiędzy Moniką Płatek a Michałem Bonim wielokrotnie zapowiadaną przez Gazetę Wyborczą i przez nią transmitowaną. Widzów na żywo było 42… To kompletnie nie sexy. Dlaczego? To jasne. Debata o niczym nie decydowała. Mogła co najwyżej służyć „podniesieniu świadomości” wyborców itd.

      Chwilę przed tą debatą mieliśmy konwencję. Poświęconą głównie prawyborom. Byli na niej szefowie redakcji i kilka osób prominentnych. Ze sporym wahaniem, odwołując w ostatniej chwili obecności lub ją jednak potwierdzając, wysyłając zastępstwa itd. zjawili się również politycy. Umowa minimum dotyczyła Senatu. Było jasne dla wszystkich, że potrzebujemy tu wspólnych kandydatów. Było również jasne, że trzeba ich wyłonić z udziałem wyborców. Niekoniecznie w prawyborach, ale co najmniej po publicznych wysłuchaniach. Gazeta Wyborcza zgodziła się być jednym z patronów i udostępnić do tego sieć własnych biur redakcyjnych. Jak było — pamiętamy. Był „pakt senacki” i potem w tej samej Wyborczej recenzje z tytułami „Senat jest nasz mimo wysiłków Kasprzaka”.

      Prawda jest taka, że Obywatele RP zostawali zawsze sami kopiąc się z tym koniem, zostawieni przez dokładnie wszystkich — od mediów poczynając, przez KOD, po Strajk Kobiet, którego cele są w tym względzie inne. Na żadną solidarność w tym względzie liczyć się nie da — wystawiają nas dokładnie wszyscy, mówiąc językiem podwórkowych gangów.

      Czy to znaczy, że powinniśmy zrezygnować z tego postulatu? Patrzę na to z koniecznego dystansu, bo już nawet w programowych dyskusjach Obywateli RP nie biorę udziału. Jednak wydaje mi się, że z tego rezygnować nie wolno — co mówię z dużym zażenowaniem, bo ani sam nad tym już pracować nie mogę, ani nie mam specjalnie wielu pomysłów, a takie moje „rady z kanapy” dotyczą kolejnych aktów bolesnego walenia głową w mur przy akompaniamencie okrzyków o zdradzie lub „pożytecznym idiotyzmie”. Nie mam też zupełnie pojęcia, jakie inne działania mogłyby ten postulat zastąpić. Mam wrażenie, że próbowaliśmy wszystkiego. Z charakterystyczna dla nas nieporadnością oczywiście — ale jakoś nikt ty nigdy nie zaproponował ani „usprawnień”, ani pomysłu alternatywnego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Głosy w dyskusji

Wybory najpóźniej za:

Dni
Godzin
Minut
Sekund