Polityka: analizy, dyskusje, program

Nasze teksty mają ambicję służyć głębokiej politycznej zmianie. Chcemy, by media organizowały opinię publiczną i reprezentowały ją wobec polityków -- nie tylko rządzących. Chcemy również, by stały się miejscem rzetelnej debaty, w której wykuwa się wizja lepszej Polski, Europy i świata.

Celem jest obywatelskie społeczeństwo

Bez debaty polityka nie jest możliwa. Bez debaty publicznej niemożlliwa jest polityka demokratyczna. Bez mediów jako czwartej władzy w państwie nie ma mowy o demokracji, której instytucje należą do obywateli.

Wyobraź sobie, że zamiast bojkotować Orlen, który uczestniczy w zamachu na niezależne media, co dziesiąty wyborca opozycji przeznacza miesięcznie równowartość jednego litra benzyny na fundusz społecznych mediów.
Wesprzyj projekt obywatelskich mediów

Polityka: analizy, dyskusje, program

Nasze teksty mają ambicję służyć głębokiej politycznej zmianie. Chcemy, by media organizowały opinię publiczną i reprezentowały ją wobec polityków — nie tylko rządzących. Chcemy również, by stały się miejscem rzetelnej debaty, w której wykuwa się wizja lepszej Polski, Europy i świata.

Dziura po Ferencu. Prawybory, co z nimi dalej?

W poniedziałek, 15 marca, przecierając ze zdumienia oczy, oglądaliśmy zjazd wszystkich liderów politycznej opozycji na wspólne wystąpienie w Rzeszowie. Skład był taki, że aż wzrokiem szukałem Joe Bidena… Wygłupiam się złośliwie, bo patrzyłem na to z goryczą, kiedy się wszyscy inni cieszyli. Radość – to powinienem powiedzieć wyraźnie pomimo goryczy – jest w pełni uzasadniona. Choć jest też mocno głupkowata – co z kolei trzeba wygarnąć otwarcie. Wreszcie! Opozycja – cała! – popiera wspólnego kandydata w przedterminowych wyborach prezydenta miasta. Kandydat ma przy tym spore szanse. Przeciw niemu nie występuje Zjednoczona Prawica, ale prawica zdezintegrowana. Jest kandydat od Ziobry, jest od Gowina i jest z PiS. Odwrócone role.

O tym odwróceniu – przy okazji – proponuję pomyśleć poważnie i zastanowić się, czy tylko na taktyce i rzeczywiście na rolach cała rzecz będzie polegać, kiedy nam się opozycja zjednoczy tak skutecznie jak się jednoczyła prawica, ale to jest temat osobny i tym już głowy nikomu zawracać nie chcę. Nie z tej okazji.

Wielkiego znaczenia to nie ma, ale prawda o idyllicznym obrazku z rzeszowskiego rynku jest nieco mniej przyjemna. Opozycja nie wyłoniła wspólnego kandydata. Opozycja poparła jedynego, który się zgodził kandydować. Kandydatów zaś szukała wyłącznie PO. W końcu znalazła Konrada Fijołka. Nie spadochroniarza, jak choćby proponowany wcześniej Paweł Kowal, ale prawdziwego rzeszowianina i prawdziwego, „zwykłego” samorządowca. Fijołek naprawdę jest z Rzeszowa. Naprawdę jest samorządowcem. I to podobno niezłym. Godnym zatem poparcia – o czym nie wolno nie pamiętać.

Prawybory, których nie było

Borys Budka rozpędził się wprawdzie wyjątkowo głupio, kiedy oświadczył, że kandydata wskazali rzeszowianie. Wskazali go obecni na rzeszowskim rynku, gdzie wprawdzie nie było Joe Bidena, ale i rzeszowian było tam jak na lekarstwo. Z tego punktu widzenia poniedziałkowa konferencja w Rzeszowie była koncertem hipokryzji – a choć tym razem politycy uprawiali ją w wyjątkowo zgodnym chórze, to obawiam się bardzo skuteczności dającej się przewidzieć propagandowej kontrofensywy wyśmiewającej „obywatelskość” kandydata i podkreślającej, że do kompletu na rynku w Rzeszowie brakowało wprawdzie nie Bidena, ale już tylko Tuska z Sorosem.

Obywatelskość ta, jak słusznie zauważa zaangażowana w poszukiwania kandydatów i próbująca działać na rzecz prawyborów Marta Połtowicz-Bobak, rzeszowianka i Obywatela RP, była w trakcie poniedziałkowego spotkania na rynku odmieniana przez wszystkie przypadki. Marta się cieszy i uważa to za drgnięcie spraw w dobrą stronę. Jestem odmiennego zdania. Uważam, że używanie tego słowa na określenie fasadowej demokracji, w której decydujący głos mają warszawscy bossowie partyjnych central, jakieś znaczenie mają skomplikowane układy i więzi lokalnych środowisk samorządowej i partyjnej polityki, natomiast wyborcy nie mają znaczenia żadnego, ich słabe organizacje robią co najwyżej za tło fotografii z rynku i jak zwykle pozostaje im wspierać „naszych” przeciw „tamtym”, bo inaczej będzie źle – że to wszystko szkodzi, a nie pomaga idei sprawstwa obywateli, bo tego sprawstwa właśnie uniknięto. Jak zawsze, tak i tym razem, w gabinetach partyjnych bossów i w telefonach między nimi zawarto deal, który – jeśli starcie z PiS i krnąbrnymi od niedawna akolitami rzeczywiście się powiedzie – przesądzi o tym, kto będzie rządził w Rzeszowie. Deal, a nie żadne wybory.

Pozytywem tej sytuacji nie jest więc słowo „obywatelskość” na ustach wszystkich tych luminarzy, którzy zaszczycili obecnością rzeszowską prowincję. Jakimś sukcesem jest za to być może rezygnacja z partyjnych spadochroniarzy na rzecz Fijołka, który na żadnej partyjnej smyczy jak dotąd nie chodził. Może nawet da się uznać, że stało się to w reakcji na prawyborczy projekt, w którym Fijołek mógłby się okazać konkurentem partyjnych spadochroniarzy. Tego się już nie dowiemy, bo nikt nie potwierdzi – taki mamy klimat – szczegółów tych wszystkich kuluarowych rozmów, które w tej sprawie toczono.

Prawdą jest jednak również to przede wszystkim, że jakiegoś oszałamiającego ssania na obywatelski udział w politycznych decyzjach nigdzie w Polsce nie ma i nie ma go prawdopodobnie również w Rzeszowie, co zresztą brak kandydatów dobrze potwierdza. Jest tylko instynktowne zbrzydzenie „politycznym brudem”, wynikająca stąd frustracja i te systematyczne mini-eksplozje nadziei wiązane z nowymi efemerycznymi inicjatywami jak Palikot, Kukiz, Petru, Biedroń, czy ostatnio Hołownia. Obiecującymi „nową politykę”, kanalizującymi rozczarowanie polityką starą oraz znaną nam dzisiaj demokracją i znikającymi, kiedy tylko wejdą w polityczne buty na dobre.

Więc jest git. Kogo w Rzeszowie obchodzą jakieś prawybory? Nie są tu zresztą ważne – w tej konkretnej sytuacji, z którą w Rzeszowie mamy do czynienia. Owszem, szanse Fijołka wzrosłyby, gdyby on wygrał w prawyborach i stał się obywatelskim kandydatem naprawdę, a nie tylko z gadania „rzeszowianina Budki”, ale być może uda się i bez tego. Żeby Fijołek wygrał jakieś prawybory, trzeba by mu było przede wszystkim znaleźć konkurentów, a do ich wystawienia nie kwapił się nikt inny z obecnych w poniedziałek na rynku.

Kodeks wyborczy dla samorządów przewiduje zresztą właśnie takie sytuacje, w których kandydatów brakuje i na urząd wójta, burmistrza, czy prezydenta kandyduje np. jedna osoba. Głosowania wtedy nie ma. Jedyny kandydat dostaje mandat. Należy uznać, że w rzeszowskiej sytuacji po opozycyjnej stronie doszło właśnie do tego – i głosowania prawyborczego nie było jak przeprowadzić. Nie dlatego, że to zły pomysł. Nie dlatego, że za późno, że koncepcja nieprzygotowana itd. To wszystko bzdury – koncepcja prawyborów leży przygotowana już od trzech lat (istnieje nawet oprogramowanie rejestrujące (pra)wyborców w trudnej sytuacji niemożności korzystania z państwowych spisów i zabezpieczające np. przed głosowaniem podwójnym z zachowaniem tajności wszystkich danych). Jeśli ktoś tu jest nieprzygotowany, to zwłaszcza partie, które zresztą okazują się w podobnym stopniu nieprzygotowane do wyborów w ogóle, co niestety widać w rezultatach. To właśnie ta słabość ujawniła się w Rzeszowie, gdzie prawybory odbyć się nie mogły, bo nie było z kogo wybierać.

Ale to oczywiście nie jest powód jedyny.

Skutkiem Rzeszowskich prawyborów byłby bowiem trend ważny poza Rzeszowem w każdych kolejnych wyborach w Polsce. Tego oczekiwałyby potem media i opinia publiczna np. w kolejnych wyborach parlamentarnych. I dokładnie z tego powodu tak bardzo chcieliśmy prawyborów w Rzeszowie my, Obywatele RP. I również z tego powodu one się nie odbyły – nie miejmy złudzeń.

