Cud nad Dnieprem

Jest wiele krajów, które może zaatakować Putin, a które nie należą do NATO. Czy one będą zmuszone radzić sobie same? Mołdowa, Finlandia, można tak fantazjować makabrycznie, dopisując Putinowi kolejne cele do „denazyfikacji i demilitaryzacji”. Ale spokojnie – Putin nie zaatakuje. Dziś i prawdopodobnie na długo związany jest ukraińskim oporem. Ukraina i jej opór na wiele sposobów decyduje dzisiaj o losach świata.

Jak można się było spodziewać, NATO odmówiło Zeleńskiemu i nie będzie parasola lotniczego nad Ukrainą. Zachodni politycy mówią dziś zgodnie, że ten temat jest zamknięty. Parasol oznaczałby otwarte zaangażowanie sojuszu w wojnę. Stoltenberg mówił o bolesnej decyzji i uzasadniał ją oczywistościami, w tym możliwą nuklearną reakcją Putina. Antony Blinken był twardszy w słowach. „Nasz pakt jest obronny” – powiedział. – „Nie szukamy konfliktu. Ale jeśli nadejdzie, jesteśmy gotowi.” Tyle miały też znaczyć zdjęcia ministrów NATO-wskiej trzydziestki manifestującej jedność, która przecież zaskoczyła nawet ich samych. „NATO będzie bronić każdego cala swoich terytoriów” – twardo oświadczył Blinken. Problem w tym, że akurat Ukraińskie terytorium zostało naruszone 8 lat temu o ładnych kilka cali, a dzisiejsza agresja jest kolejnym dramatycznym aktem w tej historii, dokonanym dlatego, że tamten akt powiódł się tak znakomicie. A powiódł się, bo Ukraina to nie NATO. Poza Ukrainą, Białorusią, Czeczenią, Gruzją oraz innymi w dawnym imperium da się w tej ponurej historii rosyjskiej agresji i zachodniej bezradności wymienić także choćby Syrię i doprawdy nie trzeba histerii, by przyszłość wyobrazić sobie w podobnych barwach.

Czy bezprecedensowa jedność Zachodu właśnie położyła temu tamę? Prawdopodobnie w jakimś stopniu. Być może znacznym. Wreszcie. Ale w miejsce zrozumiałej egzaltacji, która dzisiaj dominuje, kiedy patrzymy na bombardowane miasta, śmierć, cierpienie i bohaterstwo, warto zdawać sobie sprawę z rzeczywistości. Jeśli Putin zmiażdży Ukrainę, przyszłość Europy i świata będzie zupełnie inna niż jeśli Ukraina się obroni. To w tym i tylko w tym kontekście zdania Stoltenberga, Blinkena i decyzje Zachodu znaczą w ogóle cokolwiek.

Albo nastąpi Cud nad Dnieprem jak niegdyś Cud nad Wisłą, albo będzie fatalnie. Będzie zaś tym gorzej i tym szybciej to się stanie, im bardziej boimy się dzisiaj np. nuklearnej nieobliczalności oszalałego Putina, albo rozlania się działań wojennych poza Ukrainę. Ducha Monachium nie pozbyliśmy się, dopóki cokolwiek – niechby i realna nuklearna groźba – powstrzymuje Zachód choćby przed spełnieniem ukraińskich apeli o parasol NATO nad ukraińskim niebem. Jeśli tego parasola nie będzie, tylko Cud nad Dnieprem jest nas w stanie uratować. Bardzo dzisiaj dbamy o własne poczucie, że wszystko, co robi Zachód, ten cud przybliża. I że nam wystarczy. W rzeczywistości politycy decydujący o postawie Zachodu wiedzą, że cudu nie będzie. Mogą się mylić, ale właśnie tyle wiedzą.

 

Wiara w cuda

Nie jest prawdą, że z Rosją jeszcze się nikomu nie udało. My mieliśmy Cud nad Wisłą, Finowie mieli swoją Wojnę Zimową, która zresztą pod wieloma względami zdaje się przypominać to, co właśnie dzieje się w Ukrainie.

Czy Cud nad Dnieprem jest możliwy? Od początku obecnej inwazji wszystkie „fachowe centra”, więc głównie najbardziej zaangażowane wywiady brytyjski i amerykański nie dawały Ukrainie żadnych szans. I choć dla wszystkich, również dla ekspertów wywiadu niesłychana skuteczność ukraińskiego oporu jest wielkim zaskoczeniem, a skala dezorganizacji i błędów Rosjan szokuje, rokowania nie ulegają zasadniczym zmianom. Rosyjska armia wciąż pozostaje ośmiokrotnie liczebniejsza od ukraińskiej i odpowiednio lepiej wyposażona. „Rosja osiąga minimalny postęp kosztem ciężkich strat, ale ten postęp jest nieustępliwy, a Rosja ma wciąż ogromne rezerwy sił” – taką wypowiedzią jednego z byłych dowódców NATO w Europie New York Times podsumowuje sytuację po kilkunastu dniach wojny. Podobnie pesymistyczne oceny sytuacji militarnej dominują w całej zachodniej prasie, wraz z kształtującym się przekonaniem, że w miejsce nieudanego blitzkrieg Putina będziemy świadkami sytuacji jak z Aleppo.

Charków trwa w oporze, choć miał paść w kilka godzin, Mariupol broni się wciąż w katastrofalnej sytuacji, szturm na Kijów nie nastąpił, a oblężenie trudno sobie wyobrazić, skoro do zamknięcia okrążenia jest wciąż daleko – ale Kreml ma wciąż gigantyczne rezerwy i jest zdeterminowany rzucić je wszystkie. Zdjęcia ludzi gołymi rękoma zatrzymujących wojskowe pojazdy Rosjan w okupowanym Melitopolu albo podobne z zajść w Chersoniu rozchodzą się w nieporównanie mniejszych zasięgach niż pozujący w jedności ministrowie NATO mówiący o obronie „każdego cala terytorium”. Mainstreamowe media nadal wiedzą, że ważna jest polityka liderów, a nie zwykłych ludzi.

To samo niestety da się powiedzieć o sankcjach. Śródtytuł jednej z analiz publikowanych w Gazecie Wyborczej głosił niedawno wprost, że „Rosja nie zbankrutuje”. Warto ten tekst przeczytać – robi wrażenie zwłaszcza porównanie Rosji z Iranem obłożonym bezwzględnie szczelnymi sankcjami w 2012 roku. Były skuteczne, spowodowały katastrofalny kryzys, ale nie zmiotły z powierzchni ziemi reżimu w Teheranie. Warto też pamiętać, że w zasadzie jednobrzmiące są prognozy wszystkich eksperckich centrów w zachodnim świecie. Gospodarcza blokada oznacza dla Rosji fatalną przyszłość na metę raczej dłuższą niż krótszą – ale Rosja ją przetrwa i na jej poczynania w Ukrainie wpływu to mieć nie będzie.

Wiele z tych prognoz powstało natychmiast po rosyjskiej inwazji. Nie wszystkie więc brały pod uwagę rzeczywistą skalę sankcji – na przykład blokadę SWIFT. Ale, kiedy to piszę USA zmagają się z kryzysem na giełdzie i rekordowym wzrostem cen benzyny. To skutek ledwie zapowiedzi odcięcia importu rosyjskiej ropy – w USA, gdzie import tylko w 10% przypadał na Rosję. W Europie jest to 1/3, więc tutaj kłopot będzie odpowiednio większy. Kanclerz Olaf Scholz – ten sam, który przepraszał za dotychczasową wschodnią politykę Niemiec, który poparł w końcu blokadę SWIFT, wysyłki broni do Ukrainy i dramatyczny wzrost finansowania Bundeswehry – powiedział ostatnio, że nie może tak po prostu zakręcić kurka. „Europa świadomie wyłączyła dostawy energii z zakresu sankcji” – stwierdził. – „Dostaw paliw do ogrzewania, transportu, energii elektrycznej, przemysłu nie da się w Europie zapewnić w żaden inny sposób”.  Czy należy to czytać jako wyznanie, że Europa nie chce żyć w wojennych kłopotach? Prawdopodobnie tak. To dodatkowy kontekst zdań Stoltenberga o koniecznym unikaniu rozszerzenia konfliktu.

Putin twierdzi, że w Ukrainie w ogóle nie ma wojny. Europa twierdzi, że nie ma wojny w Europie i że dziś należy przede wszystkim unikać rozlaniu się jej z Ukrainy na inne państwa. Ukraina jest poza Europą, a spekulacje o szansach przyjęcia jej do Unii są przedwczesne…

No, dobrze – można nie wierzyć w sygnalizowane tu czarne scenariusze, można „mieć w sobie wiarę” w zwycięstwo Ukrainy, można nie bez racji zwracać uwagę, że politycy mylą się w prognozach nawet własnych zachowań i że sama jedność Zachodu okazała się dla nich zaskoczeniem, a nie tylko ukraiński opór. Ale trzeba koniecznie wiedzieć, że kiedy Stoltenberg z Blinkenem postanawiają nie zamykać nieba nad Ukrainą, decyzję podejmują na podstawie właśnie takich prognoz i analiz. Ci ludzie ze swoich źródeł wiedzą, jak będzie i wiedzą, że będzie źle. Jeśli nawet mają nadzieję wbrew ocenom własnych sztabów, to nie nadziejami się kierują.

Możemy pielęgnować własną wiarę i ona może być nawet słuszna – ale nie miejmy złudzeń co do polityki. Decyzje o sankcjach i ich ograniczeniach, o dostawach broni i o nieinterwencji oznaczają akceptację czarnych scenariuszy, których politykom dostarczają dane ekspertów wywiadu i wojska oraz ekonomistów.  Stoltenberg i Blinken mogą się mylić, ale tyle dziś wiedzą, że w Ukrainie zdarzy się to, co się zdarzyć musi. Co z tego wynika? Niestety bardzo wiele.

Raymond Aron, francuski intelektualista, polityk i publicysta – jedyny we Francji, który jak Churchill w Anglii przestrzegał przed Hitlerem i fałszem polityki ustępstw, który łatkę konserwatysty zyskał potem głównie dlatego, że w oczarowanej sowiecką Rosją Francji twardo przestrzegał przed Sowietami – zwykł był powtarzać, że ilekroć w dyplomacji padają stwierdzenia, że „nigdy nie będzie naszej zgody”, w rzeczywistości oznaczają one właśnie zgodę i stwierdzenie własnej bezsilności.

Trzeba dzisiaj wiedzieć, że kiedy na Zachodzie słychać pytania, gdzie zatrzyma się Putin – na linii Dniepru, na zachodniej granicy Ukrainy, czy może dopiero po połknięciu Mołdawii i zdobyciu przyczółków nad Bałtykiem – to te pytania dotyczą położenia żelaznej kurtyny, która stała się już faktem. Zaakceptowanym. I to zaakceptowanym z góry, bo gdzie będzie ta kurtyna, to nie zależy dziś od Zachodu, a wyłącznie od Putina. Nikt nie wie, gdzie się Putin zatrzyma, to głównie od niego zależy. Cokolwiek zaś postanowi, Zachód to już zaakceptował. To właśnie będzie nowa żelazna kurtyna.

 

Kremlinologia dzisiaj

W zasadzie nie istnieje. Przez wszystkie lata zimnej wojny analizy systemu sowieckiej władzy były istotnym powodem (geo)politycznych decyzji Zachodu. Również takie uzasadnienie miała niedawno zdezaktualizowana niemiecka strategia dobrych relacji z Rosją – bo wbrew oskarżeniom chodziło w niej tylko o niemiecki interes. Wymierzone w rosyjskich nowych krezusów sankcje mają ich odwrócić od oszalałego władcy, spowodować pęknięcia w monolicie kremlowskiej władzy, doprowadzić do upadku. Prawda jest jednak taka, że o stosunkach na Kremlu nie wiemy dzisiaj niczego. Nie wiemy w szczególności o istnieniu jakichś wpływowych oligarchów, których Putin nie byłby w stanie po prostu natychmiast zabić przy pierwszym przejawie buntu. Pamiętamy niegdysiejszą potęgę Chodorkowskiego – a to było tak dawno temu…

Wiemy tyle, że dzisiejszy Kreml w niczym już nie przypomina równowagi strachu, którą znamy z rosyjskich despotycznych dworów i z czasów Stalina. W przedwcześnie zapomnianym i mało znanym opowiadaniu Upadek Friedrich Dürrenmatt, opisywał to tak:

Władza, jaką dysponowało trzynastu członków Biura Politycznego, była olbrzymia. To oni stanowili o losach Imperium-kolosa, oni wysyłali masy ludzkie na zesłania, do więzień, na śmierć, oni ingerowali w życie milionów, z niczego budowali przemysły, przesiedlali rodziny i narody, rozkazywali powstawać olbrzymim miastom, wystawiali niepoliczalne armie, rozstrzygali o wojnie i pokoju – ale że jednocześnie własny instynkt samozachowawczy zmuszał ich czyhać nawzajem na siebie – przy podejmowaniu decyzji wzajemne sympatie i antypatie były o wiele bardziej istotne niż konflikty czy zjawiska gospodarcze, wobec których stawiała ich Historia. Władza, a wraz z nią wzajemny strach, były zbyt wielkie, aby uprawiać tu czystą politykę. Rozsądek nie grał już żadnej roli.

W cytowanym opowiadaniu nagła nieobecność jednego z członków politbiura wywołała paniczną lawinę domysłów o jego aresztowaniu – naruszającym równowagę między frakcjami. W efekcie zamordowano szefa, a nieobecność nieświadomego sprawcy przewrotu okazała się na koniec zwykłym spóźnieniem. Dzisiejsze dwory satrapów zdają się zdecydowanie mniej „demokratyczne” niż sytuacja opisana przez Dürrenmatta. Żadnych rywalizujących frakcji tam już nie ma – istnieje tylko paniczny strach przed władcą. Słynna wtopa PiS z głosowaniem w sprawie europejskiej prezydentury Tuska miała prawdopodobnie źródła w sieci tego samego strachu, ale działającej już zupełnie inaczej. Nikt, zwłaszcza niepewny swego Waszczykowski, nie sprawozdał Kaczyńskiemu sytuacji, zamiast tego zapewniając go o dobrze przeprowadzonych przygotowaniach i wielu pozyskanych sojusznikach. Nie istniał żaden konkurent Waszczykowskiego, który mógłby i chciałby zadać kłam tym oczywistym bzdurom, choćby szeptem do ucha szefowi. Efekt znamy – 27:1. Oceny o podobnych mechanizmach uniemożliwiających realne rozpoznanie sytuacji wewnątrz rosyjskiej armii oraz w Ukrainie są wprawdzie wszystkie wyssane z palca, ale brzmią dość wiarygodnie.

Jeśli są prawdziwe, scenariusz pęknięć w putinowskim obozie nie jest możliwy. Putin sam autoryzuje wszystkie decyzje. Może i jest obłąkany, ale o rozdwojeniu jaźni u niego niczego nie wiemy. Nie pokłóci się sam z sobą. Żadna katastrofa, którą wywoła, nie pozbawi go władzy.

Być może jednak rozeznanie na dworze Putina nie jest aż tak złe, jak to się dzisiaj powszechnie ocenia. Putin planował blitzkrieg i wejście Rosjan bez oporu, przy wsparciu grup Ukraińców, które dało się wykorzystać. To się nie powiodło. Wiemy już na pewno, że taki był plan i że ten plan zawiódł. Czy jednak zawiódł z powodu chaosu i braku elementarnie trafnego rozeznania? Niekoniecznie. Blitzkrieg wybrano być może nie dlatego, że weń wierzono, ale po to, by spróbować za każdą cenę uniknąć wariantu ocenianego jako skrajnie niekorzystny. Od początku inwazji obowiązuje opowieść o walce z „ukraińskim nazizmem” – od którego Rosja wręcz wyzwala uciemiężony ukraiński lud, prawosławnych, słowiańskich braci Rosjan. Wojna przeciw braciom Ukraińcom w dzisiejszej Rosji być może po prostu nie wchodzi w grę i być może Putin o tym wiedział. I może to właśnie dlatego niemal nikt z jego żołnierzy nie wiedział, po co naprawdę wjeżdża do Ukrainy. Jeśli taka jest prawda, to tę operację Putin wykonuje prawidłowo, minimalizując koszty. Rosjanie popierają wyzwolicielską misję swej armii – tak powszechnie interpretuje się skądinąd przecież wątpliwe i trudne do zinterpretowania badania opinii w Rosji – bo Rosjanie wierzą, że nie jest to wojna przeciw ukraińskim braciom. Szeroko komentowane kiepskie morale rosyjskiej armii może być nie tyle efektem rozkładu struktur narodowych autorytetów – na to akurat nic w Rosji nie wskazuje – a właśnie tego, że niewielu spośród Rosyjskich żołnierzy wie, że uczestniczy w wojnie z Ukrainą. Taka hipoteza wyjaśnia wiele w przebiegu wydarzeń. Wynika z niej bardzo poważne ograniczenie możliwości potężnej rosyjskiej armii, której żołnierze po prostu nie zechcą strzelać do Ukraińców. Ale dobrych dla Ukrainy wniosków wyciągnąć się stąd również nie da. Rosyjska ofensywa załamie się bowiem wraz z autorytetem armii dopiero wtedy, kiedy jasna dla wszystkich stanie się rzeź cywilnej, bratniej ludności…

Dobra wiadomość jest według mnie taka, że tego błędu Putin nie popełni. Wiele zrobił, by go uniknąć. Zła wiadomość jest taka, że prawie na pewno da sobie radę i tak. Również jednak ta hipoteza jest wyłącznie moim domysłem, wyssanym z palca jak wszystko inne.

Moim zdaniem Putin nie oszalał. Znów nie wiem o tym oczywiście niczego. Próbuję tylko dostrzec to, co po prostu widać, a czego najwyraźniej uparliśmy się nie widzieć pochłonięci upewnianiem się o słuszności własnej decyzji zerwania z „logiką Monachium”. Z punktu widzenia Putina, który odebrał władzę Jelcynowi w pięć lat po memorandum budapeszteńskim, „monachijska uległość” była właśnie rosyjskim problemem i rosyjską słabością. Demontaż ZSRR, kompromis gwarantujący neutralność zdemilitaryzowanych byłych republik nie zapobiegł ekspansji NATO i UE. Z perspektywy Putina dyplomatyczne ustępstwa nie spełniały celów, a jedynie przyspieszały ekspansję przeciwnika. Putin postanowił być twardy jak Winston Churchill – proszę mi wybaczyć to porównanie. Wybrał moment najlepszy. Postępował ostrożnie rozpoznając teren latami. Inwazję realizuje, jak ją realizować może, a nie tak, jak tego oczekują odeń recenzujący go fachowcy Zachodu. Moim zdaniem nic w postępowaniu Putna nie świadczy o nieracjonalności jego decyzji. Tym gorzej dla nas jednakże. Jeśli nie istnieją racjonalne przesłanki ustępstw wroga, jest naprawdę źle.

Problem polega więc na tym, że jakkolwiek dzisiaj próbować rozumieć sytuację w Rosji, najwyraźniej żaden domysł dzisiejszych nowych kremlinologów nie jest w stanie odwrócić brutalnego rachunku ośmiokrotnej przewagi Rosji nad Ukrainą i żaden nie unieważnia groźby rosyjskiej agresji – również nuklearnej.

 

Cele tej wojny

To może się wydawać absurdalnie niesprawiedliwe, ale i Putin, i Zachód mają w tej wojnie ten sam cel. Niestety nie jest to cel zgodny z ukraińskimi aspiracjami. Nam oraz bałtyckim członkom NATO i UE się psim swędem udało, Białoruś i Ukraina (oraz Kazachstan) nie zdążyły się załapać. Udało się przynajmniej memorandum budapeszteńskie z 1994 roku. Dużo o nim mówimy ostatnio, może warto przeczytać i sobie przypomnieć:

Ukraina, Federacja Rosyjska, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Pólnocnej oraz Stany Zjednoczone Ameryki
Witając przystąpienie Ukrainy do Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej jako Państwa Nienuklearnego,
Mając na uwadze zaangażowanie Ukrainy w eliminację broni jądrowej z jej terytorium w określonym terminie,
Zauważając zmiany w sytuacji bezpieczeństwa światowego, obejmujące zakończenie zimnej wojny, które doprowadziły do powstania warunków do głębokiej redukcji sił nuklearnych,
Potwierdzają, co następuje:

        1. Federacja Rosyjska, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz Stany Zjednoczone Ameryki potwierdzają swoje zaangażowanie, zgodnie z zasadami Aktu Końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, w poszanowanie niezależności i suwerenności istniejących granic Ukrainy;
        2. Federacja Rosyjska, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz Stany Zjednoczone Ameryki potwierdzają swoje zobowiązanie do powstrzymania się od stosowania groźby lub użycia siły przeciw integralności terytorialnej bądź politycznej niezależności Ukrainy, i że żadna broń w ich posiadaniu nigdy nie zostanie użyta przeciw Ukrainie, chyba że w samoobronie lub w przypadkach zgodnych z Kartą Narodów Zjednoczonych;
        3. Federacja Rosyjska, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz Stany Zjednoczone Ameryki potwierdzają swoje zaangażowanie, zgodnie z zasadami Aktu Końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, w powstrzymanie się od przymusów ekonomicznych zmierzających do podporządkowania swoim własnym interesom realizacji przez Ukrainę praw nieodłącznie związanych z jej suwerennością, aby w ten sposób osiągnąć korzyści jakiegokolwiek rodzaju;
        4. Federacja Rosyjska, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz Stany Zjednoczone Ameryki potwierdzają swoje zaangażowanie w poszukiwanie natychmiastowych działań Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych celem dostarczenia pomocy Ukrainie, jako Państwu Nienuklearnemu stronie Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej, gdyby Ukraina stała się ofiarą aktu agresji lub obiektem groźby agresji, w których stosowana jest broń jądrowa;
        5. Federacja Rosyjska, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz Stany Zjednoczone Ameryki potwierdzają, w przypadku Ukrainy, swoje zaangażowanie do niestosowania broni jądrowej przeciw jakiemukolwiek Państwu Nienuklearnemu stronie Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej, chyba że w przypadku zaatakowania ich, ich terytoriów zależnych, ich sił zbrojnych lub ich sojuszników przez takie państwo w połączeniu lub w sprzymierzeniu z Państwem Nuklearnym;
        6. Ukraina, Federacja Rosyjska, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz Stany Zjednoczone Ameryki będą się konsultowały w przypadku powstania sytuacji, w której pojawiłyby się wątpliwości dotyczące powyższych zobowiązań.

Memorandum wchodzi w życie po jego podpisaniu.
Podpisano w czterech kopiach o równej ważności w językach ukraińskim, angielskim i rosyjskim.

Za Ukrainę:
(podpis) Leonid D. KUCZMA

Za Federację Rosyjską:
(podpis) Boris N. JELCYN

Za Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej:
(podpis) John MAJOR

Za Stany Zjednoczone Ameryki:
(podpis) William J. CLINTON

Polska do NATO przystąpiła 5 lat później, przystąpienie do UE zajęło nam 10 lat. Na Bałkanach trwała wciąż wtedy wojna – najkrwawsza w Europie od II Wojny Światowej. Warto pamiętać o ówczesnych realiach. Rosja Jelcyna bankrutowała i wszyscy – z samymi Rosjanami włącznie – obawiali się okoliczności upadku atomowego kolosa. Kilka post-sowieckich państw – nie sama Ukraina – dysponowało pozostałościami sowieckiego arsenału nuklearnego. Identyczny z powyższym tekst podpisano o Białorusi i o Kazachstanie. A poza bombami w rękach lokalnych watażków wyniesionych w zawierusze, arsenał jądrowy stał się obiektem zainteresowania po prostu mafii, część z nich zbudowano na kadrach spec-służb upadłego mocarstwa.  

Memorandum budapeszteńskie w jego historycznym kontekście było właśnie takie. Polityczny, niebezpieczny chaos i nuklearne ładunki nie wiadomo w czyich rękach. Od logiki Jałty memorandum różniło się także obecnością krajów, o których decydowano, oraz tym, że położenie granicy strefy wpływów przesunięto bardzo poważnie na wschód. Logika Jałty jednak nie zniknęła – oto trzy mocarstwa ustalały nowy podział tej części świata. Wspólnym interesem wszystkich była eliminacja nieobliczalnego kłopotu, jaki sprawiały nowe atomowe państwa, których los był tak daleki od stabilizacji, jak to w pełni pokazała późniejsza historia. Ale trzy mocarstwa zagwarantowały przynajmniej granice nowych państw oraz ich ustrojową niezależność. Memorandum budapeszteńskie miało być też wzorcem oferty nuklearnego rozbrojenia. Np. dla Iranu albo dla Korei Północnej. Cóż – los Białorusi, Ukrainy i Kazachstanu pokazuje dzisiaj wszystkim, że w układy z mocarstwami wchodzić się da na podstawach znacznie solidniejszych niż dobra wola porozumienia.

Można – i powinno się – wywodzić z treści memorandum prawo i obowiązek obrony Ukrainy również poza Radą Bezpieczeństwa, jak to przewiduje pkt 4. memorandum. W Radzie Bezpieczeństwa akurat stosowny wniosek się pojawił i Rosja skorzystała z prawa weta – można dyskutować, czy to głosowanie wypełniało, czy może rosyjskim wetem właśnie złamało postanowienia pktu 4. memorandum. Wyraźną intencją memorandum była jednak polityczna i militarna neutralność Ukrainy, Białorusi i Kazachstanu. Pkt 3. memorandum był przez Rosję naruszany po wielokroć przed 2014 rokiem i aneksją Krymu oraz „republik” na wschodzie. Nie wolno było wpływać na politykę zdemilitaryzowanych państw żadnym naciskiem również ekonomicznym. O Białorusi i Kazachstanie szkoda w tym kontekście wspominać.

Czy jednak „prawa nieodłącznie związane z suwerennością” Ukrainy, o których wspomina pkt 3. memorandum, to również swoboda jej własnej decyzji o przystąpieniu do UE i zwłaszcza do NATO? Dziś nie mielibyśmy wątpliwości. Ale to dziś. W 1994 taki scenariusz w ogóle nie wchodził w grę. Ukraina miała nie należeć do politycznego, a tym bardziej militarnego Zachodu – miała leżeć na „ziemi niczyjej”. Czy z kolei „nieodłącznie związane z suwerennością” jest fałszowanie wyników wyborów w Białorusi albo traktowanie opozycji w Kazachstanie? W 1994 roku chodziło o rozwiązanie kłopotu i zrobiono to w duchu Jałty – zreformowanym nieco w nowych czasach, ale zwłaszcza zrewidowanym po osłabieniu jednego z jałtańskich mocarstw. Ukraina, Białoruś oraz Kazachstan miały mieć status podobny Finlandii. Zaorany pas ziemi niczyjej zamiast żelaznej kurtyny.

Obłąkane deklaracje Putina oraz lakoniczne stwierdzenie Zachodu, że Ukraina nie jest członkiem NATO, oznaczają powrót tej samej logiki i kolejną redefinicję granic stref wpływów. O położeniu tej granicy Zachód do powiedzenia ma niewiele, o ile cokolwiek. Musi powtarzać, że „nie ma naszej zgody”. Ale wpływ ma taki, jak o tym mówił Raymond Aron. Może tylko pytać, gdzie zatrzyma się Putin. Dziś to on decyduje. Decyzje o nieinterwencji Zachodu oznaczają akceptację tego faktu.

Deklaracje Blinkena o obronie „każdego cala” znaczą tyle, że Ukraina jest poza stalowym parasolem NATO. Chyba, że zdarzy się Cud nad Dnieprem. Jeszcze raz – możemy weń wierzyć, ale Blinken i Stoltenberg wiedzą, że cudu nie będzie. Polska może się cieszyć, że jesteśmy dzisiaj poza terenem spornym według dzisiejszych definicji. Ale to dzisiaj tak jest. W Polsce słusznie boimy się skutków „logiki Monachium”.

Określenie celów Zachodu w tej wojnie powinno być przede wszystkim jawne. Musimy wiedzieć, czy chodzi o obronę niepodległości Ukrainy, czy może godzimy się na rosyjską aneksję proklamowanej w Budapeszcie ziemi niczyjej. Jeśli zaś bronimy Ukrainy, to jak? I jakiej Ukrainy? Neutralnej, jakiej chciano w Budapeszcie, czy zintegrowanej z Zachodem? Gospodarczo w Unii Europejskiej? Czy również militarnie – w NATO? Każda odpowiedź jest tu o tyle dobra, że znalazłaby solidne uzasadnienie. Patrząc na walkę Ukraińców i ponosząc rosnące właśnie gwałtownie koszty tej wojny, mamy prawo wiedzieć. I uczestniczyć w decyzjach.

Sam chciałbym, by mój świat dążył do uczestnictwa niepodległej Ukrainy w strukturach, które ona sama dla siebie wybiera. W Unii Europejskiej oraz – owszem – w NATO. Mogę akceptować zobowiązanie o nieumieszczaniu w Ukrainie żadnych NATO-wskich sił, mogę zaakceptować nawet całkowitą demilitaryzację Ukrainy, pod warunkiem objęcia jej gwarancjami Art. 5. Traktatu. Ale to chciejstwo. Być może niebezpieczne z uwagi na reakcje Putina. Rozumiem to. Ale mam prawo oczekiwać poważnej rozmowy zamiast głupkowatego kibicowania bombardowanej Ukrainie, którą na ten los najwyraźniej skazano. Wolę poważną rozmowę od chłopięco bojowych deklaracji liderów zachodniego świata.

Niesprzeczność przeciwieństw

Wielu moich przyjaciół nawołuje do bezpośredniego zaangażowania NATO w Ukrainie. Choćby do strefy zakazu lotów, o którą prosi Ukraina i mnóstwo ludzi na demonstracjach na całym świecie. Monachium pokazało nieskuteczność dyplomacji i kapitulanckich kompromisów w powstrzymywaniu szalonych dyktatorów przed przemocą. Putin potwierdził tę lekcję ponownie. Z tego jednak, że „strategia monachijska” nie działa, nie wynika jeszcze żadną miarą, że zadziała jakaś strategia przeciwna.

Tego po prostu nie wiemy. Nie mamy żadnych takich doświadczeń. Pozbywając się na chwilę ulubionego w Polsce poczucia historycznej krzywdy – niezbyt zresztą zasłużonego akurat w stosunku do Monachium, skoro chętnie capnęliśmy wtedy Zaolzie – trzeba trzeźwo przyznać, że nie mamy bladego pojęcia, jak potoczyłaby się alternatywna historia, gdyby „kompromis” z Monachium odrzucono, postanawiając bronić Czechosłowacji choćby i zbrojnie. Niewiele wskazuje, że mogłaby się potoczyć lepiej. Podobnie trudno byłoby powiedzieć, co by się stało, gdyby alianci otworzyli drugi front wojny natychmiast, nie zostawiając Polski sam na sam z Hitlerem i – jak się okazało – ze Stalinem.  

Zazdroszczę pewności tym, którzy uważają, że NATO powinno dziś wysłać samoloty nad Ukrainę. Ja tej pewności nie mam. Wiem tyle, że nie tylko naiwne próby dyplomacji sprzed inwazji Putina były niebezpieczne, bo równie niebezpiecznie bezpłodne są dzisiejsze działania Zachodu. Wiem również, że decyzja o tym, by to Putin wyznaczył nowe granice podziału już de facto zapadła w gabinetach światowych przywódców. Jest równie okrutna jak decyzja o ewakuacji z Afganistanu. Nie mam jednak żadnych danych, by stwierdzić, że bezpośrednie zaangażowanie NATO w wojnę na terenie Ukrainy przyniesie skutek lepszy niż to, co Zachód decyduje się robić, a czego postanowił unikać.

Nie jest kwestią odwagi, a odpowiedzialności powiedzieć dzisiaj „sprawdzam” Putinowi wygrażającemu nuklearną eskalacją i rozszerzeniem konfliktu. Cofanie się jednak przed tym szantażem na pewno odpowiedzialne nie jest także. To jednak nie znaczy, że śmiertelne ryzyko decyzji przeciwnej nie istnieje. Te brutalnie proste kleszcze przywodzą nas – opinię publiczną Zachodu – do wyparcia prawdy. Część z nas będzie więc cieszyć się obudzoną powszechną solidarnością wobec uchodźców, zjednoczeniem przywódców Zachodu i ich bezprecedensowo twardą polityką. Nie widząc, że wolna Ukraina nie jest nawet celem tych działań, więc o szansach powodzenia trudno w ogóle rozmawiać. Inni będą przeczyć zagrożeniom eskalacji i rozszerzenia konfliktu.

Prawdziwy rachunek polegałby raczej na próbie odpowiedzi, czy konflikt jest do uniknięcia w świetle wszystkiego, czego możemy się dzisiaj spodziewać od rozwoju wydarzeń.

Plan

Nie ośmielam się oczywiście formułować nawet najbardziej nieśmiałych propozycji. Ale uważam, że poza jasno zdefiniowanymi celami UE, NATO i sojuszników Zachodu w starciu z Putinem, kilka elementów planu powinno stać się przedmiotem publicznej rozmowy, a nie tajnych dyplomatycznych podchodów, kiedy w Ukrainie bomby spadają na dziecięce szpitale dlatego przecież, że przed laty Ukraińcy powiedzieli o swoich aspiracjach i obiecano im wsparcie w ramach partnerstwa w NATO i kroków akcesji do UE.

Scenariusz, który w głowie mają Blinken ze Stoltenbergiem zakłada realizację prognoz ekspertów, których słuchają. Zatem ukraińska armia musi ostatecznie ponieść klęskę. Stanie przed wyborem – poddać się Rosjanom, czy poszukać schronienia u zachodnich sąsiadów. Jeśli eksperci Zachodu mają rację, tej sytuacji uniknąć się nie da. Ukraińscy żołnierze mogą zdjąć mundury i przejść do działań partyzanckich, ale czołgów i samolotów nie pochowają w stodołach. Czy kraje NATO – w tym Polska – udzielą schronienia jednostkom regularnej ukraińskiej armii? A jeśli udzielą – czy je internują? Czy taka decyzja będzie w ogóle możliwa po wszystkim, co się w Ukrainie dokona?

Otwarcie granicy dla ukraińskiej armii, która mogłaby powracać, by kontynuować działania obronne oznaczałoby de facto utworzenie baz i zgodnie z prawem międzynarodowym przystąpienie Polski do wojny. Możliwe stałyby się więc na przykład powietrzne rajdy Rosji na ukraińskie bazy na naszym terenie. Jednak publiczna deklaracja takiej możliwości dzisiaj jest nie proklamacją wojny, a jedynie zapowiedzią, że takie właśnie mogą być, a może nawet będą konsekwencje ofensywy Putina. Przy okazji warto spytać samych siebie, czy tego rodzaju konsekwencji da się w ogóle uniknąć, jeśli scenariusz Putina, Blinkena i Stoltenberga rzeczywiście się wypełni. Obawiam się bardzo, że uniknąć ich się nie da.

Odpowiedź UE na wniosek akcesyjny Ukrainy powinna być natychmiastowa i twierdząca. Pracować można nad kalendarzem. Może nawet długo. Ale miejsce dla Ukrainy w strukturach UE potwierdzić można twardo już dzisiaj.

Także deklarację o członkowskie Ukrainy w NATO – jeśli taka jest jej wola – da się potwierdzić dziś. Da się powiedzieć, że Ukraina może być zdemilitaryzowana, a Art. 5. Traktatu oznacza po prostu wypełnienie deklaracji złożonej przez dwie ze stron memorandum z Budapesztu.

Krym i Donbas? Nic takiego nie wchodzi w grę. Nienaruszalność granic z 1994 roku jest podstawą porozumienia o atomowym bezpieczeństwie świata, panie Putin.

4 thoughts on “Cud nad Dnieprem

  1. Chciałem to napisać już w poprzednim pańskim wpisie, ale tamten już spadł ze strony głównej, więc zrobię tę uwagę tutaj. Myślę, że w rozważaniach Pana zbyt słabo jest uwzględniana aktualna siła militarna NATO.

    USA miały u schyłku Zimnej Wojny w Niemczech około 200 tys. swoich żołnierzy w pełnym rynsztunku i gotowych do wojny totalnej w każdej chwili. Dzisiaj mają tam ok 35 tys. żołnierzy, którzy obsługują głównie centra logistyczne oraz instalacje broni jądrowej. Trump zamierzał zmniejszyć liczebność do 12 tys. żołnierzy. Do dzisiaj nie mają ani jednej jednostki we wschodnich Niemczech, bo to Gorbaczowi obiecywali i się tego trzymają. Jednostki na flance wschodniej nieco wzmocnili, ale zgódźmy się, że są to liczby raczej symboliczne, nie gotowe do prowadzenia „wielkiej wojny”.

    O polskiej armii też się nic dobrego nie słyszy, chociaż trudno te dane sprawdzić. Ale był raport mówiący o tym, że polska armia jest w stanie fatalnym, w zasadzie niezdolnym do poważnej walki. Jakiś wojskowy lub fachowiec w ostatnich dniach powiedział, że Ukraina ma 10 krotnie więcej uzbrojenia przeciwpancernego i przeciwlotniczego niż Polska. Że Ukraina ma, to widać po tym grzęźnięciu Rosji, a jak jest w Polsce to nie wiadomo. Mówią, że helikopterów mamy osiem sztuk.

    Co gorsza, mam spore obawy do determinacji i zdolności obronnych polskiego społeczeństwa. Ukraińcy są mentalnie świetnie umotywowani, zahartowani w bojach o Donbas i od 8 lat przygotowywani sprzętowo oraz organizacyjnie do takiej właśnie wojny. Nie chce mi się myśleć nawet o tym, jak by wyglądała wojna, gdyby Rosja w podobny sposób zaatakowała Polskę. Może przed pierwszym nadzwyczajnym posiedzeniem NATO rosyjska armia docierałaby do Wrocławia i Szczecina. Mogę mieć tylko nadzieję, że to przesadne obawy i mogę marzyć o drugim „Cudzie na Wisłą”.

    O państwach małych, jak nadbałtyckie, nie będę już wspominał.

    Ale Niemcy też się skarżą, że mają armię zdezelowaną, od wielu lat głodzoną, jako najlepsze źródło oszczędności. Teraz się wystraszyli i znaleźli na ten rok dodatkowe 100 mld. Euro na armię, ale nawet jak to będą robić teraz stale, to efekty będą dopiero za parę lat. Dzisiaj wyglądałoby to kiepsko. Dzisiaj jedyną realną opcją obronną NATO jest przysłanie do Europy znowu 200-300 tys amerykańskich żołnierzy zdolnych do wojny lądowej, no albo użycie broni jądrowej.

    „Ducha monachijskiego” ja bym tak nie wyśmiewał, bo dzisiejsze procesy przypominają nieco te sprzed II WS. A ten proces nazwałabym „Wyścig z własną słabością i z czasem” w obliczu zranionego agresywnego niedźwiedzia, który też wie, że to dla niego wyścig o życie z własną słabością i czasem. W takim wyścigu nie wybiera się na początku starć frontalnych, bo te z dużym prawdopodobieństwem zakończą się porażką i śmiercią. Co gorsza, trzeba czasem coś poświęcić i rzucić niedźwiedziowi na pożarcie. I należy tak robić, by nie stracić wszystkiego, a zakończyć wojnę zwycięsko. Ta wojna będzie trwała lata i to trzeba przyjąć do wiadomości. Tak postępowała (mądrze) Wielka Brytania przed II WS (i w trakcie), by na końcu wyjść z wojny zwycięsko, choć nie bez strat.

    Miejmy wiarę, że „Cud na Dnieprem” nas z tego procesu wyratuje, ale niezależnie od cudów musimy się nastawić na długotrwałą wojnę z własnymi słabościami i z czasem.

  2. Jeszcze jedna refleksja. Jak kanclerz Scholz ogłosił „przewrót kopernikański” poprzez zwiększenie 100 mld. Euro wydatków na armię, to od razu zrozumiałem dalekosiężne efekty tego kroku dla całego świata, a zwłaszcza dla Europy. I nie wszyscy będą tym uszczęśliwieni.

    Od zakończenia II WS polityka niemiecka opiera się na umiarkowanym pacyfizmie, poczuciu winy, procesach odprężenia w Europie, potężnej gospodarcze i wpływie politycznym poprzez pieniądze, odprężenie i współpracę. Ta polityka była bardzo efektywna podczas Zimnej Wojny i na jej końcu pojawił się Gorbaczow, rozpad ZSRR i uwolnienie Wschodniej Europy. Prawie bez jednego wystrzału. Tylko tej polityce towarzyszyła również ogromna siła zaangażowanych USA. Teraz tej siły nie ma i chyba dlatego z polityki odprężenia, powiązań i współpracy na końcu pojawił się Putin ze swym bandyckim podbojem oraz najbrutalniejszą wojną w Europie od zakończenia II WS.

    Podkreślmy, że ta polityka współpracy, pacyfizmu i odprężenia stała się również fundamentem dla Unii Europejskiej.

    A co oznacza ten reset niemieckiej polityki. To, że Niemcy za kilka lat będą jedną z najpotężniejszych państw nie tylko gospodarczo-polityczno-moralnie, ale również militarnie. Za 10 lat z pewnością największą potęgą militarną w Europie i jedną z największych w świecie (4 albo 3 miejsce)

    Aktualne wydatki Niemiec na zbrojenie to lekko ponad 50 mld. Euro. Anglia i Francja wydają nieco mniej, ale po zaokrągleniu są to liczby rzędu 50 mld. Jak Niemcy przejdą na wydatki rzędu 150 mld. to będzie to 3 miejsce w świecie choć bardzo jeszcze dalekie od astronomicznych wydatków USA i Chin. Jak zareagują na to Francuzi i Brytyjczycy? Podobnym wzrostem wydatków, czy też zaniepokojeniem i protestami? Rosja wykazuje na tej liście wydatki 62 mld. Euro, ale są to wydatki nominalne, a więc w prosty sposób nieporównywalne.

    Dla porównania Polska ze swoimi 57 mld Złotych wydaje tak na oko w przeliczeniu około 12-15 mld. Euro. Po wzroście wydatków w Niemczech będzie to mniej niż jedna dziesiąta.

    Chcę tu tylko zwrócić uwagę na wyłaniający się inny problem dla Europy. Wychodzenie Niemiec z powojennego pacyfizmu rodzi nowe problemy geopolityczne dla świata, a zwłaszcza dla Europy.

    1. Te liczby były chyba z 2019 albo 2018 roku. W 2020 inaczej to wygląda, zwłaszcza pomyliłem się z Wielką Brytanią, która wydawała w tamtym roku prawie 60 mld. $. Pomyliłem ją z Japonią. Ale w rzędach wielkości wszystko się nadal zgadza. Aha, ta grafika jest w dolarach, a ja oglądałem poprzednio w Euro. Stąd trzeba lekko przeliczyć.

      tutaj link: https://de.statista.com/statistik/daten/studie/157935/umfrage/laender-mit-den-hoechsten-militaerausgaben/

      1. Uczynię poprawkę do mojej poprawki. Mnie się Wielka Brytania nie pomyliła z Japonią, lecz należy zaznaczyć skokowy wzrost wydatków na zbrojenia WB w 2020 roku. O około 20%. W takich ad hoc spojrzeniach na statystyki z różnych źródeł można popełniać błędy interpretacyjne. W zasadzie powinno się analizować kilkuletnie trendy w wydatkach, podobnie jak w sondażach. Uderzające i zastanawiające są też nieproporcjonalnie wysokie wydatki Arabii Saudyjskiej na zbrojenia. Wiedzą o czymś, czego my jeszcze nie wiemy?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Emeryt na niedzielę

Paweł Kasprzak jest jednym z pomysłodawców i założycieli ruchu Obywatele RP. Był także wydawcą i inicjatorem Obywateli.News. Po z górą pięciu latach aktywności w pełnym wymiarze godzin wycofał się z działalności z powodu sytuacji, w jakiej znalazła się jego rodzina. Kasprzak jest znany z kilku rzeczy, w tym z publicystki, w której próbował programowo szukać dróg „zbawienia Ojczyzny”. Sam nazywał to waleniem głową w mur – „walił” zresztą nie tylko tekstami, ale też innego rodzaju aktywnością. Dziś Kasprzak twierdzi, że z „kanapy emeryta” rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Czy lepiej? Zobaczymy. Kasprzak obiecuje starać się pisać krócej, choć zastrzega, że za efekt nie ręczy. Co tydzień tekst, skoro nie udało mu się utrzymać cyklu codziennych komentarzy wideo.

Sondaże i nadzieje

276 i 305 mandatów oraz – co ważniejsze – wymagane dla nich co najmniej 50 lub 60% poparcia. Trzeba przede wszystkim wiedzieć, że to kompletnie nierealne nie tylko w świetle bieżących i dających się wyobrazić sondaży, ale w logice polityki, którą uprawia się w Polsce. W historii III RP żaden taki wynik nie zdarzył się nigdy od czasu pamiętnego 4 czerwca 1989 roku, kiedy kandydaci Komitetu Obywatelskiego „S” uzyskiwali poparcie od 60 do 80%. Nigdy potem nic podobnego się nie zdarzyło. Nigdy nikomu – choć wiele przeszliśmy. Pomyślmy o tym przez chwilę. Cud nie zdarzy się więc i tym razem, bo w świecie polityki jaką znamy to nie jest możliwe.

Czytaj

3. Wyborcza wojna książąt i wasali

Zamachu na rządy prawa dokonuje w Polsce partia wodzowska, o autorytarnej strukturze, skrajnie niedemokratycznym statucie i praktyce funkcjonowania koncentrującej wszystkie decyzje w rękach lidera. To nie jest przypadek. Poczynania Kaczyńskiego nie byłyby możliwe w partii prawdziwie demokratycznej. Prawny zakaz ubiegania się o władzę w wyborach organizacji nieprzestrzegających zasad demokracji w relacjach wewnętrznych byłby zatem kolejnym z tym bezpieczników demokracji, który mógłby skutecznie zapobiec polskiemu kryzysowi. To jeden z twardych wniosków z polskich doświadczeń kryzysu.

Czytaj

2. Do trzech zliczyć

O trójpodziale władzy mówiliśmy i wykrzykiwaliśmy przez ostatnie 7 lat sporo. Na myśli mieliśmy jednak zawsze tylko sądy i władzę polityczną, a to przecież trójki nie czyni – co jakoś do głowy przez te długie 7 lat nie przyszło właściwie nikomu. Trochę to dziwne. Mówiliśmy trzy, a zliczyć umieliśmy najwyraźniej tylko do dwóch, a przecież mamy się za rozumną elitę. Jak nie patrzeć, trójpodziału władzy w III RP nie było nigdy. Gdyby był, historia ostatnich lat wyglądałaby zdecydowanie inaczej i bez wątpliwości lepiej. Może czas nauczyć się liczyć do trzech.

Czytaj

Kraj sekt

Chodzi mi o to, by na wspólnej liście znaleźli się np. zwolennicy uwolnienia aborcji i przeciwnicy. By się na niej znaleźli głosami ludzi, którzy właśnie na te rzeczy głosują. By nie pozwolić zepchnąć pod dywan rozwiązania tego konfliktu, tylko, by go wreszcie rozwiązać. By ten konflikt i wiele innych przenieść do instytucji demokracji i uczynić przedmiotem sporu, który jest treścią polityki i treścią demokracji – a nie plemiennej wojny, bo jej efektem jest wyłącznie nienawiść i zniszczenie. Git? Dla mnie git. Gotów byłem za to wypruwać bebechy.

Czytaj

Do wyborców PL 2050 i do wyborców lewicy

Nie proponuję Wam głosowania na Tuska. Lewicowcom nie sugeruję głosowania na Hołownię. Proponuję wspólną listę Lewicy, PO i PL 2050 oraz wszystkich pozostałych wyłonioną również Waszymi głosami w otwartych, międzypartyjnych prawyborach – po to, by właśnie dać Wam możliwość głosowania na swoich.

Czytaj

Do tanga trzeba nie tylko dwojga – ktoś musi je najpierw zagrać

Namawiam Monikę Płatek do kandydowania w imię dokładnie tych samych racji o Ojczyźnie w potrzebie, które tak dobitnie wymieniła, wzywając do jedności i wspólnej listy opozycji. Jeśli mam sobie naprawdę wyobrazić wspólną listę ruchu demokratów idących po zwycięstwo, to nijak nie widzę listy warszawskiej albo warszawskich kandydatów do Senatu, bez dr hab. Moniki Płatek, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, wybitnej prawniczki, karnistki, obrończyni praw człowieka bezwzględnie w każdych, nawet najtrudniejszych okolicznościach. Obywatelki, której pryncypialnej niezgody na żadną „drogę na skróty” i na żadne obejścia zasad prawa w imię bieżącej potrzeby jestem absolutnie pewny, bo ją wielokrotnie widziałem. Monika Płatek pisze dzisiaj „albo jedna lista, albo nie liczcie na nasze głosy”. Ja napiszę, że albo na wspólnej liście będą ludzie jak ona, albo ta lista będzie niewiele warta i głosów nie zdobędzie. Mam za sobą jedną nieśmiałą osobistą próbę przekonania jej do tego – dzisiaj bezczelnie pozwalam sobie namawiać ją publicznie. Akurat ja mam prawo – w ramach rewanżu. Trudno mi nie skorzystać z tego przywileju.

Czytaj

Wbrew optymizmowi przyszłych sondaży postawa opozycji gwarantuje klęskę

Większość konstytucyjną mielibyśmy gdyby PiS dostał 27%, a Konfederacja 10%. Taki wynik jest dzisiaj prawdopodobny. Jednak do tego szczęścia potrzeba jeszcze pozostałych 63% dla opozycji — najlepiej idącej jednym blokiem. To zaś scenariusz political fiction. Jak to jest możliwe i czy da się z tym jakoś sobie poradzić? Ten największy dziś problem nie będzie politycznie komentowany.

Czytaj

Patrzcie w górę – bo znowu przegramy!

Chodzi o szacunek dla faktów, dla logiki, o chęć ustalenia jednak prawdy, a nie trendów w ponowoczesnym płynnym chaosie. To fundamentalnie ważne. Ważniejsze nawet niż te wybory, które nas znowu czekają. Rozpada się nie tylko Polska, ale cywilizacja w ogóle.

Czytaj

Moja pierwsza wojna

Mam ileś wspomnień kombatanta. I mam zawsze mieszane odczucia, bo te kombatanckie wspomnienia są mocno fałszem podszyte i wszystkie one razem składają się na obraz historii kompletnie zafałszowany – i tylko trochę ten fałsz wynika z „polityki historycznej”, a o wiele bardziej z naszych kompleksów.

Czytaj

Aborcja i władza

Senat jest „nasz”, demokratyczny. Mamy w nim 24 kobiety, w tym 9 z PiS. I choć parytetowe proporcje po naszej stronie wyglądają zdecydowanie lepiej, to jednak wcale nie wyglądają dobrze i nawet w „naszej połówce” trudno byłoby wskazać jakąś większość „progresywistów” skłonnych do „otwarcia” w sprawie aborcji. Naprawdę uważamy, że oni mają większe prawo decydować o aborcji niż nasz nadużywający alkoholu, nieokrzesany sąsiad w poplamionej żonobijce, głosujący w referendum? Patrzę na Senat i bardzo wątpię. Która z aktywistek OSK zdecydowałaby się powierzyć rozstrzygnięcie sprawy aborcji tej jego połówce, która jest „nasza”? Skąd nadzieja, że po kolejnych wyborach cokolwiek pod tym względem będzie lepiej? Nieporównanie ważniejsze pytanie ogólne – czy dobre państwo naprawdę na tym polega, że w Senacie są zawsze ci, którzy tam naszym zdaniem powinni być? Wyborcy PiS tak właśnie sądzą. Szli do wyborów w 2015 roku, żeby odsunąć „złodziei z PO”. Efekt znamy, ale wyborcy PiS nadal wierzą, że „swoi” są lepsi od „obcych”, nawet jeśli kradną tak samo albo bardziej. Może więc dobre państwo, to po prostu takie, w którym sprawy naprawdę ważne nie zależą od tego, kto akurat rządzi?

Czytaj

Kiedy już PiS upadnie

Wbrew naszym własnym notorycznym deklaracjom i wbrew zdaniu Tuska, że do zła nie wolno się przyzwyczaić – przyzwyczaić powinniśmy się już dawno. Tusk wrócił, notowania PiS leciały w dół, sondaże od dawna dawały i wciąż dają zwycięstwo opozycji, tym razem niezależnie od tego, ile list wystawi. Jakoś nie było słychać okrzyków triumfu, prawda? Dziwne? Z pewnością dziwić powinno, ale nikogo nie zdziwiło. Dziwaczność wczorajszej sytuacji dobrze wyjaśnił stan dzisiejszy. Dzisiaj jest mianowicie jasne, dlaczego postulat przedterminowych wyborów w warunkach „wojny hybrydowej” byłby szaleństwem. A referendum w sprawie UE? Też?

Czytaj

#MeToo

W mojej pamięci i mojej dzisiejszej ocenie problem w tym konkretnym przypadku Maćka Zięby, którego zapamiętałem jako człowieka po prostu niezwykle dobrego, polega właśnie na tym, jak tak straszna rzecz mogła się zdarzyć komuś tak porządnemu. Bo to, że się notorycznie zdarza szujom i marnym głupkom, jak Jankowski albo Dziwisz czy Jędraszewski, jest akurat bardzo łatwo zrozumiałe i wobec tego niewarte uwagi.

Czytaj

Ach, jacy my wszyscy niewinni…

Z piedestału strącany jest właśnie kolejny duchowny autorytet. Ojciec Maciej Zięba. Był dla mnie i autorytetem, i przyjacielem. Cóż, nie będę miał przyjaciela na piedestale. Ale przyjaźń zachowam. Niniejsze jest więc dla mnie niemal prywatą. Zachowam też jednak i zamierzam wyrazić przekonanie, że Maciek był porządnym, mądrym i wartościowym człowiekiem. Który dopuścił się zła. Niejasna deklaracja w czasach zmagań o fundamentalną prostotę prawdy i fałszu, dobra i zła? Przeciwnie – bardzo jasna.

Czytaj

Nie o taką Polskę…

Przy całym własnym krytycyzmie, ostrym niemal na granicy depresji, najzupełniej poważnie uważam konflikt z PiS za właściwie wygrany. Myślę, że to jest trzeźwa ocena, a nie pijana wizja. PiS zmierza ku zderzeniu z kolejnym murem i albo rozsypie się hamując, albo przypuści jeszcze kolejną szarżę, ale zderzenia już nie przeżyje. Ma go też wreszcie kto dobić – mam tu na myśli oczywiście Tuska. Ta sytuacja powinna skłaniać do radości, a wcale nie skłania. Kompletnie już pomieszaliśmy, z czego należy się cieszyć, a czym martwić.

Czytaj

Pragmatyzm wojny ze złem

Zło wokół widzimy. Bunt przeciw niemu jest zrozumiały. Czy bunt wystarczy za powód, by przyniósł cokolwiek dobrego? Myślę, że tak. Czy buntując się przeciw złu, trzeba koniecznie wskazać dobro, którego się chce? Myślę, że wcale nie. Zostawmy więc pytania o dobro przynajmniej na razie.

Czytaj

Tusk: hura, oj, no cóż…

W największym skrócie największej zmiany spodziewają się ci zaangażowani po obu stronach w wojnę tożsamości, która trwa w Polsce co najmniej od 2005 roku i którzy wciąż wierzą, że da się w niej wygrać i że to cokolwiek zmieni. Kto by nie uległ takim emocjom? Sam im ulegam, choć bardzo się staram i choć właśnie w tej wojnie widzę jedną z istotnych przyczyn zła. Chodzi jednak przecież nie tylko o emocje – Tusk ma oczywiście rację, kiedy tę wojnę definiuje w kategoriach walki ze złem. Żadnego odkrycia tym przecież nie czyni.

Czytaj

Ukąszenie Kamińskim

Jak można rozumieć sytuację Bartka i Fundacji Otwarty Dialog? Opiszę, jak ją sam widzę i jakie mam z nią własne doświadczenia. Z osobistej perspektywy. Prywatnej. Interesuje tutaj – i równocześnie bardzo uwiera – osamotnienie Bartka Kramka wśród opozycji. Bo ono pozwoliło go w ogóle zamknąć.

Czytaj

Rzeszowski poligon – political fiction

Strategia w Rzeszowie jest wynikiem przypadkowego aktu szaleństwa. Strategia w opozycyjnej polityce to wciąż political fiction. Obawiam się bardzo, że polska polityka w ogóle nie jest wciąż niczym więcej. Co gorsza, choć Konrad Fijołek to porządny facet i choć w Rzeszowie rzeczywiście wiele dobrego się zdarzyło, to właśnie w świetle tego sukcesu kompletną fikcją okazuje się w Polsce nie tylko sama polityka, ale i polityczny naród, obywatelskie społeczeństwo, czy jakkolwiek inaczej zwać to wszystko, co przez lata usiłowaliśmy budować z Obywatelami RP.

Czytaj

4 Czerwca – wygrać cokolwiek

Charyzma. Poszukujemy jej wciąż. Cała polska historia powinna nas przed nią przestrzegać. Piłsudski, Zamach Majowy, Wałęsa, Wojna na Górze. Marzyłbym, żebyśmy o tym pomyśleli i pogadali w rocznicę 4 czerwca, pamiętając, że rok po tamtej euforii byliśmy wszyscy już na kolejnej wojnie. Ale raczej nie pomyślimy i nie pogadamy. Znowu.

Czytaj

„Kury szczać prowadzać”

Nie miejmy złudzeń. Każdy opowiadający o nowej nadziei, chcący się policzyć, startujący osobno, będzie jak politycy z diagnoz Piłsudskiego. Każdy wódz-uzdrowiciel wejdzie z kolei w dawno temu uszyte przezeń buty kawalerzysty. Efekt będzie ten sam. Zmierzamy w tę stronę.

Czytaj

Przyglądając się ścianie…

W przyrodzie przeżywają przystosowane jednostki, w polityce też. Kryteria rządzące naturalną selekcją znamy. Dobrze byłoby poznać te, które rządzą selekcją w polityce i doprowadzają do stanu, w którym skądinąd przecież niegłupi i wcale nie szmatławi ludzie zachowują się jak ostatnie gnojki, a pieprzą przy tym takie bzdury, że połowa narodu od tego wariuje, a druga rzyga. Poznawszy te mechanizmy, będziemy być może w stanie nie tylko złorzeczyć przed telewizorami, ale cokolwiek zrobić.

Czytaj

Przekaz tygodnia: prawda nas rozwali

Śmiem twierdzić, że o „zdradzie Lewicy” i Funduszu Odbudowy nie przeczytaliśmy dotąd i nie usłyszeliśmy ani słowa prawdy. Czy ktokolwiek w kontekście awantury o Fundusz i o „zdradę Lewicy” widział w mediach na przykład cokolwiek o 90. Artykule Konstytucji? Tym, który przewiduje, że umowy międzynarodowe – jeśli to nie są jakieś umowy handlowe, ale coś, co wchodzi w kompetencje parlamentu i w zakres ustaw – ratyfikuje się w obu izbach kwalifikowaną większością 2/3? Czy ktoś słyszał też, że jednak zwykłą większością Sejm może zdecydować o trybie ratyfikacji i uznać np., że ona wymaga referendum? Że wtedy cytowane od miesięcy sondaże w tej sprawie nabiorą szczególnego i nieco innego znaczenia?

Czytaj

Szymonici i partia nowego typu

O sobie często mówią „żółta rodzinka” lub „hołowniacy”. Ja mówię szymonici – a przyjaciół, których mam wśród nich, oraz znajomych

Czytaj

Hipokrates i słowa na wiatr

Po pierwsze nie szkodzić. Dziś ta zasada starego medyka i mędrca – gdyby ją chcieć stosować w polityce, zwłaszcza „rewolucyjnej” – byłaby

Czytaj

Obywatelski program? Chwila prawdy: ile znaczą ruchy obywatelskie? Strajk Kobiet i jego widoczność z chwilą ogłoszenia orzeczenia Przyłębskiej - ale już choćby w dniach głosowania prezydenckiego? Ruchów obywatelskich nie widać wcale. Jak ich nie widać na ogół - tendencja w trakcie pięciu lat jest wyraźna.