Szacunek i pomoc dla prowincji

Kazimierz Wóycicki

Czy pomaganie prowincji jest okazywaniem jej szacunku i na czym polega tego typu polityka socjalna – rozważa Kazimierz Wóycicki w kolejnym odcinku „Trochę ze Wschodu, trochę z Zachodu”

– To jest dosyć zasadnicze pytanie odsyłające nas do wielkiego planu premiera Morawieckiego. Przypominam to, co Morawiecki mówił parę lat temu w wykładzie opisującym wielki projekt dla Polski. Pomożemy średnim miastom, pomożemy prowincji, tam Polska się będzie rozwijać – mówi Wóycicki. I pyta, czy takie działanie może być skuteczne?

Kazimierz Wóycicki: – Można oczywiście wspierać społeczności, które tam żyją. Pieniądze idą z budżetu państwa, a zostały zarobione w dużych miastach. Ktoś, kto myśli w kategoriach równości powie: – Wszystko w porządku, tamci zarobili, bo są uprzywilejowani i mają oddać tym, którym jest trudniej.  Ale przyjrzyjmy się tej sprawie z innej strony. Gdzie jest rozwój? Czy można sobie wyobrazić, że najnowsze technologie, instytuty naukowe, wielkie innowacje, pojawią się w małych miastach i na prowincji? Nie, wszędzie na świecie pojawiają się one w wielkich metropoliach.


– Dzisiejszy świat jest zurbanizowany i wielkie miasta odgrywają ogromną rolę. A więc najprawdopodobniej rozwój Polski, tej nowoczesnej, powinien polegać ma na tym – to jest alternatywa do planu Morawieckiego – żeby wzmocnić duże miasta w Polsce, uczynić Warszawę znacznie większą i wtedy ten rozwój pozwoli na dofinansowywanie prowincji, dla której trzeba mieć specjalny plan – uważa Wóycicki. Podkreśla, że plan Morawieckiego polega na tym, żeby wesprzeć własnych zwolenników.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Wojna miejsko-wiejska


Kazimierz Wóycicki: – Wielkie miasta w Polsce to są te, które idą ku Europie i żyją w rytmie postępu i zmian, które w całej Europie następują. Duże miasta przyjmują emigrantów, stają się wielokulturowe, a tego nie lubi prowincja. Poprzeć prowincję to poprzeć nie tylko tych biedniejszych, ale poprzeć tych, którzy takiego rozwoju nie rozumieją. Jeśli cały kraj nie będzie się intensywnie rozwijał, nie będzie żył w rytmie kulturowych, cywilizacyjnych przemian całej Europy i współczesnego świata, to cała Polska zacznie schodzić na psy. I również na tę pomoc dla prowincji nie będzie środków.


  • „Trochę ze Wschodu, trochę z Zachodu” to program, w którym Kazimierz Wóycicki pokazuje polskie sprawy z perspektywy naszego miejsca na mapie – pomiędzy politycznym Wschodem i Zachodem.

2 thoughts on “Szacunek i pomoc dla prowincji

  1. Jak bym słyszał teksty nawiedzonych liberałów z początku lat 90-tych z Korwinem-Mikke na czele. Konkluzja jest chyba taka, że prowincja powinna iść do diabła i pójdzie do diabła, niezależnie od tego czy się jej pomaga, czy się nie pomaga. Gdybym był z prowincji, to bym powiedział, żeby wielkie miasta poszły sobie solidarnie z prowincją do diabła, bo kto takich miast potrzebuje?

    Póki co, to prowincja stanowi 70-80% polskiego społeczeństwa. Przy takich agitatorach „opozycji” PiS może chyba spać spokojnie przez następne 30 lat. Dopiero jak się całą Polskę zabetonuje to „opozycja” dojdzie do władzy, ale zaraz to wszystko zdechnie z braku wody, powietrza, mięska, mleka i chleba. Więc w sumie i tak wszystko na jedno wychodzi.

  2. Np. Bendyk uważa dość odwrotnie. Nie tylko on zresztą, ale Bendyk został akurat szefem Batorego i wydał ważną i ciekawą książkę — choc z pewnością przeczyta ją zapewne kilkaset osób w Polsce i żaden z polityków. Bendyk jest tu jednak o tyle ciekawy, że uważa polską geograficzną strukturę ludnościową za atut w epoce zmiany cywilizacyjnej. Jego zdaniem rozproszona energetyka jest szansą właśnie dla wsi i jej mieszkańcy mogą w tym zakresie zastąpić górników.

    No, ja bym powiedział więcej. Szkolnictwo — wszędzie na świecie w kryzysie, z którym nikt sobie nie umie poradzić i nawet namiastki lub też jaskółki zmian nigdzie się nie pojawiają, włączając w to osławioną i zdecydowanie przereklamowaną Finlandię — miałoby na wsi szansę pokazać jeden z możliwych kierunków rozwoju. Lokalny i wspólnotowy. Nie widać wielkiego sensu w większości szkolnych lekcji, a chodzi nie o przeładowanie treścią, tylko o jej kompletną nieadekwatność do rzeczywistych potrzeb kulturowych dzieci, ich rodziców, środowisk itd. Nie mają też szkoły i mieć nie mogą — bo w szkolnych programach zaiste nie ma niczego ciekawego i nikt już nawet nie próbuje tego od nich oczekiwać — żadnej kulturotwórczej, czy wspólnototwórczej roli. To rzecz wymagająca bardzo radykalnych systemowych rozwiązań na skalę przekraczającą resort (bo nie on jeden jest sobie z tym w stanie poradzić). Ale szkoła widziana jako jeden z ośrodków wspólnoty ma na prowincji — przy całym jej wciąż istniejącym zacofaniu — być może większe szanse niż w wielkich miastach, w których wspólnot nie ma, choć są cywilizacyjnie zaawansowane. W moich wiejskich okolicach pod Warszawą jest np. kilka warsztatów samochodowych na gminę. Dlaczego prowadzący te interesy nie prowadzą lub nie organizują zajęć w szkole — nie mam pojęcia. W niektórych wsiach nielicznym udają się rozmaite interesy i przedsięwzięcia. Są więc piekarnie, zakłady meblarskie i podobne. Jest straż pożarna, a chłopcy na wsi wciąż marzą, żeby być strażakami i zdarza im się grać w strażackich orkiestrach. Jeśli od szkoły oczekuje się — a są to dość powszechne oczekiwania — jakiejś „praktycznej użyteczności”, to biznesu i ekonomii dzieci mogą się uczyć od tych, którym w ich społeczności to się udaje, organizacji zespołów tamże, demokracji w gminie itd. Ja co prawda sądzę, że przed szkołą żadnych utylitarnych celów stawiać nie wolno, ale to osobny rozdział, a ortodoksji w żadną stronę nie należy ulegać, a przy tym dobrze wiem, jak matematyki i fizyki mógłby w warsztacie samochotowym uczyć przytomny nauczyciel, gdyby zechciał się ubabrać smarem.

    Tak czy owak, Kazimierz Wóyciki politycznie opowiada coś, co kupy trzymać nie chce się za nic — politycznie, a przecież to polityka go interesuje, a nie jakiś tam zrównoważony rozwój, czy zielona energia. Może co prawda być tak — i bywa — że wyłączone z kursu rozwojowego zapyziałe regiony polskiej prowincji da się ignorować, bo one nie zagrażają polityce. Nie głosują ci wszyscy wykluczeni edukacyjnie i nawet komunikacyjnie ludzie. Ale czasem się zdarza, że jednak głosować idą i wtedy wieje grozą, bo wygrywa PiS, Samoobrona, Tymiński itd. U progu transformacji wieś była koszmarem liberalnych reformatorów, ponieważ nikt nie umiał sobie dla niej wyobrazić innego losu, jak tylko wymarcie. Doczekaliśmy wszakże unijnych dopłat — rodzaj 500+, ale nie z naszej kieszeni, więc nikt nie krzyczał o „rozdawnictwie”, choć unijne dopłaty są i pozostają źródłem całego szeregu patologicznych zjawisk — i za ich cenę kupiliśmy spokój.

    Politycznie propozycje Wóycickiego nie wydają się mieć żadnego sensu. Miasto i tak zagłosuje na „liberałów” i to niezależnie od tego, jaką oni bzdurę wymyślą — ta lojalność jest wprost proporcjonalna do intensywności cywilizacyjnej wojny miast ze wsią. Inwestować trzeba tam, gdzie grozi wybuch.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *