Albo „jebać PiS!”, albo demokracja. „Tertium non datur”, dlatego przegrywamy

Da się wygrać wybory prezydenckie, jeśli postulaty skierujemy przeciw obydwu wrogim blokom politycznym. Jeśli otwarcie powiemy dość partyjnej polityce wzmagającej polski konflikt

Żadna lista postulatów nie przekona wyborców, których celem jest walka z politycznym wrogiem w polskiej wojnie. Celem powinno być zakończenie tej wojny poprzez wypowiedzenie posłuszeństwa prowadzącym ją partyjnym generałom. Środkiem zaś referenda rozwiązujące konfliktowe punkty zapalne – sprawy zwane „światopoglądowymi”, w tym prawo o aborcji, stosunki z kościołem oraz polityka społeczna, w tym program 500+ i wiek emerytalny. Oraz konstytucyjna reforma ustroju tak, by państwo stało się wspólną własnością obu walczących dziś stron

Waldemar Sadowski napisał fajny tekst [Większość znowu przegra? – red.]. Twórczy, zawierający wiele ważnych sugestii. Kłopot w tym, że na wielu poziomach nieprawdziwy. Co być może stanowi niezły punkt wyjścia do dyskusji.

Nie – nie chcę powtarzać grzecznościowych formułek i mówić, że każdy tekst może posłużyć za pretekst. Akurat ten konkretny zasługuje na uwagę, bo stawia niezadawane, a niezbędnie ważne pytania. Postuluje myślenie z konsekwencją, od której niestety się odzwyczailiśmy. Jest dość długi. W dzisiejszych czasach z pewnością znów zbyt długi, żeby się komukolwiek chciało naprawdę go zrozumieć i zareagować inaczej niż tylko ocenami bez argumentów, a jednak przesądzającymi.  Powtarza ten tekst jednak i takie tezy, które uważam za szkodliwe i wymagające odpowiedzi również z tego powodu. Ale nie będę z Waldemarem Sadowskim polemizował. Chcę zaproponować wspólne myślenie. Uważne, skupione i z tego powodu niestety pewnie nudne dla publiczności nawykłej do memów, wykrzykiwania ocen, niedbającej o racje.

Złota rybka i trzy życzenia

Wartościowe jest u Sadowskiego przede wszystkim to, co w debacie publicznej było dotąd pomijane z zadziwiającą konsekwencją – jeśli w ogóle publiczną debatą da się nazwać to powierzchowne skakanie z tematu na temat, zależnie od tego, co akurat narzuca nam ekipa nierozgarniętych świrów z PiS, jak to Waldemar Sadowski opisuje trafnie. Innym sposobem zadania tych samych nieobecnych publicznie pytań i podkreślenia ich roli jest odwołanie się do perspektywy nadchodzących wyborów prezydenckich – co zresztą sam Sadowski czyni, postulując poparcie „niezależnego od partii kandydata” Szymona Hołowni.

Jeśli się bowiem przyjrzeć realnym uprawnieniom prezydenckim, a nie temu, do czego przyzwyczaiły nas dotychczasowe prezydenckie kadencje – leniwe i ceremonialne z wyjątkiem awanturniczej prezydentury Wałęsy – to te możliwości są potężne. Jest ich bardzo wiele. To nie tylko i nie przede wszystkim weto – atomowa broń, za pomocą której można wymusić wiele, w tym uznanie dla inicjatywy ustawodawczej, która normalnie nie przejdzie przez pisowski Sejm. Choćby Rada Gabinetowa – rząd pracujący pod przewodnictwem prezydenta. Tu można wywrócić politykę każdego resortu. A jest tych uprawnień o wiele więcej. Wszystko to jednak nic w stosunku do możliwości największych. Prezydent ma mianowicie inicjatywę referendalną, której PiS nie zatrzyma, bo wymagana jest tu wyłącznie zgoda Senatu. Jesteśmy dzisiaj w sytuacji jak z bajki o złotej rybce. Możemy wypowiedzieć trzy życzenia i one się spełnią. Możemy przeprowadzić trzy zmiany, które zakończą polską wojnę i przyniosą nam demokrację, która działa i jest akceptowana przez wszystkich lub chociaż przez bezpieczną większość – i wyrażoną właśnie w referendum. Podobnie jak większość prezydencka zrodzona również w powszechnym, bezpośrednim głosowaniu. Trzy życzenia do złotej rybki. Co w Polsce zmienić, żeby było dobrze? – pyta nas dzisiaj rybka.

Problem w tym, że – jak napisał Waldemar Sadowski – nikt nie wie, co to miałoby być takiego. Nikt o to nawet nie pyta. Nie spytał ani razu – Sadowski ma rację – w ciągu czterech lat poprzedniej kadencji PiS, kompletnie zmarnowanych przez opozycję. Śladu tych pytań nie widać w niemrawo startującej debacie prezydenckiej. Mamy okazję jak z baśni i nie wiemy, o co prosić. To rozpaczliwa sytuacja. Zawiniona nie przez PiS i żadne nieszczęście z zewnątrz. To nasze własne zaniechanie i nasza wyłączna odpowiedzialność.

Nieprzekraczalna różnica optyk?

My, „demokraci”, wiemy więc tylko tyle, że trzeba odsunąć PiS. Waldemar Sadowski choć wie, że konieczna jest lista postulatów, to jednak widzi je – domyślam się – głównie lub nawet wyłącznie w tej perspektywie. Jakby interesował go wyłącznie powrót do status quo ante. Chcę wyraźnie zaznaczyć: to jest wyłącznie moja ocena, wrażenie niewsparte żadnym dowodem i nie chcę tu próbować bronić tej tezy. Sam Sadowski niczego takiego zresztą nie napisał wprost, a kilka tez jego tekstu świadczy o czymś wręcz przeciwnym – mianowicie o próbie zdiagnozowania i naprawienia najpierw tych cech polskiego ustroju, które obecny kryzys umożliwiły lub umożliwią trwanie władzy populistów. Nie czynię z tego zarzutu, ale jest właśnie tak – 12 postulatów Sadowskiego dotyczy tego, co PiS zrobił i co zniszczył, a nie tego, co doprowadziło Polskę do kryzysu, którego efektem dzisiaj jest PiS, a jutro może nim być np. sojusz Konfederacji z Ziobrą i Macierewiczem.

_____

Sądzę, że w ramach projektu należy się skupić raczej na postulatach, które dotyczą porządku demokratycznego i nie wymagają zmiany konstytucji. Tutaj nie powinno być pola do kompromisów. Pozostałymi sprawami też można się zająć, ale na innych zasadach – wymagają one dłuższej debaty i gotowości do kompromisów.

Wybór istotnych punktów ustrojowych z listy z 2017 roku:

  • Przywrócić funkcjonowanie Trybunału Konstytucyjnego
  • Reforma systemu sądownictwa, przywracającego niezawisłość i wprowadzającego sprawność systemu
  • Przeprowadzić reformę edukacji
  • Uniezależnić media publiczne od wpływu partii politycznych, władzy ustawodawczej i wykonawczej,
  • Przywrócić niezależność służby cywilnej – wprowadzić rzetelne konkursy przy rekrutacji na stanowiska w administracji, spółkach skarbu państwa i agencjach państwowych,
  • Przywrócić niezależność prokuratury od partii politycznych i rządu,
  • Powrót do polityki integracji europejskiej,
  • Ograniczyć rolę partii politycznych,
  • Przestrzegać zasady rozdziału kościoła od państwa,
  • Zmienić ustawę o zgromadzeniach, aby była zgodna ze standardami praw człowieka i obywatela
  • Zagwarantować realną kontrolę sądową nad działaniem służb specjalnych,
  • Wybierać Prokuratora Generalnego, Komendanta Głównego Policji, Prezesa TVP i PR
    Fragment tekstu Większość znowu przegra?

_____

12 podstawowych postulatów Sadowskiego pochodzi z nieco pełniejszej listy, nad którą pracował od dawna. Z wieloma szczegółami tej listy dyskutowałbym i zgadzam, że ta dyskusja powinna być od dawna jedną z najważniejszych w Polsce. Jednak we dwóch możemy sobie tak gadać w nieskończoność i przecież nic z tego nie wyniknie, kanapowych dyskusji nam nie brakuje. Chodzi o to, żeby to była debata ogólnonarodowa. A z jakichś powodów nie jest. Ani te, ani inne postulaty nie obchodzą w Polsce nikogo. Moim zdaniem pies jest pogrzebany gdzieś właśnie tu. Spróbujmy dociec, o co chodzi.

Kiedy więc Waldemar Sadowski pisze, że „większość obywateli Polski jest ciągle jeszcze za demokracją”, to ja nie wiem, o czym dokładnie mowa. To po prostu nie jest prawda. Pamiętam mantrę sprzed czterech lat. Że PiS nie ma „prawdziwej większości”, bo głosowało nań zaledwie 19% wyborców. Cóż – obrońcy Konstytucji i demokracji powinni przede wszystkim z pokorą uznać, że tak objawiła się polityczna większość. 19% to przy tym na tyle dużo, by głos i przekonania tych ludzi traktować bardzo serio, a nie próbować go wyłącznie zbyć jako „ciemnogród”, „przekupionych”, „otumanionych”. Jesteśmy świeżo po wyborach, w których PiS dostał 43%, a „nasi” – 48%. Ten wynik zdaje się potwierdzać tezę Sadowskiego – ale tylko do chwili, w której po stronie przeciwników demokracji policzymy także głosy Konfederacji. Tak czy owak, w głosach podział zbliża się do stanu tej równowagi, którą mamy w parlamencie. Pół na pół. Połowa my i połowa oni. W rzeczywistości jest znacznie gorzej.

Czy żaden program nie będzie dobry?

Mam więc przede wszystkim takie pytanie – czy i na ile władza PiS byłaby przez Waldemara Sadowskiego do zaakceptowania, gdyby udało się na tej partii wymusić realizację wszystkich jego 12 postulatów? Podejrzewam, że jednak by tej władzy nie zaakceptował. Zresztą to nie akceptacja Sadowskiego jest ważna, ani nie moja. Mam tu niemal wyłącznie poszlaki, bo żadnych badań nie przeprowadzono i dane mamy zaledwie szczątkowe – powodem, dla którego o treści postulatów Sadowskiego (i żadnych innych tego rodzaju) nikt w Polsce debatować nie chce, jest właśnie to, że one dla nikogo nie mają znaczenia. Nie o postulaty chodzi ludziom, a o to, że Polską rządzą „oni”. I rządy „onych” nie znajdą akceptacji również po wypełnieniu postulatów.

Tym, co wyłącznie i niepodzielnie ekscytuje ludzi w „naszej bańce”, jest sama władza PiS. Konflikt my – oni. Jeśli emocje budzi w nas praworządność, albo prawa kobiet, to tylko w związku z tą wojną. O każdym z tych ekscytujących nas postulatów gotowi jesteśmy zapomnieć, kiedy przychodzi co do czego. Kiedy np. nadchodzą wybory i przeszkadzają w nich „radykalne hasła” Jażdżewskiego, film Sekielskich, tęczowe flagi – o wszystkich tych sprawach zapominamy, byleby tylko wygrać.

Robiłem wśród demokratów ankietę – prywatną, w żaden sposób nie reprezentatywną, ale potwierdzającą intuicję, którą tu chcę wyrazić. Pytałem w niej, z jakich wartości demokratycznych bylibyśmy w stanie zrezygnować, byleby utrzymać władzę demokratów. Okazuje się, że z każdych. Oczywiście z praw kobiet byśmy zrezygnowali. Panoszący się wszędzie kościół też nie przeszkadzałby nam zanadto. Bez trójpodziału władzy przeżylibyśmy jeszcze łatwiej. 500+ możemy wypłacać albo cofnąć – wszystko nam jedno, przesądza tu wyłącznie strategia wyborcza. Uchodźców nie musimy wpuszczać. Możemy nawet – uwaga! – przywrócić karę śmierci. Byleby tylko nie rządził zły PiS.

I w zasadzie to spostrzeżenie mogłoby kończyć sprawę konkluzją, że wszelkie programy i listy postulatów możemy sobie z góry darować, bo żaden niczego nie zmieni w sytuacji plemiennego konfliktu, w którym w dodatku dostajemy łomot, a tendencja wydaje się utrwalać. Nie byłaby to konkluzja wesoła, ale byłaby za to dobrze uzasadniona zarówno logiką, jak obserwacją zjawisk mierzonych twardymi danymi o wynikach wyborów.

Intuicyjnie jednak dobrze wiemy, że chodzi nam o głęboką kulturową tożsamość, a nie po prostu o to, że nie podoba nam się personalnie Duda, a wolelibyśmy np. Tuska. Na czym polega tożsamość po obu stronach konfliktu, o tym powiedziano już w Polsce sporo, jednak wciąż warto pamiętać, że z jej najistotniejszych składników – a nie tylko mniej ważnych szczegółów – jesteśmy po obu stronach gotowi zrezygnować natychmiast, byleby tylko zwyciężyć. Być może da się, mimo wszystko, znaleźć taką konstrukcję programu, która byłaby w stanie zawrzeć w sobie definicję polskiego problemu i w dodatku go rozwiązać. Głęboko wierzę, że to jest możliwe.

Wiem jednak z całą pewnością, że chodzić musi o naprawdę radykalne  przewartościowanie, a nie zwykłe postulaty. Takie przewartościowanie, które zmieni logikę konfliktu. Pomóc powinna nam refleksja o tym, że mamy w rzeczywistości do czynienia ze zjawiskiem globalnym. Którego natura znacznie wykracza poza polską specyfikę, charakter Kaczyńskiego i znaną nam dobrze nieporadność opozycji. Chodzi być może o kryzys cywilizacyjny. Niemal na pewno świat po nim będzie wyglądał zupełnie inaczej niż wszystko, co dzisiaj znamy. Uświadomiwszy to sobie, zaczniemy być może szukać śmielej i dalej niż tylko w bezpośrednio nam znanym politycznym doświadczeniu.

Koniec demokracji?

Tkwimy w wojnie kultur. Liczą się totemy. Czy się liczą wartości, albo postulaty programowe? Trudno dociec prawdy o poglądach i rzeczywistych różnicach pomiędzy stronami. Mamy za sobą bardzo wiele badań i sondaży pokazujących dominujące w tej wojnie motywacje. PiS głosuje przeciw „złodziejom z PO”, my przeciw „bandytom i ciemniakom z PiS”. To, jaki program gotowi bylibyśmy poprzeć, jest sprawą zupełnie wtórną, jawnie i świadomie uznawaną za nieistotną przez respondentów w badaniach społecznych. Inne badania pokazują, że pierwszą troską zdecydowanej większości jest opłakany stan ochrony zdrowia. Dlatego obietnice w tym zakresie znajdują się na czele programowych postulatów opozycyjnych partii. Na liście postulatów Waldemara Sadowskiego ochrony zdrowia jednak nie ma. Bardzo to charakterystyczne i według mnie bardzo słuszne.

Rozwiązanie problemów systemu opieki zdrowotnej (oraz zmierzenie się z katastrofą klimatyczną i kilkoma innymi problemami) nie jest możliwe dzisiaj, kiedy polityka nie jest najwyraźniej w stanie realnie rozwiązać żadnej sprawy naprawdę ważnej dla głosujących w wyborach ludzi. Z tego – najwyraźniej – Waldemar Sadowski zdaje sobie sprawę i stąd postulaty z jego listy dotyczą niemal wyłącznie zasadniczych kwestii ustrojowych, bo to właśnie ustrój trzeba naprawić najpierw, byśmy w jego ramach mogli potem naprawiać w ogóle cokolwiek.

Waldemar Sadowski proponuje myślenie o sprawach realnie ważniejszych niż sam tylko totem. Tu się z nim solidaryzuję w pełni. Istotnie nie ma co szukać spraw określanych z paternalistyczną wyższością jako „ważne dla zwykłego człowieka” i inne niż polityka dla elit. Byłby to fałsz, w który nikt nie uwierzy. Niczego nie da się zrobić, dopóki polityka jest fałszem i „zwykły człowiek” wie o tym doskonale, niezależnie od tego, jak bardzo jest niewykształcony, jak niewiele wie o ekonomii, prawie, socjologii, politologii i historii.

Skąd jednak skoncentrowany na ustroju Waldemar Sadowski wie, że wspólny program naprawdę da się stworzyć, a w szczególności, że proponowana przezeń lista zdoła przekonać choćby tylko „naszą stronę”, że doda jej skrzydeł w walce lub choćby zwiększy naszą skuteczność? Co ma niby sprawić, że lista proponowanych postulatów zwiększy poparcie dla dzisiejszej opozycji? Że do urn pójdą dotąd niegłosujący? Albo, że wyborcy PiS zmienią zdanie? Czy Sadowski naprawdę wymienia cele możliwego ruchu obywatelskiego lub partii demokratycznej opozycji, czy może konstruuje listę, co do której ma po prostu nadzieję na odzew, jak na odzew liczą partie opozycji opowiadając ludziom o ochronie zdrowia rujnowanego przez zły PiS? A może po prostu szuka możliwego minimum, które zaakceptują wszyscy? Prawdopodobnie chodzi o wszystkie te cele na raz. Rzecz jednak w tym, że one się mogą wykluczać i często tak właśnie się dzieje.

Poparcie dla demokracji – że wrócę do pierwszej tezy Sadowskiego – skurczy się bardzo poważnie, kiedy demokrację spróbujemy zdefiniować. A da się to zrobić na różne sposoby. Możemy wskazać niezbędne urządzenia instytucjonalne demokracji i skoncentrować się na ustrojowych postulatach. Trójpodział władzy i niezawisłość sądów? Wiele badań pokazuje, że spora część wyborców PiS uważa zamach na sądy za niesłuszny. Niby więc demokraci rzeczywiście mają większość. Tyle, że nic z niej nie wynika w kontekście kulturowej wojny, która okazuje się ważniejsza. Ale jeśli zapytamy o inny element trójpodziału – Sadowski zresztą zaledwie o nim wspomina i pozostawia go niemal bez odpowiedzi w postulatach – mianowicie o kontrolę władzy wykonawczej przez ustawodawczą, to kłopot mamy znacznie większy. Tu już nie znamy żadnych danych, bo nikt o to w ogóle nie pyta. Zakładam więc, że postulaty w tej sprawie nie znajdą dosłownie żadnego posłuchu. Jak to zatem jest z demokratycznymi przekonaniami większości? Bo może większość po prostu demokracji nie chce i ona się musi wobec tego kończyć. Sporo o tym zresztą napisał cytowany przez Sadowskiego David Runciman.

Jeśli zaś zapytamy o prawa kobiet i aborcję, to choć liczba zwolenników liberalizacji aborcji rośnie i dzisiaj w niektórych badaniach przekracza połowę, w obliczu wyborczej konfrontacji gotowi jesteśmy z nich zrezygnować, bo nie to jest stawką w wyborach, a totem PiS przeciw totemowi „totalnej opozycji”. Jeśli zapytamy o prawa uchodźców – wyraźna, zmierzona w wielu badaniach większość jest przeciw ich przyjmowaniu, choć obowiązek ich przyjęcia jest jedną z najbardziej podstawowych i najoczywistszych wartości współczesnego świata. O stosunek do kary śmierci nikt nawet nie ośmiela się spytać i moje wspomniane pytanie było zupełnie szaleńczym ekscesem, potwierdzając jednak moje najczarniejsze obawy.

Co znaczy dla nas demokracja w takim razie? Inaczej niż Waldemar Sadowski ja obawiam się, że demokraci przekonani, że państwu nie wolno nikogo zabić, że nie wolno w nim kwestionować niczyich praw podstawowych, że żadna religia, kultura i tradycja nie mogą być uprzywilejowane, że mniejszość ma swoje prawa, które musimy wszyscy traktować ze szczególnym szacunkiem, że decyzje muszą w jak największym zakresie należeć do obywateli, a tylko w niezbędnym do elit, że trójpodział władzy obejmuje więcej niż sądy i że przede wszystkim konstytucja i gwarantowane przez nią wolności należą się zwłaszcza naszym politycznym przeciwnikom, których zdania nie wolno nam pomijać nigdy – że tak zdefiniowani demokraci stanowią w Polsce mniejszość i to przypuszczalnie skrajnie marginalną. Jeszcze raz zatem – może po prostu czas demokracji przeminął?

Wolność dla wrogów wolności

Z tej perspektywy bardzo poważnie pytam, o co nam chodzi. O tak pojętą demokrację, czy o wojnę z PiS? Nie jestem „symetrystą”, dobrze wiem, że PiS odsunąć trzeba. Ale mamy do czynienia z sytuacją albo – albo. Postulat odsunięcia PiS kłóci się z postulatami demokratycznymi na bardzo wiele sposobów. Są wśród nich rozmaite względy taktyczne, nakazujące unikać „radykalizmów” szkodzących wyborczym sukcesom – choćby to były rzeczy tak podstawowe i dla demokratów oczywiste jak kara śmierci. Jest wśród nich świadomie utrzymywany mechanizm stadnych, folwarcznych zachowań zakazujący stawiania pytań, postulatów, żądań paktów, które Waldemar Sadowski proponuje zawrzeć z Hołownią – nakaz bezwarunkowej lojalności wobec własnego totemu.

Ale na samym dnie, u podstaw tego wszystkiego leży śmiertelnie poważny problem główny. Polega on na tym, że wojennego podziału nie da się załatwić na sposób Saint Justa, który tak długo wykrzykiwał tę paradoksalnie sformułowaną i przy wszystkich trudnościach jednak tylko pozorną oczywistość, że „nie ma wolności dla wrogów wolności”, aż w końcu sam uznany za wroga położył głowę pod gilotynę. Podobne Saint Justowi okrzyki słychać po naszej stronie wojny równie często jak po tamtej. Są szczere. Nie będziemy z tą dziczą rozmawiać o urządzeniu demokracji, bo się nie da i dzicz tego nie chce – myślimy przecież nie bez racji. Rzecz w tym, że albo rozmawiać będziemy i uznamy prawa owej dziczy, albo sami jesteśmy wrogami wolności.

Albo „jebać PiS!”, albo demokracja. Jednego z drugim pogodzić się nie da. I to jest bardzo twarde, fundamentalnie ważne ograniczenie przestrzeni programowych możliwości. Trudno nam to zaakceptować, ale musimy wiedzieć, że nie da się ukształtować stabilnej demokracji ignorując oczekiwania pisowskich wyborców.

