Pragmatyzm wojny ze złem

Nawiązuję rzecz jasna do „exposé” Tuska, w którym zdefiniował polski problem i własną misję jako walkę ze złem. To oczywiście trafna definicja. I jest to również bardzo trafny wybór retorycznej strategii. Najpierw jednak trzeba tu wiedzieć, że Donald Tusk ma w tych sprawach ograniczoną wiarygodność jako polityk znany w Polsce z tego, że treścią polityki był dlań czysty pragmatyzm, a wszelkie „wizje” uważał za groźne lub tylko absurdalnie niepoważne, zaś skłonność do bon motów kazała mu w takich razach opowiadać o leczeniu wizji na zamkniętych oddziałach psychiatrycznych. Zło natomiast – podobnie jak dobro – pragmatyzmowi może niekoniecznie się aż wymyka, ale dobrze się z nim nie rymuje z pewnością.

Zło wokół widzimy. Bunt przeciw niemu jest zrozumiały. Czy bunt wystarczy za powód, by przyniósł cokolwiek dobrego? Myślę, że tak. Czy buntując się przeciw złu, trzeba koniecznie wskazać dobro, którego się chce? Myślę, że wcale nie. Zostawmy więc pytania o dobro przynajmniej na razie.

Dreszcze na plecach

Zauważmy na początek, że każdy bunt – i każdy angażujący wielkie masy ludzi ruch, który chce zmienić rzeczywistość – wymaga od swych uczestników motywacji i decyzji altruistycznych, przekraczających ich jednostkowe potrzeby, aspiracje. Nikt nie zbuntuje się dla osobistej wygody, bo wygodnie jest się właśnie nie buntować. Pod każdym względem. Bunt niesie ze sobą niewygody, ryzyka również materialne, naraża na osobiste konflikty, wymaga też nierzadko nieznośnego wysiłku intelektualnego, zwłaszcza w przypadkach, kiedy rzeczywistość wokół nie poddaje się łatwo. Nigdy nie zbuntuje się pragmatyk – to akurat powinno być jasne. Bunt w imię komfortu, zaplanowany z chłodną precyzją, pewien własnego sukcesu byłby oksymoronem. By się zbuntować, trzeba poczuć na plecach dreszcz silnej emocji. By uwierzyć w szczerość buntu, trzeba widzieć w nim ryzyka – wymiar heroiczny, nie pragmatyczny. Nie pomogą tu „dorosłe” lub gorzkie uśmiechy, które budzi u ludzi rozsądnych wspomnienie heroicznych momentów polskiej historii.

To dość oczywiste spostrzeżenie przeczy jednak potocznej wiedzy. Dawno temu za komuny wiedzieliśmy dobrze, że „lud” zbuntuje się wyłącznie, kiedy mu podrożeje kiełbasa. Dzisiaj czekamy aż do cna wyczerpie się 500+, zamkną granice Unii lub jakieś podobne nieszczęście osobiście dotknie każdego. Więc nie żaden heroiczny altruizm, ale egoizm i własny interes mają mieć przesądzające znaczenie. Przeczy temu przekonaniu właściwe całe doświadczenie historyczne, a jednak to przekonanie jest powszechne i – co ciekawe – tworzy rodzaj samospełniającego się proroctwa.

Dobrze pamiętam sytuację z komuny – owe podwyżki cen kiełbasy – bo widziałem bardzo wiele strajków o wyłącznie płacowych postulatach i dobrze wiem, że bez ani jednego wyjątku każdy z nich był w istocie „o sprawę”, a nie o kiełbasę. Przekonanie o egoistycznych i materialnych motywacjach ludzi, choć było powszechne, nigdy nie było wiedzą o nas samych – zawsze była to wiedza o innych. Każdy Janek wiedział więc, że walczyć to chciałby o wolność, ale już taki Kazik – no, ten to ruszy się wyłącznie w sprawie kiełbasy na zagrychę. Kazik zaś w rzeczywistości dla wolności gotów był odstawić zagrychę i nawet flaszkę, a o Janku wiedział dokładnie to samo, co Janek o nim. Kiedy więc kiełbasa drożała naprawdę, Kazik i Janek wiedzieli, że tym razem na strajku zjawią się obaj. Choć przecież strajk był najgorszym, a nie najlepszym sposobem, by załatwić sobie podwyżkę.

Co więcej, owa pogardzana przez pięknoduchów kiełbasa uszlachetniała „sprawę” – nikt nie buntował się, kiedy drożała wódka. Kiełbasa stawała się przez to kolejnym niezbędnym składnikiem buntu, tworząc równocześnie warunki nie tylko konieczne, ale i niemal wystarczające. W komunie pod presją propagandy, która niszczyła umysły, choć w nią nikt nie wierzył, kiedy nie istniała świadomość wartości innych niż najbardziej podstawowe, płacowe postulaty uchodziły bez wątpliwości za „sprawy zwykłych ludzi” w oczach każdego przeciętnego Kowalskiego i każdego partyjnego aparatczyka. Były „słuszną sprawą”. To nie była „polityka”, w której roi się od „brudnych interesów”, „obcej agentury”, „prowokacji” itd. Kiełbasa była przy tym nie tylko sprawą oczywiście słuszną, ale i mniej ryzykowną. Za politykę szło się siedzieć – w sprawie kiełbasy dało się negocjować. Ta okoliczność tworzyła już komplet warunków wystarczających, by bunt nie tylko wybuchł, ale i zakończył się zwycięstwem.

Nędza bywa powodem rabacji, owszem. Ale rzadko. I nigdy nie takich, które tworzą świadome działanie na rzecz jakiegokolwiek celu – choćby nim była tylko po prostu zmiana władzy. Albo po prostu podwyżka płac. To dlatego, że ludzie zdesperowani nędzą myślą wyłącznie o niej. Nie stać ich na żadne działanie ekstra ani na żadne działanie o wymiarze szerszym niż własny. Na altruizm stać ludzi o minimalnym przynajmniej statusie. I bunt zawsze potrzebuje właśnie „czystej sprawy”. Zorganizowany wymaga również świadomości szans powodzenia.

Pamiętam Martę Lempart i inne liderki protestów kobiet, kiedy wyjaśniały przed kilku laty fenomen protestu czarnych parasolek. Wyjaśniały go zaś właśnie tym, że o ile Trybunał Konstytucyjny jest abstrakcją, podobnie jak praworządność, niezawisłość sądów itd., o tyle sprawa aborcji dotyczy każdej kobiety bezpośrednio – i stawia je wszystkie pod ścianą. No, niedługo potem obrona sądów wygnała na ulice, ku zaskoczeniu wszystkich, największe dotąd tłumy. W tym protestujące kobiety, które wówczas znalazły się na pierwszej linii walki o demokrację. Owa czysta abstrakcja, która podobno nie mogła wywołać buntu, okazała się tą czystą sprawą, w imię której buntować się warto. Uśmiechałem się wtedy, widząc karierę niemal matematycznej, po platońsku czystej abstrakcji, której piękno dostrzegło, doceniło i przeżyło tak wielu ludzi, trzymając te swoje pozapalane światełka, często ze łzami w oczach. A ilekroć na mównicę ówczesnych wieców wchodził któryś z polityków, ludzie odwracali się na pięcie… Zwłaszcza kiedy gadał o wyborach, puszczając oko i mówiąc „wiecie, na kogo głosować”. Donald Tusk powinien to zapamiętać jako przestrogę – i z pewnością pamięta.

Ale to było i tak mało wobec siły protestów z jesieni i zimy 2020/2021. I właśnie tu konieczna jest uwaga korygująca wspomniane spostrzeżenie kobiecych liderek o desperacji wyzwalającej protest. Zakaz Przyłębskiej dotyczył tysiąca przypadków legalnych aborcji rocznie. Zatem owych zdesperowanych, postawionych pod ścianą kobiet było właśnie tyle. Tysiąc – nie setki tysięcy. To nie był protest zdesperowanych, to nie był wyraz rozpaczy, rabacja doprowadzonych do skrajności i niemających wyjścia. To była po prostu wojna ze złem.  Dreszcze na plecach. Archetyp.

Brednie Dudy, wybór Tuska

Opowieść o walce ze złem była dla Tuska bardzo świadomym wyborem. Na to właśnie wygląda i wygląda to dobrze. Zdecydował się na archetypiczną figurę – bardzo dla siebie nietypową. Sama tylko korupcja władzy, o której również mówił, miałaby mniejszą siłę, bo ona działa tylko wtedy, kiedy obraża poczucie sprawiedliwości i godności oszukiwanych i okradanych ludzi. Tusk wie – powinien wiedzieć – że opowieść o korupcji wywoła gniew wśród ludzi skrzywdzonych, a nie tych, którzy w dobrze skrojonych garniturach stoją w jego otoczeniu i pisowskim złodziejskim obyczajem co najwyżej się brzydzą. Jeszcze mniejszą siłę ma gadanie o demokracji, bo demokracja to tylko technika rządzenia, a nie wartość sama w sobie, coś ze sfery archetypów – interesuje bardziej polityków, których lud nie lubi, niż zwykłych ludzi.

Być może Tusk odrobił lekcję początków kariery Dudy. Być może wciąż pamiętamy – w każdym razie powinniśmy pamiętać – np. ów krótki okres kohabitacji Dudy z rządem Ewy Kopacz. Zwoła ten Duda Radę Gabinetową, czy nie zwoła? Poda rękę premier Kopacz, czy tego nie zrobi? Zdumiewałem się zdumieniem komentujących i samymi tymi pytaniami, stawianymi tak skrajnie naiwnie.

W łatwo bowiem czytelnej rzeczywistości prezydenckie zwycięstwo Dudy nie było politycznym zjawiskiem i wynikiem demokratycznej decyzji wyborców, choć wybory naprawdę się odbyły i demokratyczna decyzja rzeczywiście zapadła. Opowieść, którą w głowach miał pisowski lud, pochodziła nie ze świata współczesnej polityki, a z pradawnych arturiańskich mitów. Była przykładem potęgi symboli i tkwiących w języku archetypów. Trump uczył się od Dudy zbójeckiego rzemiosła i prymitywnej ostentacji ćwierćinteligenta.

Oto więc powstał ów niezłomny Andrzej, niewinne dziecię dawnych bohaterów i święty pomazaniec, z dawna zapowiadany w proroctwach oczadziałych od ziół Merlinów. To w tej roli wystąpił np. schowany przed światłami kamer Macierewicz, bajdurząc gdzieś na drugim planie pośród Polonii w Chicago, ale i odurzona transem wiedźma Pawłowicz, bredząc w gorączce na politycznych wiecach w odległej od stolicy wschodniej Polsce. Bóg jeden wie, gdzie się zapodział Excalibur niezłomnego, w żadnej bohaterskiej walce nikt nigdy Dudy nie widział, ale z całą pewnością on nie w wyborczej konkurencji zwyciężył. Niezłomny – tak mówił o sobie we własnym exposé ów palant, którego rzekomy talent oratorski dość powszechnie wówczas chwalono wśród sympatyzujących z opozycją publicystów. Przecież nie do świata polityki on należał, w tym świecie nikt go zresztą nie znał. Był prawowitym władcą, który powrócił – wcielenie poległego Lecha nieledwie – by odzyskać tron i wydrzeć zdrajcom święte insygnia władzy… Sprawa powinna być jasna, choć zupełnie nie była dla zastygłych w bezruchu umysłów politycznych liberałów. Pomazaniec nie uściśnie nigdy rąk rywali, bo to są ręce zdrajców, jest na nich krew zamordowanych smoleńskich bohaterów. Da się na zdrajców co najwyżej splunąć ze wzgardą i siarką okadzić splugawiony Pałac, co zresztą Duda uczynił niezwłocznie po przeprowadzce – pamiętamy poszukiwania Gęsiarki, którą zdrajca Komorowski najpewniej ordynarnie zaiwanił, kryjąc ją pod swym chałatem sprzedawczyka, bo przecież nie pod połą marynarki. Kto tego nie rozumie, ten nie rozumie niczego z dzisiejszej polskiej rzeczywistości i niczego w niej nie zdziała.

Tusk zrozumiał. I dzisiaj to on powraca.

Nie, oczywiście nie chcę powiedzieć, że figury Tuska i Dudy są porównywalne. Duda jest półgłówkiem na usługach tylko nieco bardziej rozgarniętego Kaczyńskiego, Tusk to człowiek wielu niezwykłych talentów i wybitnych zasług. Porównania między nimi nikt przy zdrowych zmysłach by nie próbował. Ale odbiór jednego i drugiego w ich własnych obozach porównać się już da. Pamiętamy o Dudzie tekst: „błogosławione łono, które go wydało” – pamiętajmy i o Mojżeszu albo Mesjaszu, którego Tusk uosabia w niektórych cytatach jego wiernych wyznawców.

Tusk pragmatycznie stawia na „dreszcze na plecach”, wiedząc, że bez nich się nie da. Zabrał mi przy tym zabawki, bo odwołania do kulturowych archetypów i wartości budzących wzruszenia, to była nasza specjalność, znak Obywateli RP. Niech te zabawki ma, niech ich używa z talentem, którego ma w bród. Tusk wie przy tym, że o wszystkim przesądza wiara w zwycięstwo i wobec tego o tym również mówił w exposé z tym samym naciskiem, co o złu, z którym walczy. Ta wiara, jak powiedział, to konieczny warunek powodzenia. Tusk ocenia też najwyraźniej – nie bez powodów przecież i potwierdzają to komentarze wszystkich po obu stronach wojennego frontu – że sam z siebie staje się również ową anegdotyczną kiełbasą z czasów komuny: powodem, dla którego Janek z Kazikiem uznają, że „to jest ten moment” i że da się wygrać. Ponieważ zaś Tusk jest sprawny jak nikt inny, raczej tego nie spieprzy. Połączenie niezbędnych warunków daje mu więc wszystkie szanse poprowadzić na „wojnę ze złem” wszystkich tych, którzy w rządach PiS widzą właśnie po prostu zło. A dzisiaj jest ich większość. Dobrze ponad 50% w dzisiejszych sondażach, jeśli w nich wziąć pod uwagę wynik PO/KO, Hołowni, Lewicy i PSL. Innych Tuskowi nie trzeba, choć prawdopodobnie interesujące jest dlań również 10% wyborców Konfederacji, choćby z tego powodu, że oni na PiS głosować łatwo nie zechcą. Tusk nie potrzebuje ani przeciągać wyborców PiS, ani przekonywać niegłosujących. W obu grupach nie miałby zresztą wielkich szans. To, co ma, zupełnie mu wystarczy.

Da się wprawdzie przewidzieć bez trudu, że ani Hołownia, ani Lewica nie palą się zapisywać do „drużyny pierścienia”, ale – jak to już przećwiczyliśmy wielokrotnie – tak mogą zdecydować tylko generałowie potencjalnych sojuszniczych armii. Żołnierze w dniu wyborów staną przy tym sztandarze, który w ich oczach daje nadzieję zwycięstwa, zatem staną przy Tusku, a własnych generałów porzucą. Przypomnę – 2/3 zwolenników Wiosny nie wzięło udziału w „liczeniu się” zwolenników Biedronia w wyborach, tylko zagłosowało na KE, bo to KE, a nie Wiosna miała podobno szansę „dokopać Kaczyńskiemu”. Tak zawsze było, jest i będzie. Zresztą kto wytrzyma konfrontację z epicką opowieścią o archetypicznych zmaganiach ze złem? Sprawność Hołowni przestanie być w ogóle słyszalna, kiedy zabrzmi tętent kopyt i łopot husarskich skrzydeł. Podobnie oczywiście nasze, Obywateli RP marudzenie o obywatelskim sprawstwie. Jakieś prawa kobiet? Wolne żarty. Nikt nie podskoczy szarżującej husarii. I właśnie tak będą wyglądały te dwa lata, czy ile nam jeszcze zostało do wyborów.   

 

Nieobecna definicja dobra

W zasadzie na powyższej wróżbie na najbliższe dwa lata można by było zakończyć te i każde inne rozważania o polskiej polityce, bo jest w tej wróżbie również prawdopodobna prognoza wyniku decydującego starcia. Husarskie napierśniki Tuska nie są wprawdzie z damasceńskiej stali, ale – Tusk to nie Biedroń i nie Hołownia – ma je z kevlaru, nie z plastiku. Husaria po pisowskiej stronie jest zaś mocno sfatygowana, po orlich piórach w skrzydłach zostało jej już tylko kacze pierze używane do napraw i sztukowania ubytków, a przez dziury w przerdzewiałej zbroi wyziera przepocona, ruska bawełna „żonobijek” na poprzecieranych ramiączkach.

Prawdopodobnie niesprawiedliwie przesadziłem z plastikiem zwłaszcza u Hołowni, ale część problemu z definicją dobra polega właśnie na tym, czy generałowie Hołowni, Lewicy i jacyś inni ruszą do szarży w tym samym szyku, co hetman Tusk. W tej sprawie trwa jeszcze wyczekiwanie na start, jak w kolarskiej stójce na torze. Ale już dziś powinniśmy dobrze wiedzieć, że los tego, kto nie przyklei się do Tuska, kiedy on ruszy naprawdę, będzie raczej marny.

Dobra definiować nie trzeba, by poczuć dreszcz uniesienia konieczny w tej szarży. Wystarczy, jako się rzekło, walka ze złem. Tyle jednak wiemy, że rzeczywistość zażąda odpowiedzi dokładniejszych. Być może Tusk jest konserwatywnym liberałem. Przede wszystkim jest pragmatykiem nawykłym do poszukiwania dającego przewagę centrum. Czy i na ile decyzja o zwrocie w stronę archetypicznej opowieści o walce ze złem zmodyfikuje dotychczasową strategię unikania tzw. „tematów zastępczych” – czyli wszystkich takich na czele z aborcją, których poruszenie grozi osunięciem z wygodnej pozycji centrowej? W chwili, gdy to piszę, Tusk mówi w Gdańsku, że 40 lat komunizmu nie zaszkodziło Kościołowi tak, jak 6 lat PiS. Bardzo to zręczne odwrócenie kota ogonem i równocześnie siebie bokiem do niebezpiecznej dla „centrysty” fali antykościelnego wzmożenia. Moje uznanie – tyle, że długo tak się nie da. Ryzykownych w ten sposób tematów nie da się unikać dowolnie długo. „Gorących kartofli” tego rodzaju podrzucą zaś Tuskowi chętnie propagandyści PiS, ale także choćby aktywistki Strajku Kobiet. Można na to machnąć ręką, zakładając, że straty ze zrażenia np. najbardziej progresywnych wyborców niewiele tu zmienią i Tusk wygra i tak. Otwartym pozostaje dla mnie pytanie, czy Tusk machnie na to ręką również, choć zarówno przeszłość Tuska, jak logika polskiej polityki pozwalają się domyślać odpowiedzi.

Ceną byłaby jednak nie tylko strata poparcia niewielkich liczebnie skrzydeł. Ceną może być utrata wiarygodności. Kiedy się walczy ze złem, nie wolno kluczyć stosownie do sondaży i szacunków grup poparcia, bo wtedy nikt nie uwierzy w rozróżnienie zła i dobra. „Temat zastępczy” będzie więc kosztował głosy nie tylko tych, dla których on jest ważny. Też to już nie raz w Polsce widzieliśmy – chyba najbardziej spektakularnie w wyborach europejskich, które powinny być dla nas nie do przegrania, a jednak daliśmy radę.

No, ale Tusk jest dobry, a opowieść o walce ze złem jest jeszcze lepsza. Jak zwykle ze strony tej formacji usłyszymy kolejne „nie teraz”. Nasz protest w każdej takiej sprawie będzie jednak jak brzęczenie muchy. Słabo słyszalny, a jeśli w ogóle – zaledwie irytujący. Więc już nie będę powtarzał własnych definicji dobra i programów, w których by się one mogły zrealizować. Nikogo to nie obejdzie.

Jeśli ktokolwiek pamięta jeszcze ów dziś już zapomniany entuzjazm kampanii Trzaskowskiego podjętej wbrew pryncypiom, którymi przez lata wycieraliśmy sobie gęby i wbrew chłodnej kalkulacji zysków i strat, entuzjazm wykorzystany przy tym do marnych przetasowań między partiami opozycji i wyłącznie im służący – niech sobie przypomni własną irytację naszymi ówczesnymi przestrogami i uświadomi sobie, że to wszystko pikuś przy wzmożeniu, które jest przed nami.

 

Pragmatyzm? Oddział zamknięty

Tusk wygra. Tym razem się raczej uda, on wie, co robi. To oczywiście dobrze. Upiję się z tej okazji. Co się wydarzy poza tym?

W sprawie aborcji – kolejny kompromis. W sprawie Kościoła – również. W sprawie praworządności – ktoś chce się założyć? A kto się założy o rozliczenie gangsterów z PiS? Media publiczne – ktoś może dziś pamięta, kto utopił społeczny, środowiskowy projekt ustawy medialnej? Ustrój? Trójpodział władzy? Kontrola rządu przez parlament? Ustrój partii politycznych przeżartych interesami dworskich kamaryli i odbierający nam realne prawo wyboru? Ordynacja wyborcza? Jakiś choćby irlandzki model obywatelskiej „trzeciej izby” w sprawie aborcji, klimatu, podatków, polityki społecznej?

A może koniec polskiej wojny kultur? Przecież to właśnie ona napędza tę politykę, w której Donald Tusk był i pozostaje tak biegły. W polityce już wszystko – zdanie na dosłownie każdy temat: polityka zagraniczna, energetyczna, środowisko, edukacja, ochrona zdrowia, pomoc społeczna – zależy wyłącznie od tego, pod którym z wojennych sztandarów stoimy. Nie wybieramy i nie będziemy wybierać polityk. Będzie na odwrót – poprzemy sztandar, a skutki zobaczymy potem. I zawsze je poprzemy, bo sztandar jest nasz. Jan Olszewski powiedział, że sprawą wagi najwyższej jest pytanie, do kogo należy państwo. Na myśli miał zaś polityczną ekipę. To chyba najbardziej złowrogie określenie polityki z dotychczas wypowiedzianych. Tyle, że dziś ono wyraża również nasze aspiracje, a nie tylko bełkot skrajnej prawicy marzącej, by wyimaginowane lub rzeczywiste mafie wrogów zastąpić własnymi. Murem za Tuskiem będziemy stać nie tylko przez dwa najbliższe lata, ale i potem, kiedy on zostanie komendantem oblężonej twierdzy. Zwycięstwo nad PiS spowoduje konieczność bardzo zasadniczych przegrupowań po stronie populistycznej prawicy. Dostaniemy więc trochę czasu. Ale paliwa dla skrajnej prawicy nie zabraknie. Wojna ze złem będzie i dla niej źródłem siły. Przegrupowanie w końcu nastąpi. Jeśli kogoś interesuje twardy realizm, to on wygląda właśnie tak i za nic nie chce wyglądać inaczej. Jakiś pragmatyzm w tej sytuacji?

Etos demokratycznego oporu przeciw instalowanej tyranii budowaliśmy przez ostatnie sześć lat właściwie od fundamentów, choć tak pięknie go nam przecież opisano w preambule konstytucji. Samą konstytucję musieliśmy dopiero poznawać – może lepiej przestać się oszukiwać i przyznać to otwarcie. Wartości stojące u jej podstaw uświadamialiśmy sobie z bolesnym trudem dopiero, kiedy je niszczono jedną po drugiej. Mozolnie zbieraliśmy doświadczenia, by móc w ogóle zacząć myśleć o demokratycznym programie naprawy i narzędziach jego realizacji. To wszystko odbywało się poza oficjalną polityką. Przed nami nie pierwsza polityczna kampania, która to wszystko rujnuje. Ale ta będzie skuteczna – bo przecież wreszcie wygramy. Kiedyś jednak – szybciej niż będziemy skłonni myśleć – nasza twierdza upadnie. I będziemy wtedy bardziej bezbronni niż byliśmy ostatnio. Szkoda. No, ale przecież trudno. Trzeba znaleźć parasol zamiast narzekać, że pada.

Marcin Król pisał przed pisowskim kryzysem o polityce czystego pragmatyzmu i demokracji opartej o procedury pozbawione moralnego nacechowania i jakiejkolwiek aksjologicznej perspektywy. Pisał, że to nikczemna polityka i wynaturzona demokracja, która musi się zawalić. Tusk zaś odpowiadał – przecież między innymi jemu – bon motami o wizjach, które trzeba leczyć. Oczywiście chcę upadku PiS. Oczywiście znam nieprzeciętną wartość Tuska. Życzę mu sukcesu i wierzę w ten sukces. Nie umiem powiedzieć kto, jeśli nie on. Rozglądam się więc nie za innymi liderami, ale raczej szukam kumpli, z którymi spędzę czas w zamkniętych oddziałach, lecząc się z wizji, które się nie wypełnią. Marcin Król umarł, co wciąż mam mu za złe. Ale może słusznie umarł – on przecież denerwująco często miewał rację. Może pora. Podobno idą młodzi.

Fot. Microsoft.com, Prison Architect: Psych Ward DLC — gra Xbox one

O autorze

1 thought on “Pragmatyzm wojny ze złem

  1. Pragmatyzm wojny zła ze złem.
    Prof. Gdula:
    „Debata Tusk-Kaczyński: Kaczyński: Polska w ruinie! Tusk: Rozdaliście rodzinie! Kaczyński: PO to niszczenie tradycji! Tusk: PiS to niszczenie Kościoła! Kaczyński: Komoruski! Tusk: Ład Ruski! Debata „niestety” się nie odbędzie”

    Na to Tomasz Lis:
    „Tragiczny stan polskiej nauki można zilustrować, o czym świadczy ten żałosny, infantylny wpis, dwoma słowami. Profesor Gdula”

    Hłe, hłe, hłe, hłe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Emeryt na niedzielę

Paweł Kasprzak jest jednym z pomysłodawców i założycieli ruchu Obywatele RP. Był także wydawcą i inicjatorem Obywateli.News. Po z górą pięciu latach aktywności w pełnym wymiarze godzin wycofał się z działalności z powodu sytuacji, w jakiej znalazła się jego rodzina. Kasprzak jest znany z kilku rzeczy, w tym z publicystki, w której próbował programowo szukać dróg „zbawienia Ojczyzny”. Sam nazywał to waleniem głową w mur – „walił” zresztą nie tylko tekstami, ale też innego rodzaju aktywnością. Dziś Kasprzak twierdzi, że z „kanapy emeryta” rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Czy lepiej? Zobaczymy. Kasprzak obiecuje starać się pisać krócej, choć zastrzega, że za efekt nie ręczy. Co tydzień tekst, skoro nie udało mu się utrzymać cyklu codziennych komentarzy wideo.

Z wizytą na antypodach albo podróż do wnętrza bestii

Pytania, które zadają sobie dokonujący apostazji katolicy oraz te, które im często zadajemy – jak możecie wspierać ten zinstytucjonalizowany skandal własną obecnością – są jak najbardziej zasadne. Tak bardzo zasadne, że szczerze współczuję ich adresatom, bo wiem, że żadna dobra odpowiedź nie istnieje. Albo jest skrajnie trudna. Nie da się więc – co więcej, nie powinno się próbować – oddzielić uczciwego myślenia o świeckim państwie od tego kontekstu, czasem przecież krwawego w najdosłowniejszym sensie. Niemniej demokracja np. prawo głosu daje każdemu.

Czytaj

Demony i gotowość na nie

Pewien jestem tego przede wszystkim, że to są ważne sprawy. Że trzeba o nich poważnie rozmawiać. Twardo. Bo cena będzie też twarda. Twardsza niż wszystkie inwektywy latające w obie strony w kolejnej facebookowej awanturze aktywistów…

Czytaj

5. „Ludzie tacy jak my”. Demokracja 2.0

Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań.Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań. Nie wolno po prostu bronić starego porządku. Zwolennicy ancien regime’u w czasach Wielkiej Rewolucji mieli powody lepsze niż my dzisiaj, by bronić ładu, cywilizacji i zwykłej przyzwoitości przed barbarzyńskim, zbuntowanym ludem. Ich tragiczny los nie na tym polegał, że trafili na szafot – nie mieli historycznej racji.

Czytaj

4. Media i sztandary

Wypada powiedzieć wyraźnie, że w kryzysie polskiej demokracji zawiodły również media, nie tylko instytucje demokracji. W bardzo czytelny sposób wyborcy PiS odrzucili w 2015 roku nie tylko ówczesne elity polityczne, ale także związane z nimi – jak nie bez racji sądzono – media ówczesnego głównego nurtu. Ważne byłoby w takim razie zastanowić się, czy dzisiejszym naszym problemem jest TVP obsadzona ludźmi rządzącej partii i wystarczy w związku z tym po prostu wymiana kadr, czy może chodzi o wady strukturalne, które umożliwiły tak łatwe przejęcie mediów publicznych i zamienienie ich machinę propagandy rządzącej partii. Czy w modelu i faktycznym funkcjonowaniu mediów – nie tylko publicznych, ale również prywatnych sprzed 2015 roku – nie da się znaleźć źródeł choroby tak wyraźnie widocznej dzisiaj i na czym dokładnie ta choroba polega.

Czytaj

Sondaże i nadzieje

276 i 305 mandatów oraz – co ważniejsze – wymagane dla nich co najmniej 50 lub 60% poparcia. Trzeba przede wszystkim wiedzieć, że to kompletnie nierealne nie tylko w świetle bieżących i dających się wyobrazić sondaży, ale w logice polityki, którą uprawia się w Polsce. W historii III RP żaden taki wynik nie zdarzył się nigdy od czasu pamiętnego 4 czerwca 1989 roku, kiedy kandydaci Komitetu Obywatelskiego „S” uzyskiwali poparcie od 60 do 80%. Nigdy potem nic podobnego się nie zdarzyło. Nigdy nikomu – choć wiele przeszliśmy. Pomyślmy o tym przez chwilę. Cud nie zdarzy się więc i tym razem, bo w świecie polityki jaką znamy to nie jest możliwe.

Czytaj

3. Wyborcza wojna książąt i wasali

Zamachu na rządy prawa dokonuje w Polsce partia wodzowska, o autorytarnej strukturze, skrajnie niedemokratycznym statucie i praktyce funkcjonowania koncentrującej wszystkie decyzje w rękach lidera. To nie jest przypadek. Poczynania Kaczyńskiego nie byłyby możliwe w partii prawdziwie demokratycznej. Prawny zakaz ubiegania się o władzę w wyborach organizacji nieprzestrzegających zasad demokracji w relacjach wewnętrznych byłby zatem kolejnym z tym bezpieczników demokracji, który mógłby skutecznie zapobiec polskiemu kryzysowi. To jeden z twardych wniosków z polskich doświadczeń kryzysu.

Czytaj

2. Do trzech zliczyć

O trójpodziale władzy mówiliśmy i wykrzykiwaliśmy przez ostatnie 7 lat sporo. Na myśli mieliśmy jednak zawsze tylko sądy i władzę polityczną, a to przecież trójki nie czyni – co jakoś do głowy przez te długie 7 lat nie przyszło właściwie nikomu. Trochę to dziwne. Mówiliśmy trzy, a zliczyć umieliśmy najwyraźniej tylko do dwóch, a przecież mamy się za rozumną elitę. Jak nie patrzeć, trójpodziału władzy w III RP nie było nigdy. Gdyby był, historia ostatnich lat wyglądałaby zdecydowanie inaczej i bez wątpliwości lepiej. Może czas nauczyć się liczyć do trzech.

Czytaj

1. Granice władzy i Przemysław Czarnek

Ograniczenie rządzących, kimkolwiek by byli i jakkolwiek byliby wyłaniani – czy pochodzą z wyborów, zamachu stanu lub obcej interwencji, jak to się zdarzyło w Niemczech i Japonii po II Wojnie, kiedy władzę i jej nowy porządek zainstalowali tam zwycięzcy alianci, czy są np. dziedziczni – ma dla demokracji znaczenie ważniejsze niż sam demokratyczny wybór. Historycznie to ono było pierwsze. To od niego rozpoczął się ład, który w zachodnim świecie uznajemy za cywilizowany i oczywisty. Zasada ograniczenia rządzących świadomą wolą rządzonych jest najważniejszą i pierwotną cechą liberalizmu, znacznie starszą od samego tego pojęcia. W Anglii wywodzi się ona od Wielkiej Karty Swobód, więc z początków XIII w. We Francji to Oświecenie, Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, zatem późny wiek XVIII. W Polsce – rzadko o tym pamiętamy – to tradycja Odrodzenia i Reformacji, Artykuły Henrykowskie i Pacta Conventa, wiek XVI.

Czytaj

Cud nad Dnieprem

W miejsce zrozumiałej egzaltacji, która dzisiaj dominuje, kiedy patrzymy na bombardowane miasta, śmierć, cierpienie i bohaterstwo, warto zdawać sobie sprawę z rzeczywistości. Jeśli Putin zmiażdży Ukrainę, przyszłość Europy i świata będzie zupełnie inna niż jeśli Ukraina się obroni. To w tym i tylko w tym kontekście zdania Stoltenberga, Blinkena i decyzje Zachodu znaczą w ogóle cokolwiek.

Czytaj

Kraj sekt

Chodzi mi o to, by na wspólnej liście znaleźli się np. zwolennicy uwolnienia aborcji i przeciwnicy. By się na niej znaleźli głosami ludzi, którzy właśnie na te rzeczy głosują. By nie pozwolić zepchnąć pod dywan rozwiązania tego konfliktu, tylko, by go wreszcie rozwiązać. By ten konflikt i wiele innych przenieść do instytucji demokracji i uczynić przedmiotem sporu, który jest treścią polityki i treścią demokracji – a nie plemiennej wojny, bo jej efektem jest wyłącznie nienawiść i zniszczenie. Git? Dla mnie git. Gotów byłem za to wypruwać bebechy.

Czytaj

Do wyborców PL 2050 i do wyborców lewicy

Nie proponuję Wam głosowania na Tuska. Lewicowcom nie sugeruję głosowania na Hołownię. Proponuję wspólną listę Lewicy, PO i PL 2050 oraz wszystkich pozostałych wyłonioną również Waszymi głosami w otwartych, międzypartyjnych prawyborach – po to, by właśnie dać Wam możliwość głosowania na swoich.

Czytaj

Do tanga trzeba nie tylko dwojga – ktoś musi je najpierw zagrać

Namawiam Monikę Płatek do kandydowania w imię dokładnie tych samych racji o Ojczyźnie w potrzebie, które tak dobitnie wymieniła, wzywając do jedności i wspólnej listy opozycji. Jeśli mam sobie naprawdę wyobrazić wspólną listę ruchu demokratów idących po zwycięstwo, to nijak nie widzę listy warszawskiej albo warszawskich kandydatów do Senatu, bez dr hab. Moniki Płatek, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, wybitnej prawniczki, karnistki, obrończyni praw człowieka bezwzględnie w każdych, nawet najtrudniejszych okolicznościach. Obywatelki, której pryncypialnej niezgody na żadną „drogę na skróty” i na żadne obejścia zasad prawa w imię bieżącej potrzeby jestem absolutnie pewny, bo ją wielokrotnie widziałem. Monika Płatek pisze dzisiaj „albo jedna lista, albo nie liczcie na nasze głosy”. Ja napiszę, że albo na wspólnej liście będą ludzie jak ona, albo ta lista będzie niewiele warta i głosów nie zdobędzie. Mam za sobą jedną nieśmiałą osobistą próbę przekonania jej do tego – dzisiaj bezczelnie pozwalam sobie namawiać ją publicznie. Akurat ja mam prawo – w ramach rewanżu. Trudno mi nie skorzystać z tego przywileju.

Czytaj

Wbrew optymizmowi przyszłych sondaży postawa opozycji gwarantuje klęskę

Większość konstytucyjną mielibyśmy gdyby PiS dostał 27%, a Konfederacja 10%. Taki wynik jest dzisiaj prawdopodobny. Jednak do tego szczęścia potrzeba jeszcze pozostałych 63% dla opozycji — najlepiej idącej jednym blokiem. To zaś scenariusz political fiction. Jak to jest możliwe i czy da się z tym jakoś sobie poradzić? Ten największy dziś problem nie będzie politycznie komentowany.

Czytaj

Patrzcie w górę – bo znowu przegramy!

Chodzi o szacunek dla faktów, dla logiki, o chęć ustalenia jednak prawdy, a nie trendów w ponowoczesnym płynnym chaosie. To fundamentalnie ważne. Ważniejsze nawet niż te wybory, które nas znowu czekają. Rozpada się nie tylko Polska, ale cywilizacja w ogóle.

Czytaj

Moja pierwsza wojna

Mam ileś wspomnień kombatanta. I mam zawsze mieszane odczucia, bo te kombatanckie wspomnienia są mocno fałszem podszyte i wszystkie one razem składają się na obraz historii kompletnie zafałszowany – i tylko trochę ten fałsz wynika z „polityki historycznej”, a o wiele bardziej z naszych kompleksów.

Czytaj

Aborcja i władza

Senat jest „nasz”, demokratyczny. Mamy w nim 24 kobiety, w tym 9 z PiS. I choć parytetowe proporcje po naszej stronie wyglądają zdecydowanie lepiej, to jednak wcale nie wyglądają dobrze i nawet w „naszej połówce” trudno byłoby wskazać jakąś większość „progresywistów” skłonnych do „otwarcia” w sprawie aborcji. Naprawdę uważamy, że oni mają większe prawo decydować o aborcji niż nasz nadużywający alkoholu, nieokrzesany sąsiad w poplamionej żonobijce, głosujący w referendum? Patrzę na Senat i bardzo wątpię. Która z aktywistek OSK zdecydowałaby się powierzyć rozstrzygnięcie sprawy aborcji tej jego połówce, która jest „nasza”? Skąd nadzieja, że po kolejnych wyborach cokolwiek pod tym względem będzie lepiej? Nieporównanie ważniejsze pytanie ogólne – czy dobre państwo naprawdę na tym polega, że w Senacie są zawsze ci, którzy tam naszym zdaniem powinni być? Wyborcy PiS tak właśnie sądzą. Szli do wyborów w 2015 roku, żeby odsunąć „złodziei z PO”. Efekt znamy, ale wyborcy PiS nadal wierzą, że „swoi” są lepsi od „obcych”, nawet jeśli kradną tak samo albo bardziej. Może więc dobre państwo, to po prostu takie, w którym sprawy naprawdę ważne nie zależą od tego, kto akurat rządzi?

Czytaj

Kiedy już PiS upadnie

Wbrew naszym własnym notorycznym deklaracjom i wbrew zdaniu Tuska, że do zła nie wolno się przyzwyczaić – przyzwyczaić powinniśmy się już dawno. Tusk wrócił, notowania PiS leciały w dół, sondaże od dawna dawały i wciąż dają zwycięstwo opozycji, tym razem niezależnie od tego, ile list wystawi. Jakoś nie było słychać okrzyków triumfu, prawda? Dziwne? Z pewnością dziwić powinno, ale nikogo nie zdziwiło. Dziwaczność wczorajszej sytuacji dobrze wyjaśnił stan dzisiejszy. Dzisiaj jest mianowicie jasne, dlaczego postulat przedterminowych wyborów w warunkach „wojny hybrydowej” byłby szaleństwem. A referendum w sprawie UE? Też?

Czytaj

#MeToo

W mojej pamięci i mojej dzisiejszej ocenie problem w tym konkretnym przypadku Maćka Zięby, którego zapamiętałem jako człowieka po prostu niezwykle dobrego, polega właśnie na tym, jak tak straszna rzecz mogła się zdarzyć komuś tak porządnemu. Bo to, że się notorycznie zdarza szujom i marnym głupkom, jak Jankowski albo Dziwisz czy Jędraszewski, jest akurat bardzo łatwo zrozumiałe i wobec tego niewarte uwagi.

Czytaj

Ach, jacy my wszyscy niewinni…

Z piedestału strącany jest właśnie kolejny duchowny autorytet. Ojciec Maciej Zięba. Był dla mnie i autorytetem, i przyjacielem. Cóż, nie będę miał przyjaciela na piedestale. Ale przyjaźń zachowam. Niniejsze jest więc dla mnie niemal prywatą. Zachowam też jednak i zamierzam wyrazić przekonanie, że Maciek był porządnym, mądrym i wartościowym człowiekiem. Który dopuścił się zła. Niejasna deklaracja w czasach zmagań o fundamentalną prostotę prawdy i fałszu, dobra i zła? Przeciwnie – bardzo jasna.

Czytaj

Nie o taką Polskę…

Przy całym własnym krytycyzmie, ostrym niemal na granicy depresji, najzupełniej poważnie uważam konflikt z PiS za właściwie wygrany. Myślę, że to jest trzeźwa ocena, a nie pijana wizja. PiS zmierza ku zderzeniu z kolejnym murem i albo rozsypie się hamując, albo przypuści jeszcze kolejną szarżę, ale zderzenia już nie przeżyje. Ma go też wreszcie kto dobić – mam tu na myśli oczywiście Tuska. Ta sytuacja powinna skłaniać do radości, a wcale nie skłania. Kompletnie już pomieszaliśmy, z czego należy się cieszyć, a czym martwić.

Czytaj

Tusk: hura, oj, no cóż…

W największym skrócie największej zmiany spodziewają się ci zaangażowani po obu stronach w wojnę tożsamości, która trwa w Polsce co najmniej od 2005 roku i którzy wciąż wierzą, że da się w niej wygrać i że to cokolwiek zmieni. Kto by nie uległ takim emocjom? Sam im ulegam, choć bardzo się staram i choć właśnie w tej wojnie widzę jedną z istotnych przyczyn zła. Chodzi jednak przecież nie tylko o emocje – Tusk ma oczywiście rację, kiedy tę wojnę definiuje w kategoriach walki ze złem. Żadnego odkrycia tym przecież nie czyni.

Czytaj

Ukąszenie Kamińskim

Jak można rozumieć sytuację Bartka i Fundacji Otwarty Dialog? Opiszę, jak ją sam widzę i jakie mam z nią własne doświadczenia. Z osobistej perspektywy. Prywatnej. Interesuje tutaj – i równocześnie bardzo uwiera – osamotnienie Bartka Kramka wśród opozycji. Bo ono pozwoliło go w ogóle zamknąć.

Czytaj

Rzeszowski poligon – political fiction

Strategia w Rzeszowie jest wynikiem przypadkowego aktu szaleństwa. Strategia w opozycyjnej polityce to wciąż political fiction. Obawiam się bardzo, że polska polityka w ogóle nie jest wciąż niczym więcej. Co gorsza, choć Konrad Fijołek to porządny facet i choć w Rzeszowie rzeczywiście wiele dobrego się zdarzyło, to właśnie w świetle tego sukcesu kompletną fikcją okazuje się w Polsce nie tylko sama polityka, ale i polityczny naród, obywatelskie społeczeństwo, czy jakkolwiek inaczej zwać to wszystko, co przez lata usiłowaliśmy budować z Obywatelami RP.

Czytaj

4 Czerwca – wygrać cokolwiek

Charyzma. Poszukujemy jej wciąż. Cała polska historia powinna nas przed nią przestrzegać. Piłsudski, Zamach Majowy, Wałęsa, Wojna na Górze. Marzyłbym, żebyśmy o tym pomyśleli i pogadali w rocznicę 4 czerwca, pamiętając, że rok po tamtej euforii byliśmy wszyscy już na kolejnej wojnie. Ale raczej nie pomyślimy i nie pogadamy. Znowu.

Czytaj

„Kury szczać prowadzać”

Nie miejmy złudzeń. Każdy opowiadający o nowej nadziei, chcący się policzyć, startujący osobno, będzie jak politycy z diagnoz Piłsudskiego. Każdy wódz-uzdrowiciel wejdzie z kolei w dawno temu uszyte przezeń buty kawalerzysty. Efekt będzie ten sam. Zmierzamy w tę stronę.

Czytaj

Przyglądając się ścianie…

W przyrodzie przeżywają przystosowane jednostki, w polityce też. Kryteria rządzące naturalną selekcją znamy. Dobrze byłoby poznać te, które rządzą selekcją w polityce i doprowadzają do stanu, w którym skądinąd przecież niegłupi i wcale nie szmatławi ludzie zachowują się jak ostatnie gnojki, a pieprzą przy tym takie bzdury, że połowa narodu od tego wariuje, a druga rzyga. Poznawszy te mechanizmy, będziemy być może w stanie nie tylko złorzeczyć przed telewizorami, ale cokolwiek zrobić.

Czytaj

Przekaz tygodnia: prawda nas rozwali

Śmiem twierdzić, że o „zdradzie Lewicy” i Funduszu Odbudowy nie przeczytaliśmy dotąd i nie usłyszeliśmy ani słowa prawdy. Czy ktokolwiek w kontekście awantury o Fundusz i o „zdradę Lewicy” widział w mediach na przykład cokolwiek o 90. Artykule Konstytucji? Tym, który przewiduje, że umowy międzynarodowe – jeśli to nie są jakieś umowy handlowe, ale coś, co wchodzi w kompetencje parlamentu i w zakres ustaw – ratyfikuje się w obu izbach kwalifikowaną większością 2/3? Czy ktoś słyszał też, że jednak zwykłą większością Sejm może zdecydować o trybie ratyfikacji i uznać np., że ona wymaga referendum? Że wtedy cytowane od miesięcy sondaże w tej sprawie nabiorą szczególnego i nieco innego znaczenia?

Czytaj

Szymonici i partia nowego typu

O sobie często mówią „żółta rodzinka” lub „hołowniacy”. Ja mówię szymonici – a przyjaciół, których mam wśród nich, oraz znajomych

Czytaj

Hipokrates i słowa na wiatr

Po pierwsze nie szkodzić. Dziś ta zasada starego medyka i mędrca – gdyby ją chcieć stosować w polityce, zwłaszcza „rewolucyjnej” – byłaby

Czytaj

Obywatelski program? Chwila prawdy: ile znaczą ruchy obywatelskie? Strajk Kobiet i jego widoczność z chwilą ogłoszenia orzeczenia Przyłębskiej - ale już choćby w dniach głosowania prezydenckiego? Ruchów obywatelskich nie widać wcale. Jak ich nie widać na ogół - tendencja w trakcie pięciu lat jest wyraźna.