Wbrew optymizmowi przyszłych sondaży postawa opozycji gwarantuje klęskę

W trzech ostatnich tekstach (patrz kolumna po prawej lub w telefonach u dołu) opisywałem skutki algorytmu D’Hondta. Niewiele w nich było polityki, bardzo wiele było zaś liczb i szacunkowych kalkulacji. Dzisiaj uzupełnienie. Za chwilę z całą pewnością pojawią się sondaże pokazujące skutki Polskiego Ładu i afery Pegasusa. Dla PiS będą katastrofalne. Z całą pewnością dla większości komentatorów ta sytuacja unieważni potrzebę wezwań do jedności w wyborach. Uwierzymy, że PiS upadnie, czy będziemy stali, czy leżeli. Cóż…

Zastrzeżenie niestety niezbędne dla ogromnej większości czytelników, a tę niezbędność potwierdził przebieg dyskusji towarzyszącej tamtym publikacjom. Matematyki uczymy w szkołach do tego stopnia źle, że może lepiej byłoby nie uczyć jej wcale, ponieważ u 72 lub 75% z nas wg różnych badań szkolne urazy powodują fobie tak głębokie, że nie jesteśmy w stanie przeczytać żadnego tekstu z liczbami, bo ich widok paraliżuje w nas zdolność myślenia. Będzie tu znowu wiele liczb. One są jednak bardzo łatwo zrozumiałe. Wymagają nie żadnej wiedzy tajemnej ani żadnych rzadkich talentów, ale zaledwie uwagi. I zasługują na nią, bo przesądzają o naszej przyszłości bardziej niż najgorętsze polityczne emocje. Lektura tych akurat liczb powinna zresztą wywołać emocje bardzo intensywne. Przede wszystkim szczery gniew.

 

Rządy Konfederacji – najbardziej prawdopodobny rezultat strategicznych eksperymentów politycznych liderów

Jakiej przewagi trzeba, by dwoma blokami opozycji pozbawić PiS przewagi? Pamiętamy rezultat wyborów w 2019 roku. Opozycja dostała w sumie ok. 5% głosów więcej (niemal milion), a jednak w podziale mandatów przegrała właśnie dlatego, że głosy były podzielone.

 

Dwa bloki, o których mówi się dzisiaj, to oczywiście lepiej niż trzy, które startowały ostatnio. Przyjmijmy więc wynik w przybliżeniu odpowiadający tamtemu z 2019 roku, kiedy fatalny wybór samobójczej strategii był wart tyle, co strata ponad miliona głosów (w istocie niemal dwóch). Niech zatem dwie partie opozycji – znów czysto umownie nazwane KO i SLD – dostaną w sumie 48% głosów, a PiS 43%. Konfederacji przyznajmy 9% głosów – nieco wyżej niż dostała, za to bardziej zgodnie z jej dzisiejszymi notowaniami. Te trzy listy dostają 100% wszystkich głosów. Nie ma nikogo pod progiem. Kukiz albo startuje z Konfederacją, albo nie startuje wcale. PSL startuje z KO, albo przestaje istnieć. To jest znów wyłącznie analiza wyborczej matematyki – nie polityki.

 

Zestawienie poniżej pokazuje wyniki podziału mandatów przy różnych możliwych podziałach 48% głosów opozycji pomiędzy dwie listy. Poczynając od 24/24% poprzez np. 38/10%, a skończywszy na 48/0 – co oznacza de facto jedną listę. Zobaczmy:

Zgodnie z oczekiwaniami dwa bloki są lepsze niż trzy – PiS nie rządzi samodzielnie. Wariant 48/0%, czyli wspólny start, daje oczywiście opozycji samodzielną większość zgodną z uzyskaną przewagą i wspartą „premią D’Hondta” – ale nie tylko on. Przewagę daje również inny wariant zaznaczony na zielono, w którym jedna z partii traci na algorytmie D’Hondta notując niski wynik 10%, ale traci mniej niż Konfederacja, a „premia D’Dondta” rozkłada się równomiernie pomiędzy bliskie wynikami partie najsilniejsze.

 

Po przekroczeniu tego punktu rozkładów – proszę zauważyć pomiędzy zielonymi obszarami – wynik PiS rośnie bardzo wyraźnie. PiS dostaje „premię” za niski wynik jednej z opozycyjnych partii, ponieważ nadal wynik PiS pozostaje najlepszy, ta premia działa dlań korzystnie. Obszar pokazuje więc niebezpieczeństwo postawy „obstawiania pewniaka” w wyborach: niski, ale niezerowy wynik partii, która „nie ma szans pokonać PiS” w istocie nie jest strategią rozsądną. Jak zobaczymy za chwilę, nie zawsze tak się musi wydarzyć, ale taki rezultat jest możliwy. Optymalny, co zaskakuje, okazuje się wariant 38/10% głosów, który również daje bezwzględną przewagę opozycji, ale proszę spojrzeć – byłoby doprawdy trudno trafić w coś takiego. Jak się na takie głosowanie umówić z wyborcami

 

Przypadkowość wyniku pokazują zaznaczone na czerwono warianty. Przewaga 10 mandatów pomiędzy PiS i opozycją odwraca się tu, choć różnice w wynikach są zaledwie dwuprocentowe i nawet o włos nie zmieniają proporcji pomiędzy głosami PiS i opozycji.

 

Przede wszystkim jednak w większości wariantów możliwych w rzeczywistości dwóch list opozycyjnych rządzić będzie ten, kto zawrze porozumienie z Konfederacją. To ona jest największym wygranym. Rządzi Polską jak kiedyś ZChN lub – jak kto woli – jak nią rządziło zwykle PSL.

 

Próbujmy wobec tego dalej. Zwiększmy przewagę opozycji do 10%. Przyjmijmy, że opozycja uzyskała 50% głosów, PiS 40%, a Konfederacja 10%. Znów policzmy różne warianty rozkładu.

Dziwne, prawda? Większa przewaga daje w wielu przypadkach mniej korzystny podział mandatów. Dlaczego? Ano, dlatego, że nieco zwiększył się udział Konfederacji, zmniejszyła się „premia D’Hondta” i wyniki się wyrównują. Wyłącznie zielony wariant jednej listy oddaje rzeczywistą przewagę opozycji.

 

To porównanie wyników dla pięcio- i dziesięcioprocentowej przewagi jest fundamentalnie ważne. Pokazuje jak arytmetyka ogranicza prawomocność politycznych spekulacji i do jakiego stopnia z rezerwą trzeba czytać najbardziej nawet wiarygodne sondaże. Każdy z nich trzeba przeliczać D’Hondtem. Ale przeliczać należy nie ot tak. Za każdym razem tych kalkulacji należy dokonywać dla całej przestrzeni wyników mieszczących się w marginesie błędu. Bo wyniki będą bardzo różne. W nieoczekiwany sposób.

 

Tak czy owak, przy 10% prowadzeniu opozycji, która bierze w sumie połowę wszystkich głosów, Polską rządzi znów Konfederacja, bo bez niej nikt nie ma bezwzględnej przewagi. Cóż, próbujmy.

 

Oto rozkłady dla sytuacji PiS – 35%, opozycja w sumie 55%, a Konfederacja 10%:

 

Wreszcie opozycja rządzi! Ciekawy jest wynik czterech wariantów startu dwóch bloków porównywalny z wariantem jednego bloku. No, algorytm D’Hondta daje czasem nieoczekiwane efekty. Loteria… Tu akurat mniejsza niż w poprzednich zestawieniach, ponieważ jest to zestaw, w których wyniki partii są w największym stopniu porównywalne.

Jeśli odmawiając Tuskowi Hołownia myśli racjonalnie – że jednak wtrącę politykę do arytmetyki na chwilę w tym miejscu – to ma na myśli być może właśnie taką sytuację, która zresztą odpowiada dzisiejszym sondażowym trendom. Osobny start niczego tu nie rujnuje. Naciskając na zjednoczenie, Tusk zdaje się z kolei odwoływać do wojennej presji poprzednich zestawień.

Przede wszystkim wypada jednak i tutaj zwrócić uwagę na rolę Konfederacji. Nie jest wprawdzie w stanie ugrać niczego w samym Sejmie. Ale nawet przy 20% przewagi nad PiS i 10% przewagi nad PiS i Konfederacją razem opozycja nie ma szans uzyskać 276 mandatów koniecznych do odrzucenia weta Dudy. Co to oznacza? Otóż oznacza to tyle, że w sojuszu z Dudą Konfederacja byłaby w stanie rządzić w sprawach kluczowych. Pakujemy się właśnie w tego rodzaju maliny. Dwa bloki pozostają politycznym samobójstwem, choć niekoniecznie wynika to wprost z czystej arytmetyki, o czym za chwilę. Scenariuszem być może gorszym od rządów PiS byłoby bowiem uczynienie z Konfederacji kluczowo ważnego języczka u wagi.

No, to tylko arytmetyka. Żaden z powyższych szacunków nie jest wyborczą prognozą. To tylko przegląd narzędzi i ich efektywności w zdobywaniu sejmowych mandatów.

Groźne pozory optymistycznych danych i problem prawdziwy

 O dwóch blokach opozycji jeszcze w listopadzie napisała w Wyborczej Agnieszka Kublik, powołując się na zlecony przez Gazetę sondaż Kantara. Ów sondaż pokazywał bardzo korzystne wyniki poparcia zarówno partii opozycji, jak hipotetycznej koalicji KO z PL 2050, o którą także zapytano respondentów. PiS uzyskiwałoby tu zaledwie 28% poparcia, koalicja Tuska z Hołownią – 39, Konfederacja miałaby 11% głosów, a SLD – 7%. Pozostali – w tym PSL – nie przekroczyliby progu 5%. Procenty nie sumują się tu do 100 z powodu niezdecydowanych, zatem sytuacja odpowiada mniej więcej temu, co symulowało ostatnie z powyższych zestawień z 20% przewagą opozycji nad PiS. Warto mieć zatem świadomość, że rozważamy tu sytuację, w której wojenna presja na zjednoczenie działa najsłabiej.

Agnieszka Kublik napisała, że koalicja KO z P 2050 dysponowałaby wówczas samodzielną większością. Istotnie – kalkulacje D’Hondta dla 41 okręgów pokazują 233 mandaty dla zwycięskiej opozycyjnej koalicji plus dodatkowe 22 mandaty SLD, co mniej więcej pokrywa się z symulacją rozkładu 47 do 8% w ostatnim zestawieniu niniejszego tekstu, a niewielka różnica dwóch mandatów wynika z założonego tu o procent niższego wyniku Konfederacji. W sondażu Kantara PiS ze 160 mandatami znalazłby się w wyraźniej mniejszości, której nie mogłaby pomóc Konfederacja ze swymi 45 mandatami.