Nie da się oddzielić tańca od tancerza – jak strategia wyznacza cele

Waldemar Sadowski przypomina 21 postulatów Sierpnia. To jeden z jego kolejnych błędów. Dzisiaj pamiętamy liczbę postulatów, a nie pamiętamy ich treści. Części nie zrealizowano do dzisiaj. Części nie chcielibyśmy realizować. Mimo to lista była naprawdę doniosła. Czy one jednak wyznaczały program ówczesnego ruchu społecznego? Czy były konsekwentnie realizowane lub czy chociaż tego próbowano? Otóż ani w okresie 16 miesięcy „karnawału Solidarności”, ani nawet w samym Sierpniu nie o treść postulatów chodziło – ta była znana równie słabo, jak znaliśmy cztery lata temu Konstytucję RP, wychodząc w jej obronie na ulice. Chodziło jak zawsze o totemy. Komuniści przeciw narodowi.

Wolne związki zawodowe były środkiem w tej walce, a nie celem. Ideą robotniczej podmiotowości i solidarności zachwycał się może Modzelewski i Kuroń. Mnie również ona wtedy zachwycała. Pamiętam zachwyconych francuskich trockistów – i ich równoczesny szok na widok zdjęcia papieża na bramie Stoczni. Ale już np. Adam Michnik widział w idei robotniczego związku środek, a nie cel sam dla siebie, choć Michnikowi również nie o totemy chodziło, a z pewnością nie o takie, które admirowano wówczas powszechnie. Bo chodziło również o wolność słowa, prawa obywatelskie i polityczne. W społecznej masie jednakże nawet komunistyczną cenzurę akceptowaliby uczestnicy wielkiego ruchu „Solidarności” lub jeszcze chętniej zastąpiliby ją własną, byleby tylko nasz totem – flaga „Solidarności”, zdjęcie papieża, Wałęsy lub wizerunek Czarnej Madonny – zawisł na masztach zamiast znienawidzonej czerwonej flagi. W tamtych czasach Kuronia, Michnika i Modzelewskiego łączyło właśnie przywiązanie do realnych wartości (choć ich zestaw każdy z nich miał nieco inny) przeciw niszczycielskiej sile plemiennych totemów.

Ocena, co wtedy naprawdę spowodowało tę wielką, historyczną zmianę, jest dzisiaj trudna. Z pewnością przesądziła o niej bardziej pieriestrojka w Sowietach i globalna polityka starcia dynamicznego wówczas Reagana z umierającym powoli Breżniewem niż 21 postulatów Sierpnia, choć podmiotowego znaczenia „Solidarności” nie da się przecenić. Kuroń pisał bardzo przekonywująco, że każdy drobny wyłom w totalitarnym systemie – czy będzie to niezależny od władzy związek, czy funkcjonująca poza cenzurą prasa – musi rozsadzić system z samej jego totalitarnej natury. Ale nie da się dzisiaj z przekonaniem powiedzieć, że to właśnie Kuroniowa strategia organizowała wyobraźnię ludzi i skłaniała ich do działania, a nie wizerunek „naszego” Lecha z Matką Boską w klapie. Z pewnością prawdą jest jednak, że konkretne działanie wokół dobrze określonych celów skuteczniej budowało wolnościowe instynkty i postawy niż czekanie na niepodległość, które do żywego przypomina dzisiejsze „najpierw trzeba odsunąć PiS”.

Fenomen „Solidarności” oglądany z tego punktu widzenia polegał właśnie na tym, że na zniknięcie komunistów postanowiliśmy nie czekać, tylko mu pomóc drobnymi krokami „samoograniczającej się rewolucji” – stawiającej sobie cele inne niż obalanie komuny wprost. Cele określone wizją Polski wolnej, jakby w niej władzy komunistów nie było, a nie definiowanej wyłącznie tak, że wolność jest wtedy, kiedy komuna znika. Utopia wolności, którą uparliśmy się wyrywać dla siebie krok po kroku. Utopia realizowana, która nie jest oksymoronem. Warto o tym pamiętać dziś, kiedy czekamy na zniknięcie PiS.

Chcę powiedzieć, że wartością postulatów Sierpnia było i to, czego w nich nie zapisano – totemiczna idea otwartej walki z komuną – i to, co w nich nie było listą celów, a opisem pola walki i określeniem skutecznej strategii: robotniczy związek, który uderzy w system jak taran, albo rozsadzi go klinem. Główny cel był poza zasięgiem. Skuteczna strategia wyznaczała cele pośrednie. Tak wyglądało działanie „Solidarności” i tak zmodyfikowany opis uważam – owszem – za adekwatny przykład modelu użytecznego również dziś.

Pisze Sadowski o swoich postulatach, że je zbierał i proponował od dawna i że się nie doczekał odzewu. To prawda – choć nie zauważył, że Obywatele RP opracowali w tym czasie nieco inny program i że byliśmy wśród ruchów obywatelskich jedynym, który sobie ten trud w ogóle zadał. Byliśmy w tym względzie bardzo znacznie „do przodu” również w stosunku do partii politycznych.

Postulaty Sadowskiego były pomyślane jawnie w wyborczym kontekście. Miały być politycznym programem minimum jakiejś „zjednoczonej opozycji”. Mieliśmy te postulaty głosić, iść z nimi do wyborów, wygrać i potem być może je zrealizować. To tej logiki – a nie samej listy – nie chcieliśmy przyjąć jako Obywatele RP.

Z wielu względów nie chcieliśmy czekać na wybory i organizować się do nich, formułując programy charakterystyczne dla partii. Nie o niecierpliwość chodziło, ale o sprawy bardzo zasadnicze. Z wielu względów uważaliśmy, że drogą właściwą dla ruchu obywatelskiego i równocześnie skuteczną nieporównanie bardziej niż wyborcze programy jest realna presja na władzę wymuszająca koncesje na rzecz demokracji i praw obywatelskich – tu i teraz, a nie po wyborach. Uważaliśmy, że to jest możliwe i uparliśmy się dostarczyć w tej sprawie dowodów.

