Pitawal Podleśny 2019. Elżbieta Podleśna podsumowuje swój rok ubiegły

Cholernie odzierające z godności, niemalże z pogranicza gwałtu, okazało się pobieranie śladów biologicznych, czyli odcisków palców, DNA z jamy ustnej i tzw. śladu zapachowego. Ślady te, jakaś moja intymna cząstka, będą przechowywane w kryminalnym rejestrze pewnie jeszcze po mojej śmierci

Mój rok 2019 był tak gęsty, że podsumowanie go w całości jest zadaniem ponad moje mizerne siły. Gdy otwieram notatnik, rzucają mi się przede wszystkim w oczy zapiski dotyczące składanych zeznań i przebiegu spraw sądowych. Może zatem rozliczę rok od tej właśnie strony, choć na pewno pogubię się w chronologii i w szczegółach. Ostrzegam, będzie długo

1. Zaczęło się chyba od rozstrzygnięcia w drugiej instancji na korzyść nas, protestujących, zamkniętych w policyjnym kotle na Wilczej (art. 90 kodeksu wykroczeń). Ta rozprawa to również mój pierwszy kontakt z mecenasem Radkiem Baszukiem, który potem okaże się być wspaniałym wsparciem i po prostu, po ludzku – przyjacielem.

2. Luty przynosi moje i moich przyjaciół koszmary związane z reakcjami na rzekomy nasz atak na Magdalenę Ogórek pod siedzibą TVP. Przypomnę parę faktów. Po ostatnim dniu naszego protestu przeciw telewizyjnej propagandzie i mowie nienawiści, budzę się w zupełnie innej rzeczywistości. Nadziwić się nie mogę, jak jednym twittem można zmanipulować dziesiątki inteligentnych i przyzwoitych osób. W duecie z Ewą Borguńską zaczynamy żmudną kampanię obronną. W sprawie Ogórek na mediach społecznościowych wypowiadają się niemal wszyscy. Tymczasem do nas z podstawowym pytaniem „to jak to było?” zwraca się jeden jedyny dziennikarz: Piotr Pacewicz z Oko.press, któremu nigdy tego nie zapomnimy. Podobnie jak tym wszystkim, którzy zachowali chłodny osąd i nie dali się nabrać na lament „dziennikarkę biją!”.

Po południu walą w moje drzwi policjanci, a gdy szybko nie reaguję – szturchają w nie z buta. Pakuję do torby leki, szczoteczkę do zębów, na przedramieniu zapisuję kilka numerów telefonów, do kociej miski wsypuję żarcie z górką – bo kto wie, po co naprawdę przyszli. Gdy w końcu otwieram drzwi i wychodzę na korytarz (pamiętajcie, jeśli nie ma kategorycznie sformułowanego wezwania, nie wolno wpuszczać policji do mieszkania) okazuje się, że nieumundurowana dwójka z wydziału śledczego przyniosła mi… wezwanie na przesłuchanie. Działanie ewidentnie obliczone na efekt mrożący, zza uchylonych drzwi łypią sąsiedzi… Już wiem, że młyny brudzińskie i ziobrowe mielą nadzwyczaj szybko. Telewizja Polska jeszcze trzyma swoje psy gończe na smyczy, ale gdy w Gazecie Wyborczej pojawia się kuriozalny apel do mnie, pióra Wojciecha Czuchnowskiego, w którego darmowej części pojawia się moje imię i nazwisko, i zarzut agresji, i mowy nienawiści, zaś dalsza część tekstu pozostaje za paywallem – rozpoczyna się prawdziwe polowanie z nagonką.

Opuszczona przez „swoich”, będę wszak łatwym łupem. W Wiadomościach pojawiają się nasze portrety, w tym sylwetka Magdy Aleksandry Rudej, której w dniu protestu w ogóle pod TVP nie było. Na antenie pojawia się mój dyrektor z Instytutu Psychiatrii i Neurologii, próbujący tak powiedzieć, żeby nic nie powiedzieć. Kolejnego dnia pod moim miejscem pracy czają się kamerzyści TVP, a na moją reakcję na nich poluje TVN… Iwona Wyszogrodzka traci pracę, inna osoba zostaje zmuszona do zmiany warunków zatrudnienia, wszyscy dostajemy groźby, inwektywy, boimy się wychodzić na ulicę.

Mam poczucie, że jestem w jakimś śnie idioty, próbuję normalnie pracować, ale gdy do mojego gabinetu psychoterapeutycznego wpada bez pukania jakiś pseudoreporter, czuję, że czara się przelała. W internecie jacyś goście namawiają do składania mi wizyt w Instytucie, podają dokładnie, gdzie mnie szukać. Skutkiem tego boję się wyjść z pracy, wzywam wilanowską policję, która stwierdza, że mam podstawy, by obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Od następnego dnia poruszam się po mieście wyłącznie taksówkami, co jest możliwe dzięki szybkiej zrzutce, jaką zorganizowali przyjaciele. Obserwatorzy sytuacji zaczynają bardziej trzeźwo widzieć ją jako prowokację. Zaprasza mnie do nieodżałowanej Superstacji Jacek Żakowski, potem do Tok.fm Hanna Zielińska, mam więc szansę przeciśnięcia się ze swoim przekazem choćby tylko wewnątrz naszej bańki… Opiekę prawną nad naszą grupą przejmuje kancelaria Dubois i wspólnicy, reprezentować nas będzie Michał Zacharski, ale w cieniu pozostaje kilkoro prawników służących głosem doradczym. Jak wygląda stan prawny tej sprawy pod koniec roku? Nasza grupa ma już za sobą pierwszą rozprawę jako obwinieni z kodeksu wykroczeń, o umieszczenie nalepek bez zgody właściciela (art. 63a par. 1) oraz o tamowanie ruchu drogowego na jezdni pod TVP (art. 90). Tyle się bowiem ostało z zarzutów o opluwanie czy porysowanie auta. Pani Ogórek, która miała wystąpić jako świadkini na drugiej z kolei rozprawie, nie pojawiła się. Sędzia Łukasz Biliński, który mimo karnego przeniesienia do Wydziału Rodzinnego nadal wyrokuje w rozpoczętych sprawach, liczy na jej obecność na kolejnej rozprawie, która odbędzie się pod koniec stycznia 2020.

3. W sądzie leży nasz pozew przeciwko TVP o naruszenie naszych dóbr osobistych poprzez opublikowanie wizerunków i podanie danych personalnych. I jeszcze mój pozew, imiennie przeciwko Magdalenie Ogórek i Rafałowi Ziemkiewiczowi, którzy ujeżdżali się po mnie w programie propagandowym „W tyle wizji”, kwestionując moją zawodową bezstronność i kompetencje. Kiedy dojdzie do rozprawy z naszego powództwa – jeszcze nie wiemy.

4 i 5. To nie koniec zapasów z TVP. W grudniu rozpoczyna się proces przeciwko mnie i Ewie Borguńskiej; jesteśmy oskarżone z kodeksu karnego o „naruszenie miru domowego TVP”. To art. 193 kk, zagrożony karą pozbawienia wolności do roku. Niewiele osób pamięta, że przed „aferą Ogórek” doszło do naruszenia naszych praw osobistych przez ochroniarzy z firmy Solid Security, pod adresem których my dwie skierowałyśmy stosowny pozew, najpierw odrzucony przez prokuraturę, ale ponownie doń skierowany orzeczeniem sądu. Tymczasem TVP oskarża nas twierdząc, że hall budynku instytucji publicznej, który powinien być dostępny dla wszystkich (choćby ze względu na eksponowaną wówczas wystawę poświęconą stuleciu niepodległości), może być uznany za przestrzeń jedynie dla wybranych, a osoby uznane za intruzów mogą być z niego wyrzucone przez jakichś posępnych drabów, jak worki z kartoflami… Leżałam jak taki worek w samym wejściu do medium publicznego, na które do owej chwili płaciłam abonament, a pracownicy TVP i goście przechodzili nade mną… Bardzo przygnębiające doświadczenie, nomen omen, poniżenia… Kolejna rozprawa, w której reprezentuje nas mecenas Piotr Zemła, odbędzie się w ostatnich dniach stycznia nowego roku.

6. W 2019 r. sąd pierwszej instancji umarza moją sprawę z art. 63a par. 1 kodeksu wykroczeń. Chodzi o naklejenie, „wspólnie i w porozumieniu z Agnieszką Wierzbicką” ulotek Koalicji Prodemokratycznej po wewnętrznej stronie barierek odgradzających pospólstwo od uczestników miesięcznicy smoleńskiej, nie pomnę już, której. Przylepiając teksty informujące o istocie „reform” wprowadzanych przez PiS, mówiłyśmy z Agą, trochę dla śmiechu, trochę dla zmyłki, po angielsku. Policja po jakimś czasie dostrzegła naszą wywrotową działalność, ale trochę trwało, zanim znalazł się policjant mówiący w tym języku. Podszedł do nas kołyszącym się krokiem kowboja i wycedził: „Passport please”. Tenże policjant kłamliwie potem zeznał, że twierdziłyśmy, jakobyśmy nie były Polkami i nie znały polskiego… Gdyby tak było rzeczywiście, należałby się nam kolejny paragraf, mówiący o wprowadzeniu policji w błąd co do tożsamości… Po prostu mówiłyśmy po angielsku do momentu, gdy zdecydowałyśmy się zlitować nad panem władzą, noszącym przy mundurze nieregulaminowo znaczek Polski Walczącej… Otóż po wielu miesiącach sąd uznaje, że wniosek o ukaranie jest bezzasadny, długo tłumacząc w uzasadnieniu, dlaczego barierek nie można uznać za czyjąś własność (o ile dobrze pamiętam). Lista spraw bieżących ładnie się zmniejsza.

7. Spada również z wokandy sprawa wykroczeniowa o zaśmiecenie komisariatu policji przy ul. Wilczej (art. 145 kw). Ten przezabawny zarzut został postawiony mnie, Ewie BorguńskiejAsi Gzyra-Iskandar, w związku z dostarczeniem przez nas elegancko zapakowanych worków na śmieci, w których znajdowały się resztki po świecach dymnych i racach hukowych oraz wielka ilość butelek po wszelkiej marki alkoholach. Te dowody popełnienia wykroczeń przez uczestników tzw. Marszu Niepodległości 2018 zebrałyśmy w krótkim czasie na niewielkim wycinku przestrzeni pod Pałacem Kultury. Nie uległyśmy żądaniom policji, która domagała się, byśmy zabrały ze sobą dowody rzeczowe, uparcie przez nich nazywane śmieciami. Wyszłyśmy z godnością, zostawiając pokwitowane powiadomienie o popełnieniu wykroczeń tudzież worki dowodowe. Funkcjonariusze gonili za nami grożąc odpowiedzialnością karną i wykrzykując: „Mamy wasze dane personalne!”. Nie potrafili jednak sformułować poprawnie wniosku o ukaranie nas i sąd odesłał je do uzupełnienia braków. Policja owszem, braki uzupełniła, ale złożyła je o kilka dni za późno – równo rok od daty złożenia pierwszego wniosku, a nie – jak byłoby prawidłowo – w rok od daty inkryminowanego wydarzenia. W efekcie sprawa się po prostu przedawniła. Ech, mecenas Piotr Zemła mógł mieć takie ładne wystąpienie…

8. Co nadal jest na wokandzie? Sprawa wykroczeniowa z 15 sierpnia 2017, o blokowanie marszu neofaszystów (art. 90 kw). Pierwsze wydarzenie, które organizowałam osobiście, choć z pominięciem „drogi służbowej”. Było mi głupio, że kolejne osoby dostają wezwania na przesłuchanie i stają przed sądem pierwszej, a niektóre nawet już drugiej instancji, a ja, która zwołałam ich na Krakowskie Przedmieście, by stanęły i stanęli pod hasłem „Kobiety przeciw faszyzmowi”, ciągle pozostaję bez zarzutów. No to się doczekałam. I nadal czekam, teraz na rozprawę.

