Początek wojny hybrydowej? Co dzieje się na granicy z Białorusią

Obóz uchodźców w lesie przy granicy z Białorusią
fot. Kamill Syller

Za tzw. push-backi, które Straż Graniczna stosowała w 2016 roku wobec uciekinierów z Czeczenii, Polska została ukarana przez Trybunał w Strasburgu karą po 34 tys. euro, czyli prawie 150 tys. – pisze Piotr Niemczyk w tekście opublikowanym na portalu Orłoś Studio

Narasta konflikt na granicy polsko-białoruskiej. W pierwszym tygodniu listopada uchodźcy przyjęli inną taktykę przechodzenia granicy. Zamiast ukradkiem, w miejscach oddalonych od ludzkich siedzib, małymi grupami, próbują „siłowo” przełamać granicę i postawić polskie służby przed faktem dokonanym. Praktycznie jednak nie zmienia to sytuacji w sposób istotny. Prawdopodobnie jednym z powodów tej akcji jest zamiar odwrócenia uwagi straży granicznej od innych miejsc lub innych metod przemytu ludzi

Rząd już dawno ogłosił wojnę hybrydową na granicy polsko-białoruskiej. W celu jej przeciwdziałania wprowadził stan wyjątkowy. To wszystko odbywa się kosztem gospodarki rejonów przygranicznych i ograniczeń praw człowieka.

Z punktu widzenia państwa działania Straży Granicznej i innych służb przy tej granicy są niezrozumiałe i niepotrzebne. Nie tylko dlatego, że są sprzeczne z konwencją Genewską, która nakłada obowiązek zbadania sytuacji każdej osoby ubiegającej się o ochronę międzynarodową, czyli tzw. azyl.

Straszeni jesteśmy skalą tej migracji. Tylko, że te dane są grubo przesadzone. Białoruś nie ma logistycznych możliwości, aby sprowadzić tylu uchodźców, żeby hipotetycznie nawet zagrażali oni bezpieczeństwu państwa. Mówimy o kilkunastu – kilkudziesięciu tysiącach uchodźców. Tymczasem w latach 90-tych zdarzało się, że w Polsce przebywało nawet ponad 100 tysięcy legalnych i nielegalnych imigrantów i przeciętny obywatel nawet tego nie zauważał.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wzdłuż granicy europejskiej przebiega też inna granica – granica człowieczeństwa

To, co szczególnie denerwuje w tej sytuacji, to fakt, że polski rząd nie podjął (oprócz realizowania polityki ogólnoeuropejskich sankcji) żadnych dodatkowych kroków wobec białoruskiego reżimu. A przecież możliwe są działania na różnych polach:

  • dyplomatyczne, takie jak obniżenie rangi przedstawicielstw dyplomatycznych i odwołanie części dyplomatów, a także sankcje (zakaz wjazdu na obszar strefy Schengen) osobiście dotykające decydentów odpowiedzialnych za organizację przemytu ludzi;
  • ekonomiczne, na przykład ograniczenie tranzytu przez Polskę tych grup towarowych, dla których spowolnienie obrotu może być najbardziej dotkliwe dla decydentów z Mińska. To przede wszystkim papierosy, które przejeżdżają przez Polskę rzekomo tranzytem do Serbii bądź Mołdawii, a tak naprawdę „znikają” i zasilają czarny rynek w Unii Europejskiej. Także broń i jej części zamienne, które jadą do polskich portów, by następnie trafić na statki zmierzające do Afryki i Azji, często w rejony konfliktów. Na papierosach i broni mińskie elity zarabiają setki milionów USD rocznie. Każde działanie obcinające te przychody może być dla nich bardzo bolesne. A przecież chociażby ze względu na możliwość przemytu ludzi w kontenerach TIRów, można te ciężarówki zatrzymywać, sprawdzać ładunek, legalność jego przewozu i ewentualnego odbiorę, którym może być spółka fasadowa mająca jedynie zamaskować fakt, że rzeczywistym powodem transportu jest przemyt. A przy okazji z pewnością okaże się, że wewnątrz kontenerów, za ładunkiem znajdują się specjalnie skonstruowane komory do przewozu ludzi.
  • wreszcie propagandowe, skierowane zarówno do mieszkańców państw zagrożonych konfliktem, jak i państw tranzytowych, wyjaśniające, że droga przez Białoruś jest kosztowna, niebezpieczna i do niczego nie prowadzi, bowiem każdy zatrzymany będzie przechodził skrupulatne sprawdzenia i jeżeli nie będzie miał twardych przesłanek do uzyskania azylu, zostanie odesłany do państwa, którego jest obywatelem.

Dlaczego polski rząd, zamiast stosować konsekwencje dyplomatyczne i ekonomiczne wdaje się w zwykłą awanturę, wyglądającą jak porachunki gangów z sąsiednich dzielnic, południowoamerykańskich miast, jest niepojęte.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Lepiej spakować plecak niż budować mur

Za tzw. push-backi, które Straż Graniczna stosowała w 2016 roku wobec uciekinierów z Czeczenii, Polska została ukarana przez Trybunał w Strasburgu karą po 34 tys. euro, czyli prawie 150 tys. Za każdą osobę, która została zawrócona na granicy. Takie wyroki zapadały dla wszystkich skarg skierowanych do Strasburga, a złożyło je kilka rodzin – łącznie kilkadziesiąt osób.

Nawet jeżeli politycy o tym nie pamiętają, chociaż to byłoby dziwne, bo te wyroki wydawał Europejski Trybunał Praw Człowieka w drugiej połowie 2020 roku (czyli około rok temu, stosunkowo przecież niedawno), to służby specjalne nie mogą o tym nie pamiętać. I powinny uprzedzić, że tego rodzaju działanie prędzej czy później narazi Polskę na fatalne oceny przez społeczność międzynarodową.

Służby specjalne wiedzą, że Łukaszenka stosuje szantaż uchodźcami co najmniej od 2010 roku, za każdym razem, kiedy Unia Europejska rozważa nowe sankcje na Białorusi. Powinny umieć oszacować skalę kolejnej fali uchodźców sprowadzonych przez Łukaszenkę i podpowiedzieć jako sobie z podobnymi falami radzą inne demokratyczne kraje. Przypadki Hiszpanii, Włoch i Grecji pokazują, że można poradzić sobie bez wielkich skandali nawet z dużo większymi falami uchodźców. Tylko trzeba się na to przygotować i podjąć działania we współpracy z innymi państwami UE, żeby taki kryzys rozładować.

Także służby specjalne powinny uprzedzić czym grozi łamanie konwencji genewskiej. Nazywanie kryzysem humanitarnym drastycznych zachowań Straży Granicznej jest kłamstwem, które ma krótkie nogi. Nieludzkie traktowanie uchodźców, szczególnie na obszarze objętym stanem wyjątkowym, bez dostępu organizacji humanitarnych, także przy straszeniu wojną hybrydową, jest łamaniem konwencji genewskiej. A łamanie konwencji genewskiej może być uznane za zbrodnię wojenną. Czy dla doraźnych korzyści politycznych warto się pakować w takie ryzyko? Dlaczego służby specjalne nie umieją rządowi tego wyjaśnić. Czy one jeszcze w ogóle działają?

Tekst opublikowany został na portalu Orłoś Studio

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Głosy w dyskusji

Wybory najpóźniej za:

Dni
Godzin
Minut
Sekund

Znaczenie „partyjnego programu”

Wygrane kampanie PiSu w praktyce uruchamiały spontaniczne działania oddolne (by użyć ukochanego słowa z czasów „Solidarności”) nie tylko działaczy partyjnych, ale bardziej zaangażowanych wyborców PiSu. Program najwyraźniej do nich przemawiał i zostawiał miejsce na włączenie się w akcję za własną partią.

Czytaj »