Bardzo nie chcą takiego wariantu wszyscy, którzy byli w poniedziałek na rzeszowskim rynku. I dali o tym znać z wyraźną satysfakcją. Nie chcą zaś dlatego, że prawybory to cios w samo centrum partyjnego ustroju i obyczaju. Pisaliśmy i mówiliśmy o tym sporo, ostatnio w dyskusji rozpoczętej tu w projekcie 150 pytań, w którym jednak jak zwykle dominuje milczenie w odpowiedzi na nasze pytania. Całe życie partii i wszystkie kariery w polityce opierają się o miejsca biorące na listach. Dostać je lub nie, to dla polityka być albo nie być. Ta decyzja należy do partyjnych szefów i ścisłych kierownictw i na tym polega ich władza i pozycja w partii i w polityce. Na tym polega więc owo „dojrzewanie politycznych decyzji”, o których mówi nam się na konferencjach prasowych. Na tym samym polegało to „dojrzewanie” również teraz w Rzeszowie.

To także dlatego wszystkie wystąpienia podkreślały „obywatelskość”. Definiowały ją po swojemu, na partyjną modłę. Obywatelska postawa, to według tej definicji akceptacja decyzji polityków.

Prawybory, których nie będzie

Kolejne doświadczenie w Rzeszowie polecam przyjaciołom z ruchu Obywatele RP pod rozwagę. Doskonale się ono wpisuje we wszystkie doświadczenia dotychczasowe, a wnioski nie są niestety wesołe. Krytykowaliśmy partyjną politykę między innymi za to, że przegrywającej strategii używała przy każdych wyborach, przegrywając je raz za razem i nie wyciągając wniosków. Czas sobie uświadomić, że idea prawyborów przegrała w Rzeszowie i to była szósta porażka bijących głową o mur Obywateli RP. Sprawa jest oczywiście innej natury i na czymś zupełnie innym polegały te nasze przegrane, ale oczywistość koniecznej refleksji jest dokładnie ta sama.

W Rzeszowie nie stało się nic nowego, potwierdziła się niezmienność sytuacji i obezwładniająca słabość atutów Obywateli RP. Wprawdzie lokalne media o prawyborach chętnie poinformowały. To jakaś nowość wobec znanej z przeszłości szczelnej blokady informacyjnej, w której samo słowo „prawybory” bywało bardzo świadomie i wprost zakazane. Ale – to również wiemy z doświadczeń – ta nowość nie miała znaczenia. Lokalne media – również w oczach ich odbiorców – mogą być źródłem informacji oraz rozmaitych ciekawostek, ale o tym, na czym polega poważna polityka i na kogo należy głosować również rzeszowianie dowiadują się z mediów ogólnopolskich.

Konrad Fijołek mógł wspierać ideę prawyborów do czasu, kiedy otrzymał poparcie partii wraz z informacją, że żadnych prawyborów nie będzie. To stara i znana nam strategia, która powoduje, że wypada nam z rąk jeden z atutów, na które liczyliśmy. Otóż scenariusz, w którym znajdujemy potencjalnie liczącego się kandydata i on wyzywa pozostałych na prawyborczy pojedynek, akcentując wolę utworzenia wspólnej listy lub wystawienia jednego kandydata, jak to sam robiłem stając przeciw Ujazdowskiemu – to kompletnie nie działa. Nawet, jeśli się ktoś taki znajdzie, rezygnuje natychmiast otrzymawszy ofertę poparcia i biorące miejsce. Jest politykiem, więc jest realistą, a nie obywatelskim marzycielem. Tak się zatem nie da.

Liczyliśmy również, że wśród mniejszych i aspirujących partii znajdzie się jakaś, która jak ów poszukiwany przez nas daremnie kandydat, wyzwie pozostałe na pojedynek, wyjaśniając przy okazji stanowczo, że chodzi właśnie o siłę koalicji, a nie słabość rozdrobnienia i że prawybory umożliwią sformułowanie koalicji skutecznie dodającej głosy przy zachowaniu podmiotowości programowej tworzących ją podmiotów. Partii – zakładaliśmy niesłusznie – nie da się „przekupić” biorącymi miejscami. Przykład Nowoczesnej, na którą liczyliśmy przed wyborami samorządowymi, pokazał jednak wyraźnie, że również w tym przypadku „przebicie oferty” jest możliwe – Nowoczesnej Grzegorz Schetyna był w stanie zaoferować więcej biorących miejsc niż sama uzyskałaby w jakichkolwiek (pra)wyborach, co załatwiło sprawę.

Potem z kolei Robert Biedroń uparł się przy próbach „policzenia się” w wyborach europejskich, w których osobny start nie oznaczał groźnych konsekwencji rozbicia głosów przy systemie d’Hondta, a otrzymanej lekcji pokory zupełnie nie zrozumiał. Ani przed, ani po rozczarowującym Wiosnę, a przecież łatwym do przewidzenia wynikiem przed którym Wiosnę przestrzegaliśmy, Biedroń nie zrozumiał, że „policzyć się” może skutecznie wyłącznie w prawyborach, bo tylko one są wolne od ciśnienia plebiscytu przeciw PiS, w którym jego program i obietnice „nowości” tracą jakiekolwiek znaczenie. Albo nie bardzo zrozumieć chciał, bo być może pozycja rozdającego właściciela partyjnych lenn jest dla aspirujących partyjnych liderów ważniejsza od samych rozmiarów ich księstw. Taki zatem scenariusz – jak można dziś sądzić – również nie ma szans powodzenia. Wiemy już dobrze, że na rozmowy o prawyborczym wiście z obecnym przecież w Rzeszowie Szymonem Hołownią prawie na pewno liczyć się także nie da. W końcu próbowaliśmy. Propozycję Hołownia usłyszał, żadna odpowiedź nie padła. Wypada uznać, że nie z braku czasu.

Nie da się również liczyć na sojusz w tej sprawie z innymi ruchami obywatelskimi. Z różnych zresztą powodów. Strajk Kobiet – ustami m.in. Marty Lempart – przynajmniej stawiał sprawę jasno i bardzo zrozumiale. Marta z ideą obywatelskiego sprawstwa jest gotowa sympatyzować zawsze, choć idea wspólnej listy jest dla niej zrozumiała już mniej – tu trzeba by było wyjaśniać, na czym pomysł mógłby polegać programowo. Ale przede wszystkim, jeśli o sprawstwo w polityce chodzi, to kobiety chcą zwłaszcza parytetów. Wartością dla nich są kobiety na biorących miejscach partyjnych list. I jeśli je dostają, akceptują to, bo to wprost wypełnia jeden z ich głównych postulatów.

O co chodzi z KOD-em, wyjaśnić nie umiem. Komunikaty z tej strony, które wypowiadano publicznie, były i są bardzo nieliczne. Brzmią natomiast fałszywie. Słychać w nich m.in. o moim sabotażu paktu senackiego przy okazji Ujazdowskiego, albo o nieprzygotowaniu i rozmaitych wadach koncepcji prawyborów, które jednak pozostają bez związku z tym, co proponujemy naprawdę, a do spotkania i rozmów o tym nigdy nie doszło, choć o nie prosiliśmy wielokrotnie przez te wszystkie lata. Wynika z tego wszakże to, o czym się właśnie przekonaliśmy również w Rzeszowie, gdzie choć tamtejszy KOD podpisał prawyborczą deklarację, to się z niej następnie wycofał, by powrócić do flekowania mnie osobiście za Ujazdowskiego, a Obywateli RP za rozmaite rzekome błędy pomysłu.

Obywatele RP byli, są i pozostaną w tej sprawie sami. Nie ma również – i to jest główny problem, o czym wiemy od zawsze – czytelnego społecznego zapotrzebowania. Tu sprawa się komplikuje, bo równocześnie wiemy, że 70% Polaków w badaniach nie wierzy, nie ufa i nie lubi partii politycznych, a wiele innych danych potwierdza ten obraz. Wszyscy przeczuwamy w tym potencjał buntu przeciw „partiokracji”. No, ale właśnie: celowo powtórzyłem tu określenie Kukiza, bo wspieranie tego buntu byłoby zajęciem na wiele sposobów niebezpiecznym i grożącym osunięciem się w populizm. Trzeba jednak wiedzieć, że w grzeczniejszy od Kukiza i przez to nie tak niepokojący sposób ten bunt kanalizują i zagospodarowują właśnie te wszystkie wspomniane już „nowe nadzieje”, jak sam Kukiz, ale też i Nowoczesna, potem Biedroń i teraz wreszcie Hołownia. Wszystkie one ten potencjał marnują, a ponieważ nic nie wskazuje na to, żeby z własnymi biorącymi miejscami, których liczba rośnie, Hołownia miał postąpić inaczej niż inni bossowie, należy dziś przewidywać, że zmiany tu żadnej nie będzie. Ludzie chcą wierzyć liderom i tę wiarę lokują w nich uparcie, choć liderzy jeden po drugim rozczarowują i odchodzą w niepamięć.

Wiemy – mieliśmy okazję się przekonać – że opinia publiczna byłaby bronią potężną. Wiemy, jak silne jest słuszne przecież przekonanie o wartości „wspólnego frontu” opozycji. Wiemy też – sprawdziliśmy to i takich konfrontacji histerycznie niemal boją się partyjni bossowie – jaką siłę ma proste pytanie, dlaczego koniecznie biorącymi miejscami upierają się handlować w zamkniętych przed nami gabinetach, zamiast pozwolić o tym zdecydować ludziom. Rzecz w tym, że opinii publicznej nie ma, że główne media „opozycyjnego mainstreamu” dawno zrezygnowały z funkcji jej wyraziciela wobec polityków na rzecz bycia propagandowym wsparciem dla opozycyjnych partii. Widzieliśmy raptem Jacka Żakowskiego, który o prawybory pytał Schetynę przed wyborami samorządowymi i Schetyna po kilku sekundach oporu zrejterował w oczywiście niedotrzymane deklaracje rozważenia tego „interesującego pomysłu”. Widzieliśmy Kamilę Gasiuk-Pihowicz niemal wyklaskaną w czasie łódzkich Igrzysk Wolności, kiedy odpowiadając na podobne moje pytania mówiła o podziale ról między uprawiającymi politykę politykami, a wspierającymi ich wyborcami, widzieliśmy wreszcie nieumiejącego ukryć zdziwienia Morozowskiego w TVN 24, kiedy we własnym studiu z niedowierzaniem pytał Marcina Kierwińskiego, co właściwie szkodzi Platformie debata Ujazdowskiego z Kasprzakiem. Niewiele wskazuje, że nastawienie mediów da się zmienić.

Rekapitulując ten skrajnie mizerny stan atutów, należy stwierdzić, że w roli wyzywającego na prawyborczy pojedynek „obywatelskiego fightera” możemy wystąpić wyłącznie sami. Tego jeszcze nie próbowaliśmy – z moim wyjątkiem. Ten zaś przypadek wyglądał jakoś obiecująco. Groźba „urwania” 15% w Warszawie nie mogła się okazać decydująca, ale gdybyśmy sobie umieli wyobrazić podobną sytuację w całej Polsce… W dodatku ledwie połowę z tych 15% (więc mniej więcej tyle, ile w efekcie zdołała urwać Wiosna) urwałem PO i „paktowi” opozycji. Drugie pół dostałem od wyborców Konfederacji – okazuje się więc, że i „tamci” mogliby być w zasięgu. Co jest równocześnie i kłopotliwe, i szalenie interesujące. Jak pamiętamy, byliśmy wtedy w stanie wyjść poza własne środowisko, mierzono nas w sondażach i nawet w mediach nie byliśmy bez szans. Rzecz w tym, że takiego ogólnopolskiego scenariusza wyobrazić sobie nie umiemy. Obywatele RP w kilku oświadczeniach taką możliwość zapowiadali. Wydaje się, że o tym warto byłoby pomyśleć, choć sobie zdaję sprawę z tego, jak trudne byłoby takie przedsięwzięcie. Cóż, nie od dziś patrzę z rozczarowaniem na przejmowanie inicjatywy „nowej polityki” przez Biedronia, Hołownię, także Konfederację… Dobrze to się skończyć raczej nie może, ale być może tak musi już być. Wnioski w każdym razie wyciągnąć trzeba.

Nie wolno brnąć w złudzenia. Jeśli nie jesteśmy w stanie wystawić kandydatów sami, znaczy to po prostu, że żadnych atutów nie mamy i mieć nie będziemy. Sprawa jest przegrana.

Świętokrzyskie wioski

Czy są inne możliwości? Chyba jednak tak.

Czy da się zrobić prawybory bez partii i bez kandydatów własnych? W pewnym sensie się da. Jest w Świętokrzyskiem taka wiejska gmina, w której dwie wioski ten specyficzny rodzaj prawyborów przeprowadzają od zawsze. Nie wystawiając własnych kandydatów i nie wchodząc w alianse z żadnym komitetem, czyli w zasadzie działając jak klasyczny ruch obywatelski organizując rządzonych i przywracając właściwą dla podmiotowych obywateli relację z rządzącymi. Jak to się dzieje?

Otóż w tych wioskach przed każdymi wyborami samorządowymi odbywa się przegląd kandydatów. To specyficzna sytuacja małej społeczności, w której wszyscy się znają, co ma oczywiście decydujące znaczenie. Po ogłoszeniu list odbywają się „prawyborcze spotkania”, w których uczestniczą przedstawiciele z wszystkich rodzin we wsi. Rzadko dochodzi do głosowań, bo nie ma takiej potrzeby. Celem jest wytypowanie własnego kandydata, który z punktu widzenia mieszkańców wioski będzie w radzie gminy „ich człowiekiem”. Wytypowany kandydat dostaje informację „jesteś nasz i masz nas słuchać”. To skuteczna strategia, ponieważ ten kandydat wygrywa. Dlatego, że frekwencja wyborcza w tych wioskach jest nie tylko większa od typowych np. 45% w wyborach na wsi, ale nie jest to również żadne jakieś rekordowe 80% – frekwencja jest czymś z pozoru niemożliwym. Wynosi 100%. Jeśli ktoś ciężko zachoruje, sąsiedzi niosą go – żywego lub martwego niemal – by mógł wrzucić kartę do urny. Jak to skomentował samorządowiec stamtąd, „co się dziwicie – tak to działa, jak ludzie wiedzą, że mogą i jak wiedzą po co”.

Próbowaliśmy tej strategii w ostatniej fazie klęski naszej nieudanej kampanii prawyborczej w wyborach samorządowych z 2018. Próbowaliśmy takich porozumień w wyborach gminnych w Lubuskiem i w Kujawsko-Pomorskiem w wyborach sejmiku. Chodzić miało o konkretne porozumienia w ważnych sprawach lokalnych. W wyborach do sejmików szukaliśmy problemów w rodzaju np. jakiegoś projektowanego wysypiska śmieci, które wymagałyby lokalnych lobby „z przełożeniem” we władzach województwa. Albo lobby na rzecz Bydgoszczy w konkurencji z Toruniem lub odwrotnie – bo aż w takiej desperacji szukaliśmy. Ordynacja do sejmików – podobna w tym względzie do ordynacji sejmowej na poziomie kraju – wyklucza istnienie lokalnych, mniejszych niż województwo komitetów. Ich zwycięstwo np. w jednym z powiatów nie ma znaczenia. Progi wyborcze obejmują całe województwo, wynik również jest tak zliczany. Nie da się „wepchnąć” do sejmików przedstawiciela konkretnej gminy. Samorząd z nazwy terytorialny w rzeczywistości terytorialną reprezentację w tym sensie wyklucza. Ale głosy z gminy – zwłaszcza, jeśli umie się zmobilizować frekwencję – mogą przesądzać o sukcesie kandydata z listy wojewódzkiej. Również te próby zakończyły się niepowodzeniem. Oczywiście dlatego, że w odróżnieniu od owych świętokrzyskich wiosek, „obywatelska oferta” była żadna – nie dało się spowodować, by żaden z kandydatów przeskoczył z końca listy na „miejsce biorące” i było to jasne dla wszystkich uczestników rozmów. Ta słabość się zresztą potwierdza i dotyczy nie tylko mikroskopijnego środowiska Obywateli RP. Świetny przecież Michał Wawrykiewicz z zasłużonych i bardzo szanowanych Wolnych Sądów, kandydując z szóstego miejsca na liście KE w europejskich wyborach, nie tylko nie zdołał przeskoczyć i załapać się na miejsce biorące, ale wręcz spadł o dwa oczka…

Choć zatem istnieje wachlarz innych możliwości niż wciąż przegrywające prawybory, wszystko tu zależy wciąż od tych samych, bardzo podstawowych elementów diagnozy.

Bez zorganizowanej opinii publicznej obywatele nie dysponują niczym. Nie mają też i nie będą mieli przede wszystkim doświadczenia sprawczości. Nie znajdą we własnej pamięci niczego, co pokazałoby, że mają wpływ na własne sprawy życiowe, ani na żadne sprawy wielkie. Bunt, który wywołuje w nich myśl o politykach traktujących ich jak folwarcznych chłopów nie ma żadnych szans przełożyć się na wiarę w jakąkolwiek zmianę.

Co się da zrobić w Rzeszowie

Konrad Fijołek – kiedy już wygra – mógłby powołać np. wiceprezydenta odpowiedzialnego za obywatelską partycypację. Nie nominowanego, ale wybranego. Niekoniecznie w powszechnym głosowaniu, ale spośród rekomendowanych przez organizacje kandydatur – choćby tak jak się w parlamencie wybiera Rzecznika Praw Obywatelskich, że użyję przykładu kłopotliwego politycznie dzisiaj, kiedy partie szukają kompromisów ignorując głos obywatelskich organizacji. Fijołek mógłby zwiększyć obywatelski budżet partycypacyjny i skończyć z wygłupami głosowań projektów, powierzając je „obywatelskiej izbie”, która wydatkowaniem tych pieniędzy rządziłaby sama, zamiast wywoływać konfliktowo i konkurencyjnie rozstrzygające boje pomiędzy zwolennikami kładki dla pieszych, a zwolennikami nowego parkingu. „Obywatelska izba” mogłaby mieć głos, który zarząd i rada uznają za stanowiący w wybranych sprawach. No, wiele byłoby możliwości, które pozwalałyby uznać popartego przez zjednoczonych bossów kandydata za kandydata rzeczywiście obywatelskiego. I włączyć się w jego kampanię, z całym przekonaniem budząc w wyborcach nadzieję, że zmiana będzie rzeczywista, a miasto stanie się ich własnością