9. Czekam również na rozprawę w związku z toruńską „Chryją pod Radiem Maryja”, którą w 2017 r. współorganizowałyśmy wraz z Toruńskim Strajkiem Kobiet z okazji urodzin Tadeusza Rydzyka. Podczas tych obchodów debiutowała słynna „cipka na kiju”, czyli „boska wagina, która wydała z siebie Tadeusza”. Pamiętam, jak bezpośrednio po zakończeniu zgromadzenia pod rozgłośnią zza bramy wynurzył się niejaki Jan Góra, będący prawą ręką dyrektora Rydzyka i dopytywał policjantów, czy nagrali coś, za co można nas będzie oskarżyć. I doczekałyśmy się zarzutów z kodeksu karnego, o obrazę uczuć religijnych. Jakież jednak było zdumienie moje i mecenasa Romana Iwańskiego, gdy policjant przeczytał nam pytania sformułowane przez toruńskiego prokuratora. Otóż najbardziej interesowało go, czy… sama namawiałam, bądź widziałam kogokolwiek nawołującego do apostazji! Gdybyście nie wiedzieli, nie wolno, bo możecie oberwać po głowie artykułem 196 kk.

10. W sądowej poczekalni znajduje się również sprawa o naruszenie miru domowego sejmowego biura przepustek (art. 193 kk). Zajęliśmy je na kilkanaście godzin, wynoszono mnie stamtąd w doborowym towarzystwie Hanny Frem, Wojciecha KinasiewiczaPawła Kasprzaka. Oskarżenia o naruszenie „miru domowego” różnych instytucji publicznych są dość kuriozalne, ale cóż, moi przyjaciele mają sprawy o naruszenie „miru domowego” cmentarza…

11. Umorzeniem zakończyła się w pierwszej instancji sprawa wykroczeniowa z art. 52 par. 1, w której byłam współobwiniona z Rafałem R. Suszkiem o posiadanie materiałów pirotechnicznych podczas zgromadzenia publicznego, które przeszło do historii jako Czarny Piątek. Co ciekawe, byliśmy jedynymi obwinionymi w tej sprawie, tylko nas bowiem policjanci rozpoznali w filmie stanowiącym materiał dowodowy… Mimo że powinniśmy cieszyć się z tego wyroku, wychodziliśmy z sądu z dość kwaśnymi minami. Sąd bowiem w uzasadnieniu umorzenia nijak nie odniósł się do znakomitych i wyczerpujących zeznań świadkiń, ani do naszych wyjaśnień, w których mówiliśmy przede wszystkim o naszych intencjach. Naszym czynem chcieliśmy wykazać nierówność różnych podmiotów podpadających pod ten paragraf (mając na myśli choćby uczestników Marszu Niepodległości), stąd nieprzypadkowa lokalizacja, w jakiej zdecydowaliśmy się na zapalenie świec dymnych (Rondo Dmowskiego). Nasi pełnomocnicy Katarzyna Gajowniczek-PruszyńskaPaweł Murawski oraz my sami mówiliśmy też o tym, że wyodrębnienie jedynie naszej dwójki jest dowodem na legal harrasment, wspominaliśmy też o zagrożeniu, jakie swoimi nieudolnymi działaniami policja sprowadziła na co najmniej dwie uczestniczki zgromadzenia… Sędzia Aleksandra Smyk nie skorzystała z tych wyjaśnień i umorzenie oparła wyłącznie na kruczku prawnym, który został użyty przez nas planowania tego wydarzenia. Otóż świece dymne weszły w nasze posiadanie i zostały użyte pomiędzy dwoma zgromadzeniami publicznymi, a nie w ich trakcie, zatem zarzut jest bezzasadny… Gdy słuchaliśmy ustnego uzasadnienia pani sędzi, twarze smutniały nam coraz bardziej, jasne bowiem stawało się, że sędzia nie bardzo umie w realizm. Zaczęła od kształtnego i dobrze brzmiącego zdania: „Kiedy na salę sądową wchodzi polityka, wychodzi z niej sprawiedliwość”. W kolejnych zdaniach sędzia mówiła o „sympatiach” i „poglądach politycznych”, przeciwstawiając im „obiektywizm sędziowski”, wyrażający się w pilnym i dosłownym stosowaniu się do litery prawa. Otóż, pani sędzio, polityka na salach sądowych obecna jest od zawsze. Osobiście uważam, że wyrok ten jest znamienny dla naszych czasów, w których od polityki w sądach jest aż duszno, ale lepiej i bezpieczniej jest tego nie zauważać i trzymać się wyłącznie przepisów, nawet równie niezdarnie sformułowanych, jak ten nieszczęsny art. 52 par. 1. Jestem głęboko przeświadczona, że im więcej w sądach polityki, tym więcej musi być w nich sprawiedliwości. I na tę szalę sprawiedliwości trzeba czasem rzucić więcej niż literki z kodeksu. Było to więc takie zwycięstwo, które nie przynosi zbyt wiele radości, za to wiele zadumy.

12. Trzy rozprawy były potrzebne, aby uzyskać umorzenie w sądzie pierwszej instancji w Wąbrzeźnie. Sądzona byłam tam za upiększenie biur Krzysztofa Czabańskiego (i pisowskiego senatora o nazwisku niezapamiętywalnym) napisem „PZPR”, a chodników pod biurami tekstem „Czas na sąd ostateczny”. Aby uzyskać odpowiednio wysoką wartość wyrządzonej szkody, a tym samym obciążyć mnie zarzutem z kodeksu karnego (art. 288), a nie z kodeksu wykroczeń, zsumowano postępki z Wąbrzeźna i Golubia Dobrzynia jako czyn ciągły oraz zawyżono znacznie wysokość poszczególnych pozycji, np. dwukrotnie policzono koszt folii na oknach biura czy uwzględniono koszt wymiany kostki brukowej, której w rzeczywistości w ogóle nie wymieniono (co oznacza, że część świadków złożyła fałszywe zeznania, o czym poinformował sąd mój obrońca, mec. Konrad Sałuda). Sędzia Natalia Dąbrowska przyjęła sugerowaną wysokość szkody, jednak nie na tym oparła swoją decyzję o umorzeniu postępowania. Wzięła bowiem pod uwagę okoliczności i motywy moich działań. Przyjęła w całości moje wyjaśnienia, ciężkie od przypominanych emocji. Stwierdziła, że niejednokrotnie w przeszłości – a skupiła się głównie na latach 80. – ocena czyjegoś postępku ulegała diametralnej zmianie. Dopuściła, że wydarzenia pod sejmem w lipcu 2018 r. mogły doprowadzić do poczucia bezsilności i imperatywnej chęci wyrażenia swojego sprzeciwu. Innymi słowy, rzuciła na szalę sprawiedliwości względy ludzkie i historyczne oraz zwykłą przyzwoitość. Najcięższe w tej sprawie było dla mnie patrzenie na prokuratora Janusza Biewalda, tegoż samego, który wydawał telefonicznie polecenia o zakuciu mnie w kajdanki czy o rewizji do naga. Tegoż samego, który początkowo zarzucił mi propagowanie ustroju totalitarnego, a dopiero później, pod naciskiem opinii publicznej, zmienił kwalifikację mojego czynu. Ten elegancki pan w świetnych okularach patrzył na mnie wzrokiem, w którym, powiedzmy, nie było noworocznych życzeń. Po ogłoszeniu wyroku zapowiedział apelację. Pełnomocnik pokrzywdzonych, toruński adwokat będący jednocześnie pisowskim radnym, takoż. Spotkamy się zatem zapewne w 2020 w Sądzie Okręgowym w Toruniu.

13. W płockiej prokuraturze utknęła najgłośniejsza z moich dotychczasowych spraw – ta o obrazę uczuć religijnych za pomocą Tęczowej Maryi. Oskarżone z art. 196 kk – a tym samym zagrożone karą pozbawienia wolności do lat 2 – jesteśmy na razie we dwie z Anną Prus, gdyż Asią Gzyra-Iskandar, która również złożyła na siebie doniesienie, zostawiła chyba zbyt mało śladów. A w końcu każdy mógłby powiedzieć o sobie, że jest przestępcą, czyż nie? Każda chciałaby być dystrybutorką Madonny Równościowej… Prokuratorka prowadząca nadal zbiera z prokuratur z całej Polski doniesienia o kolejnych podmiotach, których uczucia religijne zostały przez nas obrażone. Do najciekawszych należy niewątpliwie Sekcja Emerytów i Rencistów NSZZ Solidarność z Rzeszowa. Nie będę opisywać całej tęczowomaryjnej afery, którą dotąd udało mi się jakoś znieść dzięki mecenasowi Baszukowi. Napiszę jedynie, że od pół roku towarzyszą mi dotkliwe ruminacje, moje mieszkanie przestało być azylem, nie jestem w stanie doprowadzić go do porządku, szuflady w komodzie mam nadal otwarte tak, jak je panowie śledczy zostawili… I że cholernie odzierające z godności, niemalże z pogranicza gwałtu, okazało się pobieranie śladów biologicznych, czyli odcisków palców (dwukrotne, bo powtórzone jeszcze w Warszawie), DNA z jamy ustnej i tzw. śladu zapachowego. Ślady te, czyli jakaś moja intymna cząstka, będą przechowywane w kryminalnym rejestrze pewnie jeszcze po mojej śmierci. I tego poczucia zawłaszczenia, okradzenia, złego, choć arcyprofesjonalnego dotyku nie da się zmyć żadnym prysznicem.

14. Pożaliłam się sądowi w Płocku w sprawie zatrzymania mnie. Sąd częściowo uznał moje racje stwierdzając, że zatrzymanie mnie i przewiezienie do Płocka było bezzasadnie. Mój znakomity pełnomocnik, mecenas Radek Baszuk, złożył już pozew o odszkodowanie; wszelkie uzyskane tą drogą fundusze przekażę Fundacji Transfuzja, zapewniającej opiekę prawną i psychologiczną osobom transpłciowym. Tak oto Równościowa Matka Boska wspiera najbardziej wykluczanych. Sąd jednocześnie nie uznał mojego zatrzymania za nielegalne. Być może odwołamy się w tej sprawie do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Ale to już będzie rok 2020.

15. Na koniec sprawa 14 Kobiet z Mostu. W kuriozalnej sprawie z art. 90 kw, w której policja ośmieliła się oskarżyć osoby poszkodowane, nie uczestniczyłam ani jako podsądna, ani jako świadkini. Przypomnę, że po prostu odeszłam z Mostu Poniatowskiego w momencie, gdy większość z naszej czternastki zgłaszała przestępstwo na nas popełnione. Zamierzałam zrobić to w bardziej sprzyjających okolicznościach, chciałam po prostu już sobie stamtąd iść. Nie przyszło mi, podobnie jak pozostałym, do głowy, że policja wniesie na tej podstawie wniosek o… ukaranie. Mimo szybko złożonej na ręce komendanta głównego policji autodenuncjacji, nie dostąpiłam zaszczytu oficjalnego uniewinnienia. Sędzia Michał Kowalski po wygłoszeniu swojego niezwykle poruszającego uzasadnienia wyroku i po zakończeniu rozprawy powiedział do mnie, że moralnie ten wyrok również mnie dotyczy, dlatego pozwalam sobie tę sprawę, której uczestniczką cały czas się czułam, umieścić w moim podsumowaniu.

16. I rzecz ostatnia. Nasz wniosek o ściganie z urzędu osób, które nas kopały, szturchały, targały, opluwały i lżyły podczas słynnego tzw. Marszu Niepodległości 2017, został ponownie oddalony. Śledztwo w tej sprawie, zostało drugi raz umorzone. Prokurator Magdalena Kołodziej ponownie, mimo jasnego stanowiska sądu, nie dopatrzyła się interesu społecznego w kontynuowaniu dochodzenia. To ostatni policzek wymierzony mi w roku 2019. Rok skończył się goryczą nie do przełknięcia. I bardzo niedobrą zapowiedzią przyszłości, z jaką będziemy musieli się zmagać.

Pod koniec roku dzięki Adamowi Bodnarowi udało się podziękować części z prawników zaangażowanych pro bono w „obronę obrońców praw obywatelskich”. Mamy obietnicę RPO, że nie była to ostatnia impreza do nich adresowana. Jestem pełna wdzięczności za to, co już, i pełna nadziei, że nikt potrzebujący nie zostanie bez pomocy.

Elżbieta Podleśna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *