4. Media i sztandary

Wypada powiedzieć wyraźnie, że w kryzysie polskiej demokracji zawiodły również media, nie tylko instytucje demokracji. W bardzo czytelny sposób wyborcy PiS odrzucili w 2015 roku nie tylko ówczesne elity polityczne, ale także związane z nimi – jak nie bez racji sądzono – media ówczesnego głównego nurtu. Ważne byłoby w takim razie zastanowić się, czy dzisiejszym naszym problemem jest TVP obsadzona ludźmi rządzącej partii i wystarczy w związku z tym po prostu wymiana kadr, czy może chodzi o wady strukturalne, które umożliwiły tak łatwe przejęcie mediów publicznych i zamienienie ich machinę propagandy rządzącej partii. Czy w modelu i faktycznym funkcjonowaniu mediów – nie tylko publicznych, ale również prywatnych sprzed 2015 roku – nie da się znaleźć źródeł choroby tak wyraźnie widocznej dzisiaj i na czym dokładnie ta choroba polega.

Roli mediów oczywiście nie da się przecenić i nie jest rzecz jasna przypadkiem, że autorytarne reżimy biorą je sobie za jeden z pierwszych celów w ataku na własnych przeciwników i na demokrację. W Polsce przejętej przez PiS nie było inaczej. Tam, gdzie władza przejmuje media skutecznie, odsunięcie od władzy rządzących autokratów przestaje być możliwe inaczej, jak tylko w wyniku gwałtownych kryzysowych wstrząsów. Nieistniejące bądź niewystarczająco silne niezależne media stają się koniecznym warunkiem demokratycznej zmiany. To jasne. Cieszy europejska inicjatywa prawa o wolnych mediach, bo jest fundamentalnie ważna. Ale problem jest w rzeczywistości o wiele szerszy i poważniejszy.

 

Ustrój na wojnie

Media zwane są czwartą władzą i to określenie jest świadomym nawiązaniem do idei podziału władzy, jak ją widział Monteskiusz, choć oczywiście w jego klasycznym wykładzie media w tej roli nie występują. Choć są ustrojowo ważne i polska konstytucja wyraźnie widzi w nich instytucję demokratycznego ustroju (Art. 14. w Rozdziale I o ustroju Rzeczypospolitej), jak i element podstawowych praw i wolności (Art. 54. W Rozdziale II o Wolnościach, Prawach i Obowiązkach Człowieka i Obywatela), to oczywiście media nie są organem władzy. Ani politolodzy, ani tym bardziej konstytucjonaliści nie napiszą wobec tego i nie powiedzą, że to de facto na mediach spoczywa ów klasyczny element trójpodziału, jakim jest kontrola rządzących, czyli zwłaszcza władzy wykonawczej, skoro władza ustawodawcza we współczesnych demokracjach traci swoje tradycyjne znaczenie – ale tak właśnie dzieje się w demokracjach znanych dzisiaj. Bez wolnych mediów trójpodział władzy znika w każdym razie już bez śladu.

Jeśli jednak rzeczywiście to właśnie media mają kompensować nieobecność klasycznej monteskiuszowskiej triady, to media mają dwie bardzo zasadnicze funkcje, z których tylko jedna jest w nich rzeczywiście obecna w Polsce, podczas gdy druga uległa niemal całkowitemu zapomnieniu. Owszem, media patrzą władzy na ręce i bezpardonowo ją krytykują. Jeśli nie wszystkie one traktują swoją misję tak, że każe im ona mieć szczególnie wyczulone ucho na postulaty opozycji, a prorządowość części z nich jawnie zaprzecza tej misji, to przynajmniej w Polsce było i nadal jest tak, że zawsze istnieją jakieś media sprzyjające opozycji. Nie jest to wprawdzie najlepsza możliwa realizacja medialnej kontroli rządzących, ale ta funkcja mediów jest wypełniana przynajmniej w ten sposób. Trudno jednak w mediach dostrzec reprezentanta rządzonych, organizującego opinię publiczną i wyrażającego ją wobec rządzących, czy szerzej – wobec całej klasy politycznej, obejmującej również opozycję. De facto bowiem kontrola politycznej większości i wyłanianego z niej rządu pozostaje w wyłącznej gestii politycznej opozycji, która jednak – póki demokracja trwa – jest częścią „klasy rządzącej” i cyklicznie zamienia się miejscami z politycznym przeciwnikiem. Media i ich ludzie należą do tej samej klasy. Nie istnieje niezależny od politycznych elit wyraziciel opinii publicznej. Media, zgodnie zresztą z przestarzałą już logiką sprzed technologicznej (i społecznej) rewolucji, zapewniają jednostronną komunikację „z góry w dół”. Nie reprezentują obywateli wobec polityków, ale na odwrót: objaśniają obywatelom politykę, czyniąc to przy tym nieznośnie paternalistycznie. Demokratyczny proces staje się w tej sytuacji już wyłącznie partyjną grą o władzę, a media stają się jej narzędziem. Kontrola władzy i troska o jej ograniczenie jest dziś całkowicie pomylona z rywalizacją o władzę.

Polityczna bezstronność „ponadpartyjnych” mediów jest związaną z tym, ale nieco inną sprawą – jest też ideałem, w którego możliwość realizacji powszechnie się wątpi. Trudno oczekiwać, by dziennikarze, publicyści i czołowi komentatorzy nie mieli politycznych poglądów i partyjnych sympatii. Trudno oczekiwać również, by na wolnym rynku pluralistycznych mediów nie dawały o sobie znać struktury interesów, w które ingerować się nie da, nie narażając się równocześnie na kolizję z Artykułem 54. Konstytucji RP zakazującym cenzury oraz państwowej regulacji wolności mediów za pomocą np. koncesji. Sama idea „apolitycznej bezstronności” mediów staje się niemożliwością wobec politycznej wojny, a widać to zwłaszcza w dzisiejszej Polsce. Można i trzeba od mediów – podobnie zresztą, jak od organizacji obywatelskich – oczekiwać równego dystansu od wszystkich partii rywalizujących o władzę, ale przecież PiS i zamach na demokrację, w tym na wolność słowa, zmienia tu wszystko i równy dystans uniemożliwia.

Ogromna większość mediów opiniotwórczych i rzeczywiście kształtujących opinię w Polsce jest więc w całkowicie zrozumiały sposób politycznie zaangażowana – ale przy okazji tam, gdzie powinniśmy widzieć spór i przeciwników, mamy po prostu wojnę i wrogów. Niektóre z mediów mówią o sobie „tożsamościowe”. To jeszcze niezupełnie są media partyjne, ale to tylko gorzej: „kulturowa tożsamość” w jeszcze większym stopniu rujnuje kulturę sporu i debaty. I ten fakt jest jednym z większych polskich nieszczęść.

 

Gazetowe wojny

W III RP nigdy nie istniała tradycja i kultura dziennikarskiej bezstronności. Nie mogło być inaczej – akurat tej szansy od losu i Historii nie dostaliśmy. W momencie historycznego przełomu niezależne ruchy demokratycznej opozycji stanęły naprzeciw komunistycznej władzy dysponującej całym aparatem propagandy ówczesnego reżimu. Musiały stworzyć i stworzyły własne media. Na czele z Gazetą Wyborczą, ale i z mnóstwem innym tytułów, z których niewiele zdołało przetrwać. Były to od zarania „media tożsamościowe”, stające bardzo wyraźnie po jednej stronie politycznego konfliktu, w pełni weń zaangażowane. Trudno byłoby oczekiwać, by postąpiły inaczej. Nie mogły.

Zaangażowanie polityczne mediów było przy tym odmienne od wszystkiego, co znamy z polityki wolnego świata, bo nie o politykę tu chodziło i nie o zwykłą polityczną konkurencję, ale o wojnę, w której dobro walczy ze złem. Ta cecha tożsamości mediów, z których każde reprezentowało rację stanu, bardzo silnie znaczoną etycznie, okazała się trwała i przetrwała do dziś.

Wkrótce potem nastąpiła „Wojna na Górze” – matka wszystkich późniejszych polskich wojen. Rozgrywała się tym razem wewnątrz dotychczasowego ruchu solidarnościowej opozycji i towarzyszyło jej powstanie kolejnych mediów o odmiennie określonej „tożsamości”. Podział nie wziął się z niczego. Zanim nastąpił, media obozu solidarnościowej reformy zaangażowane były w spór, którzy rzadko artykułowano wprost, a który dotyczył samej idei historycznego kompromisu i rozliczenia ludzi komunistycznej przeszłości. Powodowana racją stanu Gazeta Wyborcza broniła idei kompromisu, sprzeciwiała się odwetowym resentymentom wymierzonym w komunistów, uzasadniała też konieczność ciężkich wyrzeczeń „terapii szokowej” planu Balcerowicza. Korzenie konfliktu wokół tych spraw były jeszcze starsze i dotyczyły podziałów pomiędzy „prawdziwymi Polakami” (katolikami, „niepodległościowcami”) a środowiskami opisywanymi jako laicka lewica – ale to jest sprawa osobna i zagadnienie zbyt obszerne, choć skądinąd fascynujące i wyjaśniające przy okazji kulturowo-religijny charakter podziału, który trwa do dzisiaj.

Historycznie był to podział między środowiskiem Gazety Wyborczej i Tygodnika Solidarność. Oba środowiska – i oba te tytuły – działały przy tym jak zwykle w Polsce w imię najwyższej racji stanu. Jak w niedawnej przeszłości z czasów komunizmu podobnie silne było obustronne przekonanie, że racje dotyczą tu w istocie nie politycznego sporu, ale wyboru pomiędzy dobrem a złem. Najbardziej wpływowe i tradycyjnie najsilniejsze polskie media były odtąd bez reszty zaangażowane we wciąż podobny, silnie naznaczony etyką i bardzo gwałtowny konflikt. Nie ma w dzisiejszej Polsce tradycji mediów nie tylko politycznie bezstronnych, ale i wolnych od misji na miarę krucjat w jakiejś świętej sprawie. Do dziś nie da się od tego abstrahować –święta wojna koniecznie wymaga zaangażowania. „Symetrystów” żadna ze stron nie toleruje – w idei równego dystansu każda z nich nie bez oczywistych racji widzi agenturę przeciwnika.

Ten bagaż historii powoduje, że wyjść z polskiej wojny będzie niezwykle trudno, a zaangażowanie w nią mediów będzie niezwykle trudne do przełamania. Z rynkowego punktu widzenia polska wojna jest zresztą podobnie wygodna, jak w polityce – po obu stronach wojenny sztandar na okładce zapewnia ograniczony wprawdzie, ale i tak potężny krąg odbiorców. Dopóki wojna trwa, zarówno Gazeta Wyborcza, jak Sieci mają wierną grupę odbiorców. W efekcie wielkie grupy społeczne po obu stronach sporu żyją w rozłącznych światach, posługują się językiem, którego wzajem nie rozumieją, poruszają się w odmiennych systemach pojęć. Jeśli nawet wciąż używają tych samych słów, to ich znaczenia już od dawna różnią się zasadniczo.

 

Prawo Kopernika-Greshama

Polska historia określa naszą specyfikę, ale poza tym nie odbiega od trendów obserwowanych gdzie indziej. Psucie standardów i tabloidyzacja wyprzedziły zmiany wymuszone Internetem i zwłaszcza „siecią 2.0” z jej rozproszonymi, wielokierunkowymi mediami, w których każdy może zostać redaktorem, wydawcą i nadawcą. Wbrew nadziejom nowe media przyniosły nie tylko i nie przede wszystkim demokratyzację, ale raczej dalszy i gwałtowniejszy zalew taniej tandety, agresywnych emocji, fałszu. Wszystkiemu temu towarzyszy i cały ten proces uzasadnia teza o tym, że to ludzka natura sprzyja medialnej tandecie, która sprzedaje się zawsze, w odróżnieniu od treści trudniejszych, które muszą zostać wyparte.

W rzeczywistości to powszechne przekonanie jest nie tyle obiektywnym prawem ludzkiej kondycji, co raczej efektem źle zaprojektowanego eksperymentu. Kupcy na rynku opisywanym przez Kopernika nie mieli przecież zamiłowania do bezwartościowych monet o obniżonej zawartości kruszcu. Przeciwnie – najbardziej cenili te bite w złocie. Wystarczy jednak jedna mennica zalewająca rynek tanizną, by pozostałe musiały zrobić to samo. Stacja telewizyjna nadająca repertuar oparty o filmową produkcję klasy „A” nie musi przynosić strat. Ale stacje nadające tanią tandetę serialowych telenowel, talent-reality-shows, przyniosą wyższe stopy zysku, a w sytuacji, kiedy media pozostają w ręku spółek akcyjnych, to je wybiorą inwestorzy, co przesądza sprawę.

Takie widzenie mechanizmu psucia standardów silnie sugeruje regulację. Myśl, że „niewidzialna ręka rynku” nie wystarczy w odniesieniu do przedsiębiorstw, których konkurencja decyduje o zbiorowej zawartości ludzkich mózgów, że konkurencja nie prowadzi do pluralizmu, a raczej wzmacnia po prostu szmirę, pomysł regulacji rynku mediów – wszystko to jest dla liberalizmu nowością, trąci socjalistycznymi lub wręcz komunistycznymi pomysłami. W rzeczywistości pomysł regulacji medialnego biznesu, jeśli nawet nie przeczy wyraźnemu zakazowi cenzury oraz koncesjonowania prasy wyrażonemu wprost w Art. 54. Konstytucji, to z całą pewnością byłby niezgodny z intencją jej twórców. Cóż, to tylko jeden z faktów świadczących o tym, jak bardzo zmieniają się czasy i jak bardzo nieaktualne są stare, dobre, wydawałoby się, świetnie sprawdzone pomysły.

 

Obywatele Mediów – Abonament na Demokrację

Obywatele Kultury to społeczna inicjatywa sprzed lat. Grupowała najwybitniejszych przedstawicieli różnych twórczych środowisk. Zawarli z rządem – premierem był wówczas Donald Tusk – porozumienie nazwane Paktem dla Kultury. Obywatele Kultury sformułowali wówczas między innymi własny projekt ustawy medialnej. Choć Pakt został podpisany, ów obywatelski projekt musieli w 2010 roku do Sejmu wnosić posłowie ówczesnej opozycji – oficjalnie był to i do dziś pozostaje w sejmowej zamrażarce poselski projekt Prawa i Sprawiedliwości, choć chyba wszyscy ówcześni rzeczywiści autorzy są dziś w ostrej opozycji do rządów tej partii, a i wówczas – pamiętając krótki na szczęście poprzedni okres jej rządów – żadnych szczególnie wielkich złudzeń nie mieli.

Projekt utopiono. Wydaje się, że dziś trzeba by go zrealizować. Co to jednak znaczy? Niezupełnie wystarczy wygrzebać go z sejmowej zamrażarki, bo trafił tam nie za sprawą przypadkowego niedopatrzenia, ale z powodu gry interesów, która da o sobie znać jeszcze nie raz i to mocniej po wygranych przez dzisiejszą opozycję wyborach, bo i sytuacja będzie nieporównanie trudniejsza. Nie wystarczy poprawić go i uchwalić. Projekt zakładał zarządzanie mediami publicznymi przez pozarządowe środowiska obywatelskie. Nie tylko zresztą publicznymi – co jest ważnym i staje się coraz ważniejszym szczegółem projektu. Misję publiczną pełnić mogły dowolne medialne produkcje, niezależnie od tego, gdzie i przez jaką instytucję zostały wytworzone. Zarządzanie odpowiednimi funduszami i instytucjami powierzano w nim ludziom wybranym w środowiskach twórczych, akademickich itd. Gwarancją niezależności i politycznej niezawisłości była rada wyłaniana spośród wielu takich ludzi w drodze… – losowania. Nikt tu niczego nie mógł „pozałatwiać”.

Tego się nie da wyłącznie uchwalić w Sejmie. To trzeba jeszcze zrobić z zaangażowaniem bardzo wielu osób i wielu środowisk. W zdrowym społeczeństwie to „trzeba” powinno równocześnie znaczyć „można”. Bo nie istnieje odpowiedź na pytanie, dlaczego to musi być niemożliwe pod obecnymi rządami.

Kuba Wygnański nazwał Abonamentem na Demokrację obywatelski fundusz regularnie zasilany drobnymi kwotami przez wielką liczbę ludzi. Dla Wygnańskiego ważny był nie tylko i nie przede wszystkim finansowy wymiar przedsięwzięcia, ale sam fakt masowego, obywatelskiego zaangażowania. Wygnański porównywał je z abonamentem na Netfliksa, pieniędzmi na alkohol albo z karnetami na siłownie. Dlaczego nie na demokrację, dlaczego na nią nas nie stać?

Sam wolę inne zestawienie. Kiedy Obajtek przejął Polska Presse, w powszechnym oburzeniu wzywano do konsumenckiego bojkotu Orlenu. To się niemal nigdy nie udaje nigdzie na świecie, a w Polsce nie udało się nigdy. Nie wiem, czy da się zauważyć jakiekolwiek, choćby mikroskopijne wahnięcie wpływów Orlenu w wyniku oburzenia, które przecież rzeczywiście było powszechne. Gdyby jednak co dziesiąty z 10 milionów wyborców opozycji – zamiast frustrować się daremnie – zechciał raz w miesiącu przesłać w ramach takiego abonamentu równowartość jednego litra benzyny na stacjach Orlenu – wtedy obywatelski budżet miałby środki na realizację kilku filmów fabularnych rocznie, kilku cyklicznych wielkoformatowych telewizyjnych show – jeśliby ktoś naprawdę tego chciał – albo regularnej produkcji materiałów telewizyjnych oraz każdych innych – na odpowiednio wysokim poziomie. Zatrudnienie mogłoby znaleźć wielu dziennikarzy zwolnionych z pracy lub zmuszanych w niej do uległości wobec politycznych zamówień władzy.

Nic takiego jednak się demokratycznej opozycji nie udaje. Rozsądny i umożliwiający powolny rozwój budżet zbiera w podobny sposób OKO.press, ale poza nimi i środkami zebranymi w nieco innym kontekście przez gwiazdy radiowej Trójki, ta sztuka nie udała nikomu innemu – i chodzi o pieniądze zupełnie innego rzędu. A przecież niezależnie od ciężkiej opresji pisowskich rządów nie ma dzisiaj żadnych przeszkód, żeby odpowiedni fundusz zebrać i powierzyć w zarząd obywatelskiej reprezentacji dokładnie według zasad projektowanych dwanaście lat temu przez Obywateli Kultury.

Cóż, być może ustanowiony ustawą po zwycięskich wyborach odpowiedni obowiązkowy odpis podatkowy rozwiąże finansową część problemu. Pozostanie cała reszta. Uparte finansowanie „nieopłacalnego” w kontekście Kopernika-Greshama rzetelnego dziennikarstwa śledczego, reportażu społecznego, społecznych kampanii, sztuki wysokiej lub choćby „nieco wyższej”, rzetelnego „fakt checkingu”, rzetelnych i systematycznych badań społecznych, krytycznego spojrzenia na politykę swoich i obcych, ciągłego, upartego sięgania poza „mainstream”, aktywnego poszukiwania społecznych oraz politycznych alternatyw i konfrontowania ich z rzeczywistością zamiast „przekazów dnia” partyjnych liderów. Finansowanie i inkubowanie tych rzeczy nie tylko w mediach publicznych, ale również w komercyjnych, których sposobem działania i mechanizmami trzeba się zająć pilnie. Media publiczne dzisiaj to nie może być telewizja i radio. To muszą być również media społecznościowe, bo one sieją spustoszenie największe. Po naszej stronie również. Ideowe sztandary dzisiejszej wojny – również medialnej – zdecydowanie nie wystarczą. Jak to bywa z każdą wojną – one po prostu szkodzą.

O niezależnej od polityków radzie mediów można dzisiaj mówić i postulować ją, można nawet próbować zawierać z nimi kolejne pakty, choć pokorne prośby do „naszych polityków”, by łaskawie zadbali media, które będą ich kontrolować i rozliczać, wydaje się pomysłem równie naiwnym, jak nadzieje folwarcznych chłopów nerwowo stających w progach pańskich dworów ze swymi pokornymi prośbami. Albo można taką radę próbować po prostu po swojemu powołać i zmusić polityków do respektowania jej niezależności. Szanse nie są wielkie na rok przed wyborami. Ale też – to trzeba wiedzieć, bo to jest jeden z przesądzających czynników – Abonament na Demokrację powierzony realnie działającym ludziom w każdym z 41 okręgów sejmowych i 100 senackich pozwoliłby wygrać każde wybory nie polityczną agitką, ale rzetelną informacją i naprawdę otwartą debatą.

 

Podobnie jednak jak to jest z treścią trzech poprzednich części cyklu Wojna w Folwarku, wygląda to na marzenie ściętej głowy. I póki tak to wygląda, zwycięska bitwa w tej wojnie nie wyrwie nas z folwarku, a tylko skaże na marsz ku kolejnej porażce, a każda z nich będzie tylko dotkliwsza.

O autorze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Emeryt na niedzielę

Paweł Kasprzak jest jednym z pomysłodawców i założycieli ruchu Obywatele RP. Był także wydawcą i inicjatorem Obywateli.News. Po z górą pięciu latach aktywności w pełnym wymiarze godzin wycofał się z działalności z powodu sytuacji, w jakiej znalazła się jego rodzina. Kasprzak jest znany z kilku rzeczy, w tym z publicystki, w której próbował programowo szukać dróg „zbawienia Ojczyzny”. Sam nazywał to waleniem głową w mur – „walił” zresztą nie tylko tekstami, ale też innego rodzaju aktywnością. Dziś Kasprzak twierdzi, że z „kanapy emeryta” rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Czy lepiej? Zobaczymy. Kasprzak obiecuje starać się pisać krócej, choć zastrzega, że za efekt nie ręczy. Co tydzień tekst, skoro nie udało mu się utrzymać cyklu codziennych komentarzy wideo.

Z wizytą na antypodach albo podróż do wnętrza bestii

Pytania, które zadają sobie dokonujący apostazji katolicy oraz te, które im często zadajemy – jak możecie wspierać ten zinstytucjonalizowany skandal własną obecnością – są jak najbardziej zasadne. Tak bardzo zasadne, że szczerze współczuję ich adresatom, bo wiem, że żadna dobra odpowiedź nie istnieje. Albo jest skrajnie trudna. Nie da się więc – co więcej, nie powinno się próbować – oddzielić uczciwego myślenia o świeckim państwie od tego kontekstu, czasem przecież krwawego w najdosłowniejszym sensie. Niemniej demokracja np. prawo głosu daje każdemu.

Czytaj

Demony i gotowość na nie

Pewien jestem tego przede wszystkim, że to są ważne sprawy. Że trzeba o nich poważnie rozmawiać. Twardo. Bo cena będzie też twarda. Twardsza niż wszystkie inwektywy latające w obie strony w kolejnej facebookowej awanturze aktywistów…

Czytaj

5. „Ludzie tacy jak my”. Demokracja 2.0

Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań.Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań. Nie wolno po prostu bronić starego porządku. Zwolennicy ancien regime’u w czasach Wielkiej Rewolucji mieli powody lepsze niż my dzisiaj, by bronić ładu, cywilizacji i zwykłej przyzwoitości przed barbarzyńskim, zbuntowanym ludem. Ich tragiczny los nie na tym polegał, że trafili na szafot – nie mieli historycznej racji.

Czytaj

Sondaże i nadzieje

276 i 305 mandatów oraz – co ważniejsze – wymagane dla nich co najmniej 50 lub 60% poparcia. Trzeba przede wszystkim wiedzieć, że to kompletnie nierealne nie tylko w świetle bieżących i dających się wyobrazić sondaży, ale w logice polityki, którą uprawia się w Polsce. W historii III RP żaden taki wynik nie zdarzył się nigdy od czasu pamiętnego 4 czerwca 1989 roku, kiedy kandydaci Komitetu Obywatelskiego „S” uzyskiwali poparcie od 60 do 80%. Nigdy potem nic podobnego się nie zdarzyło. Nigdy nikomu – choć wiele przeszliśmy. Pomyślmy o tym przez chwilę. Cud nie zdarzy się więc i tym razem, bo w świecie polityki jaką znamy to nie jest możliwe.

Czytaj

3. Wyborcza wojna książąt i wasali

Zamachu na rządy prawa dokonuje w Polsce partia wodzowska, o autorytarnej strukturze, skrajnie niedemokratycznym statucie i praktyce funkcjonowania koncentrującej wszystkie decyzje w rękach lidera. To nie jest przypadek. Poczynania Kaczyńskiego nie byłyby możliwe w partii prawdziwie demokratycznej. Prawny zakaz ubiegania się o władzę w wyborach organizacji nieprzestrzegających zasad demokracji w relacjach wewnętrznych byłby zatem kolejnym z tym bezpieczników demokracji, który mógłby skutecznie zapobiec polskiemu kryzysowi. To jeden z twardych wniosków z polskich doświadczeń kryzysu.

Czytaj

2. Do trzech zliczyć

O trójpodziale władzy mówiliśmy i wykrzykiwaliśmy przez ostatnie 7 lat sporo. Na myśli mieliśmy jednak zawsze tylko sądy i władzę polityczną, a to przecież trójki nie czyni – co jakoś do głowy przez te długie 7 lat nie przyszło właściwie nikomu. Trochę to dziwne. Mówiliśmy trzy, a zliczyć umieliśmy najwyraźniej tylko do dwóch, a przecież mamy się za rozumną elitę. Jak nie patrzeć, trójpodziału władzy w III RP nie było nigdy. Gdyby był, historia ostatnich lat wyglądałaby zdecydowanie inaczej i bez wątpliwości lepiej. Może czas nauczyć się liczyć do trzech.

Czytaj

1. Granice władzy i Przemysław Czarnek

Ograniczenie rządzących, kimkolwiek by byli i jakkolwiek byliby wyłaniani – czy pochodzą z wyborów, zamachu stanu lub obcej interwencji, jak to się zdarzyło w Niemczech i Japonii po II Wojnie, kiedy władzę i jej nowy porządek zainstalowali tam zwycięzcy alianci, czy są np. dziedziczni – ma dla demokracji znaczenie ważniejsze niż sam demokratyczny wybór. Historycznie to ono było pierwsze. To od niego rozpoczął się ład, który w zachodnim świecie uznajemy za cywilizowany i oczywisty. Zasada ograniczenia rządzących świadomą wolą rządzonych jest najważniejszą i pierwotną cechą liberalizmu, znacznie starszą od samego tego pojęcia. W Anglii wywodzi się ona od Wielkiej Karty Swobód, więc z początków XIII w. We Francji to Oświecenie, Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, zatem późny wiek XVIII. W Polsce – rzadko o tym pamiętamy – to tradycja Odrodzenia i Reformacji, Artykuły Henrykowskie i Pacta Conventa, wiek XVI.

Czytaj

Cud nad Dnieprem

W miejsce zrozumiałej egzaltacji, która dzisiaj dominuje, kiedy patrzymy na bombardowane miasta, śmierć, cierpienie i bohaterstwo, warto zdawać sobie sprawę z rzeczywistości. Jeśli Putin zmiażdży Ukrainę, przyszłość Europy i świata będzie zupełnie inna niż jeśli Ukraina się obroni. To w tym i tylko w tym kontekście zdania Stoltenberga, Blinkena i decyzje Zachodu znaczą w ogóle cokolwiek.

Czytaj

Kraj sekt

Chodzi mi o to, by na wspólnej liście znaleźli się np. zwolennicy uwolnienia aborcji i przeciwnicy. By się na niej znaleźli głosami ludzi, którzy właśnie na te rzeczy głosują. By nie pozwolić zepchnąć pod dywan rozwiązania tego konfliktu, tylko, by go wreszcie rozwiązać. By ten konflikt i wiele innych przenieść do instytucji demokracji i uczynić przedmiotem sporu, który jest treścią polityki i treścią demokracji – a nie plemiennej wojny, bo jej efektem jest wyłącznie nienawiść i zniszczenie. Git? Dla mnie git. Gotów byłem za to wypruwać bebechy.

Czytaj

Do wyborców PL 2050 i do wyborców lewicy

Nie proponuję Wam głosowania na Tuska. Lewicowcom nie sugeruję głosowania na Hołownię. Proponuję wspólną listę Lewicy, PO i PL 2050 oraz wszystkich pozostałych wyłonioną również Waszymi głosami w otwartych, międzypartyjnych prawyborach – po to, by właśnie dać Wam możliwość głosowania na swoich.

Czytaj

Do tanga trzeba nie tylko dwojga – ktoś musi je najpierw zagrać

Namawiam Monikę Płatek do kandydowania w imię dokładnie tych samych racji o Ojczyźnie w potrzebie, które tak dobitnie wymieniła, wzywając do jedności i wspólnej listy opozycji. Jeśli mam sobie naprawdę wyobrazić wspólną listę ruchu demokratów idących po zwycięstwo, to nijak nie widzę listy warszawskiej albo warszawskich kandydatów do Senatu, bez dr hab. Moniki Płatek, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, wybitnej prawniczki, karnistki, obrończyni praw człowieka bezwzględnie w każdych, nawet najtrudniejszych okolicznościach. Obywatelki, której pryncypialnej niezgody na żadną „drogę na skróty” i na żadne obejścia zasad prawa w imię bieżącej potrzeby jestem absolutnie pewny, bo ją wielokrotnie widziałem. Monika Płatek pisze dzisiaj „albo jedna lista, albo nie liczcie na nasze głosy”. Ja napiszę, że albo na wspólnej liście będą ludzie jak ona, albo ta lista będzie niewiele warta i głosów nie zdobędzie. Mam za sobą jedną nieśmiałą osobistą próbę przekonania jej do tego – dzisiaj bezczelnie pozwalam sobie namawiać ją publicznie. Akurat ja mam prawo – w ramach rewanżu. Trudno mi nie skorzystać z tego przywileju.

Czytaj

Wbrew optymizmowi przyszłych sondaży postawa opozycji gwarantuje klęskę

Większość konstytucyjną mielibyśmy gdyby PiS dostał 27%, a Konfederacja 10%. Taki wynik jest dzisiaj prawdopodobny. Jednak do tego szczęścia potrzeba jeszcze pozostałych 63% dla opozycji — najlepiej idącej jednym blokiem. To zaś scenariusz political fiction. Jak to jest możliwe i czy da się z tym jakoś sobie poradzić? Ten największy dziś problem nie będzie politycznie komentowany.

Czytaj

Patrzcie w górę – bo znowu przegramy!

Chodzi o szacunek dla faktów, dla logiki, o chęć ustalenia jednak prawdy, a nie trendów w ponowoczesnym płynnym chaosie. To fundamentalnie ważne. Ważniejsze nawet niż te wybory, które nas znowu czekają. Rozpada się nie tylko Polska, ale cywilizacja w ogóle.

Czytaj

Moja pierwsza wojna

Mam ileś wspomnień kombatanta. I mam zawsze mieszane odczucia, bo te kombatanckie wspomnienia są mocno fałszem podszyte i wszystkie one razem składają się na obraz historii kompletnie zafałszowany – i tylko trochę ten fałsz wynika z „polityki historycznej”, a o wiele bardziej z naszych kompleksów.

Czytaj

Aborcja i władza

Senat jest „nasz”, demokratyczny. Mamy w nim 24 kobiety, w tym 9 z PiS. I choć parytetowe proporcje po naszej stronie wyglądają zdecydowanie lepiej, to jednak wcale nie wyglądają dobrze i nawet w „naszej połówce” trudno byłoby wskazać jakąś większość „progresywistów” skłonnych do „otwarcia” w sprawie aborcji. Naprawdę uważamy, że oni mają większe prawo decydować o aborcji niż nasz nadużywający alkoholu, nieokrzesany sąsiad w poplamionej żonobijce, głosujący w referendum? Patrzę na Senat i bardzo wątpię. Która z aktywistek OSK zdecydowałaby się powierzyć rozstrzygnięcie sprawy aborcji tej jego połówce, która jest „nasza”? Skąd nadzieja, że po kolejnych wyborach cokolwiek pod tym względem będzie lepiej? Nieporównanie ważniejsze pytanie ogólne – czy dobre państwo naprawdę na tym polega, że w Senacie są zawsze ci, którzy tam naszym zdaniem powinni być? Wyborcy PiS tak właśnie sądzą. Szli do wyborów w 2015 roku, żeby odsunąć „złodziei z PO”. Efekt znamy, ale wyborcy PiS nadal wierzą, że „swoi” są lepsi od „obcych”, nawet jeśli kradną tak samo albo bardziej. Może więc dobre państwo, to po prostu takie, w którym sprawy naprawdę ważne nie zależą od tego, kto akurat rządzi?

Czytaj

Kiedy już PiS upadnie

Wbrew naszym własnym notorycznym deklaracjom i wbrew zdaniu Tuska, że do zła nie wolno się przyzwyczaić – przyzwyczaić powinniśmy się już dawno. Tusk wrócił, notowania PiS leciały w dół, sondaże od dawna dawały i wciąż dają zwycięstwo opozycji, tym razem niezależnie od tego, ile list wystawi. Jakoś nie było słychać okrzyków triumfu, prawda? Dziwne? Z pewnością dziwić powinno, ale nikogo nie zdziwiło. Dziwaczność wczorajszej sytuacji dobrze wyjaśnił stan dzisiejszy. Dzisiaj jest mianowicie jasne, dlaczego postulat przedterminowych wyborów w warunkach „wojny hybrydowej” byłby szaleństwem. A referendum w sprawie UE? Też?

Czytaj

#MeToo

W mojej pamięci i mojej dzisiejszej ocenie problem w tym konkretnym przypadku Maćka Zięby, którego zapamiętałem jako człowieka po prostu niezwykle dobrego, polega właśnie na tym, jak tak straszna rzecz mogła się zdarzyć komuś tak porządnemu. Bo to, że się notorycznie zdarza szujom i marnym głupkom, jak Jankowski albo Dziwisz czy Jędraszewski, jest akurat bardzo łatwo zrozumiałe i wobec tego niewarte uwagi.

Czytaj

Ach, jacy my wszyscy niewinni…

Z piedestału strącany jest właśnie kolejny duchowny autorytet. Ojciec Maciej Zięba. Był dla mnie i autorytetem, i przyjacielem. Cóż, nie będę miał przyjaciela na piedestale. Ale przyjaźń zachowam. Niniejsze jest więc dla mnie niemal prywatą. Zachowam też jednak i zamierzam wyrazić przekonanie, że Maciek był porządnym, mądrym i wartościowym człowiekiem. Który dopuścił się zła. Niejasna deklaracja w czasach zmagań o fundamentalną prostotę prawdy i fałszu, dobra i zła? Przeciwnie – bardzo jasna.

Czytaj

Nie o taką Polskę…

Przy całym własnym krytycyzmie, ostrym niemal na granicy depresji, najzupełniej poważnie uważam konflikt z PiS za właściwie wygrany. Myślę, że to jest trzeźwa ocena, a nie pijana wizja. PiS zmierza ku zderzeniu z kolejnym murem i albo rozsypie się hamując, albo przypuści jeszcze kolejną szarżę, ale zderzenia już nie przeżyje. Ma go też wreszcie kto dobić – mam tu na myśli oczywiście Tuska. Ta sytuacja powinna skłaniać do radości, a wcale nie skłania. Kompletnie już pomieszaliśmy, z czego należy się cieszyć, a czym martwić.

Czytaj

Pragmatyzm wojny ze złem

Zło wokół widzimy. Bunt przeciw niemu jest zrozumiały. Czy bunt wystarczy za powód, by przyniósł cokolwiek dobrego? Myślę, że tak. Czy buntując się przeciw złu, trzeba koniecznie wskazać dobro, którego się chce? Myślę, że wcale nie. Zostawmy więc pytania o dobro przynajmniej na razie.

Czytaj

Tusk: hura, oj, no cóż…

W największym skrócie największej zmiany spodziewają się ci zaangażowani po obu stronach w wojnę tożsamości, która trwa w Polsce co najmniej od 2005 roku i którzy wciąż wierzą, że da się w niej wygrać i że to cokolwiek zmieni. Kto by nie uległ takim emocjom? Sam im ulegam, choć bardzo się staram i choć właśnie w tej wojnie widzę jedną z istotnych przyczyn zła. Chodzi jednak przecież nie tylko o emocje – Tusk ma oczywiście rację, kiedy tę wojnę definiuje w kategoriach walki ze złem. Żadnego odkrycia tym przecież nie czyni.

Czytaj

Ukąszenie Kamińskim

Jak można rozumieć sytuację Bartka i Fundacji Otwarty Dialog? Opiszę, jak ją sam widzę i jakie mam z nią własne doświadczenia. Z osobistej perspektywy. Prywatnej. Interesuje tutaj – i równocześnie bardzo uwiera – osamotnienie Bartka Kramka wśród opozycji. Bo ono pozwoliło go w ogóle zamknąć.

Czytaj

Rzeszowski poligon – political fiction

Strategia w Rzeszowie jest wynikiem przypadkowego aktu szaleństwa. Strategia w opozycyjnej polityce to wciąż political fiction. Obawiam się bardzo, że polska polityka w ogóle nie jest wciąż niczym więcej. Co gorsza, choć Konrad Fijołek to porządny facet i choć w Rzeszowie rzeczywiście wiele dobrego się zdarzyło, to właśnie w świetle tego sukcesu kompletną fikcją okazuje się w Polsce nie tylko sama polityka, ale i polityczny naród, obywatelskie społeczeństwo, czy jakkolwiek inaczej zwać to wszystko, co przez lata usiłowaliśmy budować z Obywatelami RP.

Czytaj

4 Czerwca – wygrać cokolwiek

Charyzma. Poszukujemy jej wciąż. Cała polska historia powinna nas przed nią przestrzegać. Piłsudski, Zamach Majowy, Wałęsa, Wojna na Górze. Marzyłbym, żebyśmy o tym pomyśleli i pogadali w rocznicę 4 czerwca, pamiętając, że rok po tamtej euforii byliśmy wszyscy już na kolejnej wojnie. Ale raczej nie pomyślimy i nie pogadamy. Znowu.

Czytaj

„Kury szczać prowadzać”

Nie miejmy złudzeń. Każdy opowiadający o nowej nadziei, chcący się policzyć, startujący osobno, będzie jak politycy z diagnoz Piłsudskiego. Każdy wódz-uzdrowiciel wejdzie z kolei w dawno temu uszyte przezeń buty kawalerzysty. Efekt będzie ten sam. Zmierzamy w tę stronę.

Czytaj

Przyglądając się ścianie…

W przyrodzie przeżywają przystosowane jednostki, w polityce też. Kryteria rządzące naturalną selekcją znamy. Dobrze byłoby poznać te, które rządzą selekcją w polityce i doprowadzają do stanu, w którym skądinąd przecież niegłupi i wcale nie szmatławi ludzie zachowują się jak ostatnie gnojki, a pieprzą przy tym takie bzdury, że połowa narodu od tego wariuje, a druga rzyga. Poznawszy te mechanizmy, będziemy być może w stanie nie tylko złorzeczyć przed telewizorami, ale cokolwiek zrobić.

Czytaj

Przekaz tygodnia: prawda nas rozwali

Śmiem twierdzić, że o „zdradzie Lewicy” i Funduszu Odbudowy nie przeczytaliśmy dotąd i nie usłyszeliśmy ani słowa prawdy. Czy ktokolwiek w kontekście awantury o Fundusz i o „zdradę Lewicy” widział w mediach na przykład cokolwiek o 90. Artykule Konstytucji? Tym, który przewiduje, że umowy międzynarodowe – jeśli to nie są jakieś umowy handlowe, ale coś, co wchodzi w kompetencje parlamentu i w zakres ustaw – ratyfikuje się w obu izbach kwalifikowaną większością 2/3? Czy ktoś słyszał też, że jednak zwykłą większością Sejm może zdecydować o trybie ratyfikacji i uznać np., że ona wymaga referendum? Że wtedy cytowane od miesięcy sondaże w tej sprawie nabiorą szczególnego i nieco innego znaczenia?

Czytaj

Szymonici i partia nowego typu

O sobie często mówią „żółta rodzinka” lub „hołowniacy”. Ja mówię szymonici – a przyjaciół, których mam wśród nich, oraz znajomych

Czytaj

Hipokrates i słowa na wiatr

Po pierwsze nie szkodzić. Dziś ta zasada starego medyka i mędrca – gdyby ją chcieć stosować w polityce, zwłaszcza „rewolucyjnej” – byłaby

Czytaj

Obywatelski program? Chwila prawdy: ile znaczą ruchy obywatelskie? Strajk Kobiet i jego widoczność z chwilą ogłoszenia orzeczenia Przyłębskiej - ale już choćby w dniach głosowania prezydenckiego? Ruchów obywatelskich nie widać wcale. Jak ich nie widać na ogół - tendencja w trakcie pięciu lat jest wyraźna.