Z wizytą na antypodach albo podróż do wnętrza bestii

W Centrum Dialogu im. Marka Edelmana to było – w Łodzi, a nie w Sydney, więc niedokładnie geograficzne antypody, a jednak sama nazwa – Kongres Katoliczek i Katolików – brzmi w bańce, do której należę, tak egzotycznie, że kangury, dziobaki i koale przy tym wysiadają. Z pewnością większość z nas w tej naszej bańce częściej widzi koalę niż aktywnie myślącego katolika. Jest tak, bo tak chcemy. Wielu z nas w facebookowych komentarzach wyraża myśl, że myślący, otwarty i porządny ksiądz jest ontologicznie niemożliwy, a jeśli się już zdarzy, to jest gorszy od Jędraszewskiego, bo usypia naszą rewolucyjną czujność, odwracając uwagę od zła, jakim Kościół katolicki jest i zawsze był z samej swej mrocznej istoty.

Zaraz, jak to? „Katoliczki i katolicy”? Feminatywy na katolskiej imprezie? Z całą pewnością to musi być fałszem podszyta strategia PR…

Dlaczego zawracam tym głowę tutaj, gdzie niewielu katolików zagląda? Tylko trochę z powodu fundamentalnych praw podstawowych, a widzę je w specyficznie empatyczny dla katolików sposób. Przede wszystkim po to, by opisać tamtejsze obywatelskie społeczeństwo. Zaimponowało mi.

Świat postawiony na głowie, jak ks. Niedałtowski

Skoro o prawach podstawowych mowa, to w stosunku do Kościoła kłopot mamy solidny.

Kiedy myślimy o świeckim państwie, to na ogół, właściwie niemal zawsze wiemy z całą pewnością, że księżom nie wolno wypowiadać się o polityce i o sprawach publicznych. Co dziwaczniejsi spośród naszych współobywateli mogą wprawdzie, skoro już mają tę dziwną potrzebę, skorzystać z „posługi duchowej”, ale niech się lepiej nie narzucają i nie obnoszą się z tym zbytnio, bo efektem są z jednej strony zbrodnie księży gwałcących dzieci, a z drugiej polityczny sukces skrajnej prawicy. Jedno i drugie jest oczywiście faktem wymagającym reakcji państwa i społeczeństwa, której się wciąż nie doczekaliśmy na właściwą, skuteczną miarę. Tragiczny rachunek jest wciąż niespłacony i ironizować o nim nikomu nie wolno. Istnieje wciąż krzycząca krzywda, opresja ze strony Kościoła trwa, a nie znika.

Pytania, które zadają sobie dokonujący apostazji katolicy oraz te, które im często zadajemy – jak możecie wspierać ten zinstytucjonalizowany skandal własną obecnością – są jak najbardziej zasadne. Tak bardzo zasadne, że szczerze współczuję ich adresatom, bo wiem, że żadna dobra odpowiedź nie istnieje. Albo jest skrajnie trudna. Nie da się więc – co więcej, nie powinno się próbować – oddzielić uczciwego myślenia o świeckim państwie od tego kontekstu, czasem przecież krwawego w najdosłowniejszym sensie.

Niemniej demokracja np. prawo głosu daje każdemu. Wykluczyć z niego nie da się nikogo i np. żadnego stowarzyszenia, więc żadnego kościoła też wykluczać się nie powinno. Owszem, istnieją dobre powody, dla których prawo kanoniczne zabrania księżom np. kandydowania w wyborach. Zakazać im tego cywilną ustawą byłoby jednak czymś zupełnie innym. Mogłoby tak postąpić wyłącznie państwo niedemokratyczne. O zachowanie rozsądnych i właściwych miar jest ogromnie trudno, kiedy na sugestię biskupów, Sejm RP zajmuje się ustawą o aborcji podesłaną przez Ordo Iuris – ale właściwe miary istnieć mimo to powinny. Tymczasem w obozie demokratycznej reformy nie ma dziś być może nikogo, kto uważałby, że do ostatecznego, satysfakcjonującego i trwałego rozwodu państwa z Kościołem potrzeba wysłuchać zdania katolików. Wszyscy sądzimy, że trzeba tu raczej twardego prawa, które trzeba narzucić zbrodniczemu Kościołowi i jego otumanionym lub zaprzedanym wyznawcom. Nie ma jak – sądzimy na ogół – nie ma z kim i nie ma po co rozmawiać. Dość.

Tymczasem 10. postulat Kongresu w sprawie rozdziału państwa i Kościoła stanowi:

Postulujemy niezwłoczne powołanie kościelnego zespołu roboczego duchownych i wiernych świeckich w celu przedyskutowania i przygotowania skutecznych rozwiązań, które doprowadzą do rzeczywistego funkcjonowania i respektowania w codziennej praktyce rozdziału Kościoła od państwa w Polsce.

I git, tylko po co? Kto będzie słuchał katolików w tej sprawie?

Pojechałem do Łodzi z ciekawości, ale i dlatego, że uwiera mnie postawa demokratów. Równocześnie była to dla mnie z wielu względów rzeczywiście wizyta na antypodach – bo i dla mnie obradujący katolicy to okoliczność już mocno egzotyczna. „Antypodyczność” zademonstrowała się zresztą przy otwarciu dyskusji pod koniec pierwszego dnia obrad w charakterystycznie komiczny, wiele mówiący, dosadny sposób.

Kangury to pikuś przy postawionym na głowie ks. Niedałtowskim, czyż nie? Prof. Mikołejko powiedział, że ksiądz wygląda jak Jan Chrzciciel, a dokładniej jego głowa na misie i coś w tym jest bez wątpienia, ten talerz na ścianie to wyrok Boży, a nie żaden przypadek, choć ja raczej pomyślałem o czarnej mszy i odwróconym krzyżu, o tym, że ksiądz wiszący głową w dół wygląda jak wampir – można w tym poza tym zobaczyć absurd spraw tak postawionych, można widzieć rewolucję – no, co tylko chcemy. Cudowna zaiste wielość znaczeń. Niemniej rozmowa była poważna. Poważny był cały Kongres Katoliczek i Katolików.

 


Umiar radykalnej rewolty

Kongres przyjął 10 postulatów, znaleźć je można np. tu w Więzi. Ich znaczenie – jeśli się patrzy z zewnątrz – jest bardzo zróżnicowane. Postulat 1. dotyczy seksualnych przestępstw w Kościele – oczywista rzecz. Nie ma tu jednak mowy o odpowiedzialności instytucji (np. w sprawach odszkodowawczych, w których stroną – takie są postulaty pokrzywdzonych – powinien być właśnie Kościół, a nie wyłącznie księża-gwałciciele), nie ma mowy o ukaraniu winnych, mowa jest za to o raportach służących „wypracowaniu procedur zapewniających bezpieczeństwo wszystkim uczestnikom Kościoła”. Hm… Postulat 2. mówi o władzy w Kościele. Rządzić mają mianowicie świeckie rady parafialne. Postulat 3. – więc wysoko w hierarchii – mówi o kobietach w Kościele. Unika kwestii doktrynalnych, np. kapłaństwa kobiet i żąda dostępu przez nie do tych funkcji liturgicznych, które nie wymagają święceń. Możemy się więc doczekać ministrantek obok ministrantów… Postulat 4. o młodzieży – to w zasadzie czysto środowiskowa sprawa. Postulat 5. – katolicy chcą czegoś w rodzaju RPO: rzecznika praw osób świeckich, broniących ich przed duchownymi. Postulat 6. mówi o LGBT+ – nie mówi o „legalizacji”, żąda wykluczenia języka nienawiści, w tym odwołania konkretnych kościelnych dokumentów, które go używają. Postulat 7. dotyczy międzywyznaniowych małżeństw. Znów „środowiskowa sprawa”. Postulat 8. żąda zajęcia się migrantami – chodzi bez wątpliwości m.in. o tych z białoruskiej granicy. Miałaby się nimi zająć kościelna organizacja pozarządowa, coś jak Caritas od tych spraw. Postulat 9. mówi o ekologicznej świadomości wierzących, która powinna być kształtowana w parafiach. Postulat 10. już wyżej cytowałem.

 

Uderza nie tylko ten charakterystyczny umiar – dziwnie wyglądający z zewnątrz i na pewno zastanawiający. By zauważyć inny uderzający wymiar, trzeba mieć ucho na te rzeczy szczególnie wyczulone. Uczestniczki i uczestnicy Kongresu patrzą bowiem z wnętrza Lewiatana, to zupełnie inna perspektywa niż ta, która interesuje przyglądających się Kościołowi i oczekujących ograniczenia jego wpływów, rozrachunków, rozliczeń. Albo wprost uśmiercenia bestii…

Otóż istotną, być może najistotniejszą treścią postulatów katolickiego Kongresu jest – jeśli spojrzeć na nie łącznie – władza w Kościele. Choć wprost mówią o tym jedynie dwa z dziesięciu postulatów, to właśnie ta treść obecna jest we wszystkich z nich. Poczynając od pierwszego – nie żadna kunktatorska uległość wobec umoczonych w odpowiedzialność hierarchów jest tu ważna. Tu w ogóle nie o te rzeczy chodzi. Tę treść dyktuje wspólna myśl obecna we wszystkich postulatach – hierarchia ma słuchać wiernych, a nie na odwrót. Przesadziłem – wierni oczywiście słuchają i chcą słuchać nadal. Homilii chcą słuchać – i tylko tego. Bo już kazania nie wymagają święceń. I wobec tego wierni chcą głosić je sami. Kobiety na równi z mężczyznami. Itd.

Z tego punktu widzenia katoliczki i katolicy w Łodzi proklamowali w zasadzie rewolucję. Z linii sporów doktrynalnych schodząc z taktycznym rozmysłem, o ile rozumiem to dobrze.  

„Synodalność” – to słowo ważne dla aktywnie myślących katolików, choć brzmi jak sekciarski slang z zewnątrz. Synod, który słucha wiernych, rozpoczął papież Franciszek. Cóż, w związku z Ukrainą, nie ma dobrej prasy, a u otwartych, aktywnych polskich katolików budzi zakłopotanie. Niemniej Kongres, którego postulaty recenzuję, to efekt długotrwałych debat prowadzonych rzetelnie przez wiele aktywnych parafii, środowisk typu Kluby Inteligencji Katolickiej, NGO’sów w rodzaju Zranieni w Kościele, Wiara i Tęcza, wielu innych. Synod Franciszka tym wszystkim ludziom nie wystarcza – głównie dlatego, że ten rodzaj „konsultacji społecznych” polska hierarchia traktuje dokładnie tak, jak konsultacje społeczne traktują polscy politycy.

Chodzi o presję – tak główny kontekst postulatów przedstawiła s. Barbara Radzimińska, rzeczniczka Kongresu.

Gdzie jest obywatelskie społeczeństwo

Tyle o nim mówimy. PiS dokonał zamachu na media. Własne media mają narodowcy. My też, owszem, ale… Do dziś, kiedy w wyszukiwarce YouTube wpiszę „Obywatele RP”, „Strajk Kobiet” czy „KOD” więcej widzę materiałów TV Republika o nas niż naszych własnych.

Równocześnie z Kongresem Katoliczek i Katolików odbywała się w Warszawie pierwsza z sesji ogólnopolskiego panelu obywatelskiego o kosztach energii. To wyjątkowe przedsięwzięcie. Panel obywatelski to reprezentatywna próba losowo dobranych obywatelek i obywateli z całej Polski. Przez dwa weekendy ci ludzie ciężko pracują poznając eksperckie raporty dotyczące jednego z ostrzejszych problemów społecznych – ubóstwa energetycznego. Już dziś, u progu kryzysu, w który dopiero wchodzimy, co dziesiąte z gospodarstw domowych nie ma się czym ogrzać. Lekarstwa na tę chorobę mogą być i z pewnością będą groźne. Dla klimatu, dla jakości powietrza, dla gospodarki. Rzecz wymaga zgody społecznej. I precyzyjnie wykalkulowanego rozsądku. Nie obietnic w kampaniach wyborczych – to ostatnia rzecz, której trzeba dla rozwiązania problemu. A panel obywatelski takie rozwiązania wskaże.

To nie jest łatwe zaprosić polityka w sobotę – a soboty to są ważne dni dla polityków – i zabronić im mówić – mówił Kuba Wygnański z Fundacji „Stocznia” na otwarcie panelu.

To pierwszy taki panel ogólnopolski. Próba tego, co zrobiono w Irlandii, a czego efektem była przełomowa decyzja w sprawie aborcji, stosunków państwa z Kościołem, ale między innymi także klimatu. Wielkie przedsięwzięcie. Rewolucyjne być może. Tymczasem… Tymczasem relacja z pierwszego dnia panelu ma na kanale You Tube 308 wyświetleń, kiedy minął dzień i kiedy tam zaglądam, pisząc… Społeczna partycypacja w rządzeniu ma właśnie taką popularność.

Kongres Katoliczek i Katolików narzuca ograniczenia hierarchom instytucji, która przecież obiecywała wprawdzie zbawienie, ale nigdy nie obiecywała demokracji. Demokracji i sprawczości żądano na Kongresie z determinacją, którą widać było w każdym wystąpieniu, o której słychać było w korytarzach w przerwach i która brzmiała w każdej reakcji sali. W każdej sekundzie.

Próbuję pomyśleć o podobnym doświadczeniu potrzeby obywatelskiego sprawstwa w polityce. Tej świeckiej i obywatelskiej, którą znam – mam ochotę powiedzieć – jak zły szeląg. Takie kongresy po kilkakroć przecież organizowaliśmy. Nie zawsze sala była pusta. Mieliśmy kiedyś swoje pięć minut sławy. Zawsze jednak słyszeliśmy „nie jątrzcie”. Jak to się dzieje, że nie jątrzą katolicy, ucierający nosa biskupom? Jak to się dzieje, że obywatelskie „nie pozwolę” słychać w brzuchu bestii, o której wiemy, że odpowiada za nasze zniewolenie – a nie słychać tego zupełnie wśród podobno niezależnie myślących, krytycznie myślących demokratów? Im starszy jestem, tym głupszy. Nie potrafię tego pojąć.

P.S.: Wkrótce wywiad z Kubą Wygnańskim o panelu obywatelskim. Dla mnie ważny, bo to panele obywatelskie powinny wysłuchiwać kandydatów na wspólnych kandydatów w wyborach – i wskazywać tych właściwych. By nie powiedzieć – narzucać.

O autorze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Emeryt na niedzielę

Paweł Kasprzak jest jednym z pomysłodawców i założycieli ruchu Obywatele RP. Był także wydawcą i inicjatorem Obywateli.News. Po z górą pięciu latach aktywności w pełnym wymiarze godzin wycofał się z działalności z powodu sytuacji, w jakiej znalazła się jego rodzina. Kasprzak jest znany z kilku rzeczy, w tym z publicystki, w której próbował programowo szukać dróg „zbawienia Ojczyzny”. Sam nazywał to waleniem głową w mur – „walił” zresztą nie tylko tekstami, ale też innego rodzaju aktywnością. Dziś Kasprzak twierdzi, że z „kanapy emeryta” rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Czy lepiej? Zobaczymy. Kasprzak obiecuje starać się pisać krócej, choć zastrzega, że za efekt nie ręczy. Co tydzień tekst, skoro nie udało mu się utrzymać cyklu codziennych komentarzy wideo.

Demony i gotowość na nie

Pewien jestem tego przede wszystkim, że to są ważne sprawy. Że trzeba o nich poważnie rozmawiać. Twardo. Bo cena będzie też twarda. Twardsza niż wszystkie inwektywy latające w obie strony w kolejnej facebookowej awanturze aktywistów…

Czytaj

5. „Ludzie tacy jak my”. Demokracja 2.0

Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań.Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań. Nie wolno po prostu bronić starego porządku. Zwolennicy ancien regime’u w czasach Wielkiej Rewolucji mieli powody lepsze niż my dzisiaj, by bronić ładu, cywilizacji i zwykłej przyzwoitości przed barbarzyńskim, zbuntowanym ludem. Ich tragiczny los nie na tym polegał, że trafili na szafot – nie mieli historycznej racji.

Czytaj

4. Media i sztandary

Wypada powiedzieć wyraźnie, że w kryzysie polskiej demokracji zawiodły również media, nie tylko instytucje demokracji. W bardzo czytelny sposób wyborcy PiS odrzucili w 2015 roku nie tylko ówczesne elity polityczne, ale także związane z nimi – jak nie bez racji sądzono – media ówczesnego głównego nurtu. Ważne byłoby w takim razie zastanowić się, czy dzisiejszym naszym problemem jest TVP obsadzona ludźmi rządzącej partii i wystarczy w związku z tym po prostu wymiana kadr, czy może chodzi o wady strukturalne, które umożliwiły tak łatwe przejęcie mediów publicznych i zamienienie ich machinę propagandy rządzącej partii. Czy w modelu i faktycznym funkcjonowaniu mediów – nie tylko publicznych, ale również prywatnych sprzed 2015 roku – nie da się znaleźć źródeł choroby tak wyraźnie widocznej dzisiaj i na czym dokładnie ta choroba polega.

Czytaj

Sondaże i nadzieje

276 i 305 mandatów oraz – co ważniejsze – wymagane dla nich co najmniej 50 lub 60% poparcia. Trzeba przede wszystkim wiedzieć, że to kompletnie nierealne nie tylko w świetle bieżących i dających się wyobrazić sondaży, ale w logice polityki, którą uprawia się w Polsce. W historii III RP żaden taki wynik nie zdarzył się nigdy od czasu pamiętnego 4 czerwca 1989 roku, kiedy kandydaci Komitetu Obywatelskiego „S” uzyskiwali poparcie od 60 do 80%. Nigdy potem nic podobnego się nie zdarzyło. Nigdy nikomu – choć wiele przeszliśmy. Pomyślmy o tym przez chwilę. Cud nie zdarzy się więc i tym razem, bo w świecie polityki jaką znamy to nie jest możliwe.

Czytaj

3. Wyborcza wojna książąt i wasali

Zamachu na rządy prawa dokonuje w Polsce partia wodzowska, o autorytarnej strukturze, skrajnie niedemokratycznym statucie i praktyce funkcjonowania koncentrującej wszystkie decyzje w rękach lidera. To nie jest przypadek. Poczynania Kaczyńskiego nie byłyby możliwe w partii prawdziwie demokratycznej. Prawny zakaz ubiegania się o władzę w wyborach organizacji nieprzestrzegających zasad demokracji w relacjach wewnętrznych byłby zatem kolejnym z tym bezpieczników demokracji, który mógłby skutecznie zapobiec polskiemu kryzysowi. To jeden z twardych wniosków z polskich doświadczeń kryzysu.

Czytaj

2. Do trzech zliczyć

O trójpodziale władzy mówiliśmy i wykrzykiwaliśmy przez ostatnie 7 lat sporo. Na myśli mieliśmy jednak zawsze tylko sądy i władzę polityczną, a to przecież trójki nie czyni – co jakoś do głowy przez te długie 7 lat nie przyszło właściwie nikomu. Trochę to dziwne. Mówiliśmy trzy, a zliczyć umieliśmy najwyraźniej tylko do dwóch, a przecież mamy się za rozumną elitę. Jak nie patrzeć, trójpodziału władzy w III RP nie było nigdy. Gdyby był, historia ostatnich lat wyglądałaby zdecydowanie inaczej i bez wątpliwości lepiej. Może czas nauczyć się liczyć do trzech.

Czytaj

1. Granice władzy i Przemysław Czarnek

Ograniczenie rządzących, kimkolwiek by byli i jakkolwiek byliby wyłaniani – czy pochodzą z wyborów, zamachu stanu lub obcej interwencji, jak to się zdarzyło w Niemczech i Japonii po II Wojnie, kiedy władzę i jej nowy porządek zainstalowali tam zwycięzcy alianci, czy są np. dziedziczni – ma dla demokracji znaczenie ważniejsze niż sam demokratyczny wybór. Historycznie to ono było pierwsze. To od niego rozpoczął się ład, który w zachodnim świecie uznajemy za cywilizowany i oczywisty. Zasada ograniczenia rządzących świadomą wolą rządzonych jest najważniejszą i pierwotną cechą liberalizmu, znacznie starszą od samego tego pojęcia. W Anglii wywodzi się ona od Wielkiej Karty Swobód, więc z początków XIII w. We Francji to Oświecenie, Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, zatem późny wiek XVIII. W Polsce – rzadko o tym pamiętamy – to tradycja Odrodzenia i Reformacji, Artykuły Henrykowskie i Pacta Conventa, wiek XVI.

Czytaj

Cud nad Dnieprem

W miejsce zrozumiałej egzaltacji, która dzisiaj dominuje, kiedy patrzymy na bombardowane miasta, śmierć, cierpienie i bohaterstwo, warto zdawać sobie sprawę z rzeczywistości. Jeśli Putin zmiażdży Ukrainę, przyszłość Europy i świata będzie zupełnie inna niż jeśli Ukraina się obroni. To w tym i tylko w tym kontekście zdania Stoltenberga, Blinkena i decyzje Zachodu znaczą w ogóle cokolwiek.

Czytaj

Kraj sekt

Chodzi mi o to, by na wspólnej liście znaleźli się np. zwolennicy uwolnienia aborcji i przeciwnicy. By się na niej znaleźli głosami ludzi, którzy właśnie na te rzeczy głosują. By nie pozwolić zepchnąć pod dywan rozwiązania tego konfliktu, tylko, by go wreszcie rozwiązać. By ten konflikt i wiele innych przenieść do instytucji demokracji i uczynić przedmiotem sporu, który jest treścią polityki i treścią demokracji – a nie plemiennej wojny, bo jej efektem jest wyłącznie nienawiść i zniszczenie. Git? Dla mnie git. Gotów byłem za to wypruwać bebechy.

Czytaj

Do wyborców PL 2050 i do wyborców lewicy

Nie proponuję Wam głosowania na Tuska. Lewicowcom nie sugeruję głosowania na Hołownię. Proponuję wspólną listę Lewicy, PO i PL 2050 oraz wszystkich pozostałych wyłonioną również Waszymi głosami w otwartych, międzypartyjnych prawyborach – po to, by właśnie dać Wam możliwość głosowania na swoich.

Czytaj

Do tanga trzeba nie tylko dwojga – ktoś musi je najpierw zagrać

Namawiam Monikę Płatek do kandydowania w imię dokładnie tych samych racji o Ojczyźnie w potrzebie, które tak dobitnie wymieniła, wzywając do jedności i wspólnej listy opozycji. Jeśli mam sobie naprawdę wyobrazić wspólną listę ruchu demokratów idących po zwycięstwo, to nijak nie widzę listy warszawskiej albo warszawskich kandydatów do Senatu, bez dr hab. Moniki Płatek, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, wybitnej prawniczki, karnistki, obrończyni praw człowieka bezwzględnie w każdych, nawet najtrudniejszych okolicznościach. Obywatelki, której pryncypialnej niezgody na żadną „drogę na skróty” i na żadne obejścia zasad prawa w imię bieżącej potrzeby jestem absolutnie pewny, bo ją wielokrotnie widziałem. Monika Płatek pisze dzisiaj „albo jedna lista, albo nie liczcie na nasze głosy”. Ja napiszę, że albo na wspólnej liście będą ludzie jak ona, albo ta lista będzie niewiele warta i głosów nie zdobędzie. Mam za sobą jedną nieśmiałą osobistą próbę przekonania jej do tego – dzisiaj bezczelnie pozwalam sobie namawiać ją publicznie. Akurat ja mam prawo – w ramach rewanżu. Trudno mi nie skorzystać z tego przywileju.

Czytaj

Wbrew optymizmowi przyszłych sondaży postawa opozycji gwarantuje klęskę

Większość konstytucyjną mielibyśmy gdyby PiS dostał 27%, a Konfederacja 10%. Taki wynik jest dzisiaj prawdopodobny. Jednak do tego szczęścia potrzeba jeszcze pozostałych 63% dla opozycji — najlepiej idącej jednym blokiem. To zaś scenariusz political fiction. Jak to jest możliwe i czy da się z tym jakoś sobie poradzić? Ten największy dziś problem nie będzie politycznie komentowany.

Czytaj

Patrzcie w górę – bo znowu przegramy!

Chodzi o szacunek dla faktów, dla logiki, o chęć ustalenia jednak prawdy, a nie trendów w ponowoczesnym płynnym chaosie. To fundamentalnie ważne. Ważniejsze nawet niż te wybory, które nas znowu czekają. Rozpada się nie tylko Polska, ale cywilizacja w ogóle.

Czytaj

Moja pierwsza wojna

Mam ileś wspomnień kombatanta. I mam zawsze mieszane odczucia, bo te kombatanckie wspomnienia są mocno fałszem podszyte i wszystkie one razem składają się na obraz historii kompletnie zafałszowany – i tylko trochę ten fałsz wynika z „polityki historycznej”, a o wiele bardziej z naszych kompleksów.

Czytaj

Aborcja i władza

Senat jest „nasz”, demokratyczny. Mamy w nim 24 kobiety, w tym 9 z PiS. I choć parytetowe proporcje po naszej stronie wyglądają zdecydowanie lepiej, to jednak wcale nie wyglądają dobrze i nawet w „naszej połówce” trudno byłoby wskazać jakąś większość „progresywistów” skłonnych do „otwarcia” w sprawie aborcji. Naprawdę uważamy, że oni mają większe prawo decydować o aborcji niż nasz nadużywający alkoholu, nieokrzesany sąsiad w poplamionej żonobijce, głosujący w referendum? Patrzę na Senat i bardzo wątpię. Która z aktywistek OSK zdecydowałaby się powierzyć rozstrzygnięcie sprawy aborcji tej jego połówce, która jest „nasza”? Skąd nadzieja, że po kolejnych wyborach cokolwiek pod tym względem będzie lepiej? Nieporównanie ważniejsze pytanie ogólne – czy dobre państwo naprawdę na tym polega, że w Senacie są zawsze ci, którzy tam naszym zdaniem powinni być? Wyborcy PiS tak właśnie sądzą. Szli do wyborów w 2015 roku, żeby odsunąć „złodziei z PO”. Efekt znamy, ale wyborcy PiS nadal wierzą, że „swoi” są lepsi od „obcych”, nawet jeśli kradną tak samo albo bardziej. Może więc dobre państwo, to po prostu takie, w którym sprawy naprawdę ważne nie zależą od tego, kto akurat rządzi?

Czytaj

Kiedy już PiS upadnie

Wbrew naszym własnym notorycznym deklaracjom i wbrew zdaniu Tuska, że do zła nie wolno się przyzwyczaić – przyzwyczaić powinniśmy się już dawno. Tusk wrócił, notowania PiS leciały w dół, sondaże od dawna dawały i wciąż dają zwycięstwo opozycji, tym razem niezależnie od tego, ile list wystawi. Jakoś nie było słychać okrzyków triumfu, prawda? Dziwne? Z pewnością dziwić powinno, ale nikogo nie zdziwiło. Dziwaczność wczorajszej sytuacji dobrze wyjaśnił stan dzisiejszy. Dzisiaj jest mianowicie jasne, dlaczego postulat przedterminowych wyborów w warunkach „wojny hybrydowej” byłby szaleństwem. A referendum w sprawie UE? Też?

Czytaj

#MeToo

W mojej pamięci i mojej dzisiejszej ocenie problem w tym konkretnym przypadku Maćka Zięby, którego zapamiętałem jako człowieka po prostu niezwykle dobrego, polega właśnie na tym, jak tak straszna rzecz mogła się zdarzyć komuś tak porządnemu. Bo to, że się notorycznie zdarza szujom i marnym głupkom, jak Jankowski albo Dziwisz czy Jędraszewski, jest akurat bardzo łatwo zrozumiałe i wobec tego niewarte uwagi.

Czytaj

Ach, jacy my wszyscy niewinni…

Z piedestału strącany jest właśnie kolejny duchowny autorytet. Ojciec Maciej Zięba. Był dla mnie i autorytetem, i przyjacielem. Cóż, nie będę miał przyjaciela na piedestale. Ale przyjaźń zachowam. Niniejsze jest więc dla mnie niemal prywatą. Zachowam też jednak i zamierzam wyrazić przekonanie, że Maciek był porządnym, mądrym i wartościowym człowiekiem. Który dopuścił się zła. Niejasna deklaracja w czasach zmagań o fundamentalną prostotę prawdy i fałszu, dobra i zła? Przeciwnie – bardzo jasna.

Czytaj

Nie o taką Polskę…

Przy całym własnym krytycyzmie, ostrym niemal na granicy depresji, najzupełniej poważnie uważam konflikt z PiS za właściwie wygrany. Myślę, że to jest trzeźwa ocena, a nie pijana wizja. PiS zmierza ku zderzeniu z kolejnym murem i albo rozsypie się hamując, albo przypuści jeszcze kolejną szarżę, ale zderzenia już nie przeżyje. Ma go też wreszcie kto dobić – mam tu na myśli oczywiście Tuska. Ta sytuacja powinna skłaniać do radości, a wcale nie skłania. Kompletnie już pomieszaliśmy, z czego należy się cieszyć, a czym martwić.

Czytaj

Pragmatyzm wojny ze złem

Zło wokół widzimy. Bunt przeciw niemu jest zrozumiały. Czy bunt wystarczy za powód, by przyniósł cokolwiek dobrego? Myślę, że tak. Czy buntując się przeciw złu, trzeba koniecznie wskazać dobro, którego się chce? Myślę, że wcale nie. Zostawmy więc pytania o dobro przynajmniej na razie.

Czytaj

Tusk: hura, oj, no cóż…

W największym skrócie największej zmiany spodziewają się ci zaangażowani po obu stronach w wojnę tożsamości, która trwa w Polsce co najmniej od 2005 roku i którzy wciąż wierzą, że da się w niej wygrać i że to cokolwiek zmieni. Kto by nie uległ takim emocjom? Sam im ulegam, choć bardzo się staram i choć właśnie w tej wojnie widzę jedną z istotnych przyczyn zła. Chodzi jednak przecież nie tylko o emocje – Tusk ma oczywiście rację, kiedy tę wojnę definiuje w kategoriach walki ze złem. Żadnego odkrycia tym przecież nie czyni.

Czytaj

Ukąszenie Kamińskim

Jak można rozumieć sytuację Bartka i Fundacji Otwarty Dialog? Opiszę, jak ją sam widzę i jakie mam z nią własne doświadczenia. Z osobistej perspektywy. Prywatnej. Interesuje tutaj – i równocześnie bardzo uwiera – osamotnienie Bartka Kramka wśród opozycji. Bo ono pozwoliło go w ogóle zamknąć.

Czytaj

Rzeszowski poligon – political fiction

Strategia w Rzeszowie jest wynikiem przypadkowego aktu szaleństwa. Strategia w opozycyjnej polityce to wciąż political fiction. Obawiam się bardzo, że polska polityka w ogóle nie jest wciąż niczym więcej. Co gorsza, choć Konrad Fijołek to porządny facet i choć w Rzeszowie rzeczywiście wiele dobrego się zdarzyło, to właśnie w świetle tego sukcesu kompletną fikcją okazuje się w Polsce nie tylko sama polityka, ale i polityczny naród, obywatelskie społeczeństwo, czy jakkolwiek inaczej zwać to wszystko, co przez lata usiłowaliśmy budować z Obywatelami RP.

Czytaj

4 Czerwca – wygrać cokolwiek

Charyzma. Poszukujemy jej wciąż. Cała polska historia powinna nas przed nią przestrzegać. Piłsudski, Zamach Majowy, Wałęsa, Wojna na Górze. Marzyłbym, żebyśmy o tym pomyśleli i pogadali w rocznicę 4 czerwca, pamiętając, że rok po tamtej euforii byliśmy wszyscy już na kolejnej wojnie. Ale raczej nie pomyślimy i nie pogadamy. Znowu.

Czytaj

„Kury szczać prowadzać”

Nie miejmy złudzeń. Każdy opowiadający o nowej nadziei, chcący się policzyć, startujący osobno, będzie jak politycy z diagnoz Piłsudskiego. Każdy wódz-uzdrowiciel wejdzie z kolei w dawno temu uszyte przezeń buty kawalerzysty. Efekt będzie ten sam. Zmierzamy w tę stronę.

Czytaj

Przyglądając się ścianie…

W przyrodzie przeżywają przystosowane jednostki, w polityce też. Kryteria rządzące naturalną selekcją znamy. Dobrze byłoby poznać te, które rządzą selekcją w polityce i doprowadzają do stanu, w którym skądinąd przecież niegłupi i wcale nie szmatławi ludzie zachowują się jak ostatnie gnojki, a pieprzą przy tym takie bzdury, że połowa narodu od tego wariuje, a druga rzyga. Poznawszy te mechanizmy, będziemy być może w stanie nie tylko złorzeczyć przed telewizorami, ale cokolwiek zrobić.

Czytaj

Przekaz tygodnia: prawda nas rozwali

Śmiem twierdzić, że o „zdradzie Lewicy” i Funduszu Odbudowy nie przeczytaliśmy dotąd i nie usłyszeliśmy ani słowa prawdy. Czy ktokolwiek w kontekście awantury o Fundusz i o „zdradę Lewicy” widział w mediach na przykład cokolwiek o 90. Artykule Konstytucji? Tym, który przewiduje, że umowy międzynarodowe – jeśli to nie są jakieś umowy handlowe, ale coś, co wchodzi w kompetencje parlamentu i w zakres ustaw – ratyfikuje się w obu izbach kwalifikowaną większością 2/3? Czy ktoś słyszał też, że jednak zwykłą większością Sejm może zdecydować o trybie ratyfikacji i uznać np., że ona wymaga referendum? Że wtedy cytowane od miesięcy sondaże w tej sprawie nabiorą szczególnego i nieco innego znaczenia?

Czytaj

Szymonici i partia nowego typu

O sobie często mówią „żółta rodzinka” lub „hołowniacy”. Ja mówię szymonici – a przyjaciół, których mam wśród nich, oraz znajomych

Czytaj

Hipokrates i słowa na wiatr

Po pierwsze nie szkodzić. Dziś ta zasada starego medyka i mędrca – gdyby ją chcieć stosować w polityce, zwłaszcza „rewolucyjnej” – byłaby

Czytaj

Obywatelski program? Chwila prawdy: ile znaczą ruchy obywatelskie? Strajk Kobiet i jego widoczność z chwilą ogłoszenia orzeczenia Przyłębskiej - ale już choćby w dniach głosowania prezydenckiego? Ruchów obywatelskich nie widać wcale. Jak ich nie widać na ogół - tendencja w trakcie pięciu lat jest wyraźna.