To się udało w kilku sprawach drobniejszych lub ważniejszych. Wymusiliśmy na przykład powszechnie dziś stosowaną praktykę rozproszonej kontroli konstytucyjności prawa, stając przed sądami oskarżani o jego świadome łamanie i uzyskując wyroki orzekane wprost na podstawie konstytucji, a mówiące o łamaniu naszych praw podstawowych. Ten przełom – co do świadomości społecznej nie dotarło w żadnym stopniu – potencjalnie oznacza bardzo zasadniczą zmianę ustrojową. Chodzić może bowiem nie tylko o klasyczne prawa polityczne, które łamie np. policja. Zdobyczą jest tu realna broń w rękach obywateli, których prawa narusza choćby wspomniana już wielokrotnie służba zdrowia, każąc im czekać w wieloletnich kolejkach. Obietnice skrócenia kolejek brzmiałyby mile dla ucha, gdyby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach umiał w nie uwierzyć. Realną presję tworzą natomiast kwoty roszczeń odszkodowawczych z tytułu naruszenia gwarantowanych konstytucją praw do ochrony zdrowia. Kontrola konstytucyjności ma potencjalnie przełomowe znaczenie dla ustroju, w którym podmiotem naprawdę stają się obywatele.

Z rzeczy drobniejszych, a zauważonych w nieco większym stopniu, wymusiliśmy również respekt dla wolności zgromadzeń, skutecznie bojkotując niekonstytucyjne zakazy i doprowadzając do prestiżowo bolesnej dla PiS rezygnacji z miesięcznic smoleńskich. Widzieliśmy w tym modelowy przykład strategii, daremnie jednak próbowaliśmy go uogólnić, pokazując, że da się w ten sposób osiągać kolejne cele – tak, jak się tego domaga Sadowski oczekując konsekwentnego trwania przy postulatach.

Wreszcie rzecz przypuszczalnie najdonioślejsza. Otóż to właśnie poprzednia kadencja PiS – a nie np. okres rządów lewicy – przyniosła odwrócenie społecznych poglądów dotyczących np. aborcji lub praw gejów. Stało się to w wyniku działania świadomego ruchu społecznego protestu. Wszystkie te zmiany nastąpiły nie tylko pomiędzy wyborami, ale również poza tradycyjnym językiem polityki i bez udziału zawodowych polityków.

Program Obywateli RP nie zawierał więc postulatów, o których nie wiedzieliśmy, jak je realizować tu i teraz. Nie wypowiadaliśmy się np. o polityce międzynarodowej ani o obronności, bo choć to są sprawy oczywiście ważne, byłoby farsą poruszać je, skoro niczego tu zdziałać się nie da, jeśli nie mamy władzy. Nadal myślę w tych kategoriach. Z powodów bardzo zasadniczych, aczkolwiek kompletnie nieuświadomionych społecznie nie wierzę w żaden program, który oddziela cele od środków nacisku wymuszających ich realizację. Tymczasem Waldemar Sadowski proponuje:

Ustalmy jedną pełną listę konkretnych postulatów i powtarzajmy ją przy każdej okazji. Nie rezygnujmy z żadnego punktu, dopóki partie nie potraktują nas poważnie.

Naprawdę? Partie traktujące nas poważnie? W wyniku perswazji?

Cele ruchu wydają się kwestią wyboru. Warto jednak  wiedzieć, co jest motorem realnej zmiany, bo to właśnie ta wiedza rozstrzyga o wyborze. „Nie da się oddzielić tańca od tancerza” – pisał dawno temu Heisenberg, myśląc co prawda o fizyce splątanych ze sobą cząstek elementarnych, ale w tyle głowy mając ogólniejsze filozoficzne implikacje. Ja sądzę, że Heisenberg sformułował prawo naprawdę ogólne. Tańca od tancerza nie sposób oddzielić również w politycznym działaniu. Demokracji nie uzdrowią partie odpowiadające za jej chorobę. Wolności nie da się zadekretować i dać jej z łaskawości władcy. Celów nie da się oddzielić od sposobów ich realizacji. One się określają w działaniu. Kiedy chodzi o demokrację rozumianą jako rządy ludu, jasne jest, że chodzić musi o nasze działanie, w którym nasza podmiotowość i wolność po prostu się realizują, a nie o partyjne układanki, których efektem może być wolność nadana nam dekretem.

Ludowa rewolta – znaczenie diagnozy

Diagnozę kryzysu Sadowski zdaje się pomijać i tu widzę najpoważniejszy z błędów w jego rozumowaniu. Dla niego problem zaczyna się – proszę mnie sprostować, jeśli się mylę – od PiS. Polega ów problem na tym, co PiS zniszczył. Koniec definicji.

Waldemar Sadowski nie docieka, co spowodowało, że „demokracja postradała zmysły”, jak to określa za Runcimanem. Nie zajmują więc go ustrojowe zmiany likwidujące chorobę, której skutkiem a nie przyczyną jest PiS. Zajmują go za to ogromne zniszczenia, które PiS wywołał. Wie, że naprawiając zniszczenia, zmiecie władzę PiS i akurat w tym ma rację. Tyle, że to nie załatwi niczego.  

Za Runcimanem powinien był zauważyć choćby kulturowo technologiczne źródła kryzysu, które odpowiadają za część niemożności społecznej deliberacji o polityce, której efekty tak boleśnie dostrzega. Waldemar Sadowski widzi np. zło w wodzowskich partiach, ale wyłącznie tak, że wodzowski PiS dokonuje zamachu stanu, a PO i inni w opozycji arogancko ignorują podsuwane im postulaty, co jest jednym z wyrazów ich nieudolności. Nie dostrzega, że antydemokratyczne zachowania partyjnych elit politycznych doprowadziły do potężnego kryzysu zaufania do polityki w ogóle. Że w połączeniu z potęgą oddziaływania facebookowych memów wydaje to nas na pastwę emocji spontanicznie idących falami lub z premedytacją sterowanych przez PiS, przez agentów Putina i potencjalnie każdego, kto zechce.

Pytanie o siłę napędową zmian nabiera w tym kontekście bardzo zasadniczego znaczenia. Nie tylko w ten sposób, że gadanie o prawach kobiet, które załatwimy, kiedy tylko pozbędziemy się PiS, jest jawnym fałszem odbierającym wszelką wiarygodność temu, kto powtarza podobne bzdury. Nie było PiS, a praw kobiet nie było w III RP nigdy. Kiedy z PiS wygramy, nie uwolnimy się od żywiołu kulturowo zagrażającego demokracji. Obóz demokratów nie zakwitnie tysiącem kwiatów wolności – będzie warowną twierdzą obrońców demokracji gotowych zrezygnować z praw kobiet oraz dosłownie wszystkich demokratycznych wartości, byleby tylko obronić się przed populistami. Nie będziemy pytać, po co komu ta obrona. Przede wszystkim jednak to, co w dużej mierze jest dzisiaj fałszem pisowskiej propagandy – owi wykluczeni w polskiej demokracji – będzie odtąd w coraz większym stopniu prawdą. Przegrywający w wyborach – pisowcy albo my – naprawdę będą się znajdować poza marginesem ustroju.

Demokracja naprawdę w Polsce zawiodła. Nie nadmiarem władzy ludu, który oszalał i dał się ogłupić, czy jakimiś technicznymi niedomaganiami, ale niedostatkiem władzy ludu naprawdę, a nie na niby zawłaszczonej przez elity. Naprawdę, a nie na niby wielkie masy obywateli czuły się pozbawione wpływu na politykę państwa, a znakiem tego były i odrzucane arogancko inicjatywy referendalne, i klimat rozmów za zamkniętymi drzwiami w Sowie i Przyjaciołach. Nie ma najmniejszego powodu, by tę demokrację, której przywrócenia chce swymi postulatami dokonać Waldemar Sadowski, ceniły te masy ludzi, które nie bez realnych przyczyn uważały się za wykluczone z demokracji i które uważały, że III RP nie była ich państwem.

Naprawdę grozi nam w Polsce faszyzm lub podobna mu dyktatura instalowana z premedytacją przez Putina, który o Rosji wstającej z kolan mówił całe lata zanim o wstawaniu z kolan zaczęto mówić w Polsce, a o Rosji znowu wielkiej i nie dającej sobą poniewierać grubo zanim Trump zaczął krzyczeć o wielkiej Ameryce. Putin kieruje dzisiaj wzrok na Zachód, wcześniej dokonawszy aktów ludobójstwa w Czeczenii i w paru innych miejscach. Jest się czego bać naprawdę, a wcale nie na niby. Nie ma dowodu na to, że czasy się zmieniły i zbrodnie dyktatorów nie są dzisiaj możliwe. One się dzisiaj dzieją – tuż obok nas. To tylko my odwracamy wzrok, lękliwie udając, że nie widzimy. Prawdą, a nie fałszem jest, że sieczka w polskich głowach to dzieło propagandy z udziałem obcej agentury. Jest więc możliwe, a nie niemożliwe, że wydarzyć się może również u nas koszmar, który ci sami dyktatorzy urządzili ludziom parę tysięcy kilometrów od nas. Powtarza się nie tylko schemat znany sprzed stu lat, ale również ten, który prowadzi do podobnych nieszczęść teraz – tyle, że wciąż jeszcze obok nas, a nie u nas na swojskim podwórku.

Ale stało się równocześnie coś znacznie poważniejszego i nie zawdzięczamy tego żadnej nikczemnej obcej sile, a przemianom cywilizacyjnym niesionym przez technologię. Oto nowe media, zwłaszcza społecznościowe, dały każdemu do ręki środki publicznej ekspresji. I ludzie zaczęli z nich korzystać. Już nie elity, ale lud, który lubi krzyknąć o brudnych ciapatych, złych Żydach, pedałach, lewakach i podobnych. Ci ludzie zobaczyli się nawzajem, usłyszeli, policzyli – odkrywając, że mainstream jest gdzie indziej niż dotąd myśleli. Że wszystkie te plugastwa wolno wykrzykiwać, bo dla wielu one są ważną prawdą, tłumioną dotąd przez „samozwańcze elity”. Cytowany przez Sadowskiego Runciman pisze z tej okazji, że Zuckerberg jest groźniejszy od Trumpa, bo na chcącego nadużyć władzy polityka znajdzie się sposób w instytucjach demokracji, a na nowe zjawiska technicznej cywilizacji nie mamy żadnej sprawdzonej odpowiedzi. Jak by nie patrzeć, te i inne zmiany, o których można opowiadać długo i wiele już powiedziano, to gwałtowna i rzeczywista demokratyzacja. Do głosu doszli nowi ludzie, których dotąd nie słyszeliśmy.

W Stanach ujawnił się nieobecny dotąd amerykański interior i cywilizowane elity z wybrzeży wciąż trwają w wywołanym tym szoku. W Polsce odzywa się prowincja, którą Sadowski opisuje jako prowincjonalną mniejszość i która w normalnych warunkach powinna jego zdaniem ulec miejskiej, wykształconej większości Polaków. Otóż nie ma żadnej większości. Naprzeciw zaś polskich mieszczan – wykształconych zresztą dość kiepsko – staje właśnie ludowa rabacja, a scenariusze znane z historii są w takich razach zawsze paskudne, jak paskudna, brutalna i potwornie krwawa była Wielka Rewolucja Francuska. Ale to po jej stronie była historyczna racja. Bronić więc dzisiaj „przyzwoitości” albo „wartości liberalnej demokracji” jest dzisiaj być może równie beznadziejnie bez szans i także bez racji, jak wówczas bronić ancien regime’u. To tragiczna, na pewno niezwykle trudna konstatacja, ale wynika z niej to, że jeśli istnieje ratunek, to jest nim nowa definicja wartości liberalnej demokracji, a nie obrona starego porządku świata – bo on najwyraźniej odchodzi w przeszłość i nie bez przyczyny tak się dziać musi. Nowa definicja wartości demokracji – a nie postulaty klecone po staremu.

Ryzyka złotej rybki

Odpowiedzią na populistyczną rabację powinien być emancypacyjny bunt demokratów skierowany przeciw partyjnym aparatom obu dzisiejszych zwalczających się bloków. Postulaty dotyczące demokracji instytucjonalnej nikogo nie przekonają. Powinniśmy to widzieć, skoro właśnie 43% głosów, a zatem legitymację demokratyczną dostała partia, której niszczycielską działalność zna każdy, kto chciał ją poznać. Partie opozycji dostały natomiast 48%. Nikt więc nie wie, co oferują nowego w stosunku do tego, przeciw czemu głosowali Polacy w wyborach z roku 2015. Tak się nie da. Odnieść musimy się wprost do tego, co jest treścią polskiej wojny. Do wrogich i do własnych totemów. Programem, który ma szansę obudzić zaangażowanie jest zakończenie wojny poprzez bunt przeciw jej wodzom.

Program prezydencki – bo do tego kontekstu sprowadza rzecz Waldemar Sadowski i ja również tak chcę to widzieć, skoro zbliżają się wybory – ma tu bardzo szczególny charakter. Bo bardzo szczególna byłaby władza prezydenta, który – kimkolwiek byłby prezydent spoza PiS – nie będzie miał wystarczającego partyjnego zaplecza w parlamencie. Najsilniejszym sprawczym uprawnieniem prezydenta byłaby w tej sytuacji inicjatywa referendalna. To unikalna okazja. Polską wojnę da się zakończyć głosami obywateli ponad partyjnym interesem.

Po pierwsze musi być jasne, że reformy wymaga ustrój państwa. Sądy, trójpodział władzy obejmujący parlamentarną kontrolę rządu, wymagający naprawy ustrój partii politycznych i kilka innych kwestii. Reforma musi się dokonać jak reforma konstytucyjna, a zmianę konstytucji należy otwarcie uznać za pożądaną. Co najważniejsze i równocześnie najtrudniejsze, trzeba podkreślić, że kierunek ustrojowych zmian musi spełnić oczekiwania obu walczących dzisiaj stron i musi się dokonać głosami wyborców obu obozów.

Po drugie rozwiązaniu muszą ulec zapalne kwestie społeczne. W tym te zwane „światopoglądowymi”. Prezydent nie musi i nie powinien opowiadać się np. ani za liberalizacją aborcji, ani za tzw. „kompromisem”, ani za zakazem. Decyzje powinny tu należeć do obywateli i zapadać w referendum. Doświadczenie brexitu zniechęca do takich rozwiązań, ale mamy za sobą doświadczenie irlandzkie, gdzie referendum poprzedziła rzetelna debata i obrady panelu obywatelskiego. Prezydent może ten proces zapoczątkować nazajutrz po objęciu urzędu. Do listy problemów zapalnych należy również projekt 500+, a więc cele, charakter i zakres polityki społecznej państwa. Wszystkie te sprawy da się rozstrzygnąć głosem obywateli. Są zbyt zapalne i zbyt doniosłe, by dało się je powierzyć politykom, których mandat w tym zakresie jest żaden. Nie do tego ich wybieraliśmy. Nie było o tym mowy w programach.

Po trzecie wiele z tych kwestii ujawnia niezdolność znanej z III RP demokracji do rozwiązywania rzeczywistych problemów. Po wielokroć silniej ujawnia się ta niezdolność w obliczu katastrofy klimatycznej. Jej powstrzymanie będzie wymagało decyzji drastycznie ograniczających komfort życia, który wszyscy dziś uważamy za oczywisty i należny. Tych decyzji nie podejmie żaden polityk ubiegający się o poparcie w następnej kadencji. To jedna z przesłanek każących szukać nowych rozwiązań w demokracji. Panel klimatyczny i jego wiążące dla prezydenta decyzje to kolejna rzecz, którą prezydent może zrealizować natychmiast po objęciu urzędu.

Tak widzę trzy życzenia dla złotej rybki. Da się wygrać wybory prezydenckie, jeśli te postulaty skierujemy przeciw obydwu wrogim blokom politycznym. Jeśli otwarcie powiemy dość partyjnej polityce wzmagającej polski konflikt. To się oczywiście nie stanie w wyborach prezydenckich, które niestety już wyglądają na przegrane. Kalkulacje Sadowskiego postulującego pakt z „bezpartyjnym Hołownią” są naiwne między innymi dlatego, że Hołownia nie wygra. Niemal na pewno zniknie, jak znikało wielu podobnych mu liderów. Żądanie paktu powinno jednak zostać wyartykułowane. Każdy kandydat z naszkicowanym tu programem stanie się obywatelskim. Będzie wiarygodny jeśli się podda społecznej weryfikacji – nie tylko obiecując „władzę obywateli” po wygranych wyborach, ale spełniając tę obietnicę tu i teraz, przed wyborami. To jeden z powodów, dla których wspólny kandydat demokratów wyłoniony w prawyborach lub podobnej procedurze miałby nadal szanse. Ale to już jest sprawa osobna. Na osobny odcinek programowej debaty. W jeszcze osobnej i ważniejszej odsłonie warto pomyśleć, co z tego myślenia i w jakiej formie zachować po wyborach, bo choć dziś wydaje się to nieprawdopodobne, czas się na nich nie zatrzyma.

fot. Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *