Tresowanie lwa. Państwo PiS w czasach zarazy

Gdy warunki życia się pogorszą, zdecydowana większość oskarży o to polityków, którzy rządzą. Poparcie dla dotychczasowej ekipy może sięgnąć dna

14 kwietnia kobiety protestowały przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, fot. John Bob & Sophie Art

Życie w czasach epidemii jest trudne i chyba wszyscy to rozumiemy. Ograniczamy aktywność,  robimy co władza nakazuje, próbujemy przetrwać narodową  kwarantannę. Nie wszystkim jest łatwo, doskwiera samotność, niemożność działania

Nikt rozsądny nie kwestionuje uzasadnionych ograniczeń, zakazów czy nakazów, nawet radykalnych (choć byłoby właściwsze, by nakładano je w praworządnym trybie). Wszyscy rozumieją, że należy ograniczyć kontakty międzyludzkie, izolować zarażonych i tych, co do których istnieją podejrzenia zarażenia. Celem ma być ograniczenie kontaktów między ludźmi, nawet kosztem ludzkiej aktywności.

Ostatnio bardzo często słyszymy o niezrozumiałych decyzjach władzy, zadziwiających ograniczeniach praw obywatelskich, uznaniowych represjach. Ograniczeniach aktywności, które nie mają wpływu na  rozprzestrzenianie wirusa. Dają tylko władzy większą kontrolę nad poczynaniami społeczeństwa.

Mamy słynne zakazy wstępu do lasu, nad rzekę, na plażę, tereny rekreacyjne. Absurdalne wymogi zachowania odstępu na rodzinnych spacerach. Bezsensowne ograniczenia aktywności dla nastolatków. I najgorsze: dziwne polowania policjantów na obywateli, którzy nie przestrzegają norm tworzonych przez samych funkcjonariuszy.


Dlaczego przyznano policjantom prawo oceny celowości wyjścia z domu? Decydowania, co można kupić w sklepie, a czego nie można? Dlaczego policjant może zakwestionować wyjazd do warsztatu, wyjście po papierosy, bieganie. Nałożyć mandat, bo nie spodoba mu się rowerzysta na bulwarze, ojciec z dziećmi na spacerze czy mycie samochodu. Ukarać za jazdę na rolkach? Albo za brak akceptacji dla uwag funkcjonariusza? Obywatel ma być pokorny, albo będzie ukarany. Tu 5 tys. zł dla pielęgniarki, bo nie chciała zostawić małego dziecka i iść do pracy, tu 12 tys. zł za przejażdżkę rowerem. Tu 5 tys. zł za wyjście nad rzekę. Tysiące mandatów i kar administracyjnych nakładanych przez urzędników, policjantów, inspektorów sanepidu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Boję się normalności

Jedna odpowiedź jest taka, że państwo to ludzie, a ci lubią mieć władzę, decydować za innych i bardzo łatwo tracą w tym umiar. Ludzie z władzą dostając jakieś uprawnienie, nigdy go z własnej woli nie ograniczą. Przeciwnie będą się rozpychać jak palec w dziurawej  skarpecie. To naturalne zjawisko, z którego wynika tylko tyle, że z uprawnieniami dla władzy trzeba postępować bardzo ostrożnie. Popatrzmy, ile było wolno władzy 30 lat temu, gdy nastała wolna Polska i ile wolno dziś.

Niestety, jest też druga możliwość. Pisowscy politycy czują, że ich rządy wkrótce mogą się skończyć, że władza zacznie im się wymykać z rąk. W całkiem naturalny i nie rewolucyjny sposób. Kontrolują państwo już wiele lat, a każda władza z czasem nudzi się obywatelom. Ludzie w swej naturze mają potrzebę zmian i z czasem to, co ich otacza, przestaje im się podobać. Zmieniają całkiem dobre stroje i samochody, telewizory i kwiaty w ogródku. Podobnie postępują z politykami. Historia pokazuje, że nawet wybitni przywódcy tracili władzę, bo się ludziom po prostu znudzili. Tymczasem pisowcy wybitni nie są. Są kontrowersyjni, podzielili Polaków i już dawno nie było sondażu, z którego by wynikało, że mają poparcie większości obywateli. Rządzą samodzielnie tylko dzięki d’hondtowskiej metodzie dzielenia głosów po wyborach.


A to nie jest ich jedyny problem. Zaczyna się kryzys, być może największy jaki widzieliśmy od upadku PRLu. Wielu Polaków już uważa, że obecne władze jakoś sobie radziły tylko dlatego, że świat się rozwijał, a one przepuszczały dorobek poprzedników. Gdy warunki życia się pogorszą, zdecydowana większość oskarży o to polityków, którzy rządzą. Poparcie dla dotychczasowej ekipy może sięgnąć dna, a część posłów mogą zawieść nerwy. Zniknie kilkugłosowa przewaga, która dziś daje pisowskiemu obozowi potężną władzę.

Jarosław Kaczyński to wie. Mówił o tym w ostatnim wywiadzie dla radia RMF. Zdaje sobie sprawę, że jesienią poparcie dla PiS znacząco spadnie, a do wiosny może być najniższe w historii jego formacji. Nie kryje, że władzy nie chce oddać, bo liczy, że i ten kryzys przeminie, a wraz z nim niskie notowania jego partii. Powiedział więc wprost, że zanim PiS zacznie płacić koszty kryzysu, zamierza doprowadzić do „konsolidacji władzy”. Czyli skupić ją w rękach swojej partii.  

PRZECZYTAJ TAKŻE: Piotr Rachtan: Opozycjo, czuj-duch!

To oznacza, że w czasie, gdy wzrośnie bezrobocie, firmy będą bankrutowały, a ludzie tracili dochody i majątek, gdy Polacy będą po prostu wściekli na rząd, polityków i urzędników, Jarosław Kaczyński chce mieć na tyle silną kontrolę nad państwem, by nie być zmuszonym do oddania władzy.

I tu wracamy do rosnącej represyjności państwa. Dziwnych, niczemu nie służących ograniczeń wolności obywatelskich, tolerancji dla swobodnej i niekorzystnej dla ludzi interpretacji prawa przez policję, bardzo dotkliwych kar dla krnąbrnych. Ale też do pogardy władzy dla politycznych przeciwników. Naginania sejmowych zasad, podejmowania prac nad najbardziej kontrowersyjnymi, choć zupełnie zbędnymi w czasie epidemii przepisami.

Czy chodzi o to, by przetestować, na ile to władza może sobie pozwolić? A może ostrożnie  przyzwyczaić społeczeństwo do życia w silnym i represyjnym państwie? Trochę to przypomina tresowanie lwa w cyrku. Najpierw ostrożnie, by nie pożarł tresera, potem ostrzej. A gdy się przyzwyczai i zanim się spostrzeże, lew już skacze przez płonącą obręcz.

fot. John Bob & Sophie Art

Total Page Visits: 9 - Today Page Visits: 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *