Prezydent musi mieć zdolność do arbitrażu między zwaśnionymi stronami

Od przyszłego prezydenta RP oczekuję suwerenności, powagi, roztropności. Oczekuję nie tylko tego, że „umie się podpisać”, ale i tego, że wtedy, kiedy to konieczne umie się nie podpisać

fot. Facebook/Szymon Hołownia

Przed niedzielnym głosowaniem publikujemy cykl tekstów, w których działacze obywatelscy wskazują, jakie obawy niosą wybory 28 czerwca i jaką dają nadzieję
Dzisiaj głos Kuby Wygnańskiego.

***

Dlaczego Szymon Hołownia? Powodów jest sporo. To nie zdarzyło się wczoraj. O jego planach dowiedziałem się od niego samego na długo zanim podzielił się publicznie tą informacją. Wtedy pierwszy raz go spotkałem, a później kilka razy rozmawialiśmy. Nie jesteśmy kumplami – jesteśmy „na pan”

Pytał, co uznałbym za ważne z punktu widzenie urzędu prezydenta. Jestem boleśnie przewidywalnym, gadam to samo od lat – o tym jak ważne jest partycypacja obywatelska, rozmowa mimo różnic i takie tam… Część z tego znajdziecie w jego programie – a warto czytać programy. Od tego czasu staram się obserwować jego działania – zrozumieć motywacje, rozpoznać wartości, kompetencje no i szanse…

Wydawało mi się wtedy (i dalej tak uważam), że jeśli tylko uda mu się dotrzeć do drugiej tury, to ją wygra i że ma na to więcej szans niż inni. Nie chodzi tylko o zdolność retoryczną, o autentyzm i przygotowanie merytoryczne. Chodzi o coś więcej. Wydaje mi się dość oczywiste, że szanse na wygranie z prawicowym kontrkandydatem (który dysponuje obecnie największym poparciem) ma tylko ten kandydat, który ma w sobie odpowiednią dawkę „prawoskrętności” i dobrze rozumianego konserwatyzmu. Ma w sobie gotowość uznania, że żadna ze stron polskiego sporu nie ma monopolu na prawdę i na prawość.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Snyder kazał chodzić na wybory


Ja sam nie umiem się odnaleźć w podziale na lewo i prawo i uważam go za zgoła szkodliwy i w pewnym sensie fałszywy. Sprawy nie są dwubiegunowe. Mam się za liberalno-konserwatywnego socjalistę (taką figurę opisał kiedyś Kołakowski). Nie współczujcie mi wewnętrznych rozdarć. Czuję się integralny i spójny. Tak, można wierzyć, że wolność jest najważniejsza. Tak, można wątpić, że każdy postęp zbliża nas ku dobru. Tak, można uważać, że istotą ładu społecznego jest troska o siebie nawzajem i że wybór na rzecz wspólnoty ma właśnie źródło w wolności a nie w przymusie. Tak, znam złe liberalizmy, złe konserwatyzmy, złe socjalizmy. Nie są takimi z natury. Sami je takimi czynimy. Żeby wygrać wybory trzeba przekonać do siebie choćby nieliczną grupę osób wspierających obecnego prezydenta. Tak, oni też mieszkają w Polsce, też są jej obywatelami i obywatelkami, mają swoją wizję patriotyzmu, swoją wizję tego, co dobre i tego, co niegodne i też zasługują na szacunek. Zrozumieć innych jest trudniej niż oceniać, ale tego właśnie oczekuję od prezydenta.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas


Oczekuje, że uwolni nas od prostych podziałów, od religijnych i partyjnych wojen, że swoim zwycięstwem nie pogrąży połowy Polski w żałobie i rozpaczy. Nie umiałbym się cieszyć z takiego zwycięstwa. Do takiej roli pasuje mi najlepiej Szymon Hołownia. W niczym nie zmienia to faktu, że mam szacunek i uznanie dla kilku innych kandydatów, (których zresztą znam znacznie dłużej) i z pewnością z przekonaniem będę na któregoś z nich głosował w drugiej turze, jeśli do niej dotrą. Nie są „gorsi” od Szymona Hołowni, są jednak w większym stopniu zakładnikami ról i struktur, w których działają i od których nieuchronnie (strukturalnie) zależą.

Od przyszłego prezydenta RP oczekuję suwerenności, powagi, roztropności. Oczekuję nie tylko tego, że „umie się podpisać”, ale i tego, że wtedy, kiedy to konieczne umie się nie podpisać. Oczekuję zdolności do arbitrażu między zwaśnionymi stronami. W Polsce nie zepchniemy się nawzajem do morza. Owszem, naturą polityki jest rywalizacja i po to właśnie wymyśliliśmy partie – głupotą jest unieważniać je. Mają swoją rolę do odegrania. Ale partia to nie to samo co patria. Mylenie tych pojęć, a w szczególności stawianie wyżej partii (części) nad całością (patrią – ojczyzną) jest złe, a to dokładanie widzimy w Polsce każdego dnia. W ostatnich latach lojalność wobec partii staje się ważniejsza niż służba państwu i wierność jego ustrojowym zasadom. Im bardziej rywalizacji partyjna staje się brutalna, tym bardziej musi mieć arbitra i strażnika reguł.


W Polsce zostały już rozmontowane prawie (został RPO) wszystkie ustrojowe instrumenty chroniące przed ekscesami władzy. Lokator Pałacu, choć w oczywisty sposób może i powinien mieć swoje sympatie, nie może być jednym z graczy. Prezydent nie ma silnej władzy wykonawczej, ale ma bardzo silny mandat i sporo instrumentów skutecznej kontroli, jakości procesów sprawowania władzy i może ograniczać jej nadużycia (ot choćby troska o jakość procesu legislacyjnego). Walka „o kierownicę” w państwie jest zaciekła, ale w tym aucie muszą skutecznie działać hamulce i pasy bezpieczeństwa – to rola prezydenta. W takiej roli trudno będzie wystąpić każdemu, kto wygrywa wybory jako kandydat określonej partii i beneficjent jej zasobów, aparatu, pieniędzy.

Często podnoszone jest to, że Szymon Hołownia w różnych sprawach ma niewłaściwe poglądy – a to zbyt liberalne, a to zbyt konserwatywne. Jakby to powiedzieć? Dobrze, że ma poglądy (to utrudnia karierę w polityce), ale też w pewnym sensie nie mają one większego znaczenia… Jak to? Ano, dlatego że nie wybieramy sobie króla ani nawet premiera. Rolą prezydenta nie jest „doginanie” poglądów poddanych do własnych przekonań. Jego rolą jest wspólnie z obywatelami przejść przez trudne wyzwania i nie pozjadać się przy tym nawzajem. W Polsce brakuje „tkanki łącznej”. Potrzebny jest kompromis, umiar, szacunek dla siebie mimo różnic.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Adam Bodnar: – Pozostaje mieć nadzieję, że te wybory zostaną przeprowadzone zgodnie


Mija właśnie 40 lat od porozumień gdańskich, ale teraz potrzebnych jest szereg nowych umów społecznych i ktoś musi uruchomić proces dochodzenia do nich, szukania porozumienia. Prezydent może być organizatorem tego procesu i strażnikiem zawartych umów, ale nie ich autorem. Jako kandydat Szymon Hołownia na niektóre pytanie dziennikarzy odpowiada… nie wiem – zapytam, wyrobię sobie zdanie. O zgrozo, dopuszcza, że może się mylić, że może zmienić zdanie. To nie jest to dowód ignorancji czy tchórzostwa, ale uznania, że w wielu sprawach nie ma znanych z góry poprawnych odpowiedzi, ale są poprawne pytania, na które trzeba odpowiedzi szukać wspólnie. To właśnie musi umieć zrobić prezydent.

Jest też problem „katolicyzmu”. To dla mnie trudne, kiedy specjaliści od antydyskryminacji – uważają, że bycie katolikiem dyskwalifikuje kandydata. Owszem rozumiem, dlaczego budzi to niepokój po latach tak silnego powiązania Tronu i Ołtarza. Ten toksyczny związek musi być przerwany dla dobra samego Kościoła – jego istnienie nie jest dowodem siły Kościoła, ale jego słabości i słabość tę pogłębia. Trzeba powiedzieć temu dość. Taki detoks jest konieczny, ale zabiegać o niego skutecznie może raczej członek Kościoła niż jego przeciwnik. Chyba Tadeusz Mazowiecki powiedział – jestem Polakiem i katolikiem, ale nie jestem Polakiem-katolikiem. Na taką rozdzielność bardzo liczę w przypadku Szymona Hołowni.


Powodów mojej sympatii dla Szymon Hołownia jest więcej. Jednym z nich jest… antypatia, z jaką spotyka się od początku ze strony salonu i wielu wpływowych komentatorów. Rozumiem, że bolesne jest to, że nie jest on efektem ich kreacji i nie powstał z ich namysłu (rodzi się, zatem pytanie, jeśli nie my to, kto za nim stoi…). Wyznam, że najbardziej chce mi się na niego głosować, kiedy słyszę, jak z lewa i prawa obrywa za to, że niedoświadczony, że prawie bezczelny w swoich aspiracjach (no właściwie Tymiński 2020). Ten lament pojawia się jednocześnie z wołaniem „o nowe” w polityce. No cóż, nie można mieć jednego i drugiego… Przyznaję, że ja sam miałem wątpliwości. Nie mam zaufania do celebrytów. Zadawałem sobie pytanie, czy ktoś taki, jak Szymon Hołownia, nie jest przypadkiem przekonany o własnej nieomylności i „wybraństwie”. Bałem się, że jak wielu polityków, pęknie od własnego ego, że sam „nabierze się na siebie”. To moja główna obawa, ale mam dziś dość powodów, żeby wierzyć, że uda się tego uniknąć.

Wydaje mi się, że Szymon Hołownia dobrze wie na czym się zna i w czym jest dobry, ale też bardzo dobrze, o czym wie za mało. Szybko się uczy, słucha, chłonie. Byłem świadkiem tego, jak zabiegał o ludzi, którzy wspólnie z nim stworzą program i którzy w niego uwierzą i będą go wspierać. Nie szukał ludzi do wynajęcia – szukał towarzyszy w trudnym przedsięwzięciu i to mu się udało. Wielu z nich znam, ufam im i cieszy mnie to, że to oni stoją za Hołownią.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Białorusini dali mi powód, żeby w niedzielę dać swój głos


Nie chodzi jednak tylko o wybitnych ekspertów, „państwowców” i praktyków. Stoją też za nim tysiące ludzi z całej Polski. Dokonał niemożliwego. Udało mu się przebudzić i poderwać do lotu ludzi, którzy dotychczas stronili od polityki i zaangażowania. Wydobył z nich polityczność w najlepszym rozumieniu tego słowa. Ci ludzie robią dla sprawy bardzo dużo i ofiarowują bezinteresownie to, za co inni muszą często płacić. To budzi zazdrość. To, co widzę jest autentyczne, świeże, organiczne. Bez względu na wynik wyborów to jest największy kapitał jaki zgromadził. Koniecznie trzeba go chronić i pomnażać.

Piszę to z sentymentem i żalem wspominając czasy własnej młodości, kiedy byłem zaangażowany w kampanię w wyborach 4 czerwca 1989 r. (nosiłem wtedy teczkę za Wujcem). Całą robotę „na nogach” wykonał wówczas ruch Komitetów Obywatelskich, które następnie decyzją Niezależnego Związku Zawodowego „Solidarność” (ale także partii politycznych) został rozwiązany. Do tej pory uważam to za jeden z najpoważniejszych błędów okresu transformacji. Mam nadzieję, że ruch żółtych koszulek (to nie to samo, co kamizelki) znajdzie jakąś formę organizacji działania także poza kampanią wyborczą. Nie sądzę, żeby dobrym pomysłem było połączenie ich z istniejącymi strukturami partii. Partie owszem potrzebują radykalnych zmian i dożylnie podanej porcji energii. Z ruchem „Żółtych” mają jednak różnice grupy krwi – serologiczny konflikt. Transfuzja byłaby zabójcza.

Nawet, jeśli „Żółci” nie wyniosą Szymona Hołowni do prezydentury (ale może tak!), są olbrzymią wartością i już odnieśli sukces dając dowód na istnienie autentycznej obywatelskiej masowej energii. Przełamali niemożność i brak wiary, dali nadzieję. Nadzieję na zmianę, nie na łupy.

Na koniec osobiste wyznanie. Kilka miesięcy temu zapytałem swojego syna, który właśnie uzyskał prawo do głosowania, którego z kandydatów chciałby widzieć w roli prezydenta. Wskazał Szymona Hołownię. Powiedziałem, że zobaczę, co da się zrobić… No i tego się trzymam, bo myślę, że to jest ważne, żeby jego świat, który my tak skutecznie… skomplikowaliśmy, był meblowany przez ludzi, do których młodzi ludzie mają zaufanie. Nie tracę nadziei, że to się uda.

Biegnij Szymon, biegnij…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *