To nie będą wybory, zgotowano nam plebiscyt

Mam Dość politycznych deali zawieranych w moim imieniu przez partyjnych bossów wbrew moim i wszystkich Polek i Polaków interesom – pisze Wojciech Kinasiewicz


Publikujemy cykl artykułów, w których działacze obywatelscy wskazują, jakie obawy niosą wybory 28 czerwca i jaką dają nadzieję. W piątek o swoją diagnozę przedstawił Paweł Kasprzak. Dzisiaj kolejny głos w dyskusji.

***

Zbliżające się 28 czerwca wydarzenie nie będzie wyborami. Nie będzie nimi, bo droga, która do niego prowadziła zaprzecza wszelkim regułom, zasadom i normom. Wydarzenie to jest pochodną kolejnego politycznego dealu. Tym razem rządzących z opozycją. Dealu, którego zasad nie znamy i pewnie nigdy nie poznamy.

Zgotowano nam plebiscyt. Plebiscyt, który ma pokazać, jaka siła stoi za, a jaka przeciw rządzącym. W plebiscycie można wziąć udział. Można też w nim udziału nie brać. Nie trzeba również ujawniać publicznie swoich zamiarów. Trzeba natomiast traktować go z należytą powagą. Decyzję podejmować świadomie, wiedząc, do czego prowadzi, zdając sobie sprawę z potencjalnych skutków. Doskonale rozumiem wszystkich tych, którzy deklarują udział. To jasne, mają dość prezydentury partyjnej marionetki. Tylko, czy zmiana w pałacu namiestnikowskim jest w ogóle możliwa, a jeśli nawet tak, do czego w takim trybie dokonana, może nas doprowadzić?


PRZECZYTAJ TAKŻE: Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas


Scenariusze mogą być różne – plebiscyt wygrać może Rafał Trzaskowski. To nawet dość prawdopodobne obserwując bitewne wzmożenie po „naszej” stronie. Ten werdykt może, choć nie musi być uznany przez pisowskie instytucje – PKW i SN.

Plebiscyt może też wygrać Andrzej Duda. Czy uczciwie, czy nie – tego nie będzie miał już kto zweryfikować. Poza tym potencjalne fałszerstwa nie będą już miały żadnego znaczenia. Szczególnie, że prawdziwe wyborcze fałszerstwo mamy już dawno za sobą. Odbyło się w marcu, kiedy to cała opozycja parlamentarna ugięła się przed szantażem koronawirusowym i zamiast twardo żądać wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, z entuzjazmem prawie głosowała za specustawami pandemicznymi. To stało się właśnie wtedy. Potem już nic nie można było zrobić, aby przywrócić prawidłowość wyborom.


Można było jedynie aktywnie je zbojkotować. Aktywnie, czyli wycofując się z oszukańczego wyścigu przed 10 maja. Żaden z  prodemokratycznych kandydatów z tej szansy nie skorzystał. Nad dobrem wspólnym wszystkich Polek i Polaków górę wzięły partykularne interesy samych kandydatów oraz ich politycznych środowisk.

Później nastąpił deal przeczący wszelkim zasadom. Doraźne polityczne interesy wzięły górę nad fundamentalnymi wartościami, również nad długofalową polityczną pragmatyką. O to przecież Jarosławowi Kaczyńskiemu chodziło. O legitymizację tego cyrku. Teraz jest już za późno. Do boju pędzą zastępy, nikt i nic ich nie powstrzyma. A skutki dla nas wszystkich będą opłakane. Długo nie wróci zaufanie do instytucji wyborów. Bo na ten deal zgodzili się wszyscy kandydaci. O zdanie suwerena nikt nie pytał. Suweren niniejszym pozbył się suwerennoścj oddając ją swoim politycznym „reprezentantom”. Bo suwerenności delegować nie można – pisał już o tym J.J. Rousseau.

Polsko-polska wojna będzie się rozkręcała w najlepsze. Bez względu na to, kto zasiądzie na prezydenckim stołku – będzie kontestowany. Przez jedną lub przez drugą stronę. Jeśli będzie to Andrzej D. – „nasi” twierdzić zapewne będą, że zasiadł tam w drodze fałszerstwa. Nie do wykazania. I niby przed kim? Ale to głębokie przeświadczenie wystarczy, aby na długo odechciało nam się jakichkolwiek wyborczych procedur. Jeśli jakimś cudem będzie to Rafał Trzaskowski – ani on, ani my łatwego życia mieć nie będziemy. Pisowskiego walca to nie zatrzyma, tak jak nie zatrzymuje go „nasz” Senat. Wszak rządzić rozporządzeniami, przemycanymi w „ważnych” ustawach bandyckimi zapisami już umieją – to akurat udowodnili.
A wszystkie nierozwiązane problemy wrócą szybciej niż komukolwiek teraz, w bitewnym entuzjazmie się wydaje. Powirusowy kryzys zapewne wyprowadzi na ulice przerażonych brakiem jakiegokolwiek wsparcia. Kaja Godek też nie będzie milczeć. Ani Ziobro ze swymi pomysłami nie zniknie. O klęsce klimatycznej nie wspominając.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Rozterki domorosłej demokratki. Głosować czy nie?


Można było rozegrać to wszystko inaczej. Mądrzej, perpektywicznie, a przede wszystkim skuteczniej dla przyszłej demokracji. Nie wchodząc w żadne deale.

Jak mamy odzyskać suwerenność – myśleć należy już dziś. Przede wszystkim odebrać ją partiom. To zadanie pierwsze. Łatwo nie będzie. Zadaniem drugim jest przygotowanie się do wyborów parlamentarnych. Jeśli jeszcze w skuteczność wyborów będziemy w stanie uwierzyć. A wybory te, czy odbędą się w planowanym terminie, czy w wymuszony sposób przed terminem – wyłonić winne obywatelską Konstytuantę.

Zakończę cytatem, jeśli mogę: „W społeczeństwie podzielonym na zwalczające się grupy, których siła opinii wzajemnie się znosi, nie ma miejsca na ustanowienie rządów. (…) Otóż pustkę, jaką stwarza nieobecność opinii publicznej, wypełnia brutalna siła fizyczna, czyli innymi słowy ta ostatnia staje się niejako substytutem tej pierwszej.” 

Napisał to Jose Ortega y Gasset w roku 1930. Co było potem – wiemy. Wiemy też na szczęście, że po wszystkich tamtych potwornościach odrodziła się liberalna demokracja, oparta o paradygmat godności człowieka. Miejmy nadzieję, zróbmy wszystko, aby znowu się odrodziła bez konieczności przechodzenia przez piekło tym razem. Bo jeśli do czegokolwiek jest nam historia potrzebna, to do tego, żeby umieć nie popełniać jej błędów.

O autorze

3 thoughts on “To nie będą wybory, zgotowano nam plebiscyt

  1. Felieton ten cechuje zupełny brak rozsądku. Rozumowanie „tym gorzej czym lepiej” to brak obywatelskiej odpowiedzialności. Nie idąc do wyborów drogi Panie autorze, głosuje Pan na Dudę. Gratuluję !!!!

    1. To absolutnie nie jest rozumowanie tego typu. To po prostu zaledwie inna ocena rzeczywistości (wtedy rozsądek znaczy to samo, a tylko do innych wniosków prowadzi) i nieco inaczej postawione priorytety. Tu rzeczywiście — obaj z Wojtkiem (było nas więcej, ale nigdy niezbyt wiele więcej) zawsze nieco odstawaliśmy. Zaraz na samym starcie uznaliśmy, że w wielu sprawach klasycznych, jak prawa gejów i prawa kobiet, to jest doskonały czas na walkę o postulaty. Bo właśnie ustępstwa wymuszone na tej władzy mogą okazać się trwałe, a wartości zyskają uniwersalne potwierdzenie. Nowa-stara władza „demokratów” raczej nie zechce ich spełnić ze strachu przed konserwatywnymi populistami, a nawet jeśli zechce, populiści podważą wszystko po kolejnym przewrocie. Również ustrojowych zmian to nasze myślenie dotyczyło — nie tylko podobnych kwestii (że je tak nazwę) społecznych. To jest ta perspektywa myślenia, która nam została — inaczej widzimy sprawczą siłę w historii, że tak powiem, gdzie indziej widzimy potencjał rzeczywistych zmian.