Spróbowałbym. Mając nadzieję, że uda się potem pokazać, co znaczy obywatelskie sprawstwo, że będą w Rzeszowie ludzie mający doświadczenie przeżycia własnej podmiotowości. Słabość atutów niekoniecznie musi rozstrzygająca w Rzeszowie. W sytuacji Fijołka każde pół procenta głosów może zdecydować. A przyszłość przed nim będzie trudna w konfrontacji z władzą.

Prawybory nie są więc koniecznie jedyną metodą budowania obywatelskiego sprawstwa, choć trzeba sobie uświadomić, że aby działać na jego rzecz, trzeba się zawsze i bardzo twardo sprzeciwiać właśnie tej hipokryzji, którą nam zaprezentowała polityczna śmietanka kraju na rzeszowskim rynku wygłaszając te wszystkie komunały i folwarczną odmianę tego, co nazwano „obywatelskością”. Nie da się więc ani znaleźć brakujących sojuszników, ani takiego celu programowego, który nie wzbudzi wrogiej reakcji wszystkich obecnych w poniedziałek w Rzeszowie, w tej liczbie również niestety KOD. Być może da się wskazać łatwiejsze do osiągnięcia i drobniejsze cele, ale główny element diagnozy pozostaje ten sam. Jest nim słabość obywatelskich instynktów i nieistnienie zorganizowanej opinii publicznej, mniej lub bardziej świadomie dezorganizowanej gadaniem o „obywatelskości”.

Przyjaciołom z Obywateli RP chcę z tej okazji powiedzieć, że nie ma innego wyjścia, jeśli chcemy realizować program, który jako jedni z nielicznych mamy, a nie tylko być bohaterami demonstracji stających się już stałym elementem rzeczywistości, więc cokolwiek nudnym i coraz bardziej folklorystycznym. Czymś jak rzępolenie smyczków w rozstrojonym radiu na Podhalu. Czy chcemy list wyborczych do parlamentu, czy paneli obywatelskich w gminach; czy chcemy wpływu na dużą politykę, czy popychania zmian w sprawach drobnych – trzeba pracować nad infrastrukturą. Robić zatem coś, czego dotąd nie robiliśmy. Zadbać o kasę, o media, o kadry. Nuda, wiem.

Co Rzeszów mówi o polityce jaką znamy

Konrada Fijołka trzeba poprzeć. Nie wolno dopuścić, żeby przegrał. W oczach przerażonej wyobraźni widzę, jak do Rzeszowa przyjeżdża Kaczyński ze świtą, wali po głowach Warchoła i gowinowców, jak organizuje tam szybko i sprawnie, ze wsparciem parafii i klubów Gazety Polskiej – prawybory. To niepoważna wizja katastrofy, Kaczyński jest na to za durny. Oby się jednak nasi nie okazali durniejsi, bo przecież się jednak okazują raz za razem w ostatnich latach. Ale też posklejanie rzeszowskiej prawicy byłoby dzisiaj niemożliwością i nawet geniusz Kaczyński z obywatelskim spin-doktorem w mojej osobie oraz prawyborczą strategią, którą bym mu podpowiedział – tu już raczej nic nie poskleja rozsypanej rzeczywistości.

Rzeszowski kryzys spowodował Tadeusz Ferenc, abdykując. Stała się rzecz arcyciekawa z punktu widzenia rozważań o politycznej mądrości strategów oraz o ich głupocie. Dlaczego mianowicie Ferenc wskazał Warchoła? W kontekście poniedziałkowego najazdu partyjnych bossów albo uznamy, że on nastąpił w wyniku prawyborczej akcji rzeszowskich środowisk obywatelskich, co byłoby jednak zbytkiem megalomanii – albo to właśnie Ferencowi przypiszemy ów wielki sukces na drodze zjednoczenia opozycji. Nikomu innemu. Na tym jednak nie koniec zasług Ferenca.

O co mu mogło chodzić naprawdę i dokładnie, tego nikt nie wie. Odchodzi, mając wiele powodów, by się czuć spełnionym. Należy przyjąć, że żadnej przyszłości dla siebie przecież nie planuje. Słychać wprawdzie gdzieniegdzie wyjaśnienia np. w hakach, które na Ferenca miałby mieć Ziobro. Stoi za tymi plotkami głupkowata ludowa mądrość, która – choć głupia – potwierdza się przecież często. Ta mianowicie, że jak ktoś tyle lat rządził, haki znaleźć się muszą. No, tego rodzaju wyjaśnienia są jednak nie tylko głupkowate, ale przede wszystkim podłe.

Nie wiecie, kto odwrócił role w Rzeszowie? Ja wiem. Zrobił to Ferenc, a nie „zjednoczona opozycja”. Nie twierdzę, że taki był świadomy zamiar i plan, ale wyszło na to, że wskazując Warchoła to właśnie Ferenc przysłużył się opozycji bardziej niż wszyscy obecni w poniedziałek na rzeszowskim rynku razem wzięci. Wbił tym jednym ruchem klin w szczelinę w jedności Zjednoczonej Prawicy skuteczniej niż wszyscy ci politycy, których sprytu lub jaj nie starczyło, by przeciągnąć Gowina, choć on sam o to zabiegał i którzy opowiadają dziś duby smalone o koalicji 276, która dokona przełomu. No, jeśli ktoś lubi widzieć ukryte dno deklaracji polityków, to ono mogłoby wyglądać na przykład tak, że sobie Ferenc zaplanował rozbicie obozu władzy. Sam mam zwyczaj słuchać ludzi raczej jednak wprost, nawet jeśli są politykami – sądzę więc, że Ferenc po prostu z jakichś powodów chce, by Warchoł wygrał. A Ferenc swój Rzeszów zna. I może wiedzieć, co robi. Jego słowa mogą mieć sprawczą siłę. Czy Warchoł wygra, czy wygra Fijołek, polityka pozostaje w każdym razie właśnie taka: jest pustą grą idiotycznych gabinetowych intryg politycznych tytanów właśnie tego formatu.

Skutki znanej nam polityki i politycznych przełomów Rzeszów pokazuje dzisiaj również w bardzo charakterystycznym, interesującym świetle. Ferenc rządził podobno świetnie. W Rzeszowie w związku z tym politycznie i również społecznie zionie wielka dziura po Ferencu. Nieobliczalna.

Od lat powtarzamy politykom, chcąc ich zawstydzić, że przegrywają nie z żadnym geniuszem politycznej strategii, tylko ze starym, zdziwaczałym i nierozgarniętym Kaczyńskim. My, którzy to powtarzamy, powinniśmy jednak widzieć przy tym, jak łatwo i bez żadnych kosztów właśnie nas ogrywają ci panowie zebrani na rzeszowskim rynku, wygadując te swoje tanie głupoty. Obawiam się więc bardzo, że polityki jednak nie uda się przenieść z pustych znaczeniowo konferencji prasowych tych państwa w obszar realnej zmiany. Zwojowaliśmy jakimś cudem sporo, ale wszystko to diabli wezmą, jeśli nie zainwestujemy w atuty.

Nie będzie np. żadnej kontroli konstytucyjności w sądach, jeśli za nowej władzy będą przed nie trafiać demonstrujący prawacy – założymy się? Jaki będzie efekt, zakładać się nie trzeba. Dziura po Ferencu to pikuś. Dziura po obywatelach to będzie dopiero dziura.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Dlaczego obywatelskie media są ważne? Chwila prawdy: Google Trends - zestawienie częstości wyszukiwania polityków w internecie

W dziale Polityka

Unia Europejska

Jak nie wyjść z Unii?

To, że przekroczyliśmy granicę prowadzącą do wyjścia z Unii nie budzi dzisiaj już wątpliwości. Aktualny przekaz dnia PiS brzmi

Czytaj »
obywatelski sejm

Utopia Obywatelskiego Sejmu

Kiedy myślimy o wyborach, o tym, że one przesądzą o wszystkim, to oczywiście cel – to właśnie „wszystko”, o które toczy się gra – odsuwa na bok wszystkie inne sprawy. W wyborach startują partie i między bajki można spokojnie odłożyć marzenia o jakichś bezpartyjnych konstrukcjach i kandydatach. Żaden ruch społeczny – choćby był najsilniejszy – w wyborczej perspektywie nas nie interesuje. To błąd i o tym za chwilę. Ale trzeba przede wszystkim znać perspektywę i miarę, a więc wiedzieć to przede wszystkim, że dziś jest już bardzo jasne, że „pewniakiem” w wyborach – tą partią, której szanse w pokonaniu PiS są i pozostaną największe bez porównania z konkurentami na opozycji – jest PO z ową atomową bronią, którą jest w niej Donald Tusk. W tym sensie liczy się dzisiaj niemal tylko to. Można się na to zżymać i są ku temu powody, które sam znam aż nadto dobrze, ale to byłoby po prostu daremne.

Czytaj »