Głosowanie 28 czerwca zbojkotuję

Po pięciu latach intensywnego działania i myślenia o sposobach wyjścia z polskiego impasu, nie widzę innej drogi. Musimy wziąć sprawy we własne ręce. Musimy się zorganizować w dyskusji.

Paweł Kasprzak

Głosowanie 28 czerwca zbojkotuję, bo będzie niekonstytucyjne. Nie ma sensu tłumaczyć, dlaczego. To są jasne sprawy. Gadanie o kompromisie koniecznym wobec końca kadencji Dudy jest żałosne. Porównania z rokiem ‘47 lub ‘89 są niegodne

Jakie to ruskie czołgi warczą i grożą nam tym razem? Jaką Jałtę nam narzucono przemocą? Jaka rzeź nam grozi? Co zyskujemy na rzekomym kompromisie? Jakiego nieszczęścia unikniemy? Braku prezydenta? A mamy prezydenta? Kto odpowiada za nieprzeprowadzenie wyborów? I za niepodjęcie decyzji o ich odsunięciu na 90 dni po ustaniu zagrożenia, które uniemożliwia politykę, a każe się zająć obroną? Co możemy stracić broniąc tym razem naprawdę tego, czego gęby mieliśmy pełne na wiecach w ciągu ostatnich lat? To wszystko są w oczywisty sposób retoryczne pytania.

Za nieprawne gmeranie w ustroju grozi zgodnie z konstytucją kara. Kiedy nie ma prezydenta, wiadomo, co robić – konstytucja to również opisuje. Wiadomo też dobrze, co robić, kiedy jest stan nadzwyczajny. I wiadomo, czego wtedy robić nie wolno. Nie wolno mianowicie ani przeprowadzać wyborów, ani zmieniać ustroju również w takich „drobiazgach” jak choćby Sąd Najwyższy – bo choć konstytucja wprost tego nie zabrania, to przecież cele rozwiązań stanów nadzwyczajnych są w niej jasne i nie budzą wątpliwości. Kto się godzi na takie rzeczy – np. jako parlamentarzysta, albo jako kandydat – legitymizuje zamach stanu. To jest najłagodniejsze z możliwych określeń na takie postępowanie.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Obywatele RP: Instytucji wyborów trzeba bronić


Chcę się w tej sytuacji zwrócić do ok. 40 tys. z ponad 85 tys. ludzi, którzy w ostatnich wyborach do Senatu oddali na mnie głos. Jesteśmy w marginalnej mniejszości, ale jednak jest nas tylu, że nie musimy i nie możemy być bezsilni.

Wygrać? Co? I co dotychczas zdołała wygrać opozycja?

Przed 10 maja zwłaszcza Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz gadali o „walce” w każdych warunkach „do końca”. 10 maja głosowania nie było – Obywatele RP zapowiadający nie tylko bojkot, ale i opór, mieli rację i zdołaliśmy wszyscy wygrać przynajmniej to, że głosowania nie było. To dzięki temu, że wola przeciwstawienia się temu głosowaniu była powszechna, pomimo zawołań „bojowców”. Nikt z nich nie zechciał tego przyznać, podobnie zresztą, jak nikt nie docenił postawy Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Dziś wszyscy politycy i chyba już wszyscy komentatorzy namawiają do głosowania. Bo „trzeba wygrać”. Pomijając trudną do pominięcia cenę tego zwycięstwa i jego rzeczywistą wartość, ono samo jest złudą – nie mogę uwierzyć w szaleństwo, na które muszę patrzeć i kiedy się szczypię z niedowierzania, muszę jednak przyznać, że widzę i słyszę dobrze, że nic mi się nie śni.

Wygrać? Naprawdę? A co powiecie, szanowni, kiedy po głosowaniu, Sąd Najwyższy ustami pani Manowskiej ogłosi, że wybory były nieważne, bo naruszyły konstytucję? Albo kiedy, ignorując konstytucję dokładnie tak, jak ignorujecie ją dzisiaj wy, zmierzy zwycięstwo Dudy w I turze na 60% poparcia? Któryś z was powie coś o fałszerstwie? Albo o nieprawidłowości głosowania? Co da wam, demokraci, prawo do takich deklaracji – skoro  właśnie godzicie się na udział w tym procederze? I czego się nałykaliście, skoro twierdzicie, że da się wygrać w tym głosowaniu, a PiS ustąpi? Przed kim ustąpi? Przed wami, którzy boicie się każdego kroku naprzód? I którzy boicie się wziąć władzę i odpowiedzialność w nieuniknionym kryzysie? Czy może ustąpi przed nami, którzy nie jesteśmy w stanie wyjść na ulicę w liczbie większej niż 100 osób, a wasza postawa pacyfikuje resztki naszego potencjału skuteczniej niż represje pisowskiej policji? Skąd wiecie, który z niezliczonych wariantów postępowania wybierze PiS mając wszystkie zdobyte w toku łamania prawa możliwości i na czym mają wtedy polegać wasze karty przetargowe?

Cóż, mój bojkot nie będzie miał znaczenia. Rozmawiam z przyjaciółmi z Obywateli RP. Oni również nie wybierają się głosować, ale oczywiście to w niczym nie zmienia sytuacji. Jest nas garstka pomijalna w wyborczej skali. Gdyby nawet do podobnych wniosków doszli aktywiści KOD i OSK – co nie wydaje się jakoś bardzo prawdopodobne, kiedy wszyscy wkoło powtarzają znowu hasła o wszystkich rękach na pokładzie – niewiele by to zmieniło. Kiedy dochodzi do rozbieżności z partiami, zaplecze ruchów obywatelskich nie przekracza marginesu kilku procent. Tym razem „autorytety prawne” – jedyne środowisko wciąż twardo twierdzące, że w manipulowaniu konstytucją uczestniczyć nie wolno – nie znajdą posłuchu. Takie są reguły w polskiej wojnie, że wojsko nie myśli, tylko krzyczy „hura!” i biegnie za sztandarem, choćby nie wiadomo jaki kretyn go trzymał i choćby z nim szedł do lombardu, bo mu właśnie na wódkę zabrakło.  

Pragmatyzm?

Nadchodzące wydarzenia mają niezwykłą wagę. I o wielu rzeczach zdecydują. Wypaść w takim momencie na margines niszy rzekomo radykalnych idealistów oznacza pozbawić się realnego głosu i jakiegokolwiek wpływu na rzeczywistość. To jest zatem błąd. Pragmatyk takich rzeczy nie robi. A choć wie o tym mało który z moich najserdeczniejszych nawet kumpli, w rzeczywistości zawsze usiłowałem być właśnie pragmatyczny i wbrew łatce radykalnych idealistów tacy zawsze próbowali być Obywatele RP. Cóż jednak począć – tym razem żadnej przestrzeni pragmatyzmu po prostu nie ma.

Nasza solidarność z obozem demokratycznej opozycji nie ma znaczenia, bo ten obóz oszalał, a uczestniczyć w tym szaleństwie jest nie tylko brzydko, ale i niebezpiecznie, a żadnego pragmatycznego celu w tym nie widać. Podobnie więc jak z dobrze przemyślanych powodów wybraliśmy dla siebie marginalną niszę w decydującym okresie przełomu lat 2015/16, tak i teraz powody mamy ważne. Podobnie jak wtedy, wkrótce znowu zadepcze nas, rzekomo radykalnych Obywateli RP, zgodnie maszerujący tłum opozycji idącej na prezydenckie głosowanie i wpatrzonej – jak już nie raz bywało – w sztandar niesiony w pijanych dłoniach. Będziemy „pożytecznymi idiotami” Kaczyńskiego, jak nimi byliśmy już też nie raz. Potem nastąpi kolejny łomot – albo w samym głosowaniu, albo chwilę później, z rąk Manowskiej, albo jeszcze inaczej, bo możliwości PiS ma dziś bardzo wiele. I jeśli nawet PiS nie skorzysta, oddając opozycji wątpliwej jakości urząd prezydenta, kryzysowi to nie zapobiegnie, a zdolność do radzenia sobie w takich sytuacjach nasz czołowy i najprzystojniejszy z kandydatów na prezydenta już pokazał, kiedy na starcie własnej kampanii po salomonowemu ani nie zakazał, ani nie zarejestrował demonstracji przedsiębiorców, by nazajutrz żalić się na represje policji, które w jego mieście spadły im na grzbiety. Jak zawsze dotychczas, nikt nie zechce sobie przypomnieć, przed czym przestrzegaliśmy, kiedy jeszcze był czas.

Oczywiście czuję się stosownie głupio twierdząc, że mam rację wbrew niemal wszystkim, którzy najwyraźniej najedli się szaleju. Dobrze wiem, że odgrywanie „jedynego sprawiedliwego” ma swoje oczywiste wady i nie wygląda dobrze choćby z czysto estetycznych powodów. Dobrze znam również wartość wszystkich tych powiedzonek, które doradzają położyć się do łóżka, kiedy dziesięć kolejnych osób stwierdza moją nietrzeźwość. Mocno się jednak dziwię trzeźwym, kiedy udają, że nie słyszą napomnień Adama Bodnara, czy Ewy Łętowskiej. Jak spojrzą w oczy sędziom SN, którzy nie zawiedli? Znowu zapalą im znicze? A co powiedzą nie-sędziom z izby pani Manowskiej – na czym tu miałaby polegać wierność konstytucji i kto właściwie się jej sprzeniewierzył?

Pragmatyzm ma jednak jeszcze inną miarę. O własnych racjach każe ona zapomnieć i jednak iść w tłumie pomimo oczywistości, a wartość polega tu na solidarności i utrzymaniu „zdolności koalicyjnej” – na możliwości bycia wysłuchanym, kiedy już łomot nastąpi i trzeba się będzie po nim pozbierać wspólnie. Upierając się dziś przy własnym zdaniu odrębnym na niepowodzenie skazujemy również nasze przyszłe próby perswazji. Rzecz jednak w tym, że ta wspólnota w świetle dotychczasowych doświadczeń nie ma żadnego pragmatycznego sensu. Jakkolwiek pojmujemy pragmatyzm, on bezwzględnie wymaga elementarnej zdolności do wyciągania wniosków. To przede wszystkim tej zdolności nie widać w obozie opozycji za grosz. Z grubsza dlatego ze „zdolności koalicyjnej” rezygnuję z premedytacją.

Proponuję przyjrzeć się kilku przykładom naszej zbiorowej „mądrości po szkodzie” widzianym ze specyficznej perspektywy Obywateli RP, systematycznie przestrzegających przed każdą z wyborczych klęsk i systematycznie uciszanych pod hasłem „dość swar” i „wszystkie ręce na pokład”.

Wszystkie wyborcze klęski

Przed wyborami samorządowymi wystąpiliśmy z postulatem, by w tamtych i kolejnych wyborach opozycja poszła blokiem, wystawiając wspólnych kandydatów i wspólne listy. O miejscu na nich miałyby zdecydować międzypartyjne, otwarte prawybory – normalna procedura konkurencji między partiami, walka o poparcie programów, prowadząca do skrystalizowania programu ustalonego w debacie, wyłonienia przywództwa w ruchu walczącego o praworządną demokrację i budującego państwo, którego wszystkie instytucje zgodnie z konstytucyjną obietnicą należą do obywateli. Powtarzaliśmy wciąż, że największym deficytem partii opozycji pozostaje ta sama wiarygodność, której brak przesądził o klęsce w 2015 roku. Tę wiarygodność rujnują zwłaszcza deale zawierane przez partyjnych bossów w zamkniętych gabinetach. Pokazywaliśmy znane przykłady sukcesów koalicji zawieranych w prawyborach, zwracając uwagę, że największym atutem stawał się w takich razach właśnie wiarygodny mandat kandydatów, których wyłonili wyborcy, a nie targujący się o stołki politycy. Przestrzegaliśmy przed skutkami ordynacji d’Hondta, które najbardziej widoczne będą w sejmikach, mówiąc też sporo o patologiach, które w strukturze samorządowej polegają między innymi na partyjnych interesach, zwłaszcza na wojewódzkim poziomie władzy samorządowej.

W mediach opozycyjnego mainstreamu słowo „prawybory” zostało zakazane, a o zakazie zdarzało nam się słyszeć bardzo wprost. Redaktorzy lepiej wiedzieli, co jest „dobre dla Polski”, a dobre było wówczas popierać najsilniejszych i nie mieszać się w ich ustalenia. Jak zwykle „wszystkie ręce na pokład” starczyło za całą refleksję i całą strategię. Partie zaś solidarnie unikały wchodzenia z nami w jakiekolwiek dyskusje, co było łatwe wobec milczenia mediów. Jeśli się nawet któryś z kandydujących polityków decydował na poparcie prawyborów, natychmiast albo dostawał biorące miejsce na partyjnej liście i rezygnował z eksperymentów, albo sflekowany bez pardonu odpadał w przedwyborczych przedbiegach i szans na spotkanie z wyborcami nie dostawał wcale.

Nas zaś oskarżano o „rozbijactwo”, choć pierwszym i jawnie głoszonym przez nas celem była właśnie jedność. Oskarżano nas również o antypartyjny populizm, choć to partiom proponowaliśmy wystawienie kandydatów w prawyborach – proponując im przede wszystkim ubieganie się o wiarygodne przywództwo w demokratycznym ruchu potwierdzone mandatem głosujących obywateli. Mówiono również sporo o tym, że na takie pomysły jest za późno – choć sami przygotowywaliśmy rozwiązania ordynacji i nawet komputerowego oprogramowania do rejestracji głosujących na rok przed wyborami. Mantrę o tym, że jest za późno, słyszeliśmy zresztą potem już zawsze przy każdych kolejnych wyborach.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Notatki prof. Marcina Króla. Marzenie o wspólnocie


Żenujące skutki partyjnych targów w sejmikach wojewódzkich i w wynikach wyborów samorządowych w ogóle obserwowaliśmy potem wszyscy. Jak niektórzy z nas być może pamiętają, chodziło nie tylko i nie przede wszystkim o pana Kałużę. Nikomu nie przyszło do głowy, by wyciągnąć wnioski i być może rozważyć raz jeszcze, co proponowaliśmy, przestrzegając przed nieuniknioną porażką. Wybrano wyparcie, postanowiono zaprzeczyć porażce i świętować sukces prezydentów największych miast.

Tę samą propozycję powtórzyliśmy przy wyborach europejskich. D’Hondt w tych wyborach nie działa niemal wcale, niemniej postulat jednoczenia zdecydowano się spełnić właśnie z tej okazji. Słusznie – bo model wypracowany wtedy miałby szansę zadziałać potem w wyborach parlamentarnych. Wybrano jednak wariant, który załatwiał wyłącznie kilka istotnych partyjnych przetasowań i nic więcej. Zamiast marszu po pewne, wydawałoby się, zwycięstwo, byliśmy świadkami targów i rywalizacji o drugie miejsce po PiS. O wspólnych listach zdecydowały więc znów partyjne deale. Przestrzegaliśmy przed nimi, tłumacząc, że elektoraty partii koalicji z całą pewnością się nie zsumują, a raczej będą się wzajemnie zniechęcać, kiedy wyborcy zobaczą, że koalicja jednoczy się głównie poprzez podział stołków, które spodziewa się zdobyć.

Robert Biedroń układający się w zamkniętym gabinecie z Grzegorzem Schetyną nie przyniósłby przecież koalicji ani jednego głosu, a jedynie sam straciłby całe poparcie, tracąc właśnie wiarygodność. Również ten szczegół przewidywanego przez nas scenariusza oglądamy jeszcze dzisiaj patrząc na zgliszcza budzącej jeszcze niedawno tak wielkie nadzieje Wiosny. Koalicja Europejska – zdolna do wystawienia np. Leszka Millera na pierwszym miejscu w Wielkopolsce – zdołała przegrać najłatwiejsze dla siebie, a najtrudniejsze dla PiS wybory.

Po doświadczeniach wyborów europejskich zauważono przynajmniej, że sumowaniem elektoratów rządzą niestety reguły, na których istnienie wskazywaliśmy. Postanowiono zatem, że w wyborach parlamentarnych wystartują trzy odrębne bloki. Obywatele RP – znów oskarżani o rozbijactwo i antypartyjny populizm – stali z żądaniem wspólnych list, obywatelskiego Senatu i programu konstytucyjnej reformy ustrojowej, która zakończyłaby polską wojnę. Popierany tym razem przez wiele środowisk postulat wystawienia wspólnych kandydatów do Senatu zrealizowano pod naciskiem opinii. Nie w żadnej demokratycznej procedurze jednak, ale znów w partyjnym dealu nazwanym tym razem senackim paktem. Pakt ten choć przyniósł sukces, to jednak oznaczał średnio kilkuprocentową stratę głosów opozycji w stosunku do głosowania sejmowego, bo elektoraty znów odpłynęły zniechęcone.

Pomimo tych strat np. w Warszawie i za granicą narzucony w ten sposób Ujazdowski wygrał spokojnie, a ja sam, który się z poparciem niewielkiej części ruchów obywatelskich sprzeciwiłem temu sposobowi decydowania – bo właściwie nawet nie samemu Ujazdowskiemu – dostałem 15%. Połowa tych głosów pochodziła przy tym od sejmowych wyborców Konfederacji – dostałem ich zatem od samej tylko Konfederacji z grubsza dwukrotnie więcej niż np. kandydujący dzisiaj z Konfederacji Bosak. Moje głosy pochodzące z obozu demokratycznego da się zatem zmierzyć na poziomie prawdopodobnie 7%. I do tych ok. 40 tys. ludzi dzisiaj się zwracam. Wiedząc, że całkiem bezsilni nie jesteśmy.

Tak czy owak, również te wybory opozycja zdołała przegrać, co było sztuką trudniejszą niż wszystkie poprzednie klęski, w tym nawet wybory europejskie – bo na opozycję zagłosowała tym razem większość wyborców. Jakim to cudem przegraliśmy? Ano takim jak zawsze, że partyjny interes przeważył nad oczywistym wobec d’Hondta postulatem wspólnej listy i nad równie oczywistym w kryzysie postulatem demokratycznego otwarcia. Wniosków jednak nie wyciągnęliśmy nadal i u progu kampanii prezydenckiej nadal kibicowaliśmy kandydatom partii ubiegającym się o rolę liderów opozycji, a nie o przywództwo w reformie kompletnie zniszczonej demokracji.

Opozycja nadal potrzebuje i wciąż nie ma przywództwa. I nie ma programu, choć w wyborach prezydenckich tkwi kluczowy potencjał rozwiązania podstawowych spornych kwestii głosami obywateli choćby w referendach, które prezydent z poparciem Senatu może rozpisać bez zgody rządzącego PiS. Nie mamy bladego pojęcia, do czego który z kandydatów zamierza wykorzystać atomową broń weta i szereg konstruktywnych uprawnień, dających się zrealizować choćby przez Radę Gabinetową. Mowa jest niemal wyłącznie o wetowaniu niekonstytucyjnych ustaw, co brzmi groteskowo w ustach kandydatów stających właśnie do niekonstytucyjnych nie-wyborów.

Wszystkie ręce na pokład i najlepszy scenariusz

Będziemy wszyscy popierać Rafała Trzaskowskiego. Znów. On rzeczywiście wyraża, co w opozycji jest najlepsze. Jest inteligentny w odróżnieniu od przygłupiego Dudy. Zna kilka języków, a występy Dudy z Davos będziemy pamiętać jeszcze długo. Jest niewątpliwie o niebo przystojniejszy od każdego z konkurentów. Reszty ewentualnych przewag Trzaskowskiego musimy się wyłącznie domyślać. Żadną miarą to nie zarzut w stosunku do niego. Ogłada, przewaga inteligencji i ogólnie sympatyczny look to wszystko, co można powiedzieć o jakości polityki demokratów w ogóle. Polityczna opozycja zaprezentowała dotąd wyłącznie emploi i wyłącznie na nie każe nam dziś głosować, zgodnie z tą podstawową regułą najprymitywniejszego politycznego marketingu, po którą chętnie sięgają mężowie stanu klasy Putina. Że nie będą łamać prawa? Cóż, jako ludzie z klasą i ogładą będą z pewnością stronić od przaśnej pisowskiej ostentacji, ale w łamaniu prawa uczestniczą już dzisiaj, choć stroją przy tym stosownie zatroskane miny. Sam Rafał Trzaskowski wspomnianą już nie-decyzją w sprawie prawa do demonstracji pokazał, że kiedy przyjdzie mu reagować na kolejną ustawę łamiącą konstytucję, on być może nie wyjedzie na narty jak Duda, ale swój stosunek wyrazi raczej przekazem na żywo na Facebooku, niż twardym wetem.

Powiedzmy, że jakimś cudem Rafał Trzaskowski jednak wygra, a pani Manowska ten wynik potwierdzi – co wymaga cudu jeszcze większego, ale zupełnie wykluczone to nie jest. Zachwyceni tą perspektywą powiedzmy dalej, że naprawdę jest ona kusząca na tyle, by pragmatycznie zapomnieć o uwierających sumienia okolicznościach konstytucyjnych. To nie wściekła nagonka TVP będzie największym problemem, zresztą prezydent Trzaskowski może mocą swych uprawnień doprowadzić do pozbawienia PiS władzy nad państwowymi mediami. Problemem będzie kryzys – przypuszczalnie najgłębszy ze znanych nam ze współczesnej historii zachodniego świata, jak na to wskazują choćby dane z USA. Władza PiS tego kryzysu nie przetrwa i wśród dających się wyobrazić scenariuszy jest i taki – całkiem prawdopodobny – że stanie się to wcześniej niż z końcem kadencji parlamentu, np. na skutek niemożliwości uchwalenia budżetu. Więc np. w 2021 roku.

Fantazjując więc dalej, powiedzmy, że władzę bierze wtedy PO (premier Budka? – dobry Boże…) w koalicji z pozostałymi partiami (wicepremierzy Czarzasty z Kosiniakiem). Kryzys jednak trwa i do głosu dochodzą żywioły znane nie z wielotysięcznych demonstracji KOD, ale te z Marszu Niepodległości lub choćby z ostatnich prób Strajku Przedsiębiorców. Trzeba się będzie mierzyć z falą najczarniejszego populizmu. W ten sposób ów najbardziej optymistyczny ze scenariuszy staje się w rzeczywistości scenariuszem najgorszym.

Dlaczego nie ma żadnej lepszej możliwości? Ano dlatego, że nie zdołaliśmy wyłonić żadnego demokratycznego przywództwa, nie ustaliliśmy nawet diagnozy kryzysu demokracji i nie mamy żadnego programu budowy państwa, którego reguły akceptują w Polsce wszyscy i które jest odporne na nieuniknione, silne populistyczne wstrząsy. Symbol tych naszych zmarnowanych szans i niewybaczalnych zaniechań widziałem niedawno patrząc, jak Paweł Tanajno pozował do zdjęć, stojąc tuż obok portretu Piotra Szczęsnego na pl. Defilad, nie patrząc nawet w tę stronę i tylko depcząc kwiaty, które ktoś jednak tego dnia położył przy upamiętniającej go tablicy. Cóż, czekaliśmy na „wkurw”, który władzę PiS zmiecie – ale kiedy on nastąpi naprawdę, doczekamy się go nie my i nie Rafał Trzaskowski, ale raczej ludzie pokroju Tanajny, Brauna, Kowalskiego. Przed tym też zawsze przestrzegaliśmy.

Twardy pragmatyzm

Napisałem wszystko powyższe, wiedząc dobrze, że żadnego efektu perswazyjnego nie osiągnę. Przeciwnie – obraźliwe zdania o pijanym chorążym i pachnącym PR-owym picem pięknym Trzaskowskim ściągną na mnie oburzenie lub pełne politowania drwiny. Piszę do tych kilku procent ludzi, którzy podobnie jak ja w politykę opozycji nie wierzą i mają dość udziału lub choćby tylko bycia świadkiem jałowej wojny, bo ona do niczego dobrego w Polsce nie prowadzi. Twardy pragmatyzm opiera się na przekonaniu, że liczyć możemy wyłącznie na siebie i czas pozbyć się złudzeń, że ktokolwiek posłucha – zwłaszcza w politycznym establishmencie. Było przecież jasne, że nie znajdziemy tam nikogo, kto by zechciał przyjąć i uznać za własny program inicjowanej przez prezydenta ustrojowej reformy kraju i zakończenia polskiej wojny. Albo zrobimy to sami, albo nic takiego się nie wydarzy.

Twardy pragmatyzm polega w tej sytuacji na uznaniu, że wpływu na najbliższe wydarzenia nie będziemy mieli bardziej niż może go mieć kilkuprocentowa nisza. I że trzeba w tej sytuacji zbudować potencjał na najbliższą okazję. Może się uda być gotowym, kiedy nadejdą kolejne wstrząsy – a nadejdą z całą pewnością. Piszę więc nie po to, by przekonać większość, bo to się nie może udać, o czym Obywatele RP przekonali się po wielu już latach prób. Piszę po to, by znaleźć porozumienie z nielicznymi i by wspólnie z nimi zbudować bazę, dzięki której da się działać. Działać niestety wbrew interesom aparatów opozycyjnych partii i wbrew opinii większości demokratycznego obozu. Twardy pragmatyzm wymaga, by z tej sytuacji zdać sobie sprawę.

Realistyczny program

Realistyczny program trzeba przede wszystkim oprzeć o realistyczną diagnozę. Trzeba więc wiedzieć, że konstytucję w Polsce deptano i ustrój państwa niszczono z przyzwoleniem tak wielkiej części społeczeństwa, że była ona zdolna wygrywać kolejne wybory. Konstytucja od jej zarania była w Polsce akceptowana i ceniona przez niewielką część społeczeństwa.

Uchwalił ją parlament, w którym ordynacyjnym fuksem podobnym do tego, który wyniósł do władzy PiS, zabrakło reprezentacji prawicy. W referendum nie potwierdził jej żaden naród, a tylko 52% z 43% głosujących, czyli ok. 23% uprawnionych – tylu mniej więcej Polaków głosowało zresztą na Dudę w ostatnich wyborach. Wszelkie dostępne dane potwierdzają, że niegłosujący w referendum z ’97 roku byli na ogół przeciw konstytucji. Powodów tego sprzeciwu łatwo zrozumieć się nie da. Z pewnością jednak da się powiedzieć, że zwolenników konstytucji przywiązanych do jej wartości nie było w Polsce wielu i raczej nigdy nie stanowili wyraźnej większości. Prawdopodobnie zawsze stanowili mniejszość.

Dobra konstytucja nie tylko i nie przede wszystkim powinna mieć dobre zapisy. Jest umową społeczną między Polakami i jako taka powinna być przez nich po pierwsze zawarta, po drugie akceptowana. Nic takiego w Polsce się nie stało – referendum z ‘97 roku trudno uznać za świadomie zawarty kontrakt.

W 2015 roku ogromna część Polaków zagłosowała „przeciw establishmentowi”, co przyniosło władzę PiS. Poza kampanią oszczerstw wspomaganą m.in. z Moskwy, coś realnego to umożliwiło. By wymienić kilka z długiej listy przykładów:

  1. Polska nigdy nie znała kontroli władzy wykonawczej przez ustawodawczą – parlament dawno już zamieniono w maszynkę do głosowania rządowych ustaw, PiS tego nie wymyślił, a zaledwie zafundował nam barejowską karykaturę parlamentaryzmu. Rozwiązać dałoby się to na wiele różnych sposobów. Jednym z nich – popularnym w myśleniu prawicowym, jak można sądzić, wspominając konstytucyjne awantury z ‘97 roku – jest przekazanie silnej władzy wykonawczej w ręce prezydenta. Wtedy prezydent – wybierany wg innego klucza w innych terminach niż mogący go kontrolować parlament – reprezentowałby inny polityczny obóz i taka kontrola byłaby możliwa do pomyślenia. Bliższym obecnemu ustrojowi rozwiązaniem byłaby zmiana roli i sposobu wybierania Senatu – wystarczy przesunąć jego kadencję w stosunku do Sejmu, by osiągnąć podobny efekt: inna polityczna większość byłaby przynajmniej potencjalnie zdolna rzeczywiście wypełniać kontrolującą rząd funkcję. Oba te warianty i wiele innych możliwych wymagałyby zasadniczej zmiany konstytucji. Konstytucję trzeba więc zmienić. Z tego i z wielu innych powodów.
  2. Narzędzia bezpośredniej demokracji, jak choćby referenda, były w Polsce arogancko ignorowane wbrew obietnicom tej samej konstytucji, której od pięciu lat bronimy – robiła to każda partia u władzy. Również konstytucyjnych zmian wymagałoby zagwarantowanie roli powszechnych referendów.
  3. Sądowe sprawy pojedynczych obywateli i całych ich grup przeciw państwu niemal zawsze kończyły się w Polsce wygraną państwa – chyba, że istniał w ustawach przepis określony tak precyzyjnie, że aż mechanicznie, który wyraźnie nakazywał sądom inny wyrok, bo głównie na takich podstawach wydawano w Polsce wyroki korzystne dla obywateli w tysiącach spraw administracyjnych i z prawa pracy. Ta sytuacja nie dotyczyła jednak niemalże nigdy przypadków w rodzaju sprawy Alicji Tysiąc, której odmówiono przysługujących jej jednoznacznie praw, ale nie dało się wprost z przepisów wskazać winnych i odpowiedzialnych tego skrajnego i jednoznacznego nadużycia. Konstytucyjne prawa wolności sumienia, wyznania, poglądów politycznych, orientacji seksualnej, prawa do wychowania i wykształcenia dzieci zgodnie z własnym światopoglądem, prawa do opieki zdrowotnej i wiele innych – nie znajdują w sądach obrony przed instytucjami państwa: skarbowymi, administracyjnymi, ochrony zdrowia, szkolnictwa, policją, prokuraturą i innymi służbami, o ile nie istnieje inna niż konstytucja ustawa, która by je mechanicznie regulowała. Dotyczy to również szeregu przypadków przetrzymywania ludzi w aresztach latami bez nawet aktu oskarżenia – gdyby w podobny sposób przetrzymywano w areszcie opozycjonistę w czasach PRL, krzyk oburzenia w całym cywilizowanym świecie byłby powszechny. Ze spraw innego rzędu: choćby wyrok TK w sprawie OFE – cokolwiek sądzić o merytorycznym przedmiocie tego sporu – uzasadniono ten wyrok interesem budżetu państwa stojącym ponad interesem obywateli. Skutków ustawy o bestiach nie da się skutecznie podważyć przed sądem, bywało, że na mocy sądowych decyzji ludzie spędzali po kilkanaście lat w zakładach psychiatrycznych bez żadnego powodu. Itd. Doprawdy powolność procedur nie była jedyną słabością wymiaru sprawiedliwości – jego znaczenia nie doceniali obywatele, bo niezupełnie mieli kiedy i za co go docenić. Wyroki stanowiące wyjątek od opisanej reguły zapadały niemal zawsze w międzynarodowych trybunałach. I akurat to zaczęło się zmieniać się po 2015 roku. Oczywiście nie za sprawą władzy, a w walce przeciw niej. Niemniej to nie za sprawą polityków zmienia się ten jeden z ważniejszych wymiarów ustrojowych. Konstytucja powinna jasno gwarantować kontrolę konstytucyjności ustaw i decyzji instytucji publicznych w sądach powszechnych.
  4. Ustrój partii politycznych – poczynając od ich statutów poprzez zasady finansowania, a na ordynacjach wyborczych kończąc – ustanawia w Polsce oligarchię zamkniętego kręgu politycznych liderów bez żadnej kontroli społecznej. Afera z Sowy i Przyjaciół była całkowicie irracjonalna, ale wciąż dobrze oddaje powszechne w Polsce widzenie polityków jako władców politycznego folwarku, kompletnie oderwanych od codziennej rzeczywistości zwykłych ludzi. Konstytucja musi jawnie zakazać istnienia niedemokratycznych, wodzowskich partii.
  5. Cała rozmaitość spraw społecznych nie może się doczekać rozstrzygnięcia przez obywateli, albo chociaż poważnej ogólnonarodowej debaty, a zamiast nas rozmaite „kompromisy” zawierają politycy, nie mając do tego żadnego pochodzącego od wyborców mandatu. Tak było ze słynnym „kompromisem aborcyjnym” zawartym w czyimś gabinecie przez kilku facetów, z których połowa była najpewniej biskupami. W tej akurat sprawie sam opowiadam się za bardzo radykalną liberalizacją, ale przede wszystkim wiem dobrze – podobnie jak pozostali w ruchu Obywatele RP – że o tym nie wolno przesądzać żadnemu politykowi. Podobnie jak to jest z konstytucją, prawo w sprawach tak doniosłych i tak drażliwych musi być świadomą decyzją obywateli, by było wyrazem rozejmu w tej wiecznie wznawianej bitwie, a nie źródłem kolejnych wstrząsów, jak to się dzieje obecnie, ilekroć lewica lub prawica wystąpi ze stosownym projektem. Kaja Godek i jej kumple z Ordo Iuris być może szczerze wierzą w „życie od poczęcia”, ale moskiewskim sponsorom Ordo Iuris zależy nie na tym, by za aborcję karać więzieniem dokonującą jej kobietę, na co zresztą nie ma przecież żadnych szans nawet w autorytarnej, wyznaniowej Polsce – zależy im raczej po prostu, by konflikt o aborcję wstrząsał podstawami naszego państwa. I wstrząsa. Istnieje cała lista takich spraw i są bardzo różnego rodzaju – prawa socjalne obywateli służące za pretekst populistycznych krucjat i przekupstwa politycznego jak 500 Plus są inną odsłoną tej samej słabości naszej demokracji. Takich punktów zapalnych polskiego życia publicznego nie wolno unikać – trzeba je rozbroić, jeśli mamy kiedykolwiek żyć we względnym spokoju. Rozwiązując je w ogólnonarodowej debacie i potwierdzając w głosowaniu obywateli, których werdyktu nie wolno podważać politykom zyskującym chwilową polityczną przewagę, pieniądze z Moskwy, czy poparcie biskupów. 
  6. Tradycyjne media mainstreamu w ogromnej większości były i pozostają partyjnie zaangażowane. Zgodnie z tą rolą będą dziś wszystkie wspierać kandydaturę Rafała Trzaskowskiego i wygaszą głosy najwybitniejszych nawet krytyków prezydenckiego głosowania wbrew konstytucji. Media z drugiej strony pokażą pozbawiony wszelkiego liberalnego wdzięku naszych mediów rewers tej samej polityki. Liberalne media nie były w stanie i nie miały ochoty podjąć analizy postępującej społecznej alienacji od polityki, choć była ona łatwo widoczna gołym okiem choćby w postaci frekwencji wyborczej tylko w wyjątkowych sytuacjach plemiennego wzmożenia przekraczającej 50%. Wpływowi komentatorzy i ich szacowne do niedawna redakcje straciły więc dziś znaczenie i nikt im nie wierzy, podobnie, jak nie wierzy się „zawodowym politykom”. To idealna pożywka nie tylko dla propagandy TVPiS, ale również dla fake-newsów i idiotycznych memów rządzących publiczną opinią za pośrednictwem „niezależnych od kogokolwiek” mediów społecznościowych. Wolność mediów uniemożliwia radykalną zmianę, ale jakieś zmiany możliwe są nadal. Każdy obywatel musi mieć w Polsce gwarancję łatwego i darmowego dostępu do rzetelnych, partyjnie bezstronnych mediów publicznych oferujących informację i ekspercką opinię, wolną edukację i kulturę. Naruszenie tych praw i każda forma propagandy lub manipulacji musi być ścigana prawem jako zamach na ludzką godność i wolność intelektualną.

Powyższą listę można i trzeba uzupełnić. Jest diagnozą słabości polskiej demokracji i równocześnie zbiorem politycznych postulatów reformy. Jest ona przy okazji moim subiektywnym wyborem i skrótem obszernego programu Obywateli RP, którego redakcję i rozłożenie akcentów modyfikowaliśmy kilka razy z różnych wyborczych okazji. Tym, co prawdopodobnie zwraca uwagę krytycznego czytelnika, jest pominięcie wszelkich kwestii w rodzaju finansowania ochrony zdrowia lub odwrócenia demolki oświaty. Koncentrujemy się na ustroju w przekonaniu, że przede wszystkim zawiódł właśnie on i że bez niego nie da się rozwiązać żadnego innego problemu.

U podstaw leży tu jeszcze inne fundamentalne przekonanie. Dobry ustrój to mianowicie nie ten, który gwarantuje władzę ludzi światłych, uczciwych i odpowiedzialnych. Minister, premier lub prezydent szaleniec, dureń, czy skrajny fanatyk zdarzyć się może zawsze, zdarzał się w naszej najnowszej historii po wielokroć w każdym rządzącym obozie i nie istnieje sito, które gwarantowałoby wykluczenie takich przypadków. Dobry ustrój na tym raczej polega, że kiedy szkołą rządzi jakiś nowy Goebbels, dzieci i rodzice nie pozostają bezbronni. Być może silniejszą gwarancją dla systemu ochrony zdrowia i dostępu do niej dla obywateli nie są obietnice finansowania resortu na poziomie 6% PKB, a gwarancje skuteczności roszczeń obywateli wobec państwa, kiedy konstytucyjne prawo do opieki zostanie naruszone na którymkolwiek szczeblu administracji zdrowotnej.

Wynika z tych postulatów szereg trudnych konsekwencji. Przede wszystkim taka, że konstytucję i ustrój państwa, najważniejsze i najtrudniejsze kwestie społeczne, w tym prawa kobiet, rozdział kościoła od państwa, prawa socjalne i wiele innych rzeczy trzeba będzie zdecydować wspólnie z udziałem drugiej strony dzisiejszej politycznej i kulturowej wojny. W przeciwnym razie – optując z konieczności za wykluczeniem z gry przeciwników – zaprzeczymy głoszonym przez siebie wartościom, a nawet jeśli zaakceptujemy ten kłopotliwy problem etyczny, nie osiągniemy nigdy stabilnego ładu w państwie. Bo wyborcy PiS nie znikną od tego, że wybory prezydenckie wygra np. „nasz” Rafał Trzaskowski. Narodowcy maszerujący z dzikim wrzaskiem przez Warszawę każdego 11 listopada też pozostaną w Polsce obecni.

Po co i do kogo to piszę?

Piszę, ponieważ uznaję za oczywiste, że koniecznym programem prezydenckim jest wykorzystanie realnych uprawnień – w tym weta, inicjatywy ustawodawczej i zwłaszcza referendalnej – do wszczęcia opisanej tu fundamentalnej reformy państwa. Koniecznym i pilnym programem parlamentarnym jest zaś konstytuanta – nowy Sejm Wielki dokonujący ustrojowej reformy obok prac rządu o technicznym charakterze. Sejm, który potwierdzi swe uchwały w referendach i po np. dwóch latach pracy rozwiąże się, by dać pole parlamentarnej grze partii na nowych, zdrowych i przez wszystkich akceptowanych zasadach.

Uważam, że dla realizacji tej misji bezpartyjne lub ponadpartyjne ruchy i instytucje obywatelskie powinny do wszystkich wybieranych władz państwa wysłać własnych przedstawicieli i że jest dzisiaj jasne, że żadna z partii nie zechce i nie będzie w stanie podjąć się tych zadań, które stawia przed nami współczesność, uwiąd politycznego myślenia, brak namysłu nad wspólnym dobrem, głęboki kryzys i wojna w podzielonym społeczeństwie. Będę do tego namawiał kumpli z Obywateli RP i nad tym pracował.

Piszę zatem dlatego, że trzeba nam nowego przywództwa, innego niż obecni polityczni liderzy i ich partie. Piszę przeciw nim. Gdyby wybory prezydenckie udało się zgodnie z zasadami konstytucji odsunąć na przyszły rok, stanąć powinien do nich obywatelski kandydat wyłoniony w demokratycznej, prawyborczej procedurze spośród wszystkich zgłoszonych także przez partie, ale bez partyjnego monopolu. Stanąć powinien w imieniu wszystkich demokratów, z programem wynikającym z debaty i potwierdzonym mandatem obywateli w prawyborach.

Do wyborów parlamentarnych demokraci powinni stanąć również wspólnym, obywatelskim blokiem z programem konstytucyjnej reformy państwa. Należy dążyć do tego, by te wybory odbyły się jak najszybciej i by zapobiegły eskalacji polskiego konfliktu, bo ona prostą drogą prowadzi do wybuchu.

Piszę zatem to wszystko, by dotrzeć do kilkuprocentowej grupy obywatelek i obywateli myślących podobnie i gotowych działać na rzecz takiego programu – każdy stosownie do własnych możliwości. Przy tym ani ja sam, ani nikt z Obywateli RP nie aspiruje do wodzostwa i nieomylności. Nie o nasz program nam chodzi, ale o jakiś program wydebatowany wspólnie – a naszym posługujemy się głównie dlatego, że w ciągu ostatnich lat nie udało nam się poznać nawet cienia innej propozycji.

Jeśli jest nas kilka procent, z łatwością zdołamy urosnąć do kilkunastu. Jeśli się pozbędziemy złudzeń, że partie wygrają Polskę za nas, zdołamy wymusić na nich respekt dla oczywistego postulatu: tu i teraz, a nie w żadnej mitycznej przyszłości, potrzebujemy w demokratycznym obozie nie partyjnego folwarku, ale właśnie demokracji. Nie chcemy gabinetowego mianowania wodzów. Chcemy ich sobie wybrać i zdecydować o państwie, w którym da się żyć.

Nie da się dziś do niczego przekonać tych, którzy nawołują do bezwarunkowego poparcia najprzystojniejszego pewniaka spowitego w PR-owe błękity. Złudzenia nie mają sensu. Trzeba zrobić swoje bez nich. We własnym, dziś kilkuprocentowym gronie.

W nielicznym gronie Obywateli RP intensywnie pracuję nad projektem obywatelskich, otwartych dla każdego środowiska mediów publicznych. Ten tekst czytacie na stronie tych mediów. Zainwestowaliśmy w ten projekt ogrom pracy zdecydowanie ponad nasze przecież skromne siły i więcej otrzymanych przez darczyńców pieniędzy niż na to pozwala rozsądek w gospodarowaniu. Będziemy w najbliższych dniach, tygodniach i miesiącach pracować nad zbudowaniem bazy czterdziestu tysięcy darczyńców, którzy wspierając te media kwotą 7 zł miesięcznie dadzą nam budżet umożliwiający budowę ni mniej, ni więcej, tylko obywatelskiej telewizji publicznej. Czterdzieści tysięcy ludzi to połowa tych, którzy głosowali na mnie w wyborach do Senatu wbrew gniewnym pohukiwaniom o konieczności wspierania politycznych pewniaków. To do tych ludzi piszę, prosząc o współudział w tym przedsięwzięciu. I nie o samą kasę chodzi, ale o społeczną samoorganizację.

Zorganizujmy wokół mediów świadomą, zdolną do konstruktywnej debaty i dokonywania realnych wyborów społeczność. Taką, która wpływa na publiczną opinię, organizuje ją i zmusza polityków, by stawili jej czoła zamiast udawać, że nie słyszą. To musi być możliwe, inaczej całe nasze gadanie o obywatelskim społeczeństwie zwyczajnie nie miało sensu.

Po pięciu latach intensywnego działania i myślenia o sposobach wyjścia z polskiego impasu, nie widzę innej drogi. Musimy wziąć sprawy we własne ręce. Musimy się zorganizować w dyskusji. Obywatelskie media są koniecznym i równocześnie niemal wystarczającym warunkiem powodzenia. Nie byłoby ani arogancji partyjnych bossów, ani kolejnych porażek wyborczych, gdyby istniało podmiotowe, świadome i zorganizowane obywatelskie społeczeństwo, które nie daje się wodzić za nos.

„Bujać, to my, panowie szlachta!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *