Kampania przeciw in vitro jest stygmatyzująca, wręcz obrzydliwa

Już od dawna zbieram się za napisanie tego i myślę, że jestem gotowa podzielić się z Tobą tą informacją. Piszę to jako ja, chociaż sprawa dotyczy też mojego ukochanego. Jak wiesz, nie mam dzieci. Nie jest to mój wybór

Lata zajęło mi, by przywyknąć do tego stanu, by się w nim odnaleźć i w miarę pogodzić. Miałam in vitro. Miałam in vitro dwa razy. Udało mi się trafić do programu ministerialnego, głównie dzięki ówczesnemu ministrowi zdrowia, którym był Arłukowicz (to temat na inną rozmowę).

Za pierwszym razem byłam przestymulowana (mimo krótkiego protokołu i niskich dawek leków, zdarza się) wyprodukowałam 25 komórek jajowych. 7 komórek było martwych, 12 komórek zostało zamrożonych, 6 komórek zostało zapłodnionych. Spośród nich 4 były potencjalną ciążą, z czego jedna (wg poziomu beta) nie zagnieździła się, czyli nastąpiło poronienie.

Przy drugim in vitro wyprodukowałam 8 komórek jajowych. Wszystkie zdrowe. 6 można było zapłodnić (warunki programu), dwie oddałam do badań – przyszli laboranci uczyli się na nich przygotowywać komórkę do zapłodnienia.

Sama procedura in vitro to były bardzo trudne 2 lata życia. To nie jest tak, że przychodzisz do kliniki i mówisz: dzień dobry, chcę in vitro”. Zaczynasz od piwnicy, czyli badania, badania, badania, badania… monitorowanie cyklu, stymulacja cytrynianem clonifenu, ustalanie piku owulacyjnego i sex. I tak bez końca. Znaczy się, nie bez końca, bo kiedy przez dwa cykle nie ma ciąży, trzeba zrobić krok w tył, czyli badania, badania, badania….

I tak wchodziłam po schodach, aż weszłam na strych, czyli in vitro. Dalej już nic nie ma.

Najlepsi lekarze w Polsce, najlepsza klinika w Polsce, najmilsze pielęgniarki, fantastyczny anestezjolog. Personel z bloku uśmiechnięty, dający nadzieję.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że to się może nie udać. Pierwszy smutek, kiedy w kolejnym miesiącu spotkałam rozanieloną pacjentkę. Byłyśmy razem na sali po punkcji. Jej się udało, miała już widoczny brzuch. Wtedy byłam jeszcze pełna nadziei, więc nie byłam aż tak smutna.

Moja kartoteka chorobowa przestała się mieścić w jednej teczce. Lekarze wymyślali kolejne nowoczesne badania, kolejne sztuczki, które mogłyby pomóc. I ten cholerny licznik pod KPRM, który odliczał, ile dni temu poroniłam. Były dni, kiedy chciałam tam jechać z siekierą, albo oblać benzyną i spalić, żeby już nie odliczał.


W polityce kliniki, w której niemal mieszkałam, był zapis, że po trzeciej nieudanej próbie trzeba iść na grupę wsparcia. Wszyscy siedzieliśmy w milczeniu, każda para anonimowo. Przedstawiałyśmy się po kolei „mam tyle lat, tyle transferów, taka diagnoza”. W kupie raźniej, zobaczyłam, że nie tylko ja mam tak trudno.

Program ministerialny się skończył.

Nadzieja się skończyła.

Zostały tylko opinie na mój temat. Są wśród nich takie, jak np. wygodnisia, nowoczesna kobieta. Ciągłe pytania „a ty kiedy w końcu”, „zrób sobie skok w bok”, „adoptuj”, „to dlatego, że jesteś tak strasznie chuda”, „zobaczysz za parę lat nie będziesz mogła”.

Ludzie, co z wami? Wiesz, jak bardzo tym ranisz? Zdajesz sobie sprawę, że to nie jest temat light? In vitro to nie eksperyment, to nie fanaberia, to nie zaspokojenie fantazji!


PRZECZYTAJ TAKŻE: Obywatele RP do Ziobry: Macie obowiązek traktować nas jak więźniów sumienia


Dlaczego odbierane są nam, bezdzietnym, prawa do własnego potomstwa? Nie oczekuję od ciebie wsparcia, nie musisz do mnie pisać, że jakoś to będzie, że się uda. Wiem na czym stoję. Nie chcę się karmić nadzieją. Żyję tu i teraz. Mam te 12 komórek w „zamrażarce” i za kilka lat, kiedy będę na tyle silna, by znów spróbować, będę zaciskać kciuki z całych sił, a teraz żyję dniem dzisiejszym i cieszę się tym, co mam i usiłuję się przygotować, przyzwyczaić do tego, że po domu nie biega dziecko.

Teraz ruszyła kampania przeciw in vitro. Jest stygmatyzująca, wręcz obrzydliwa. Wiesz jaka jest różnica między in vitro a aborcją? Nikt na Strajku Kobiet nie krzyknie, że in vitro jest ok.

In vitro dostało łatkę, że jest to luksus, dla bogaczy, nie dla każdego. To akurat racja, bo kiedy by zliczyć wszystkie rachunki za badania i witaminy (nie licząc tego, co swego czasu sponsorował minister) dałoby się kupić małe autko z salonu.

A na zdjęciu są te dzieci, które według fanatyków uśmierciłam.

Ps. Imię i Nazwisko autorki zostało zmienione

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Głosy w dyskusji

Wybory najpóźniej za:

Dni
Godzin
Minut
Sekund

Znaczenie „partyjnego programu”

Wygrane kampanie PiSu w praktyce uruchamiały spontaniczne działania oddolne (by użyć ukochanego słowa z czasów „Solidarności”) nie tylko działaczy partyjnych, ale bardziej zaangażowanych wyborców PiSu. Program najwyraźniej do nich przemawiał i zostawiał miejsce na włączenie się w akcję za własną partią.

Czytaj »