Polityka: analizy, dyskusje, program

Nasze teksty mają ambicję służyć głębokiej politycznej zmianie. Chcemy, by media organizowały opinię publiczną i reprezentowały ją wobec polityków -- nie tylko rządzących. Chcemy również, by stały się miejscem rzetelnej debaty, w której wykuwa się wizja lepszej Polski, Europy i świata.

Celem jest obywatelskie społeczeństwo

Bez debaty polityka nie jest możliwa. Bez debaty publicznej niemożlliwa jest polityka demokratyczna. Bez mediów jako czwartej władzy w państwie nie ma mowy o demokracji, której instytucje należą do obywateli.

Wyobraź sobie, że zamiast bojkotować Orlen, który uczestniczy w zamachu na niezależne media, co dziesiąty wyborca opozycji przeznacza miesięcznie równowartość jednego litra benzyny na fundusz społecznych mediów.
Wesprzyj projekt obywatelskich mediów

Polityka: analizy, dyskusje, program

Nasze teksty mają ambicję służyć głębokiej politycznej zmianie. Chcemy, by media organizowały opinię publiczną i reprezentowały ją wobec polityków — nie tylko rządzących. Chcemy również, by stały się miejscem rzetelnej debaty, w której wykuwa się wizja lepszej Polski, Europy i świata.

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas

Kwestionowanie wyników po fakcie nie będzie skuteczne. Na jakiej podstawie? Niekonstytucyjności reguł? Przecież się na nie zgodzili nasi partyjni przywódcy. Akceptując reguły gry nie da się podważać jej wyniku – pisze Paweł Kasprzak

Tekstem tym rozpoczynamy publikację cyklu artykułów, w których działacze obywatelscy opowiedzą, jakie obawy niosą wybory 28 czerwca i jaką dają nadzieję.
Zapraszamy do dyskusji.

***

  1. Po pierwsze wiem, że na głosowanie 28 czerwca trzeba iść – i mówię to wbrew wszystkiemu, co o nim myślę i wbrew wszystkiemu, w co sam wierzę i co postanowiłem. Wyłącznie dlatego, że ono się odbędzie, a ogromna większość z nas postanowiła wziąć w nim udział.
  2. To zaś, co mam do powiedzenia po drugie, ma bardzo osobisty charakter i nie jest wesołe. Patrząc wstecz na ostatnie kilka lat, widzę co prawda, ile zdołali osiągnąć np. Obywatele RP oraz inne opozycyjne środowiska. Sam zdołałem się przyczynić do iluś rzeczy ważnych. Wszystko to jednak staje się kompletnie nieistotne wobec wzmożenia przed kolejną, na wiele sposobów decydującą bitwą polskiej wojny. Nie dlatego, że ta bitwa rozwiąże wszystkie problemy i wypełni marzenia. Tak się nie stanie. Ta bitwa, podobnie jak cała wojna, skończy się źle – niezależnie od mniej lub bardziej możliwych chwilowych sukcesów. Mój własny bilans wypada w tej wojnie ponuro. Bez ani jednego wyjątku przegrałem w każdej ze spraw, o które w tych latach walczyłem i w które wierzyłem.
  3. Po trzecie więc piszę tym razem nie po to, by kogokolwiek przekonać. Dobrze wiem, że to nie jest możliwe. Piszę raczej po to, by się w pewien sposób pożegnać – na czas jakiś, którego dobrze przewidzieć nie umiem, choć niestety nieźle umiem sobie wyobrazić, co się może wydarzyć. Ze sporą częścią ludzi, z którymi się spotykałem na demonstracjach i przy innych okazjach, z którymi współpracowałem i dyskutowałem, w sporze lub w zgodzie, nieprędko będę miał okazję pogadać. Czasy idą takie, że nikt nie zechce słuchać. Dziś jest jeszcze taki moment – za chwilę minie i chcę go wykorzystać – kiedy przeciwstawne racje sporu o głosowanie 28 czerwca ważą bardzo wiele, ale da się o nich rozmawiać z namysłem, bez wzajemnych oskarżeń o zdradę i podobnie ciężkich zarzutów.
  4. Po czwarte natomiast chcę móc poważnie i spokojnie pogadać z tymi, którzy myślą podobnie. To może się przydać nam i sprawom, w które wierzymy. Proszę o kontakt. Wystarczy komentarz pozostawiony tu pod tekstem. Na każdy odpowiem bezpośrednim mailem, bo trzeba się wziąć do wspólnego myślenia i wspólnego działania.

28 czerwca. Zyski i straty

Cóż, o niekonstytucyjności tego głosowania powiedziano już niemal wszystko, padły też chyba wszelkie możliwe argumenty o tym, że łamania zasad nie wolno legitymizować udziałem. Tego wszystkiego powtarzać nie ma sensu. Warto jednak przy tym i trzeba powiedzieć wyraźnie, że wbrew spotykanym wszędzie opiniom spór o to głosowanie nie dotyczył konstytucyjnych pryncypiów, ale politycznych realiów. Pryncypia – owszem – grają tu rolę szczególną, jednak nie chodziło o piękną wierność ideałom „za wszelką cenę”. Nie o marzycielski idealizm przeciwstawiony chłodnemu pragmatyzmowi, a o całe mnóstwo bardzo realnych i bardzo praktycznych spraw. Wymieńmy niektóre. Są skomplikowane, zacznijmy od najprostszej.

Głosowanie w warunkach obostrzeń stanu nadzwyczajnego – bez jego konstytucyjnej proklamacji ze wszystkimi konsekwencjami przewidzianymi porządnym prawem – oznaczało rezygnację z postulatu konstytucyjnego stanu klęski żywiołowej i zgodę nie tylko na gmeranie w ustroju pod osłoną koronawirusa, ale i na pozbawienie obywateli wynikającej z konstytucyjnych regulacji stanów nadzwyczajnych gwarancji ochrony ich praw – bynajmniej nie tylko politycznych, ale również materialnych – pozostawiając ich na łasce kolejnych pisowskich „tarcz”. Z tego zaś ustępować nie było nam wolno.

Nie było wolno z powodów – powiedziałbym – przerażająco praktycznych. Chociaż bowiem np. Strajk Przedsiębiorców okazał się wydmuszką, a nie „iskrą wyzwalającą bunt”, ów bunt ma wszelkie szanse nadejść tym razem naprawdę wraz z postpandemicznym kryzysem – a ten, jak się zapowiada, będzie bezprecedensowy w skali stulecia. Nie w imię demokracji wystąpią wtedy ludzie – podobni tym, których niestety widzieliśmy w osobie Pawła Tanajny i w jego otoczeniu. I nie będzie to żadną miarą zaskoczeniem, skoro sami właśnie zrezygnowaliśmy z obrony tych praw i wartości, które niesie ze sobą i konstytucja, i demokracja, z całą stanowczością szanująca wszystkie prawa obywateli – również dla stroniących od opozycji uczestników protestu przedsiębiorców. Dlaczego mieliby konstytucję cenić oni, skoro rezygnujemy z niej my? Co przeciwstawimy ich antysemickim gadkom wpisanym w przekaz o tym, że „PiS, PO to jedno zło”?


Sprawa pierwsza to zatem społeczne i polityczne koszty tego konstytucyjnego deliktu, na który przystaliśmy, rezygnując z walki. Ludzie bez ochrony prawnej, bez naszej ochrony – oraz polityczne konsekwencje ich porzucenia. Zapłacimy za to. Prędzej, czy później.

O wciąż trwającym zagrożeniu epidemicznym szkoda w ogóle mówić – nie tylko sondaże, ale i rzut oka na ludzi na ulicach pokazują, że poczucie zagrożenia wyparowało w sposób podobnie mało mający związku z rzeczywistością, jak wtedy, gdy było silne i powszechne. Ile to ma wspólnego z odpowiedzialnością i kogo ona obciąża, jest sprawą osobną. Nie podejmuję się ocen – wiem tyle, że głosowanie 28 czerwca jest tak samo ryzykowne jak byłoby 10 maja. I to jest rzecz druga.

Rzecz trzecia polega po prostu na tym, że o wynikach głosowania na wiele sposobów zdecyduje PiS. Jest sporą naiwnością zakładać, że we wciąż niepewnym wariancie faktycznej przewagi Trzaskowskiego nad Dudą, PiS potwierdzi ustami swoich funkcjonariuszy w PKW i SN zwycięstwo swojego przeciwnika.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Kreatywne obliczenia. Według TVP w sondażu wzięło udział 121% Polaków


Jednak wyniki – trzeba to wiedzieć – fałszować jest trudno. Z bardzo praktycznych powodów trzeba by to robić na poziomie komisji wyborczych – to zaś jest operacja na wielką skalę i raczej się nie da wykonać jej dyskretnie, bez publicznego blamażu, choć głosowanie korespondencyjne tworzy tu prostsze możliwości. Być może więc np. sondaże exit poll pokażą dużą przewagę Trzaskowskiego, co zamieni widoczną dziś panikę w obozie władzy w realne próby ucieczki. Gowin, Ziobro grający swoje, część posłów PiS – będzie trochę ludzi szukających dla siebie miejsca bezpieczniejszego niż to, które im daje Kaczyński. PKW może więc w tych okolicznościach potwierdzić wygraną Trzaskowskiego, a pisowska izba SN może zignorować polecenia pisowskich władz. To się może wydarzyć naprawdę. W jaki jednak sposób i za jaką cenę miałoby to przynieść realną zmianę polityczną – tego żadną miarą nie wiemy nawet w tym najbardziej optymistycznym, możliwym, choć przecież nader niepewnym wariancie. Upadek rządu PiS? I co? Premier Budka z wicepremierami Czarzastym i Kosiniakiem? Naprawdę? I jeszcze z Gowinem lub innym renegatem z PiS, który postawi warunki? Wytrzyma taka władza konfrontację z jakimkolwiek kryzysem? Zreformuje kraj? A to jest wciąż scenariusz tak optymistyczny, że trudno nań stawiać rozsądnie. Wszystkie zaś inne możliwości są już jawnie fatalne.

Spór o głosowanie nie na tym jednak polegał, że do wyboru mieliśmy wykorzystanie tych kilku choćby nikłych szans lub rezygnację ze wszystkiego. Kilka ważnych atutów straciliśmy, z kilku ważnych i możliwych do osiągnięcia celów zrezygnowaliśmy w owym „kompromisie”, w którym korzyści wydają się iluzoryczne nawet dziś, kiedy zewsząd widać entuzjazm po stronie opozycji i Rafała Trzaskowskiego. Odsunięcie wyborów na jesień lub wiosnę było zaś możliwe przy twardej odmowie udziału. Czy to była korzyść? Moim zdaniem tak i ona mogła przesądzić o wszystkim. Wyniki wyborów jesienią lub wiosną mogły być tylko lepsze niż dzisiaj.  


PRZECZYTAJ TAKŻE: Jaki był powód ataku Andrzeja Dudy na mniejszość LGBT?


Kwestionowanie wyników po fakcie nie będzie skuteczne. Na jakiej podstawie? Niekonstytucyjności reguł? Przecież się na nie zgodzili nasi partyjni przywódcy. Akceptując reguły gry nie da się podważać jej wyniku. To jeden z utraconych atutów. Kto inny niż PiS będzie arbitrem? Naród? Majdan? Patrz wyżej – jeśli to nawet będzie możliwe, zobaczymy raczej Tanajnę niż nowego Mateusza Kijowskiego.

Instytucje międzynarodowe? No, niewykluczone – widzieliśmy zresztą ostre zapowiedzi przed 10 maja ze strony OBWE i Parlamentu Europejskiego. Tyle, że nasza zgoda bardzo im to utrudni, bo ona zasadniczo zmienia definicję problemu. Dla wszelkich międzynarodowych obserwatorów wyborów liczy się bowiem nie tylko jakość procedur, ale przede wszystkim zgoda na nie ze strony konkurujących w wyborach stron. Co jednak ważniejsze, próba zakwestionowania wyniku głosowania przeprowadzonego według reguł, na które się w naszym imieniu zgodzono, oznacza niestety, że odtąd to kwestionowanie werdyktu wyborczego stanie się normą, a nie zgoda na wynik, jakikolwiek będzie – sam wynik do niczego nie wystarczy, liczyć się będzie siła innego rodzaju. Chcąc nie chcąc nie tylko tracimy kolejny atut, ale właśnie przykładamy się do pogrzebania na długo tej najbardziej podstawowej z zasad współżycia w jednym państwie, jaką jest zgoda na reguły gry. Ta strata będzie trwała. Skazuje nas trwale na politykę wojenną.  


Decyzja o tym, co robić 28 czerwca polegała na ustaleniu stawki w tej grze. Alternatywą bynajmniej nie była bierność. Było nią wykazanie wobec opinii publicznej kompletnego braku jakiejkolwiek legitymacji pisowskiej władzy, sięgającej właśnie otwarcie po wyborczą przemoc. To po prostu był inny cel. Oznaczał rezygnację z gry demokratycznych pozorów i twardą walkę o delegalizację pisowskiej demolki. Ten cel mieliśmy w ręku 10 maja. Mogliśmy wytrzymać jeszcze trochę.

Co jednak znaczy owa opinia publiczna, która miałaby tu być arbitrem orzekającym utratę legitymacji? Tego rzeczywiście dobrze nie wiemy, choć mogliśmy się o tym przekonać właśnie przed 10 maja. Głosowanie się nie odbyło nie tylko z powodu fizycznej niemożności i indolencji Sasina. Również właśnie dlatego, że przy przecież pewnym zwycięstwie Dudy kompromitowałoby ono władzę PiS do szczętu. Nie tylko padły deklaracje międzynarodowych instytucji, ale również – co ważniejsze – w pisowskiej prasie publikowano o tym teksty, jakie moglibyśmy napisać sami. Władza PiS kompromitowała się w oczach własnych wyborców. Przyjęcie przez nas pisowskich reguł ratuje wiarygodność władzy w jej własnym obozie. Opinia publiczna – ta w każdym razie, która ma szansę rzeczywiście o czymkolwiek przesądzić trwale – składa się również z nich, czy tego chcemy, czy nie.

Istotnie sam bojkot głosowania do żadnych bezpośrednich rozstrzygnięć doprowadzić nie mógł. Ale perspektywa odsunięcia wyborów na czas po pandemii wydawała się – w świetle doświadczeń – bardziej realna niż „wygrana” opozycyjnego kandydata. I miała same zalety.

Postanowiono inaczej

Swoje stanowisko ogłosiła m.in. Fundacja Batorego i podpisało się pod nim liczne grono osobistości wybitnych, których zdania zawsze słuchałem uważnie i które przyjmowałem również wtedy, kiedy się z nim nie zgadzałem. Po prostu uznając, że oni się lepiej znają i wiedzą więcej. Słucham zatem i dzisiaj. I jak zawsze, oceny tego grona są dla mnie jednym z twardszych faktów. Kiedy więc wszyscy ci ludzie piszą, że „przeprowadzenie wyborów 28 czerwca 2020 roku może stać się szansą na przywrócenie ładu konstytucyjnego w Polsce”, to – owszem – jest taka szansa. Bardzo nikła, ale skoro już „nasza strona” postanawia się w nią zaangażować i skoro angażują się w nią ci konkretni ludzie, to jest to istotny powód, by spróbować ją wesprzeć. Na pewno nie należy jej przeszkadzać.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Stawka wyborów 28 czerwca jest bardzo wysoka


Rację ma również Batory, pisząc, że „tylko obywatelki i obywatele mogą zażegnać obecny kryzys”. W oświadczeniu tego nie napisano i z pewnością nie zgodziliby się z tym wszyscy jego sygnatariusze, ale sam powiedziałbym tu jednak więcej i wyraźniej – zażegnać ten kryzys mogą mianowicie obywatele, a nie partyjni przywódcy. Cóż, obywatele po raz kolejny wystąpią tu jednak w przedmiotowej, a nie podmiotowej roli i prawdopodobnie wielu sygnatariuszy stanowiska Batorego wie o tym aż nadto dobrze. Decyzję o tym, by do plebiscytu jednak iść, pomimo bardzo kategorycznych zastrzeżeń zgłaszanych przecież przez wielu z nich, podjęto bez ich udziału.

Całkowicie zaś mija się już z prawdą Batory, kiedy pisze, że „rezygnacja z udziału w wyborach byłaby równoznaczna z rezygnacją z decydowania o przyszłości Polski i z szansy na przywrócenie praworządności.” To nieprawda – bojkot głosowania i opór przeciw niemu miał mieć na celu przeprowadzenie wyborów w bezpiecznym terminie i na uczciwych zasadach. Byłby istotnym, a mógłby być decydującym krokiem w stronę budowy praworządnego państwa. Fałszywie brzmią również wezwania do kontroli głosowania i do reagowania na nadużycia. Nadużycia bowiem znamy dzisiaj i dzisiaj powinniśmy protestować. Nowych nadużyć nie będzie na żadną liczącą się skalę. To nie fałszerstwa się zdarzą. Zdarzy się to, co widzimy już dziś.


Tak czy owak, wybrano nam i za nas inny cel. Z zachowaniem trudnych do zachowania proporcji: to sytuacja jak z Powstania, kiedy wielu jego przeciwników jednak dołączyło. Choćby po to, by potem być razem w nieszczęściu.

Jak powiedział prof. Mirosław Wyrzykowski, obywatele znaleźli się w diabelskiej pułapce. W moim doświadczeniu jednak to oczywiście nie jest pierwszy raz, kiedy czuję na sobie ten sam szantaż – „albo idziesz z nami, albo pomagasz PiS”. „Iść z nami” oznacza tym razem zgodę na złamanie zasad, o które walczyłem. Diabelska pułapka, o której mówi prof. Wyrzykowski, została zastawiona nie tylko przez PiS, ale również przez opozycyjne partie i ich kandydatów. Niech przynajmniej to zostanie wypowiedziane wyraźnie, niech będą spisane czyny i rozmowy – by podobnie jak prof. Wyrzykowski odwołać się do moralnej siły Miłosza, ale robiąc to mocniej i wyraźniej. Kiedy opozycja decydowała się godzić na głosowanie w czerwcu, stawką nie była przecież żadna perspektywa wygranej. Decyzja należała tu do PO, która na bojkocie straciła w notowaniach, nie była zdolna wytrzymać tej presji i porzuciła bojkot po to wyłącznie, by odzyskać utraconą pozycję lidera opozycji. To dlatego kazano nam głosować.

Jednak „nasi ruszyli w bój”, jak należało się spodziewać. Z nieoczekiwanym jednak entuzjazmem, mobilizując się być może bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Już raz, w ostatnich wyborach parlamentarnych, to „my” oddaliśmy więcej głosów niż „oni” – a tylko partyjne interesy spowodowały, że nie dało to nam zwycięstwa, bo mimo przewagi w głosach, zadziałała ordynacja d’Hondta i PiS utrzymał władzę. Tym razem jednak d’Hondt nie działa i Rafał Trzaskowski ma szansę dostać większość głosów, w co wierzę, choć – jak wiemy – to jeszcze niczego nie oznacza.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Kasprzak: – Nie ma analogii pomiędzy wyborami 28 czerwca 2020, a tymi historycznymi z 1989 roku


Sam zatem nie podejmę zapowiadanego wcześniej oporu i nie połamię „przepisów wyborczych”, by przed wciąż niezawisłymi sądami powszechnymi wykazać, że prawo złamałem nie ja, a ci, którzy zarządzili głosowanie wbrew Konstytucji. Ten opór nie byłby potrzebny dzisiaj w Polsce nikomu poza marginalnie wąską grupą „idealistów”. Wobec całej reszty byłby aktem pieniactwa. Co więcej, pomimo że silna identyfikacja z ponadpartyjnym ruchem obrony konstytucji zabrania mi składania jakichkolwiek politycznych, partyjnie zorientowanych deklaracji, oświadczam niniejszym publicznie – choć ośmielam się to robić wyłącznie we własnym imieniu, podobnie jak wyłącznie za siebie piszę wszystko niniejsze – że kandydatem, którego poprzeć należy w tej sytuacji, jest Rafał Trzaskowski, bo to oczywiście z nim i tylko z nim wiążą się te wszystkie nadzieje, w które postanowiono zainwestować. Jeśli głosowanie jest faktem, reguły zostały przyjęte i umiemy to zaakceptować, sprawa jest oczywista.

Dla mnie jednak rachunek strat i zagrożeń to lista o wiele dłuższa i są na niej rzeczy, które ważą więcej niż mogę i chcę akceptować. Nie pójdę głosować również wtedy, kiedy rozważania politycznych racji – jak wszystkie powyższe – nie mają już żadnego znaczenia, bo głosowanie po prostu się odbędzie i opozycja weźmie w nim udział z całym zaangażowaniem. Z ciężką świadomością, że każdy głos będzie tu ważny i mój oczywiście również. Konstytucyjne pryncypia są jednym z powodów. Ale nie jedynym. Polityczne kalkulacje, które powodują, że tę decyzję większości uważam za błąd, nie mają znaczenia, skoro błąd jest już faktem i odwrócić się go nie da. Mam ważniejsze powody. Te dla mnie najważniejsze w ogóle nie pojawiły się w dotychczasowych publicznych dyskusjach.

Mury rosną

W tytule zacytowałem znaną pieśń Kaczmarskiego – tak znaną i tak powszechnie nadużywaną, że już kompletnie wypraną ze znaczeń. Brzmi więc w naszych uszach ów porywający, rewolucyjny refren o tym, że mury runą, choć w rzeczywistości pieśń opowiada nie o tym. Opowiada za to, jak rewolucje zjadają własne dzieci, a mury w ich wyniku rosną. Następuje to nieodmiennie, kiedy już tłumy „poczują siłę i czas”. Dziś może jeszcze nie zwalamy pomników i nie rwiemy bruku, ale najwyraźniej uwierzyliśmy, że mury naprawdę runą, a świt jest blisko. Krzyczymy, kto z nami, a kto przeciw. „Kto sam, ten nasz najgorszy wróg” – śpiewał Kaczmarski i dzisiaj ci, którzy głosować nie pójdą, pozostaną właśnie sami wobec tłumu ogarniętego entuzjazmem.

Nie o to mi oczywiście chodzi, by narcystycznie rozpominać własne osamotnienie. Z pewnością kiedyś byłem młody i jeśli nawet bywałem natchniony, to było to tak dawno temu, że już nie pamiętam. I przecież nie mnie palono tysiące świec. Chcę tylko powiedzieć, że mury rosną i nie widzimy tego – dokładnie tak samo bezrefleksyjnie, jak śpiewaliśmy w uniesieniu przeczącym oczywistym znaczeniom tekstu.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Rozterki domorosłej demokratki. Głosować czy nie?


Napisałem również, że przegrałem wszystko, o co przez pięć lat walczyłem. Kiedy zaczynaliśmy protest jako osobna grupa, obrażając Dudę zniewagami i próbując doprowadzić w ten sposób do sądowego procesu w sprawie jego konstytucyjnych deliktów oraz występując przeciw smoleńskim miesięcznicom, pisaliśmy do wyborców PiS, że nie przeciw nim się zwracamy, wynik wyborów uznajemy jako obowiązujący nas werdykt, walczymy zaś o prawa, które należą się każdej mniejszości, więc walczymy o te prawa również dla nich. Jawnie wówczas proklamowanym celem naszej walki było nie pozbawienie PiS władzy, bo otrzymał ją w legalnym głosowaniu większości, ale wymuszenie na niej elementarnej praworządności. Traktowaliśmy to śmiertelnie poważnie i nadal tak traktujemy, choć oczywiście istnieje tysiąc powodów, dla których władzę PiS należy uznać za nielegalną – i te powody są tak jasne, że szkoda komukolwiek zawracać głowę wyjaśnieniami. Ważne było dla nas podstawowe rozróżnienie. Nie w tym rzecz, kto sprawuje władzę, ale w czyim imieniu i jak to robi. Wolność i demokracja nie na tym natomiast polegają, ile nam da łaskawy władca – nasz lub obcy – ale ile jesteśmy w stanie zagwarantować sobie sami, wystarczająco silni, by każdej władzy postawić ograniczające ją warunki. Naszym zdaniem to jest klasyka politycznego liberalizmu.

Dziś patrzę, jak całe to myślenie – a ono przecież nigdy nie było specjalnie popularne – znika bez żadnego śladu, kiedy pojawia się nadzieja na zmianę władzy. Co charakterystyczne, tej nadziei towarzyszy zaś właśnie gotowość do rezygnacji ze wszystkich postulatów wyznaczających standardy wolności i demokracji, które cały nasz obóz w ciągu ostatnich lat niósł na sztandarach. Czy chodzi o prawa gejów, prawa kobiet, trójpodział władzy, konstytucyjność wyborów – wszystko to okazuje się nieistotne wobec strategii przejęcia władzy. Strategii zresztą wyjątkowo niepewnej. Po co ją natomiast przejmujemy, wydaje się wszystkim jasne – a ja tego nie wiem.

Przez te lata robiliśmy wszystko, by pokazać, że ustępstwa władzy są możliwe. Kto inny niż my powstrzymał wycinkę Puszczy i zdymisjonował przy okazji Szyszkę. Ale braliśmy udział w skutecznej obronie niezawisłości sądów, w tym w obronie przed wycinką sędziów Sądu Najwyższego – i zdołaliśmy to zrobić bez udziału polityków, oporem społecznym, w którym wystawiliśmy władzy rachunek kosztów rządzenia tym cięższych, im bardziej łamane było prawo.

Z pewnością mało istotnym drobiazgiem było przepędzić z ulic dygnitarzy PiS budujących ten fatalny fundament narodowo-katolickiego zakłamania w miesięcznice smoleńskie. Ale jako śmiesznie mała grupa zdołaliśmy w tej sprawie zmusić PiS do zawarcia z nami pisemnej ugody, a potem wytrzymaliśmy w samotnym niestety, ale konsekwentnym bojkocie pisowski zakaz zgromadzeń, doprowadzając wreszcie do tego, że stał się martwym przepisem. Jako pierwsi stawaliśmy przed sądami za świadome naruszenia przepisów, by doczekać się wyroków wydawanych wprost na podstawie konstytucji. Byliśmy przekonani, że wydeptane w ten sposób prawa będą trwalsze niż cokolwiek, co nada nam „nasza władza”. Że wobec tego np. gwarancji praw LGBT nie wolno odkładać na czas „powrotu demokracji”, bo to są płonne nadzieje – trzeba wywalczyć je właśnie teraz, kiedy rządzą „oni”. Również ta logika okazuje się nieważna, kiedy cały nasz obóz idzie po władzę.


Nie krzyczeliśmy nigdy i nie pisaliśmy „wyp…ć”. Owszem, jest ważną dla nas etyczną zasadą powstrzymywać się od agresji w jakiejkolwiek formie. Ale chodziło o rzecz o wiele ważniejszą. Cokolwiek robiliśmy, robiliśmy to po to, by brać sobie prawa, które – wierzymy – należą się w demokracji każdemu. Więc te prawa spisywaliśmy w działaniu. Tak jak się pisze konstytucję – ze świadomością, że z tych praw skorzystają również ci, którzy są dziś naszymi przeciwnikami. To stąd ograniczenia i stąd ta śmiertelnie drętwa powaga naszych sformułowań.

Kiedy bezskutecznie próbowaliśmy przełamać barierki wokół Sejmu, nigdy nie próbowaliśmy wejść do środka. Bo niezależnie od tego, w jak niewielkim stopniu Sejm zasługuje dziś na respekt, nie wolno presją wpływać na jego prace. Nie chcemy, by Sejmie kiedykolwiek demonstrował ONR, albo Ordo Iuris. Kiedy obrażaliśmy Dudę nazywając go łgarzem, to pomimo różnic w estetyce sformułowań, wiedzieliśmy, że to nas czyni podobnymi do tych, którzy o poprzednim prezydencie krzyczeli „Komoruski”. Pewność racji niczego tu nie zmienia. Tamci ludzie najpewniej szczerze wierzyli w bzdury o agenturze Komorowskiego. Tym, co nas różniło istotnie, była odpowiedzialność za słowa. I fakt, że za własne byliśmy gotowi stawać przed sądem, w pełni akceptując wszystkie konsekwencje. Nigdy nie uważaliśmy, że wolność słowa usprawiedliwia zniewagi. Dziś nie wypada nam nawet o tych zasadach wspomnieć. Im bardziej szczerym i odważnym jesteś demokratą, tym głośniej krzyczysz „j…ć PiS”. Cóż…


PRZECZYTAJ TAKŻE: Prawie wybory czy tylko referendum?


Mógłbym tak jeszcze bardzo długo wymieniać porażki – barierki wokół Sejmu; ekshumacje, które nikogo nie obeszły; fakt, że choć na PiS zdołaliśmy wymusić niejedno, na politykach partii opozycji wymóc nie udało się dokładnie niczego, a sam pomysł narażał na zarzut o pisowskiej agenturze; do nikogo nie trafił nasz program konstytucyjnej reformy, ograniczenia wszechwładzy partyjnych aparatów, budowy rzeczywistego i pełnego trójpodziału władzy, obywatelskiej Rzeczypospolitej, zakończenia polskiej wojny.

Dziś idziemy po prezydencką władzę Rafała Trzaskowskiego. Jeśli ją zdobędzie,  a obóz PiS się rozpadnie i władzę obejmą demokraci – czy ktokolwiek pomyśli o ponownym wyborze prezydenta, skoro głosujemy z pogwałceniem konstytucji? To jest zaś najmniej ważne z retorycznych pytań tego rodzaju. Rozwiążemy problem praw kobiet? Podejmiemy decyzje w sprawie 500 Plus? Zajmiemy się kontrolą rządu przez parlament, czy może pozwalając, by jak zawsze dotychczas parlament uchwalał rządowe projekty, dbać będziemy wyłącznie o to, by większość mieli nasi?

Im większy entuzjazm widzę dzisiaj w mobilizacji do czekającego nas plebiscytu, tym bardziej jestem pewien, że obóz władzy demokratów będzie warowną twierdzą, a demokracja będzie ledwie hasłem na sztandarach, bo przecież – jak zwykle – trzeba się bronić, to nie jest dobry czas. Nigdy nie miałem większych złudzeń i niczego innego się nie spodziewałem, choć też nie sądziłem nigdy, by sprzeciw wobec tej logiki był kiedykolwiek tak trudny, jak jest dzisiaj. I równocześnie tak dramatycznie pilny. Bo jestem niestety przekonany, że plebiscyt 28 czerwca uruchomi logikę katastrofy.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Przed głosowaniem pomyśl, czego oczekujesz od państwa


Wspieramy „naszego kandydata” przeciw „nim” – i nie umiem sobie wyobrazić żadnego innego scenariusza w wyborczym starciu z PiS, które przecież naprawdę trzeba będzie wygrać. Problem, z którym naprawdę trzeba się zmierzyć w tej arcytrudnej sytuacji, polega na czymś zupełnie innym i tkwi w słowie „plebiscyt”. O tym w deklaracjach kandydatów nie ma słowa, ani nie widać cienia wątpliwości w entuzjazmie tłumu demokratów, którzy dziś do plebiscytu prą. I oto na naszej wojennej ścieżce przekraczamy właśnie punkt bez powrotu. To jest to najgorsze, co się może wydarzyć i to jest najważniejszy dla mnie powód, by jednak nie iść w zgodnym marszu, choć to bliscy mi ludzie maszerują w sprawie ważnej dla mnie jak mało co.

Idziemy w tym plebiscycie przeciw drugiej połowie Polski, choć tym razem prawdopodobnie naprawdę większość jest po naszej stronie. Niezależnie od tego, czy w 2015 roku ci ludzie mieli rzeczywisty powód, by odrzucić władzę, dorobek i wartości tego samego obozu, który dziś wystawia w wyborach Rafała Trzaskowskiego i za którym wszyscy idziemy, czy były to tylko bzdury wspomaganego z Moskwy czarnego PR PiS – tamten werdykt nie tylko nastąpił naprawdę, ale został potwierdzony w kolejnych wyborach i będzie również potwierdzony w tym głosowaniu nawet wówczas, jeśli to „oni” przegrają. Połowa Polaków nigdy nie poprze tej „naszej” władzy. Nie zaakceptuje naszego porządku, odrzuci większość naszych wartości. Być może naprawdę są po prostu „wrogami wolności”. Gordyjski węzeł na tym zaś polega, że nasza wolność nie jest możliwa bez ich wolności. Oraz na tym, że konflikt napędzany obustronnym głosowaniem „na naszych” zaostrza się i wchodzi w fazy coraz groźniejsze, zamieniając się w wojnę w coraz bardziej dosłownym znaczeniu. To przede wszystkim ten mur rośnie dzisiaj, kiedy tak maszerujemy. Ten, który dzieli nas na dwie nienawidzące się połowy.  

Rozwiązanie gordyjskiego węzła polega więc na tym, by w Polsce nastał ład, który akceptują obie strony i który przez obie strony jest przestrzegany. Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, czy jest to w ogóle możliwe, ani tym bardziej jak to zrobić. Przede wszystkim jednak śladu tej troski nie widać ani w politycznych deklaracjach kampanii, ani wśród ruszających do boju tłumów. W wojnie mają po prostu paść kolejne ciosy i wszyscy po obu stronach liczymy, że tym razem będą one decydujące. Cóż, w zwykłej wojnie decydujący cios jest po prostu śmiertelny. Co to oznacza w naszej dzisiejszej polskiej sytuacji – o tym nawet nie chcę myśleć.

Bardzo natomiast chcę przed tym przestrzec. Demokratów przestrzegam – nawet jeśli „nasi” zdobędą władzę, nawet jeśli sami zrezygnujemy łatwo z wszystkich naszych postulatów, byleby tylko „nasi” tę władzę utrzymali, „oni” się prędzej czy później odwiną i kolejne ciosy padną. Nieuniknienie. Nasze ciosy w tym plebiscycie nie mają więc dokładnie żadnych szans rozwiązać niczego. To oczywiste spostrzeżenie bardzo poważnie obniża wartość naszego możliwego „zwycięstwa”. A co za tym idzie wartość naszych głosów, choćbyśmy je oddawali w najlepszej wierze.

Źródłem tej wojny jest konflikt dwóch partii. Obie mają interes w jego trwaniu. To wszyscy wiemy od bardzo dawna. Przerwać tę wojnę da się wyłącznie wtedy, kiedy znany nam od lat partyjny szantaż przestanie działać. I przede wszystkim dlatego odmawiam głosu. Domagaliśmy się rozmowy o prezydenckim programie naprawy państwa w drodze konstytucyjnej reformy. Chcieliśmy rozmowy o rozwiązaniu zapalnych polskich problemów głosami obywateli z obu stron polskiej wojny. Chcieliśmy debaty o strategii demokratów wobec kryzysu wyborczego. Usłyszeliśmy partyjną decyzję. Odmawiam jej wykonania. To bardzo trudna decyzja. Świetnie rozumiem wszystkich, którzy decydują inaczej i proszę ich o wybaczenie. Niestety dobrze wiem, że to daremna prośba. „Kto sam, ten nasz najgorszy wróg”. No, co robić…

Kolejne wybory

Czekają nas bardzo trudne czasy. Czy PiS odda władzę, czy będzie utrwalał dyktaturę, wyzwania i potrzeby da się określić podobnie. W czasach kryzysu, który czeka nas zarówno w wyniku pisowskiej demolki jak zniszczeń po pandemii, trzeba nam będzie rządu fachowców, któremu wszyscy w Polsce wierzymy i który będzie łączył najlepszych z najlepszych. Potrzebujemy równocześnie konstytucyjnej debaty naprawiającej polską demokrację nie tylko ze zniszczeń spowodowanych przez PiS, ale i z wad, które sprawiły, że ona w 2015 roku po prostu się zawaliła. Wojnę partii trzeba przerwać, ich wszechwładzę trzeba ograniczyć. Posłuszeństwo należy wypowiedzieć partyjnym bossom również po naszej stronie.

Parlament wyłoniony w kolejnych wyborach powinien być obywatelską konstytuantą. Reforma ustroju powinna być jego głównym zadaniem. Wykonawszy je, powinien ustąpić, dając miejsce parlamentarnej grze stronnictw według zdrowych, szanowanych przez wszystkich reguł demokracji. Ruchy i instytucje obywatelskie powinny pójść do tego parlamentu konstytucyjnej reformy, startując w wyborach. Czy to się może udać, nie wiem. Ale uważam, że o tym trzeba rozmawiać i nad tym pracować już dzisiaj. Raz jeszcze proszę o kontakt myślących podobnie.

Jest nas marginalna mniejszość. Ale kryzys nadejdzie na pewno. Odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy o tym wiedzą. My wiemy.

fot. JohnBob & Sophie Art

O autorze

Dlaczego obywatelskie media są ważne? Chwila prawdy: Google Trends - zestawienie częstości wyszukiwania polityków w internecie

W dziale Polityka

Jak będzie

Będziemy wszyscy wspierać nasz rząd. Słusznie. Bo to jest właśnie nasz rząd. Tak chcieliśmy przez

Czytaj »

Trójpodział władzy

Trójpodział władzy. To nie tylko niezawisłość sądów. To również kontrola rządu przez parlament. To między

Czytaj »

Policzmy się

11 września 2023 roku to kolejny dzień rozmów z wyborcami w ramach akcji „Policzmy się!”

Czytaj »

Stan rozmów

Jeśli wspólna lista opozycji jest niezbędna, a jest, to poważne rozmowy o niej należy prowadzić

Czytaj »

Wielkie udawanie

Nie wszyscy śledzą uważnie i interesują się sprawami publicznymi. Mają do tego prawo, choć budzi

Czytaj »

Eksperyment

KO (PO) deklaruje chęć utworzenia wspólnej listy. Inna rzecz, że te propozycje Tuska mają -na

Czytaj »
komitety obywatelskie

Rachunki krzywd i racja stanu

Podmiotem w wyborach musi być ruch obywatelski. Tylko on jest w stanie wygrać 276 mandatów, nie mówiąc o 305. I tylko on oraz jego przedstawiciele mają szansę zdobyć prawdziwe społeczne zaufanie, a ono przesądza o wszystkim. Musimy powtórzyć mobilizację i wynik z 1989 roku – inaczej przegramy wojnę nazajutrz po wygranej bitwie.

Czytaj »

Stan zagrożenia

Nad Europę i Stany Zjednoczone dotarła kolejna fala ekstremalnych upałów i towarzyszące jej inne zaburzenia

Czytaj »

Kosztowna nieobecność

Donald Tusk podsumował „na gorąco” i krótko czwartkowe „historyczne wydarzenie”, jak określił spotkanie przywódców europejskich

Czytaj »
wybory

Algorytm porażki

O Kaczyńskim, PiS-ie i całej tej zachłannej i pozbawionej skrupułów władzy pisać teraz nie będę.

Czytaj »
pieniądze za praworządność

Różne sposoby na samobójstwo

Wczorajsza „Polityka” przyniosła ważny wywiad Jerzego Baczyńskiego z Donaldem Tuskiem. Polityk w Polsce, który powie:

Czytaj »
Andrzej Duda

Orędzie Prezydenta

Oczywiście, że nie można mu wierzyć. Gdyby robił to, co powinien, by jego działania i

Czytaj »
jedna lista

Kanonada

Żądania wspólnej listy wyborczej całej opozycji powinny być adresowane przede wszystkim do KO i Donalda Tuska – bo jego wezwania do jedności to polityczna mimikra, a nie żaden realny plan. Żądania powinny dotyczyć tego, jak tę listę konstruować, by dla pozostałych partii udział nie oznaczał samobójstwa. Słychać te żądania dziś powszechnie, zwłaszcza w Gazecie Wyborczej, ale nie tylko. Tkwi w tym paradoks, o którym warto chwilę pomyśleć – dlaczego teraz, a nie np. przed wyborami w 2019 roku, skoro to wtedy sytuacja była jednoznaczna, a dzisiaj nie jest? Przede wszystkim jednak ów postulat przybrał dziś postać politycznej kanonady, w której m.in. sam wziąłem udział. Tusk wzywa, pozostali odmawiają i to oni są celem artyleryjskiego ostrzału. Jego efekt zaczyna już być widoczny w sondażach. To nie tylko niesprawiedliwie jednostronna polityczna nawalanka, ale i gra bardzo niebezpieczna. Tak grać nie wolno. Zarówno z pryncypialnych, jak i strategicznych powodów. W tej grze głosy wszystkich polityków brzmią fałszywie. Próbujmy patrzeć trzeźwo, bez uproszczeń, bez wypierania rzeczywistości. To nie jest tekst „tożsamościowy” i na pewno nie ku pokrzepieniu serc. To jest tekst o tym, jak być może da się wygrać, a jak na pewno nie.

Czytaj »
KOD; Komitet Obrony Demokracji; Prawybory

Do przyjaciółek i przyjaciół z KOD

Kandydujcie. Z obywatelskich list, nie z tych, które partie układają dla siebie. Zbudujmy obywatelską reprezentację, której głosu nie będzie już można po prostu zignorować, jak robiono to zawsze dotąd w odpowiedzi na wezwania do wspólnej listy, do prawyborów, do zdecydowanych działań poza parlamentem i do przeróżnych innych rzeczy – i jak zignorowano nasz głos z tą wyjątkową ostentacją, na którą w osłupieniu patrzyliśmy w czasie niesławnej, zawstydzającej i upokarzającej nas sejmowej owacji. Nie apelujmy już tylko do rozsądku i sumień polityków. Zmieńmy pozycje w ich kalkulacjach.

Czytaj »
aborcja

Mniejsze zło już nie istnieje

Z oskarżeniami swoich mamy oczywisty kłopot. Może jednak my wszyscy, którzy głosujemy we wciąż przegrywanych wyborach, chodzimy na demonstracje, robimy, co możemy lub chociaż myślimy, co zrobić się da, powinniśmy się wreszcie dowiedzieć, że politycy opozycji rozgrywają inny mecz niż my.

Czytaj »