      Komu, jak komu — nam nie trzeba jednak tłumaczyć, jakim złem jest władza PiS i jak pilny jest postulat jej odsunięcia. Niestety jednak dobrze wiemy, skąd wziął się kryzys fundamentów demokracji. Umiemy przewidzieć skutki przejęcia władzy przez „naszych”. To się musi skończyć kolejną katastrofą — zwłaszcza, że tej akurat próbie przejęcia władzy towarzyszą bardzo skuteczne zabiegi eliminowania z naszej pamięci wszystkich istotnych postulatów koniecznej reformy. Czekać nas musi kolejny populistyczny przewrót i jesteśmy wobec niego jeszcze bardziej bezbronni. Wyłącznie plemienna tożsamość tych „bardziej cywilizowanych” nam zostaje. Nic, poza wątpliwej jakości manierami, nie zostało z naszego „demokratycznego kręgosłupa”, o ile kiedykolwiek go mieliśmy. To bardzo zmienia sposób widzenia spraw — odbiera tradycyjną pewność, co tu znaczy „gorzej”, a co „lepiej”.

      Wojtek nie idzie głosować z ważnych powodów. Też nie pójdę. Nie ma w nas jednak ognia agitacji. Obaj mówimy o wyborach parlamentarnych i o programie naprawy państwa — tak, by jego zasady akceptowały obie strony dzisiejszej wojny. Dlaczego to Wojtek ma być odpowiedzialny za bezczelnie jawne poniechanie przez kontrkandydatów Dudy jakiekolwiek choćby myślenie o tym? Nam już zabraniano o tym w ogóle mówić. Też jawnie. Obaj postanawiamy właśnie temu powiedzieć dość — niczemu więcej.

      Równie dobrze zarzut wspierania Dudy da się postawić prof. Wyrzykowskiemu, który trzyma się za głowę i próbuje zachować spokój mówiąc, że racje każdy musi zważyć sam, bo pochodzą z dwóch różnych porządków. Jakie znowu racje, co ten Wyrzykowski gada, trzeba odsunąć Dudę, to jest zupełnie jasne przecież i nie ma czego rozważać. Racje są w rzeczywistości więcej niż z dwóch porządków. I są cholernie ciężkie.

    2. Po pierwsze – nigdzie nie napisałem, że nie idę. Napisałem, że rozumiem doskonale tych, którzy idą. Nigdzie również nie napisałem, że „tym gorzej czym lepiej”. Nie mam pojęcia skąd takie wnioski. Czy w tym plebiscycie udział wezmę, czy nie – to moja osobista sprawa. Uważam jednak, że niczego on nie „załatwi”, nie rozwiąże żadnych istotnych problemów. Wręcz – nie daje na to szansy, a jedynie pcha nas bardziej w wojnę bez dobrego końca. Czy jakakolwiek wojna może mieć dobry koniec?

      Powtórzę raz jeszcze – to nie będą, nie są wybory. Wybory rządzą się określonymi regułami. Ustalonymi z góry, z odpowiednim wyprzedzeniem. Regułami zaakceptowanymi, opisanymi i szanowanymi przez wszystkich uczestników – czynnych i biernych. Wydarzenie 28 czerwca jest tych przymiotów w oczywisty sposób pozbawione. Mandat w nich uzyskany nie będzie mandatem demokratycznym. Tylko tyle i aż tyle. A na demokracji mi zależy. I zależy mi, czemu dowód miałem okazję dać (mam nadzieję) niejednokrotnie, na odsunięciu tej marionetki pisowskiej w niebyt polityczny raz na zawsze. Dowód nawet w postaci narażania się na odpowiedzialność karną – świadomie i z premedytacją. Więc oskarżenie o „głosowanie na Dudę” składam siłą rzeczy na karb braku informacji, nie na przejaw złej woli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Głosy w dyskusji

Wybory już za:

Dni
Godzin
Minut
Sekund

Znaczenie „partyjnego programu”

Wygrane kampanie PiSu w praktyce uruchamiały spontaniczne działania oddolne (by użyć ukochanego słowa z czasów „Solidarności”) nie tylko działaczy partyjnych, ale bardziej zaangażowanych wyborców PiSu. Program najwyraźniej do nich przemawiał i zostawiał miejsce na włączenie się w akcję za własną partią.

Czytaj »