Tyle tylko, że te szacunki Wyborczej są obarczone niepewnością większą niż wszystkie powyższe czysto arytmetyczne kalkulacje. Zakładają one mianowicie, że Gowin startuje osobno i przepada, podobnie jak PSL – to konieczny warunek tak korzystnego przelicznika głosów na mandaty. W dodatku zakładamy tu – podobnie jak w arytmetycznych szacunkach – że we wszystkich okręgach różnych co do wielkości i zróżnicowanych politycznie wyborcy głosują w tych samych proporcjach. To oczywiście nieprawda. Niezłe dostępne w sieci kalkulatory D’Hondta szacują nierównomierność wyników głosowania w zależności od okręgów na podstawie stale aktualizowanych danych historycznych. PiS na Podhalu to coś innego niż PiS w Warszawie. Jak widzieliśmy, ten sam rozkład głosów potrafi dawać bardzo różne wyniki w zależności od wielkości okręgu wyborczego. W okręgach o tej samej ilości mandatów duża zmiana rozkładu głosów potrafi nie powodować żadnych zmian w mandatach, ale też czasem nawet nieznaczna zmiana w głosach potrafi dać zupełnie inny rezultat podziału sejmowego tortu – jak widzieliśmy, nawet odwracając przewagi. Tej niepewności danych nie da się dziś usunąć, próbując przewidzieć jak będą się zmieniać zachowania wyborców z okręgu do okręgu. Nie ma dobrych danych o zróżnicowaniu poparcia dla samej PL 2050, a zwłaszcza dla nigdy dotąd niewidzianego sojuszu tej nowej partii z KO.

Kantar stwierdził jednoprocentową premię za zjednoczenie. Koalicja Tuska i Hołowni miałaby zdobyć 39% głosów w stosunku do 24% KO i 14% PL 2050 startujących osobno. Równocześnie zjednoczenie tych dwóch ugrupowań przyniosłoby stratę PiS – z 30 do 28% głosów. Konfederacja w tym wariancie rośnie z 9 do 11%. Wszystko to powiedzieli badani przez Kantar wyborcy, to nie są polityczne spekulacje – jednak są to nadal bardzo mocne i przez to ryzykowne założenia.

Głosy przeliczone na mandaty w wariancie tego badania dla każdej z partii osobno dają w każdym razie niewielką większość również trzem partiom opozycji startującym osobno. Tego akurat tekst w Wyborczej nie podkreślał, a powinien, gdyby interesująca skądinąd analiza nie służyła przyjętej najwyraźniej z góry tezie o potrzebnym sojuszu Tuska z Hołownią. Koalicję trzeba by tu było wprawdzie tworzyć między Tuskiem, Hołownią i Czarzastym, jednak patrząc na pokazaną tu niewielką w sumie różnicę w wynikach dwóch i trzech bloków opozycji należałoby raczej przyznać rację Hołowni. W imię tak niepewnej i tak w sumie mało znaczącej korzyści podejmowanie ryzyka utraty tożsamości nie wydaje się sensowne.

Partie

% głosów

mandaty

PiS

30

180

KO

24

136

PL 2050

14

65

Konfederacja

9

42

SLD

8

37

KP/PSL

4

0

Kukiz

2

0

Sytuacja w sondażach będzie się jednak zmieniać. Nowych danych od dawna nie publikowano, a dziś można się spodziewać, że korzystny trend z listopada zamieni się w scenariusz klęski PiS, kiedy poznamy efekty Polskiego Ładu i afery Pegasusa. Jak widać z powyższych zestawień, pozbawienie władzy PiS okazuje się dzisiaj możliwe nie tylko w dwie listy powstałe po porozumieniu Tuska z Hołownią i wyłączeniu z gry PSL, ale także w trzech blokach. Może nawet w czterech. Sytuacja w 2022 roku jest i musi być inna niż w 2019.

Czy to unieważnia wszystkie rozważania o czterech, trzech, dwóch, czy może jednym bloku opozycji? Niestety absolutnie nie. Nadal im mniej bloków opozycji rywalizuje w walce z PiS tym lepiej dla wygranej. I nadal dwa bloki są samobójczą strategią. Rzut oka na wyniki Kantara uzmysławia po pierwsze niepewną, po drugie chwiejną przewagę opozycji. Przede wszystkim nie ma mowy o 276 mandatach potrzebnych dla przełamania weta Dudy, więc w kluczowych sprawach decydujący głos należy nadal do Konfederacji. Sondażowo jesteśmy w fazie tego „wypłaszczenia”, o którym mowa była wyżej. Należy się niestety spodziewać, że kolejne pomiary politycznego poparcia utwierdzą komentatorów, że dwa bloki są świetnym pomysłem, być może nawet lepszym niż jeden. Nic bardziej błędnego.

Jedna lista staje się znów absolutną koniecznością, jeśli chcemy większości stabilnej i zwłaszcza takiej, które umożliwia odrzucenie weta Dudy. Przede wszystkim jednak – i tu polityka wkracza zdecydowanie w abstrakcję liczb i komplikowanych przez D’Hondta rachunków – jedna lista w rzeczywistości musi oznaczać politykę całkowicie odmienną od wszystkiego, co widzieliśmy dotąd.

Choćby konstytucyjna większość 307 głosów. Wydaje się to wciąż scenariuszem z kosmosu. Ale możliwa byłaby np. przy 27% PiS, 10% Konfederacji. Ten wynik jest dziś całkiem prawdopodobny w świetle sondażowych trendów. Ale 63% opozycji i wspólna lista jest wciąż political fiction. Dlaczego? Przecież 63% dla opozycji powinno wprost wynikać z 37% dla PiS i Konfederacji. Wszyscy skądś wiemy, że to nie jest możliwe. Skąd?

Akurat ten problem wydaje się poważnym tematem rozważań – w odróżnieniu od tych, które w dzisiejszym myśleniu i pisaniu o polityce oraz o wyborach po opozycyjnej stronie są obecne i prawdopodobnie nadal będą dominować. Niezdolność opozycji do wzięcia „rządu dusz” nawet w sytuacji skrajnego załamania obozu PiS – ten problem pomijamy być może po prostu wstydliwie, a może dlatego, że jeszcze bardziej zawstydza nas własna niemożność dostrzeżenia rozwiązania.

W publicznej opinii dominują więc zupełnie inne kwestie. Pegasus zajmuje wśród nich prominentne miejsce. Oczywiście podsłuchy są skandalem, który odbiera władzy legitymację – jeśli ona ją w ogóle miała. Mówiąc o tym bez przerwy i ze zrozumiałym oburzeniem, stopniowo coraz bardziej jednak wierzymy, że to właśnie Pegasus spowodował klęskę w 2019 roku, jak o tym informowały gazetowe nagłówki. Otóż to nieprawda – podsłuchiwany nielegalnie Brejza dostał wraz z kolegami z innych sztabów o milion głosów więcej niż podsłuchujący go PiS. Przegraliśmy nie z powodu podsłuchów, bo one nie odebrały nam głosów – niczego takiego nie da się zaobserwować w historycznych danych – a z powodu fatalnej decyzji partyjnych sztabów. Podobnie jak w 2019 roku nikt nie chciał słyszeć, że rachunek D’Hondta oznacza kolejną kadencję PiS, tak i dzisiaj opinię publiczną zdominuje najprawdopodobniej bajanie o przebiegłości koncepcji dwóch bloków opozycji. Wbrew rzetelnemu rachunkowi.

 

Politycy tymczasem czekają na ostateczny rozpad PiS. W ciężkim kryzysie, w którym umierają ludzie, a resztki państwa rozpadają się w proch. Upadek w tak głębokim kryzysie raczej nie sprzyja demokracji – z chaosu wyłania się w takich razach raczej inny ład i on często miewa brunatny odcień. Tyle przynajmniej powinniśmy wiedzieć z historii.

Rozglądając się zaś po dzisiejszej rzeczywistości powinniśmy wiedzieć, że władzę popiera już tylko co czwarty wyborca. Kogo i co dokładnie ma poprzeć pozostałych trzech na czterech? Jedna lista opozycji musi być formułą zapewniającą nową jakość. Dlatego tak ważna jest formuła prawyborów i zwłaszcza jej wszystkie konsekwencje dla programu, z którym demokraci podejmują szturm na parlament. Albo głosy przy urnach odda autentyczny ruch społeczny, który chce Polskę urządzić według własnych reguł, albo ugrzęźniemy w koniecznościach arytmetyki.

Nie ma szans, bym nie użył zakazanego słowa. Prawybory są jedyną kiedykolwiek sformułowaną propozycją, która ma szansę dać odpowiedź.

P.S.:

Tekst zawiera skorygowane dane — dotyczą zwłaszcza tabeli przedstawiającej możliwe podziały mandatów przy wynikach 55% dla opozycji w sumie, 35% dla PiS i 10% dla Konfederacji. Sam nieco zaskoczony podałem informację o tym, że start dwoma równorzędnymi listami daje wynik lepszy niż jedną listą. To nieprawda — jedna lista jest wciąż najlepszym wariantem, natomiast — tym razem bez zaskoczeń i zgodnie z oczekiwaniami — im bardziej równorzędne są wyniki, tym mniejszy jest wpływ „premii D’Honta” i wynikające z jej dysproporcje. 

Za błąd przepraszam. Wielokrotnie sprawdzałem dane przed publikacją — jak widać, jeszcze niewystarczająco. Na szczęście chodzi o łatwo weryfikowalne liczby. Na szczęście dla siebie — na błędzie złapałem się sam.

O autorze

2 thoughts on “Wbrew optymizmowi przyszłych sondaży postawa opozycji gwarantuje klęskę

  1. Bardzo ciekawe są te matematyczne analizy, przy czym jak słusznie Pan zauważa bardziej realne kalkulacje i strategie wyborcze powinny się odbywać na poziomie każdego okręgu wyborczego, a potem w ramach syntezy na poziomie całej Polski. Wg. czystego d’Hondta, traktując Polskę jako jeden okręg wyborczy PiS powinien dostać ze swoimi 34,6 % głosów 204 mandaty, a dostał 235, a więc 31 więcej. Wypływa to z bardzo korzystnej zwłaszcza dla PiS-u struktury okręgów wyborczych. Największy okręg Warszawa 19 ma normę przedstawicielską 85 tys. wyborców, aż o 20 tys. większą niż średnia dla kraju. Można powiedzieć, że ten okręg jest „obrabowany” z 4-5 mandatów. Ponad 70 tys tej normy wykazują do tego Warszawa II (20), Wrocław i Poznań. Natomiast mniejsze okręgi (chyba bardziej pisowskie) mają często tę normę w okolicach 60 tys. wyborców. Moim zdaniem te odchylenia są zbyt duże i kaleczą zbyt poważnie zasadę równości głosu wyborców i w sposób skumulowany sprzyjają PiS-owi. Norma przedstawicielska dla całej Polski wynosi ok. 65 tys. wyborców.

    Do tego dochodzi bardzo różnorodny naturalny próg wyborczy, który jest jednocześnie właśnie naturalnym progiem, ale również w pewnym sensie faktorem zniekształcenia proporcjonalności. To znaczy, jeśli wynosi on np. 12% to znaczy, że każdy podmiot musi uzyskać co najmniej 12% głosów, ale odchylenia od proporcjonalnego podziału mandatów mogą w najgorszym wypadku wynieść nawet 24% (z grubsza biorąc). Normalnie te odchylenia powinny się między okręgami na drodze przypadków znosić, ale wydaje się, że w Polsce się tak całkiem nie znoszą i działają na korzyść jednej strony, czy mniejszych okręgów wyborczych. Jednak dokładnie można to stwierdzić tylko na podstawie analizy poszczególnych okręgów wyborczych w połączaniu z historią preferencji wyborczych lub struktury społecznej wyborców.

    Ponieważ w komentarzach nie można wstawiać obrazków i tabel to sporządziłem na szybko zestaw paru liczb z ostatnich wyborów (Sejm 2019) pokazujący normę przedstawicielską i ukryty próg wyborczy dla każdego z okręgów. Wstawiam to tymczasowo do sieci: https://bisnetus.wordpress.com/sejm-2019-pare-liczb/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Emeryt na niedzielę

Paweł Kasprzak jest jednym z pomysłodawców i założycieli ruchu Obywatele RP. Był także wydawcą i inicjatorem Obywateli.News. Po z górą pięciu latach aktywności w pełnym wymiarze godzin wycofał się z działalności z powodu sytuacji, w jakiej znalazła się jego rodzina. Kasprzak jest znany z kilku rzeczy, w tym z publicystki, w której próbował programowo szukać dróg „zbawienia Ojczyzny”. Sam nazywał to waleniem głową w mur – „walił” zresztą nie tylko tekstami, ale też innego rodzaju aktywnością. Dziś Kasprzak twierdzi, że z „kanapy emeryta” rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Czy lepiej? Zobaczymy. Kasprzak obiecuje starać się pisać krócej, choć zastrzega, że za efekt nie ręczy. Co tydzień tekst, skoro nie udało mu się utrzymać cyklu codziennych komentarzy wideo.

Wiadomość w butelce: „Save Your Souls”

Żyjemy w takiej części świata, którą wkrótce być może Europejczycy oznaczą na mapach, jak to kiedyś robili Rzymianie: „tu żyją lwy”. Istotnie, jest ich tu pełno i są groźne. Zanim nas zjedzą, wiadomość w butelce, którą ktoś być może znajdzie: lwy żyją wszędzie, uważajcie.

Czytaj

Z wizytą na antypodach albo podróż do wnętrza bestii

Pytania, które zadają sobie dokonujący apostazji katolicy oraz te, które im często zadajemy – jak możecie wspierać ten zinstytucjonalizowany skandal własną obecnością – są jak najbardziej zasadne. Tak bardzo zasadne, że szczerze współczuję ich adresatom, bo wiem, że żadna dobra odpowiedź nie istnieje. Albo jest skrajnie trudna. Nie da się więc – co więcej, nie powinno się próbować – oddzielić uczciwego myślenia o świeckim państwie od tego kontekstu, czasem przecież krwawego w najdosłowniejszym sensie. Niemniej demokracja np. prawo głosu daje każdemu.

Czytaj

Demony i gotowość na nie

Pewien jestem tego przede wszystkim, że to są ważne sprawy. Że trzeba o nich poważnie rozmawiać. Twardo. Bo cena będzie też twarda. Twardsza niż wszystkie inwektywy latające w obie strony w kolejnej facebookowej awanturze aktywistów…

Czytaj

5. „Ludzie tacy jak my”. Demokracja 2.0

Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań.Alienacja klasy politycznej jest faktem, a nie mitem propagowanym przez wyznawców spiskowych teorii – choć to niekoniecznie zła wola i powszechny cynizm leży u jej źródeł, a często po prostu prawa społecznej psychologii i naturalny bezwład ewolucji systemu. Korekty znanego nam dziś systemu politycznej reprezentacji, jak te sygnalizowane już w tym cyklu, są konieczne, ale nie wystarczą. Trzeba szukać nowych rozwiązań. Nie wolno po prostu bronić starego porządku. Zwolennicy ancien regime’u w czasach Wielkiej Rewolucji mieli powody lepsze niż my dzisiaj, by bronić ładu, cywilizacji i zwykłej przyzwoitości przed barbarzyńskim, zbuntowanym ludem. Ich tragiczny los nie na tym polegał, że trafili na szafot – nie mieli historycznej racji.

Czytaj

4. Media i sztandary

Wypada powiedzieć wyraźnie, że w kryzysie polskiej demokracji zawiodły również media, nie tylko instytucje demokracji. W bardzo czytelny sposób wyborcy PiS odrzucili w 2015 roku nie tylko ówczesne elity polityczne, ale także związane z nimi – jak nie bez racji sądzono – media ówczesnego głównego nurtu. Ważne byłoby w takim razie zastanowić się, czy dzisiejszym naszym problemem jest TVP obsadzona ludźmi rządzącej partii i wystarczy w związku z tym po prostu wymiana kadr, czy może chodzi o wady strukturalne, które umożliwiły tak łatwe przejęcie mediów publicznych i zamienienie ich machinę propagandy rządzącej partii. Czy w modelu i faktycznym funkcjonowaniu mediów – nie tylko publicznych, ale również prywatnych sprzed 2015 roku – nie da się znaleźć źródeł choroby tak wyraźnie widocznej dzisiaj i na czym dokładnie ta choroba polega.

Czytaj

Sondaże i nadzieje

276 i 305 mandatów oraz – co ważniejsze – wymagane dla nich co najmniej 50 lub 60% poparcia. Trzeba przede wszystkim wiedzieć, że to kompletnie nierealne nie tylko w świetle bieżących i dających się wyobrazić sondaży, ale w logice polityki, którą uprawia się w Polsce. W historii III RP żaden taki wynik nie zdarzył się nigdy od czasu pamiętnego 4 czerwca 1989 roku, kiedy kandydaci Komitetu Obywatelskiego „S” uzyskiwali poparcie od 60 do 80%. Nigdy potem nic podobnego się nie zdarzyło. Nigdy nikomu – choć wiele przeszliśmy. Pomyślmy o tym przez chwilę. Cud nie zdarzy się więc i tym razem, bo w świecie polityki jaką znamy to nie jest możliwe.

Czytaj

3. Wyborcza wojna książąt i wasali

Zamachu na rządy prawa dokonuje w Polsce partia wodzowska, o autorytarnej strukturze, skrajnie niedemokratycznym statucie i praktyce funkcjonowania koncentrującej wszystkie decyzje w rękach lidera. To nie jest przypadek. Poczynania Kaczyńskiego nie byłyby możliwe w partii prawdziwie demokratycznej. Prawny zakaz ubiegania się o władzę w wyborach organizacji nieprzestrzegających zasad demokracji w relacjach wewnętrznych byłby zatem kolejnym z tym bezpieczników demokracji, który mógłby skutecznie zapobiec polskiemu kryzysowi. To jeden z twardych wniosków z polskich doświadczeń kryzysu.

Czytaj

2. Do trzech zliczyć

O trójpodziale władzy mówiliśmy i wykrzykiwaliśmy przez ostatnie 7 lat sporo. Na myśli mieliśmy jednak zawsze tylko sądy i władzę polityczną, a to przecież trójki nie czyni – co jakoś do głowy przez te długie 7 lat nie przyszło właściwie nikomu. Trochę to dziwne. Mówiliśmy trzy, a zliczyć umieliśmy najwyraźniej tylko do dwóch, a przecież mamy się za rozumną elitę. Jak nie patrzeć, trójpodziału władzy w III RP nie było nigdy. Gdyby był, historia ostatnich lat wyglądałaby zdecydowanie inaczej i bez wątpliwości lepiej. Może czas nauczyć się liczyć do trzech.

Czytaj

1. Granice władzy i Przemysław Czarnek

Ograniczenie rządzących, kimkolwiek by byli i jakkolwiek byliby wyłaniani – czy pochodzą z wyborów, zamachu stanu lub obcej interwencji, jak to się zdarzyło w Niemczech i Japonii po II Wojnie, kiedy władzę i jej nowy porządek zainstalowali tam zwycięzcy alianci, czy są np. dziedziczni – ma dla demokracji znaczenie ważniejsze niż sam demokratyczny wybór. Historycznie to ono było pierwsze. To od niego rozpoczął się ład, który w zachodnim świecie uznajemy za cywilizowany i oczywisty. Zasada ograniczenia rządzących świadomą wolą rządzonych jest najważniejszą i pierwotną cechą liberalizmu, znacznie starszą od samego tego pojęcia. W Anglii wywodzi się ona od Wielkiej Karty Swobód, więc z początków XIII w. We Francji to Oświecenie, Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, zatem późny wiek XVIII. W Polsce – rzadko o tym pamiętamy – to tradycja Odrodzenia i Reformacji, Artykuły Henrykowskie i Pacta Conventa, wiek XVI.

Czytaj

Cud nad Dnieprem

W miejsce zrozumiałej egzaltacji, która dzisiaj dominuje, kiedy patrzymy na bombardowane miasta, śmierć, cierpienie i bohaterstwo, warto zdawać sobie sprawę z rzeczywistości. Jeśli Putin zmiażdży Ukrainę, przyszłość Europy i świata będzie zupełnie inna niż jeśli Ukraina się obroni. To w tym i tylko w tym kontekście zdania Stoltenberga, Blinkena i decyzje Zachodu znaczą w ogóle cokolwiek.

Czytaj

Kraj sekt

Chodzi mi o to, by na wspólnej liście znaleźli się np. zwolennicy uwolnienia aborcji i przeciwnicy. By się na niej znaleźli głosami ludzi, którzy właśnie na te rzeczy głosują. By nie pozwolić zepchnąć pod dywan rozwiązania tego konfliktu, tylko, by go wreszcie rozwiązać. By ten konflikt i wiele innych przenieść do instytucji demokracji i uczynić przedmiotem sporu, który jest treścią polityki i treścią demokracji – a nie plemiennej wojny, bo jej efektem jest wyłącznie nienawiść i zniszczenie. Git? Dla mnie git. Gotów byłem za to wypruwać bebechy.

Czytaj

Do wyborców PL 2050 i do wyborców lewicy

Nie proponuję Wam głosowania na Tuska. Lewicowcom nie sugeruję głosowania na Hołownię. Proponuję wspólną listę Lewicy, PO i PL 2050 oraz wszystkich pozostałych wyłonioną również Waszymi głosami w otwartych, międzypartyjnych prawyborach – po to, by właśnie dać Wam możliwość głosowania na swoich.

Czytaj

Do tanga trzeba nie tylko dwojga – ktoś musi je najpierw zagrać

Namawiam Monikę Płatek do kandydowania w imię dokładnie tych samych racji o Ojczyźnie w potrzebie, które tak dobitnie wymieniła, wzywając do jedności i wspólnej listy opozycji. Jeśli mam sobie naprawdę wyobrazić wspólną listę ruchu demokratów idących po zwycięstwo, to nijak nie widzę listy warszawskiej albo warszawskich kandydatów do Senatu, bez dr hab. Moniki Płatek, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, wybitnej prawniczki, karnistki, obrończyni praw człowieka bezwzględnie w każdych, nawet najtrudniejszych okolicznościach. Obywatelki, której pryncypialnej niezgody na żadną „drogę na skróty” i na żadne obejścia zasad prawa w imię bieżącej potrzeby jestem absolutnie pewny, bo ją wielokrotnie widziałem. Monika Płatek pisze dzisiaj „albo jedna lista, albo nie liczcie na nasze głosy”. Ja napiszę, że albo na wspólnej liście będą ludzie jak ona, albo ta lista będzie niewiele warta i głosów nie zdobędzie. Mam za sobą jedną nieśmiałą osobistą próbę przekonania jej do tego – dzisiaj bezczelnie pozwalam sobie namawiać ją publicznie. Akurat ja mam prawo – w ramach rewanżu. Trudno mi nie skorzystać z tego przywileju.

Czytaj

Patrzcie w górę – bo znowu przegramy!

Chodzi o szacunek dla faktów, dla logiki, o chęć ustalenia jednak prawdy, a nie trendów w ponowoczesnym płynnym chaosie. To fundamentalnie ważne. Ważniejsze nawet niż te wybory, które nas znowu czekają. Rozpada się nie tylko Polska, ale cywilizacja w ogóle.

Czytaj

Moja pierwsza wojna

Mam ileś wspomnień kombatanta. I mam zawsze mieszane odczucia, bo te kombatanckie wspomnienia są mocno fałszem podszyte i wszystkie one razem składają się na obraz historii kompletnie zafałszowany – i tylko trochę ten fałsz wynika z „polityki historycznej”, a o wiele bardziej z naszych kompleksów.

Czytaj

Aborcja i władza

Senat jest „nasz”, demokratyczny. Mamy w nim 24 kobiety, w tym 9 z PiS. I choć parytetowe proporcje po naszej stronie wyglądają zdecydowanie lepiej, to jednak wcale nie wyglądają dobrze i nawet w „naszej połówce” trudno byłoby wskazać jakąś większość „progresywistów” skłonnych do „otwarcia” w sprawie aborcji. Naprawdę uważamy, że oni mają większe prawo decydować o aborcji niż nasz nadużywający alkoholu, nieokrzesany sąsiad w poplamionej żonobijce, głosujący w referendum? Patrzę na Senat i bardzo wątpię. Która z aktywistek OSK zdecydowałaby się powierzyć rozstrzygnięcie sprawy aborcji tej jego połówce, która jest „nasza”? Skąd nadzieja, że po kolejnych wyborach cokolwiek pod tym względem będzie lepiej? Nieporównanie ważniejsze pytanie ogólne – czy dobre państwo naprawdę na tym polega, że w Senacie są zawsze ci, którzy tam naszym zdaniem powinni być? Wyborcy PiS tak właśnie sądzą. Szli do wyborów w 2015 roku, żeby odsunąć „złodziei z PO”. Efekt znamy, ale wyborcy PiS nadal wierzą, że „swoi” są lepsi od „obcych”, nawet jeśli kradną tak samo albo bardziej. Może więc dobre państwo, to po prostu takie, w którym sprawy naprawdę ważne nie zależą od tego, kto akurat rządzi?

Czytaj

Kiedy już PiS upadnie

Wbrew naszym własnym notorycznym deklaracjom i wbrew zdaniu Tuska, że do zła nie wolno się przyzwyczaić – przyzwyczaić powinniśmy się już dawno. Tusk wrócił, notowania PiS leciały w dół, sondaże od dawna dawały i wciąż dają zwycięstwo opozycji, tym razem niezależnie od tego, ile list wystawi. Jakoś nie było słychać okrzyków triumfu, prawda? Dziwne? Z pewnością dziwić powinno, ale nikogo nie zdziwiło. Dziwaczność wczorajszej sytuacji dobrze wyjaśnił stan dzisiejszy. Dzisiaj jest mianowicie jasne, dlaczego postulat przedterminowych wyborów w warunkach „wojny hybrydowej” byłby szaleństwem. A referendum w sprawie UE? Też?

Czytaj

#MeToo

W mojej pamięci i mojej dzisiejszej ocenie problem w tym konkretnym przypadku Maćka Zięby, którego zapamiętałem jako człowieka po prostu niezwykle dobrego, polega właśnie na tym, jak tak straszna rzecz mogła się zdarzyć komuś tak porządnemu. Bo to, że się notorycznie zdarza szujom i marnym głupkom, jak Jankowski albo Dziwisz czy Jędraszewski, jest akurat bardzo łatwo zrozumiałe i wobec tego niewarte uwagi.

Czytaj

Ach, jacy my wszyscy niewinni…

Z piedestału strącany jest właśnie kolejny duchowny autorytet. Ojciec Maciej Zięba. Był dla mnie i autorytetem, i przyjacielem. Cóż, nie będę miał przyjaciela na piedestale. Ale przyjaźń zachowam. Niniejsze jest więc dla mnie niemal prywatą. Zachowam też jednak i zamierzam wyrazić przekonanie, że Maciek był porządnym, mądrym i wartościowym człowiekiem. Który dopuścił się zła. Niejasna deklaracja w czasach zmagań o fundamentalną prostotę prawdy i fałszu, dobra i zła? Przeciwnie – bardzo jasna.

Czytaj

Nie o taką Polskę…

Przy całym własnym krytycyzmie, ostrym niemal na granicy depresji, najzupełniej poważnie uważam konflikt z PiS za właściwie wygrany. Myślę, że to jest trzeźwa ocena, a nie pijana wizja. PiS zmierza ku zderzeniu z kolejnym murem i albo rozsypie się hamując, albo przypuści jeszcze kolejną szarżę, ale zderzenia już nie przeżyje. Ma go też wreszcie kto dobić – mam tu na myśli oczywiście Tuska. Ta sytuacja powinna skłaniać do radości, a wcale nie skłania. Kompletnie już pomieszaliśmy, z czego należy się cieszyć, a czym martwić.

Czytaj

Pragmatyzm wojny ze złem

Zło wokół widzimy. Bunt przeciw niemu jest zrozumiały. Czy bunt wystarczy za powód, by przyniósł cokolwiek dobrego? Myślę, że tak. Czy buntując się przeciw złu, trzeba koniecznie wskazać dobro, którego się chce? Myślę, że wcale nie. Zostawmy więc pytania o dobro przynajmniej na razie.

Czytaj

Tusk: hura, oj, no cóż…

W największym skrócie największej zmiany spodziewają się ci zaangażowani po obu stronach w wojnę tożsamości, która trwa w Polsce co najmniej od 2005 roku i którzy wciąż wierzą, że da się w niej wygrać i że to cokolwiek zmieni. Kto by nie uległ takim emocjom? Sam im ulegam, choć bardzo się staram i choć właśnie w tej wojnie widzę jedną z istotnych przyczyn zła. Chodzi jednak przecież nie tylko o emocje – Tusk ma oczywiście rację, kiedy tę wojnę definiuje w kategoriach walki ze złem. Żadnego odkrycia tym przecież nie czyni.

Czytaj

Ukąszenie Kamińskim

Jak można rozumieć sytuację Bartka i Fundacji Otwarty Dialog? Opiszę, jak ją sam widzę i jakie mam z nią własne doświadczenia. Z osobistej perspektywy. Prywatnej. Interesuje tutaj – i równocześnie bardzo uwiera – osamotnienie Bartka Kramka wśród opozycji. Bo ono pozwoliło go w ogóle zamknąć.

Czytaj

Rzeszowski poligon – political fiction

Strategia w Rzeszowie jest wynikiem przypadkowego aktu szaleństwa. Strategia w opozycyjnej polityce to wciąż political fiction. Obawiam się bardzo, że polska polityka w ogóle nie jest wciąż niczym więcej. Co gorsza, choć Konrad Fijołek to porządny facet i choć w Rzeszowie rzeczywiście wiele dobrego się zdarzyło, to właśnie w świetle tego sukcesu kompletną fikcją okazuje się w Polsce nie tylko sama polityka, ale i polityczny naród, obywatelskie społeczeństwo, czy jakkolwiek inaczej zwać to wszystko, co przez lata usiłowaliśmy budować z Obywatelami RP.

Czytaj

4 Czerwca – wygrać cokolwiek

Charyzma. Poszukujemy jej wciąż. Cała polska historia powinna nas przed nią przestrzegać. Piłsudski, Zamach Majowy, Wałęsa, Wojna na Górze. Marzyłbym, żebyśmy o tym pomyśleli i pogadali w rocznicę 4 czerwca, pamiętając, że rok po tamtej euforii byliśmy wszyscy już na kolejnej wojnie. Ale raczej nie pomyślimy i nie pogadamy. Znowu.

Czytaj

„Kury szczać prowadzać”

Nie miejmy złudzeń. Każdy opowiadający o nowej nadziei, chcący się policzyć, startujący osobno, będzie jak politycy z diagnoz Piłsudskiego. Każdy wódz-uzdrowiciel wejdzie z kolei w dawno temu uszyte przezeń buty kawalerzysty. Efekt będzie ten sam. Zmierzamy w tę stronę.

Czytaj

Przyglądając się ścianie…

W przyrodzie przeżywają przystosowane jednostki, w polityce też. Kryteria rządzące naturalną selekcją znamy. Dobrze byłoby poznać te, które rządzą selekcją w polityce i doprowadzają do stanu, w którym skądinąd przecież niegłupi i wcale nie szmatławi ludzie zachowują się jak ostatnie gnojki, a pieprzą przy tym takie bzdury, że połowa narodu od tego wariuje, a druga rzyga. Poznawszy te mechanizmy, będziemy być może w stanie nie tylko złorzeczyć przed telewizorami, ale cokolwiek zrobić.

Czytaj

Przekaz tygodnia: prawda nas rozwali

Śmiem twierdzić, że o „zdradzie Lewicy” i Funduszu Odbudowy nie przeczytaliśmy dotąd i nie usłyszeliśmy ani słowa prawdy. Czy ktokolwiek w kontekście awantury o Fundusz i o „zdradę Lewicy” widział w mediach na przykład cokolwiek o 90. Artykule Konstytucji? Tym, który przewiduje, że umowy międzynarodowe – jeśli to nie są jakieś umowy handlowe, ale coś, co wchodzi w kompetencje parlamentu i w zakres ustaw – ratyfikuje się w obu izbach kwalifikowaną większością 2/3? Czy ktoś słyszał też, że jednak zwykłą większością Sejm może zdecydować o trybie ratyfikacji i uznać np., że ona wymaga referendum? Że wtedy cytowane od miesięcy sondaże w tej sprawie nabiorą szczególnego i nieco innego znaczenia?

Czytaj

Obywatelski program? Chwila prawdy: ile znaczą ruchy obywatelskie? Strajk Kobiet i jego widoczność z chwilą ogłoszenia orzeczenia Przyłębskiej - ale już choćby w dniach głosowania prezydenckiego? Ruchów obywatelskich nie widać wcale. Jak ich nie widać na ogół - tendencja w trakcie pięciu lat jest wyraźna.