Polityka: analizy, dyskusje, program

Nasze teksty mają ambicję służyć głębokiej politycznej zmianie. Chcemy, by media organizowały opinię publiczną i reprezentowały ją wobec polityków -- nie tylko rządzących. Chcemy również, by stały się miejscem rzetelnej debaty, w której wykuwa się wizja lepszej Polski, Europy i świata.

Celem jest obywatelskie społeczeństwo

Bez debaty polityka nie jest możliwa. Bez debaty publicznej niemożlliwa jest polityka demokratyczna. Bez mediów jako czwartej władzy w państwie nie ma mowy o demokracji, której instytucje należą do obywateli.

Wyobraź sobie, że zamiast bojkotować Orlen, który uczestniczy w zamachu na niezależne media, co dziesiąty wyborca opozycji przeznacza miesięcznie równowartość jednego litra benzyny na fundusz społecznych mediów.
Wesprzyj projekt obywatelskich mediów

Polityka: analizy, dyskusje, program

Nasze teksty mają ambicję służyć głębokiej politycznej zmianie. Chcemy, by media organizowały opinię publiczną i reprezentowały ją wobec polityków — nie tylko rządzących. Chcemy również, by stały się miejscem rzetelnej debaty, w której wykuwa się wizja lepszej Polski, Europy i świata.

Nigdy, przenigdy, nie będziesz szedł z nami

Zawsze, już zawsze, będziesz szedł sam… To o wstecznym Michniku, który udzielił wywiadu własnej redakcji i o którym w naszej światłej i wyzwolonej z przesądów bańce gadali w ostatnich dniach wszyscy.

Oto przed nami Michnik-dziaders, ojciec chrzestny tych, co to polską demokrację, nas i nasze dzieci sprzedali chciwym, zdegenerowanym klechom. Ślepy na własne błędy i winy, arogancki, zarozumiały, wiecznie pouczający, wróg dzisiejszej antyklerykalnej rewolucji, odklejony od rzeczywistości, nierozumiejący współczesności, wart najwyżej wzruszenia ramion. Znajduję ledwie pojedyncze wyjątki wśród mnóstwa jakże chętnie i pewnie wypowiadanych potępień. Wielu moich serdecznych przyjaciół i wielu tych, z którymi w ostatnich latach stałem ramię w ramię w czasem niełatwych sytuacjach – wszyscy ci ludzie porządni i czasem przecież mądrzy albo dzisiaj Michnika nazywają tłustym kocurem, co to na III RP dorobił się majątku i wygody, albo skazują go na zapomnienie. Na nieważność. Niektórzy wprawdzie łaskawie i sprawiedliwie „uznają zasługi”, ale odmawiają jakiejkolwiek wagi temu, co Michnik mówi i pisze dzisiaj.

Nie godzę się na żadną z tych rzeczy. Nie chcę należeć i nie będę należał do tłumu wybierającego fałsz niepamięci, ani tym bardziej do takiego, który depcze przeszłość i ludzi. Nieważne jaka idea prowadzi nas dzisiaj. Nie będę z wami maszerował w jej imię, dopóki będziecie tak deptać. To przede wszystkim tego sprzeciwu nauczyłem się w życiu. Sam, własnym wysiłkiem – ale również od Adama Michnika.

1. Deal, którego nie było

Każdy ma jakąś własną perspektywę. Michnik też. Nie trzeba jej dekonstruować, odkrywać i obwieszczać światu, bo ona jest przez Michnika bardzo jasno wyrażona. I to nie jest perspektywa „tłustego kocura” wygodnie rozpostartego na kanapie. W stosunku do Michnika te brednie są nie tylko inwektywą – są ordynarnym, chciałoby się rzec, kibolskim bluzgiem.

Michnik głosował przeciw zakazowi aborcji, był krytyczny wobec konkordatu i religii w szkołach, choć własne dzieci na lekcje religii zapisał, przestrzegał przed nacjonalizmem i odrodzeniem faszyzmu, napominał Kościół za panoszenie się w państwie. Jego poglądy są od lat znane i bardzo jasne. Są też zgodne z decyzjami, które podejmował. W komentowanym wywiadzie mówi zaś między innymi:

Oczywiście Kościół ma prawo stać się politycznym lobby, ale wtedy musi sobie zdawać sprawę, że będzie traktowany jak każda inna partia.

Jeśli cokolwiek w tym oczywistym sformułowaniu trzeba podkreślić, to być może pierwsze ze zdań: otóż w demokracji Kościół rzeczywiście ma pełne prawo stać się politycznym lobby. Myśl dla Michnika oczywista, niewarta więc nawet rozwinięcia – a jednak w dzisiejszych czasach wojennego wzmożenia być może wymaga przypomnienia. Dość to kłopotliwe przypominać o oczywistościach, ale niech będzie. Nie ma mianowicie w demokracji żadnego uzasadnienia, by Kościołowi nie było wolno komentować polityki i – uwaga! – próbować na nią wpływać. Ani hierarchowie, ani zwykli księża, ani tym bardziej wyznawcy nie tracą i nie mogą tracić bez gwałtu na pryncypiach demokracji żadnego ze swych praw politycznych. Niczego tu nie zmienia np. kuriozalnie karkołomna argumentacja o lojalności wobec obcego państwa watykańskiego, którą się czasem spotyka wśród wojujących z Kościołem demokratów. Zakaz udziału w polityce nie jest żadną demokratyczną oczywistością – przeciwnie: jest absurdem. Oczywistością taki zakaz powinien być tylko z bardzo specyficznego punktu widzenia Kościoła. Jeśli jakiekolwiek prawo miałoby np. księżom zabronić kandydowania w wyborach, to tylko prawo kanoniczne.

Jeśli to się ma nie podobać wojującym dzisiaj antyklerykałom, to wtedy tak – tę „ugodową” wobec kleru zasadę Michnik dzisiaj rzeczywiście głosi i nie uważa, by zbrodnie pedofilii i jej tuszowania cokolwiek zmieniały w fundamentach demokratycznego liberalizmu, choć powinny wiele zmienić, może nawet wszystko, w społecznej ocenie Kościoła. Być może więc tym się różni „konkordatowa” lub ustrojowa czy wreszcie po prostu cywilizacyjna perspektywa Michnika od tego, co dzisiaj z nagła uchodzi za oczywistą normę świeckiego państwa. W tym względzie podzielam perspektywę Michnika. Możliwe, że da się tu podnieść jakiś spór. Ale akurat w tym miejscu nie podjął go nikt.

Zamiast tego oskarża się Michnika o deal z Kościołem. Michnik zaś zaledwie akceptował wyniki głosowań, w których on sam i jego formacja przegrała. Bardzo wyraźnie mówi Michnik, że

obecności Kościoła w życiu publicznym Polacy po prostu chcieli. Nawet jeśli pojawiły się wątpliwości, nie mieliśmy takiej mocy, żeby zrobić coś przeciwko ogromnej części społeczeństwa i klasy politycznej. To widać było też w Obywatelskim Klubie Parlamentarnym, który po 4 czerwca 1989 roku tworzyli parlamentarzyści „Solidarności”. Gdy po wojnie na górze doszło do rozłamu, większość nie poszła z nami.

Kłamie? Dowód poproszę. Pilnie, bo bez takiego dowodu gadanie o dealu jest głupotą na miarę smoleńskiego spisku. I podobną nikczemnością.

Wzmożeni dzisiaj na rzecz oświeceniowych wartości żadnych głosowań akceptować nie chcą, a w głowach mają rewolucję. Chcieliby wywrócić stolik – i to ten właśnie stolik, a nie żaden deal, Michnik rzeczywiście projektował. Sam mam wątpliwości, czy zaprojektował go dość dobrze, ale też pamiętam, jak wąski był wybór. Czy wolno ten stolik wywracać, jest zagadnieniem osobnym i w żadnej dzisiejszej dyskusji niepodjętym. Znowu. Jak wiele innych uparcie niepodejmowanych tematów.

Nie podejmują tego pytania również ci, którzy potępiają projektowaną z kolei we własnych umysłach rzekomą uległość Michnika. Mija pół roku aborcyjnej rewolucji i jakoś nadal nie pytamy nawet, w jakim trybie i kto ma zmienić prawo w tym zakresie. Komu w ogóle wolno podjąć tę decyzję. Problem zaś ma zupełnie oczywiste uogólnienia i one są jeszcze bardziej doniosłe, bo dotyczą podstawowych praw Rzeczypospolitej, praw człowieka i podstaw ustroju państwa. Czy wypierdalać ma rząd PiS i politycy tej partii, czy może wszyscy ci, którzy chcieliby w sprawie aborcji i praw kobiet głosować – wszystko jedno, gdzie? Albo może właśnie nie wszystko jedno? Czy wreszcie może wypierdalać mają tylko ci, którzy uważają, że np. aborcja nie jest ok? Tylko politycy, którzy tak uważają, czy wszyscy? Co ma w ogóle zrobić rewolucja z wrogami rewolucji, jeśli się wreszcie znajdą w mniejszości i przegrają? Co ma wynikać z okrzyku, że „nie ma wolności dla wrogów wolności”? Bo w historii – o tym akurat wiemy nadto dobrze – nigdy nic dobrego z takich okrzyków nie wynikało.

Czytam dzisiaj, że to spisek Michnika z Pieronkiem oddał Polskę w łapy Jędraszewskich i że gdyby nie ten deal, to dzisiaj żylibyśmy co najmniej w jakiejś drugiej Szwecji. Spieszę donieść młodszym z naszej bańki, którzy te rzeczy powtarzają, że żadnego dealu nie było, a dla ustalenia tych faktów warto Michnika po prostu posłuchać, bo jest w tych sprawach historycznym źródłem, któremu przeczyć bez poważnych przesłanek krytycznych jest jak twierdzić, że Ziemia jest płaska albo że w tupolewie nad Smoleńskiem wybuchły parówki. Starszym zaś, którzy te czasy pamiętają, pozostaje niestety powiedzieć, że powinni się wstydzić, bo zwyczajnie kłamią.

Bardzo jesteśmy dziś wszyscy oświeceni i zawsze tacy byliśmy, prawda? Gromko przecież protestowaliśmy przeciw religii w szkołach, przeciw zakazowi aborcji, na widok koloratek powszechnie zaciskaliśmy pięści, a ciasny obskurantyzm narodowego katolicyzmu przyniosły do Polski obce, watykańskie czołgi z napisem JP102 na wieżyczkach. Nie, Szanowni, patriarchalizmu w Polsce nie ufundowała żadna polityka, żaden spisek i żaden akt politycznej przemocy – on niestety rozkwitł wraz z demokracją.

Skąd się nam wziął ten patriarchalizm – no, o tym można poczytać, powiedziałbym, zwłaszcza u Michnika, ale trzeba właśnie czytać, zamiast go dekonstruować w rzekomych odkryciach. Część z nowszych korzeni tego specyficznego syndromu da się dostrzec w podobnym z natury micie z przeszłości odleglejszej tylko o chwilę, w której podobno cały nasz dzielny naród bohatersko opierał się reżimowi komunistów. Wśród 10 milionów członków legendarnej i wielkiej „Solidarności” być może większość jeszcze cztery lata wcześniej wymachiwała transparentami o warchołach z Ursusa i Radomia na organizowanych przez władze masówkach. Dwa i pół miliona potomków dumnych bohaterów z Somosierry nosiło wtedy legitymacje PZPR, niemal wszyscy chodziliśmy głosować w fikcyjnych wyborach, w pierwszomajowych pochodach uczestniczył każdy, kto starał się o mieszkanie z przydziału albo o paszport. Każdy zaczepiony przez SB, kiedy swój paszport oddawał, bez szemrania podpisywał zobowiązanie do zachowania rozmowy w tajemnicy i nawet nie widział w tym niczego niestosownego. Niepokornych, nieposłusznych dysydentów był ułamek promila. Konfidentów SB było być może więcej. A Michnik wówczas przestrzegał tę dzielnie walczącą garstkę przed samouwielbieniem i przed potępianiem dominującej uległości – robił to i wtedy, i potem, kiedy w czasach lustracji wszyscy już uważaliśmy się za spadkobierców żołnierzy wyklętych, a własnych kompromisów, zawstydzających wobec legendy powszechnego oporu, nie pamiętał nikt, bo je z pamięci wypieramy niczym schizofrenicy. Na swój sposób podobnie przestrzega Michnik przed obskurantyzmem dzisiejszych rewolucjonistów, którzy jeszcze wczoraj, a może nawet dziś wciąż posyłają dzieci na religię w szkole. Stara historia mitu o walczącym narodzie daje o sobie znać bardzo silnie dzisiaj na kilka innych sposobów – ale, jako się rzekło, trzeba by chcieć się tego dowiedzieć. Poczytać. Np. Michnika. Zwłaszcza jego.

I tak, Szanowni Państwo, to właśnie papieskie „niech zstąpi Duch Twój…” wywołało tę „eksplozję polskości”, o której mówi Michnik. Nie KOR i nie Wolne Związki Zawodowe, bo one pozostawałyby bez tego wciąż tym samym promilem, jakim były wcześniej. Jaka to polskość wtedy wybuchła, nie trzeba pytać z retoryczną ironią. Jan Paweł II na bramie Stoczni, to nie skretyniały, zwyrodniały i do reszty przez SB skurwiony Jankowski – bo choć on tam msze odprawiał i spowiadał ludzi, to był przeciwieństwem tej polskości, która wtedy wybuchła, a nie jej emanacją. To polskość bardzo unikalna w polskiej historii – szanująca godność i prawa każdego, w której prawa człowieka stanęły wreszcie na moment w centrum pojęcia wolności, zamiast zwykle tam obecnego ducha narodowej insurekcji. Ledwie kilka miesięcy przetrwał ten duch w pierwszych miesiącach „karnawału Solidarności”, kiedy ów ruch zwano ruchem odnowy i było jasne, że to nie komunistów będziemy odnawiać, reedukować, niechby i z pozbawieniem praw, ale odnawiać będziemy wszystkich siebie – nas z przetrąconymi kręgosłupami, nas nienauczonych nieposłuszeństwa, chodzących w pochodach i skurwionych na mnóstwo sposobów w upodlającym człowieka reżimie. Złamanych tamtym systemem i nauczonych uległości była ogromna większość spośród nas, którzy tamte czasy pamiętają. Niemal dokładnie taka większość, jak ta, która gejów jeszcze przed chwilą nazywała pederastami, a księdzu proboszczowi kłaniała się w pas, podając kopertę.

W czasach pierwszej „Solidarności” ów duch przemiany szybko ustąpił mitowi o narodzie bohaterów walczących ze złem. Otwartość zniknęła wchłonięta przez narodowo-katolicki obskurantyzm. Nie Michnika należy obciążać odpowiedzialnością.

Michnik to przecież żydokomunista – był jedną z pierwszych ofiar tej przemiany. Inteligencikiem, Żydem, obcym wśród Polaków-katolików, pasożytem żerującym na robotniczym losie. Kto tego nie wie, nie pamięta napięcia pomiędzy obozem prawdziwych Polaków, a KOR-owską „żydokomuną”, ten nie rozumie niczego z polskiej najnowszej historii i nie pojmie dzisiejszej polskiej rzeczywistości. Dzisiaj Michnik przestrzega przed lewicowym integryzmem. Lepiej go posłuchajcie, bo to człowiek przez integryzm doświadczony na bardzo wiele różnych sposobów. I nie zapisujcie go do styropianowych „prawdziwych Polaków”, bo wyjdziecie na idiotów.  

2. Dobro, zło, dialog - w ruinach Kościoła i lewicy

Ale nie tylko deal zarzuca się dzisiaj formacji Michnika. Jak w naszej bańce wiadomo, chrześcijaństwo w ogóle, a katolicyzm szczególnie, jest głębokim źródłem wszystkich naszych przeszłych i obecnych nieszczęść, w tym PiS-u, patriarchatu oraz najgorszych zbrodni Holokaustu.  Tymczasem Michnik – czytam dziś – o tym wszystkim nie został poinformowany, tkwi mentalnie w średniowieczu i dziś bezrozumnie powtarza, że religia ma wartość nie do zastąpienia. Michnik powiedział naprawdę, a nie na niby, że bez religii ludzie w Polsce nie będą wiedzieć, czym jest zło, a czym dobro. Nieśmiało przypomnę, że wśród nie tylko moich mistrzów podobnie mówił Modzelewski. Bauman – o czym zresztą Michnik wspomina – także. Dałoby się takich dziadersów uzbierać jeszcze trochę.

Problem z Michnikiem jest, wobec tego, dla zwolenników świeckiego państwa prawdziwy, a nie wymyślony. No, dobrze, ale jak tu o nim rozmawiać poważnie? Michnik należy do przecież zwolenników świeckiego państwa. Jednak, cytując z wywiadu sprzed kilku lat, a warto zwrócić uwagę, że Michnik od lat wciąż powtarza to samo, Michnik jest nie dość gorący we własnych motywacjach i boi się odwrócenia tyłem do Biblii,

bo to najmądrzejsza książka, jaką napisano.

No, z tym poglądem o Biblii dyskutować się da i oczywiście robi to wielu, i to bardzo kategorycznie, choć to jest z konieczności kompletnie niepoważna dyskusja. Twierdzi więc wielu ludzi – nie bez oczywistych racji przecież – że religia zawsze bywała narzędziem władzy, że patriarchalizm jest religijnie fundowany itd. Biblia nie tylko więc nie jest dla nich najmądrzejszą z książek – jest i głupia, i kto wie, czy nie gorsza nawet od Mein Kampf… W końcu Holokaust wynikł cały z „krew Jego na nas i na dzieci nasze”, czyż nie?

Pal sześć nawet, że również każdy autokrata w historii władzę przejmował mówiąc o wolności dla ludu i że to jednak wcale nie oznacza, że wolność jest narzędziem w rękach tyranii i złem samym w sobie. Przecież z Biblią rzeczy mają się inaczej, przecież w Starym Testamencie patriarchalizm widać gołym okiem (niby zresztą jak miałoby być inaczej?), a w Nowym nietrudno dostrzec treść o Żydach – bogobójcach. To nic, że Tuwim Murzynka Bambo nie pisał przecież dla utrwalenia rasistowskiego stereotypu, a tylko uległ znaczonemu nim językowi, podobnie jak nie dla promocji patriarchalnej dominacji pracowicie spisano święte księgi judaizmu i chrześcijaństwa. Tak można by gadać w nieskończoność. I będziemy tak gadać, w każdym razie gadamy dzisiaj.

Michnik gada więc, że w polskim katolicyzmie i w Kościele również da się znaleźć wszystko, co w Polsce najlepsze, i wszystko, co najgorsze. Do świętych ksiąg i ich mądrości można by zastosować to samo. Michnik ma tu oczywiście rację – tyle, że to banał właściwie. Tautologia przecież – tak jest wszędzie na świecie i w całej znanej nam historii, bo religia istotnie towarzyszy wszystkim ludzkim kulturom i wszystkim cywilizacjom. Czy zatem religia ma ludzką naturę i nie jest ani lepsza, ani gorsza od nas samych, czy też człowiek religii zawdzięcza jasne i ciemne strony swojej natury – to jest w tej sytuacji pytanie jak o jajko, kurę i pierwszeństwo. Spór w tej materii – niemal niezależnie od tego jaki poziom erudycji w nim prezentować – musi być idiotyczny. I rzeczywiście jest.

Widzimy więc dzisiaj w odpowiedzi na Michnikowe rewelacje o wywołanej przez papieża „eksplozji polskości” prawdziwą eksplozję egzegezy. W niej zaś cytaty np. ze św. Tomasza, który uważał kobiety za niepełne stworzenia, co zdumionej i przejętej zgrozą publiczności ujawniają dzisiejsi odkrywcy, łajając Tomaszową ciemnotą równie nieoświeconego Michnika. U Tomasza były te rewelacje oczywiście w równym stopniu treścią chrześcijańskiego objawienia, jak np. teoria strun u ks. prof. Hellera. Św. Tomasz i prof. Heller – obaj są dziećmi własnych czasów i inaczej być nie może. Ich religia jest oczywiście również z czasów, w których tkwią. A nie czasy z religii, choć związki bywają tu często podobnie wzajemnozwrotne, jak to jest z drobiem i nabiałem. Zatem bez pół litra nie da tu rady żaden egzegeta za dychę i szczerze mu te pół litra polecam zamiast egzegezy jako zajęcie zdecydowanie bardziej „godne i sprawiedliwe” niż odkrycia kompromitujących cytatów, bo one żadną miarą trzeźwe nie są. Tomasz i ks. Heller to umysły wybitne, choć tylko o jednym z nich wiadomo już na pewno, że bredził w bardzo wielu sprawach. Ks. Hellerowi szczerze nie życzę kanonizacji – gwarancji w tej sprawie dać mu się jednak oczywiście nie da, może nawet już dziś jakiś Dziwisz pod sutanną chowa ampułkę z krwią utoczoną Hellerowi z partyzanta. Za to z dużą dozą pewności da się zaręczyć, że za kilkaset lat będą się z jakichś myśli Bogu ducha winnego Hellera wyśmiewać ludzie równie przenikliwi, jak ci, którzy dziś z wszystkowiedzącym uśmiechem odkrywają głupoty świętego Tomasza. O ile będą jacyś ludzie za te kilkaset lat. I jakaś kultura.

Zapytany o własny pogląd religijny Michnik będzie kręcił jak wielu z nas dzisiaj, mamrocząc coś o tajemnicy. To oczywiście nie metafizyka i nie mistyka jest ważna dla niego i wszystkich oburzonych jego gadaniem, więc również z tego powodu na boku zostawmy te wszystkie niepoważne odkrycia złowrogich treści w chrześcijańskim objawieniu. Michnik przynajmniej wie, że dobro i zło są podobnie pozaracjonalnymi i quasi-religijnymi w istocie pojęciami, jak, z przeproszeniem, wspólnota w Duchu Świętym – cokolwiek ma dokładnie ta wspólnota znaczyć, bo to w żadnym stopniu jasne dla mnie nie jest. Tym więc, co Michnik podkreśla stanowczo i z pewnym siebie przekonaniem, jest nie ontologiczna pewność transcendencji, ale antropologiczny fakt, że człowiek żyje w symbolicznym świecie kultury i na tym polega człowieczeństwo. Że z kolei etyka jest definicyjnie możliwa wyłącznie w kulturze, a ta ma dzisiaj – powszechnie i historycznie – niemal wyłącznie religijne korzenie. Może i da się sobie wyobrazić człowieka całkowicie od religii uwolnionego, ale oczywiście nikt taki nie istnieje i jeszcze co najmniej trochę to potrwa. Tak po prostu rzeczy się mają historycznie, zupełnie niezależnie od tego, że quasi-religijny charakter dobra i zła może sugerować jakieś związki przyczynowe. Zresztą

nawet jeśli będziecie budować osobny system wartości poza wiarą – mówi Michnik – to w gruncie rzeczy on przecież i tak będzie się pokrywał z najbardziej fundamentalnymi postulatami samej Ewangelii i z Dekalogiem.

Otóż właśnie postulaty, o których tu mowa – to one są ważne. Jakie one są? Michnik mówi bardzo wprost, co go w chrześcijaństwie zachwyca. To nieposłuszeństwo Jezusa i głęboko rewolucyjne treści Kazania na górze. Można się rozmaicie wymądrzać albo wygłupiać, nie dziwiąc się przecież, że to drugie jest zdecydowanie częstsze – ale nie można mieć wątpliwości, co Michnik afirmuje w religii. Nie triumfalizm rozpasanej katolickiej ksenofobii. Przeciwnie – bunt przeciw niemu w imię ewangelicznych wartości.

Pytania z tym związane są dwa – skąd u Michnika pewność, że Kościół sam zachwyca się w chrześcijaństwie tym samym? To jest pierwsze z pytań i przynajmniej ono zostało postawione w zalewie okrzyków zniesmaczenia po wywiadzie. Michnik odpowiada przykładem Soboru Watykańskiego II, cenionych przezeń otwartych na świat hierarchów oraz twórczych środowisk polskich katolików. Wie oczywiście, że wszystkie te formacje – z samą soborową reformą włącznie – ujawniały się zawsze w odpowiedzi na coś, co w Kościele historycznie jednak niestety dominowało i co żadną miarą nie jest tak sympatyczne, jak choćby ks. Boniecki. W tym sensie Michnik wierzy – doprawdy żarliwie – że misja Jezusa przeciw faryzeuszom powiedzie się również dzisiaj. No, można ten jego optymizm brać za naiwność (choć on ma po swojej stronie dzisiejszego papieża i powołuje się na to), ale nie da się go uczciwie uznać za zdradę postępowej formacji na rzecz paktu z faryzejskim diabłem.

Kiedy jednak takie rzeczy mówi Adam Michnik – ten sam Michnik, który powiedział kiedyś „wasz prezydent, nasz premier”, a słowo stało się wtedy ciałem – trzeba to czytać również jako program i postulat, a nie tylko jako punkt widzenia, opis i ocenę rzeczywistości. Michnik oczywiście mówi nie tylko to, co myśli, ale również – może nawet przede wszystkim – to, co jego zdaniem powinna dzisiaj mówić jego formacja. Bardzo wyraźnie i po wielekroć zaznacza to w wywiadzie. Krytykować Kościół – z powodów z każdym dniem coraz bardziej uzasadnionych – powinni uczciwi ludzie Kościoła. Laickie środowiska powinny natomiast wskazywać drogę dialogu.

Gdyby chcieć ten punkt widzenia potraktować poważnie, to wybór, który stoi za dzisiejszą „dyskusją”, przebiega właśnie pomiędzy dialogiem, a chęcią zepchnięcia do morza i unicestwienia przeciwników w kulturowej wojnie. I nie ma tu znaczenia poczucie krzywdy, pytanie „kto zaczął” i kto jest atakującą stroną. O konieczności dialogu Michnik pisał również siedząc w więzieniu – przypominam – a miał na myśli dialog z tymi, którzy go tam zamknęli.

Ważniejsze w łajaniu Michnika jest jednak to drugie pytanie, wynikające z etycznych postulatów. Michnik mówi mianowicie, że kościoły są dzisiaj dla bardzo wielu Polaków jedynym miejscem, do którego co tydzień przychodzą, by się dowiadywać, co jest dobrem, a co złem i że bez nich tego wiedzieć nie będą. Że zatem bez Kościoła rozpadnie się jakakolwiek społecznie funkcjonująca etyka. Że bez Kościoła znajdziemy się w czarnej dupie. Oburzenie wywołane tą deklaracją wydaje się zrozumiałe. Jest ona też – albo przynajmniej sprawia takie wrażenie – na kilka sposobów fałszywa. Laicyzacji społeczeństw nie towarzyszy żaden widoczny postęp „nihilizmu”. Niewiele wskazuje też, że istotnie po naukę etyki chodzą dziś do kościołów ci, którzy do nich chodzą – a jeszcze mniej świadczy o tym, że nauki moralne tam pobierane są zauważalnie skuteczne. Nie wydaje się wreszcie uzasadnione, by dało się patriarchalne normy Kościoła uznawać za lepsze od etosu oświeceniowych wartości wolności, równości i braterstwa. Szkoda byłoby pytać, czy współczucie, empatia, nieposłuszna wrażliwość Jezusa na człowieka na przekór formalnym gorsetom religii jest w kościołach obecna bardziej niż faryzejska pogarda i nienawiść do pogan i odszczepieńców.

Równocześnie jednak również ci, którzy uważają, że oczywiście da się i koniecznie trzeba widzieć „świecką etykę” poza Kościołem – jak Andrzej Leder w nie tak starym tekście dokładnie właśnie o tym – zauważają, że w Polsce rzeczy się mają nieco inaczej niż w innych krajach, i nawet wiedzą, jak to się stało historycznie. Nie mieliśmy przecież żadnej innej rewolucji, jak tylko ta Prześniona…, widzimy dobrze, że oświeceniowe myśli i idee przejął w Polsce komunizm, że one były przez to powierzchowne i natychmiast zostały zakwestionowane, kiedy komunizm upadł, a wszystko inne w Polsce zniszczono. Wiemy więc, że w Polsce świecka etyka z historycznych powodów musi mieć trudniej. Wobec tej trudności Leder powołuje się na Kuronia rozróżnienie pomiędzy progresywnym, lewicowym „optymizmem”, wybierającym zawsze według wartości i niezważającym na nikłość prawdopodobieństwa sukcesu, a konserwatywnym „pesymizmem”, który o wartościach zapomina, skoro tylko uzna je za „mrzonki” nie do spełnienia. Leder opowiada się za optymizmem i mówi, że świeckie wartości budować trzeba. To również mój wybór. Inaczej definiując rozróżnienie konserwatyzmu od postępowości Leder wskaże również antropologię konserwatyzmu. Konserwatyzm widzi zwłaszcza ciemne strony ludzkiej natury i za Hobbesem postuluje instytucję Lewiatana. Czasem poza państwem w roli trzymającego nas za łby, żebyśmy się nie pozabijali, staje także Kościół i widać to dobrze zwłaszcza w krajach, o państwowości słabej lub rozbitej i nieistniejącej, jak to było w Polsce i np. we Włoszech. Postępowcy postawią jednak zamiast tego na zalety natury człowieka — bo mają w sobie tę wiarę. Za tym Leder opowiada się również i znów to jest także mój wybór. Nie mam jednak żadnej wątpliwości, że tak samo wybierali Modzelewski z Baumanem. Twierdzić, że Michnik wybiera inaczej, byłoby nadużyciem – nic o tym nie świadczy.

Michnik poza wszystkim po prostu wie, że Kościół i jego wyznawcy nie znikną. Że wobec tego dobrem, a nie złem jest widzieć ich racje, uznawać je również wtedy, kiedy się je z pełnym przekonaniem uważa za fałszywe. Że złem jest próbować zepchnąć do morza przeciwników w tej wojnie – a nie dobrem.

Próba zszycia podziałów w tej wojnie jest nieporównanie trudniejszym zadaniem niż to, które każe twardo stać po jednej ze stron. W tym sensie Ledera kryteria humanistycznej postępowości Michnik wypełnia bardziej niż on sam, bo w imię wartości podejmuje się niemożliwego. A Michnik właśnie tę próbę podejmuje na przekór wszystkim, którzy chcą po prostu wygrać wojnę z Kościołem.

3. Pomnik Jankowskiego - for the times, they're a-changin'

„Lepiej zacznij pływać / Albo utoniesz jak kamień / Bo czas jak rzeka płynie” – tak mniej więcej śpiewał Bob Dylan, a to jeden z bardów mojej młodości. The Times, They’re A-changin’ stało się jednym z hymnów rewolucji, choć Dylan odżegnywał się od tego jak tylko umiał. Gdyby ktoś chciał dzisiaj powiedzieć, że piosenka jest wciąż aktualna, a zdania o rodzicach, którzy niczego nie rozumieją, tracą kontrolę i niech lepiej znikną, są wciąż prawdziwym przesłaniem dla dziadersów, to oczywiście miałby rację. Tyle, że to znów tautologia. Tak da się powiedzieć zawsze, piosenka ma zresztą niemal 60 lat i niejedną już rewolucję widziała. Dylan – powtarzający zresztą w tekście ewangeliczne, więc z całą pewnością w istocie patriarchalnie znaczone frazy o ostatnich, którzy będą pierwszymi, cierpiących, którzy będą szczęśliwi itd. – jest o 5 lat starszy od Michnika. Michnik zaś musi odejść – zasłużony czy nie – podobnie jak kiedyś Balcerowicz. Nie jego czasy. To jak to właściwie jest? Dylan jest ok, a Michnik nie? Michnik to zresztą doskonale wie i nie raz w wywiadzie wyraźnie powiedział, że są rzeczy, których akurat jemu mówić nie wolno i takie, których nikt nie zechce posłuchać. Nie mylił się. A ja nie jestem wcale pewny, czy naprawdę lepiej jest pływać.

Boję się odrzucenia Dekalogu i odwrócenia od tradycji – mówi Michnik, jakby nie widział wzbierania rzeki – boję się, że uczniowie nie będą wiedzieli, kim był Jezus. To nieusuwalny składnik naszej tradycji i oś europejskiego systemu wartości.

Czy Michnik nie wie, że czasy się zmieniają? No, przecież wprost mówi, że wie. Powyższy cytat wziąłem ze wspomnianego już wywiadu sprzed kilku lat, choć on jest w tym miejscu co do przecinka identyczny z tym nowym, powszechnie krytykowanym. Wnikliwym dekonstruktorom Michnikowego wstecznictwa jakoś ten starszy wywiad umknął wraz oczywiście z innymi tekstami, których kontekst zgubili tak całkowicie, że się sam zastanawiam, na jaką cholerę Michnik pisał te wszystkie swoje niezmiernie ważne, tak pracowicie ilustrowane rzeczy. Umknęło im również to, że spore fragmenty gorąco dzisiaj komentowanego wywiadu zaledwie niezbyt starannie przeredagowano i one się powtarzają tak, że w kilku miejscach widać korektę, co dla „demaskatorów” powinno być gratką. Być może widzimy korektę poglądów. A może taktyczne uniki. Lub wręcz naiwną chęć skłamania niegdysiejszych niesprawdzonych recept. W starszym tekście Michnik „przyznaje”, że na szkolną religię własne dzieci zapisał,

wychodząc z założenia, że w katolickim kraju trzeba chodzić na religię katolicką.

W nowszym wywiadzie to „wyznanie” już pomięto. Może to „unik”, a może dzisiaj by już nie posłał – nie wiem.

Warto może jednak przynajmniej pamiętać, że dzisiejsza moda na odmowę udziału w szkolnych lekcjach religii jest bardzo świeżej daty i prawdopodobnie nie tak powszechna, jakbyśmy tego chcieli. Czasy naprawdę się zmieniają. Również jednak w tym sensie, że stosowanie dzisiejszych norm do oceny przeszłości jest zawsze fałszywe.

Żeby w zaś sprawie lekcji religii nie było wątpliwości nadmiernych, również siedem lat temu Michnik mówił, że

nauczanie religii w szkole to zły pomysł i dla demokracji, i dla Kościoła,

wtedy jednak dodając:

ale nie zmieniajmy tego, bo będzie awantura.

Cóż, jak dzisiaj widzimy, awantura jest i tak. Z pewnością nie było mądrze sądzić, że nie wybuchnie. Ale to wiemy dziś, kiedy się czasy zmieniły. Podobnie zresztą nie było w jeszcze innych czasach mądrze próbować liczyć na to, że np. Wałęsę da się bez żadnej niebezpiecznej Wojny na Górze, w dużym stopniu trwającej do dziś z tymi samymi ludźmi po obu stronach, odstawić na jakiś boczny tor, a żywioł antykomunistycznego resentymentu splecionego z ksenofobicznym syndromem narodowego katolicyzmu jakoś się uda przeczekać. Albo że da się smoleńskim żałobnikom po prostu odmówić postawienia pomnika, krzyża, czy czego tam jeszcze chcieli.

Jeśli w każdym razie formacja Michnika popełniła w tych sprawach ważne błędy i ma na sumieniu jakieś grzechy, to moim zdaniem akurat odwrotne niż się jej dzisiaj zarzuca bezmyślnie i wbrew faktom.

W sprawie „świeckiego Dekalogu” rozmowa siedem lat temu wyglądała natomiast tak:

Prof. Magdalena Środa czy Janusz Palikot uważają, że poza Kościołem i religią można zbudować system wartości.

– To niech budują, ale nie na pogardzie dla katolicyzmu, który jest dla milionów ludzi czymś świętym. Gdy wyobrażę sobie Polskę bez Kościoła, to mam czarny obraz. Nasze życie byłoby o wiele uboższe w sferze etyki.

Dzisiaj odpowiedni fragment brzmi inaczej:

Wierzę w to, że z prof. Magdaleną Środą i z tymi młodymi ludźmi z naszej „Wyborczej” można ten system budować. I jestem za tym, aby to robić. Ale w wymiarze społecznym dla setek tysięcy ludzi nie zaistnieje nic alternatywnego. To może być recepta dla wąskiego intelektualnego grona, a nie całego społeczeństwa.

No, jeśli Michnik chciał złagodzić cokolwiek, to niespecjalnie mu wyszło, choć zamiar widać. Mógłby być Michnik bardziej ostrożny, kiedy opowiada, że

nie wszystkie nominacje papieża były trafione, tu zgoda, ale trzeba widzieć różne aspekty tego pontyfikatu. I zasługi dla Polski.

Mam w ogóle spory kłopot, by przechodzić do porządku dziennego nad wszystkimi tego rodzaju uwagami.

Można i trzeba oceniać jego nominacje biskupów czy udział najbliższych współpracowników papieża w zamiataniu pedofilii po dywan. Ale to musi być rozmowa na poważnie. Akcje z nalepkami na nazwach ulic, malowanie pomników papieża – to jest oburzające, ogłupiające i demoralizujące.

Doprawdy?! A co z pomnikiem Jankowskiego? Oburzające to było? Ogłupiające? Demoralizujące? Czy może jednak oburzenie wyrażało i raczej przywracało godność ofiarom zwyrodnialca? Może przywracało zniszczone w ogłupieniu znaczenie dobra i zła, a nie demoralizowało? Michnik powinien wiedzieć i raczej wie, jak bardzo trzeba uważać z ocenami, kiedy trwa proces tych, którzy Jankowskiego przewrócili. „Pokrzywdzonym” przez oskarżonych w tym procesie – a oni raczej nie unikną skazania i to wiedzieć też trzeba, jak wiedzieli o tym ci trzej tamtej nocy – jest np. Jerzy Borowczak, poseł PO. Kto oburza Michnika? Borowczak, czy trzej oskarżeni: Korzeniowski, Suszek i Wojcieszczuk? Dzieje się to wszystko w Gdańsku, gdzie każdy ma jakieś historyczne zdjęcie z Jankowskim – może już nie na ścianie w salonie, ale gdzieś w szufladzie na pewno. To z tym się trzeba mierzyć, kiedy się opowiada o Kościele, w którym wierni co niedziela dowiadują się, co dobre, a co złe…

Trzeba się mierzyć, nie znaczy jednak oskarżać Michnika, Wyborczą, całą tę formację i pokolenie.

O zbrodniach Jankowskiego ja się dowiedziałem właśnie z Wyborczej. O powszechności problemu też. O mrocznych zakątkach konfesjonału i tego, co się tam wyprawia również wtedy, kiedy żaden klecha łap w niczyje majtki nie pcha, a tylko poucza o grzechu, łamiąc ludziom psychikę – przynajmniej ja o tym wszystkim czytałem nie gdzie indziej, tylko właśnie w Gazecie Michnika. Nie mówiąc o kościelnych finansach.

No, ale lekcje religii… Sam uważałbym akurat, że w byłoby dla nich miejsce właśnie w szkole, która mi się marzy – to jedyny przedmiot teoretycznie do wyboru, a cały program szkoły powinien na wyborze być oparty, natomiast w szkole, której sam bym chciał, byłoby miejsce na każdy rozwój człowieka, duchowy też, byleby był swobodny, a nie z przymusu, na którym cała szkoła do dzisiaj się opiera – gdyby to był tylko normalny kraj, normalna szkoła i normalny Kościół. W sytuacji, w której biskupi posyłają do szkół, kogo posłać uważają za stosowne, i z tym, co uznają za właściwe, w której nie ma nad tym żadnej kontroli – i ci sami biskupi kryją aktywnych pedofilów – należałoby raczej oczekiwać zakazu zbliżania się księży do szkół na odległość mniejszą niż 500 metrów. Jak w tej sytuacji zachować szacunek dla instytucji Kościoła? Tego Michnik nie mówi…

Ale jest i inna rzecz, o której Michnik nie wspomniał. Dzisiejsze normy przykładane do czasów przeszłych. O homoseksualizmie księży nie mówiono kiedyś nigdy – jak nie rozmawiano o homoseksualizmie w ogóle. „Skandale seksualne” kleru zamiatano pod dywan dyskretnie – przenosząc księży i zdejmując ich ludziom sprzed oczu – powszechnie. I z powszechnym przyzwoleniem na ten sposób „załatwienia sprawy”. O tym wolimy nie pamiętać w dzisiejszym oburzeniu – podobnie jak o własnym udziale w niegdysiejszych pierwszomajowych pochodach. Przestępstw i zbrodni nikt zaś po prostu nie widział. Seksualną ostentację Jankowskiego i ów koszmarny przepych jego kiczowatego bursztynowego dworu miałem okazję zobaczyć w trakcie jakiejś „misji” do Wałęsy i odtąd św. Brygidę omijałem z obrzydzeniem szerokim łukiem, ale gwałty do głowy mi nie przyszły, choć powinny być oczywiste na pierwszy rzut oka. Nie wiedzieliśmy o nich, bo o wiele lżejszych „problemów” widzieć nie chcieliśmy. To dziś nauczyliśmy się widzieć je ostro. Czy więc przypadkiem np. Jana Pawła II nie oceniamy w kontekście tego skandalu, jakbyśmy potępiali – nie wiem – Chrobrego za wyłupianie oczu przeciwnikom? Albo takiego np. Maćka Ziębę, którego dobrze znałem jako człowieka uczciwego i w budowę otwartego katolicyzmu zaangażowanego serdecznie, a o którym dziś czytam – znów zresztą w Wyborczej, u Michnika – że również on „zamiatał” u dominikanów, kiedy był tam prowincjałem, i nawet odgrażał się pokrzywdzonym? 

Dobrze wiem, że przesadzam z tym Chrobrym. Ale powszechność świętego oburzenia przeraża mnie właśnie niepamięcią. Zakłamaną nową tożsamością żarliwych neofitów świeckości. Gdańsk, w którym każdy ma fotę z Jankowskim, jest przykładem również na to. Bo to nie tylko Gdańsk. We Wrocławiu są foty z Gulbinowiczem. A przeszukajcie własne szuflady. Ile w nich znajdziecie pamiątek z komunii? Przymknijcie oczy, Drodzy, i przywołajcie z przeszłości obraz „kapłańskich dłoni” na dziecięcych główkach. Wzruszające  tak kiedyś mówiono. Wzdrygacie się na to wspomnienie? Bo ja tak – i z własnej pamięci tego nie wypieram.

Czasy się zmieniają. I my razem z nimi. Pamięć warto jednak zachować nieskłamaną. Poczuliśmy dzisiaj siłę i czas. Zwalamy pomniki i rwiemy bruk – to z kolei Lluis Llach i Jacek Kaczmarski – kolejni moi bardowie i ich kolejne hymny. Sądzimy, że bez cienia wątpliwości słusznie zwalamy i słusznie rwiemy. Kiedy Michnik mówi, że to oburzające i demoralizujące, krzyczymy „ten z nami, ten przeciw nam! Kto sam, ten nasz najgorszy wróg!” Mury nieodmiennie mnie dziwią, kiedy je słyszę śpiewane „ku pokrzepieniu serc”. One są o tym, jak tłum w uniesieniu depcze, i o tym, jak mury właśnie rosną. Chyba nie znam żadnej innej pieśni i w ogóle tekstu, który byłby tak powszechnie i tak bardzo na opak rozumiany

Ów entuzjazm śpiewu wbrew oczywistemu znaczeniu pozwala zrozumieć gromkie „wypierdalaj” adresowane dzisiaj do Adama Michnika. Więc je dobrze rozumiem. Ale to nie znaczy, że nie wiem, jak głupie i jak złe są te okrzyki. I że się na nie godzę.

Post Scriptum po kilku facebookowych dyskusjach

Kiedy w PRL byłem nastolatkiem i należałem do tego promila dysydentów przed Sierpniem, byłem oczywiście z siebie bardzo dumny. Z góry patrzyłem na przykład na swojego ojca — wtedy w PZPR — i na swoich biernych kolegów, i tę ogromną większość, która powszechnie wtedy dawała dupy. I wtedy przeczytałem tekst Michnika, który był właśnie o tym. To jeden z tekstów, które mnie wychowały. Jeden z tych, które nie tylko zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, kiedy przeczytałem, ale z którymi potem na kilka sposobów „rozmawiałem” przez całe życie. Nazywał się Gnidy i anioły. Dotyczył interesującej historii, ale o nią już mniejsza — stare dzieje. 

Michnik przestrzegał, że tego rodzaju wyższość, pogarda wobec „biernej większości” i tych „nie dość żarliwych” jest etycznym fałszem — w końcu rewolucjoniści robią tę rewolucję podobno nie dla siebie, ale właśnie dla tych „zwykłych ludzi”, którzy — no, cóż… — nie są bohaterami, tylko żyją zwykłym życiem. Pisał wtedy Michnik, że taka „buta bojowców” ma zawsze konsekwencje i one są złowrogie.

Michnik cytował wtedy zwrotkę z Pieśni Legionów, którą wtedy chętnie śpiewaliśmy po pijaku, trochę wyśmiewając patos tego „Na stos rzuciliśmy / Swój życia los / Na stos, na stos!”, a trochę dając się uwieść romantyzmowi. Ta zwrotka szła tak:

Nie trzeba nam od was uznania,
Ni waszych serc, ni waszych łez,
Dosyć już mamy kołatania
Do waszych kies,
Jebał was pies!

Ja w ogóle wcześniej nie wiedziałem, że taka zwrotka istniała. A Michnik pokazywał, że to „jebał was pies” zmaterializowało się w szczególny sposób w Zamachu Majowym, Brześciu, Berezie i potem. Właśnie to romantyczne przekonanie o własnych racjach i własnej wartości. Ta buta towarzysząca żarliwej pewności.

Niech nikogo nie zwiedzie różnica między patosem Pieśni Legionów, a dzisiejszym „Jebać PiiiiS”, które jest tylko żartem. Nie jest. Nie da się oszukać tych dreszczy na plecach, kiedy tłum skanduje „wy-pier-dalać!” Za stary jestem, żeby się dać nabrać. 

Co ważne — Michnik to pisał jako kontestator-rewolucjonista, nie żaden obrońca ancien regime’u, starzec wołający o staromodną przyzwoitość — o co się go dzisiaj posądza z metrykalnych powodów. I co najważniejsze — to jest ogólne prawo historii. Dotyczy również obecnej zmiany pokoleń. Pokolenie krzyczące dzisiaj „wypierdalać” powinno wiedzieć, czym grożą dreszcze na plecach, romantyczne poczucie racji rewolucji i jej pewność. Powinno przeczuć koszmar, kiedy słychać „wypierdalać” adresowane również do Michnika.

Tej zmianie pokoleń serdecznie kibicuję. Michnik też — przecież mówi wyraźnie. Ale dzisiejsi rewolucjoniści powinni usłyszeć tę Michnika przestrogę, jak ją sam usłyszałem. To cholernie ważne. Nie mam wielkich złudzeń i czuję, że i Michnika, i oczywiście tym bardziej mnie to nowe pokolenie wyrzuci raczej na śmietnik. Dość wyraźnie to widać już. Tak tylko „do protokołu” piszę. 

19 thoughts on “Nigdy, przenigdy, nie będziesz szedł z nami

    1. Ależ — chciałem powiedzieć, że cała przyjemność, ale to nieprawda. Reakcje na wywiad Michnika zakłócają mój odwyk od rewolucji, wytrzymać nie umiem.

      Ale są dobre polemiki.

      https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26963576,zuzanna-radzik-gdy-adam-michnik-odsyla-do-lektury-dorobku-jana.html#weekend#S.W-K.C-B.5-L.1.maly

      Nawet Sienkiewicz napisał takie coś

      https://wyborcza.pl/7,75968,26963591,nie-chowac-glowy-w-piasek-liberalowie-a-polski-kosciol.html#S.main_topic-K.P-B.3-L.3.glowka

      No, jest tego trochę.

  1. Adam Michnik ma tę moc że widzi więcej i potrafi przewidywać skutki „gorących głów tu i teraz”.Tylko gdy młodą bylam a On podał rękę Kiszczakowi i odprowadził go do samochodu to kilka lat zajeło mi zrozumienie jego intencji.Podobnie jest dzisiaj.Młodzi po ogłupiających lekcjach religii nie chcą pokoju z kościołem.Rozbieżność teorii i czynów kościoła jest do łyknięcia tylko dla konformistów a ci są już przez kościół zagospodarowani bo z zasadami wiary ta instytucja na szczytach władzy nie ma nic wspólnego.Myslę ze trzeba budować laicką etykę i świadomość zasad demokracji.Wtedy startujemy w najgorszym przypadku od zera.kościół zostawmy samemu sobie aż się obudzi.Z poziomu Rowu Mariańskiego nawet rakieta nie wystartuje.Oczywiście wszystko o czym piszesz to miód na moją dusze.No cóz nie jestem orginalna.Wszystkiego najlepszego wokół Ciebie.

    1. Dzięki! Jeszcze jedno powinienem dopisać w Post Scriptum i może zaraz dopiszę. Kiedy w PRL byłem nastolatkiem i należałem do tego promila dysydentów przed Sierpniem, byłem oczywiście z siebie bardzo dumny. Z góry patrzyłem na przykład na swojego starego — wtedy w PZPR — i na swoich biernych kolegów i tę ogromną większość, która powszechnie wtedy dawała dupy. I wtedy przeczytałem tekst Michnika o tym — mniejsza o konkretne okoliczności powstania, bo choć one są bardzo ciekawe i były elementem rosnącego wtedy konfliktu z grupą Macierewicza i Naimskiego — który był właśnie o tym. Michnik przestrzegał wtedy, że tego rodzaju wyższość, pogarda wobec „biernej większości” i tych „nie dość żarliwych” jest etycznym fałszem — w końcu rewolucjoniści robią tę rewolucję podobno nie dla siebie, ale właśnie dla tych „zwykłych ludzi”, którzy — no, cóż… — nie są bohaterami, tylko żyją zwykłym życiem. Pisał wtedy Michnik, że taka „buta bojowców” ma zawsze konsekwencje i one są złowrogie.

      Michnik cytował wtedy zwrotkę z Pieśni Legionów, którą wtedy chętnie śpiewaliśmy po pijaku, trochę wyśmiewając patos tego „Na stos rzuciliśmy / Swój życia los / Na stos, na stos”, a trochę dając się uwieść romantyzmowi. Ta zwrotka szła tak:
      Nie trzeba nam od was uznania,
      Ni waszych serc, ni waszych łez,
      Dosyć już mamy kołatania
      Do waszych kies,
      Jebał was pies.

      Ja w ogóle wcześniej nie wiedziałem, że taka zwrotka istniała. A Michnik pokazywał, że to „jebał was pies” zmaterializowało się w sczególny sposób w Zamachu Majowym, Brześciu, Berezie i potem. To romantyczne przekonanie o własnych racjach i własnej wartości. Ta buta towarzysząca żarliwej pewności.

      Co ważne — Michnik to pisał jako kontestator-rewolucjonista, nie żaden obrońca ancien regime’u, starzec wołający o przyzwoitość staromodną — o co się go dzisiaj posądza z metrykalnych powodów. I co jeszcze ważniejsze — to jest ogólne prawo historii. Dotyczy również obecnej zmiany pokoleń. Pokolenie krzyczące dzisiaj „wypierdalać” powinno o tym wiedzieć. I powinno przeczuć koszmar, kiedy słychać „wypierdalać” adresowane również do Michnika.

  2. Dobrze, Paweł, że nie dotrzymałeś słowa/zapowiedzi, że zajmiesz się (wiem, że musisz) tylko domem/rodziną. W takich sytuacjach jak ta teraz, kiedy „nasi” z taką pasją i wielkim przekonaniem o swoich racjach, wdeptują w glebę bardzo, bardzo naszego Michnika, ktoś, kogo się słucha (Ty) gwałtownie przeciwko temu protestuje. Ten frontalny atak „demokratów” na Michnika jest mi tym bardziej ciężko zrozumieć, że całe swoje dorosłe życie staram się być wierny słowom przypisywanym Voltaire’owi „Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć”. Z wieloma słowami Michnika z tego wywiadu się nie zgadzam, ale mieć inne zdanie w żadnym razie nie oznacza, że to ja mam rację.

    1. Dotrzymałem. Wycofanie przecież nie oznacza, że nie będę czytał i że nie znajdę paru chwil, żeby się czasem odezwać. To natomiast prawda, że lawina potępień na Michnika bardzo skutecznie zakłóciła mi spokój |”odwyku od rewolucji”.

      Mam też ochotę napisać o czymś, co moim zdaniem było być morze rzeczywistym błędem Michnika i jego formacji, bo to mi się wydaje ważne. A to jest całkiem inna rzeczywistość. Nie wiem, czy się zepnę. Trochę to nie ma sensu przecież. Obawiam się, że dewastacja sensu i zniknięcie nawet jego potrzeby — to być może przeszło już „punkt bez powrotu”. Znaleźliśmy się w rzeczywistości nie tylko innej niż ją zna Michnik, ale też zdecydowanie innej niż ją sobie wyobraża „dzisiejsza młodzież”. To jest jeszcze inna bajka, nie wiem, czy w niej jakieś recepty da się znaleźć.

  3. Panie Pawle, bardzo dziękuję za świetny, bardzo wyważony i mądry tekst na kanwie równie doskonałego i potrzebnego wywiadu Adama Michnika, porządkującego wiele spraw w naszej, prawie rewolucyjnej atmosferze. Cieszę się, że nie złożył Pan zupełnie broni.

  4. Pana tekst podnosi na duchu „człowieka żyjącego zwykłym życiem”. Pozdrawiam.

  5. Michnik, aby przekonac sie jaki dzis jest Kosciol w Polsce niech wejdzie do jakiegokolwiek kosciola i powie. „Jestem Adam Michnik, chce sie tu pomodlic”. Zaraz zobaczy reakcje.

    1. 😉 Myślę, że Michnik to wie. Ja np. wiem. Ale — skoro już Pan wspomniał o takim „crash teście”, to ja mam takie za sobą. Przez dość długi czas, regularnie co miesiąc wchodziłem ze swoją białą różą do kościoła seminaryjnego na smoleńskie msze. Te, na których bywał i wciąż bywa Kaczyński ze świtą. Przychodziłem tam nieco złośliwie, ale jednak po „znak pokoju”, który mniej więcej tyle znaczy, co „wybaczam i proszę o wybaczenie”, co liturgicznie jest ważnym elementem przed komunią, do której powinno się stanąć właśnie wybaczając i uzyskując wybaczenie, jeśli jest mi Pan w stanie wybaczyć te klesze sformułowania.

      Tam przychodzi wciąż to samo towarzystwo, ci ludzie się znają, więc ten znak pokoju nie jest tyko zdawkowym ukłonem, jak to często bywa w kościele. Oni tam podchodzą do siebie, często przez kilka rzędów ławek, podają sobie ręce itd. Do mnie podchodzili z pewnym zmieszaniem, bo przecież dobrze wiedzieli, kim jestem. Czasem, ktoś, owszem, syknął, że zdrajca lub coś w tym rodzaju. Ale nieporównanie częściej, słyszałem „dziękuję, że pan jest, to ważne”. Wyznam, że dla mnie to były jedne z ważniejszych momentów w całej tej historii.

      Poszliśmy kiedyś z delegacją do abpa Nycza — bo to jego diecezja jest. Gdyby była np. Hosera, to byśmy raczej nie poszli. Poszliśmy w przekonaniu, że Nycz należy do owej postępowej części episkopatu. To było zanim ujawniono Nycza zachowania wobec pedofilii. Gdyby to ujawniono wcześniej, nie wiem, czy bym poszedł, ale nie wykluczam tego. To osobna sprawa.

      Poszliśmy po pierwsze po to, żeby przekazać Nyczowi wiadomość, co do której nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek dotarła. Że to, co wyprawiają smoleńscy to wprost faryzeizm opisany w Kazaniu na górze, że Kościół absolutnie nie może tego firmować. Że to dzieli Kościół może nawet bardziej niż go Rydzyk dzieli itd. Pisaliśmy o tym jakiś czas wcześniej biskupom, a ponieważ nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi, myśleliśmy, że bez reakcji. Dowiedzieliśmy, że niezupełnie bez. Od tego czasu msze smoleńskie prowadzone były pod ściślejszym nadzorem Nycza. Niewystarczającym — Nycz kontrolował kazania, ale nie całą mszę, na której koncelebransi wyznaczonych przez Nycza księży wygadywali różne rzeczy straszliwe. Od naszej wizyty przestali. My jeszcze Nycza „straszyliśmy” i tego prawdopodobnie słuchał z większą uwagą. Wspomnieliśmy, że będziemy oskarżani karnie o zakłócanie obrzędów Kościoła i że wtedy będziemy się bronić, pokazując, że to nie są obrzędy Kościoła, tylko groźnej sekty, która przy tym — według prawa — na ochronę prawną obrzędów nie zasługuje. Że powołamy biegłych w tej sprawie i czy Nycz może nam jakiegoś zasugerować. Bo pytanie brzmi, czy to rzeczywiście jest, czy nie jest obrzęd Kościoła Rzymskokatolickiego.

      Chwilę potem Nycz ogłosił publicznie, że za treść obrzędów smoleńskich poza kościołem on nie odpowiada, że to nie jest sprawa Kościoła. No, biskupi język. Ale bardzo wyraźny komunikat. Próbowaliśmy tym zainteresować media. Bez rezultatu. Media niuansów nie cierpią. Szkoda.

      Bo przekładając to na politykę — a najpoważniej uważam, że tu polityka nie jest wprost najważniejsza, tylko głębsze procesy — pamiętamy np. weto Dudy w sprawie sądów w 2017 i te plotki, że Gowin je poprze i być może właśnie jego ludzie pomogą Dudzie budować jakiś ośrodek alternatywny wobec Kaczyńskiego i on miałby być bardziej cywilizowaną „chadecją”, której Kościół przesyła właśnie uśmiech — za weto Duda dostał wówczas natychmiast podziękowania episkopatu, chyba godzinę po jego ogłoszeniu. W tych czasach politycy PO jeszcze ze mną rozmawiali (to był taki krótki moment). Pytałem ich wtedy, czy oni chociaż rozmawiali z którymkolwiek z biskupów, żeby się rozeznać, co się dzieje i jakie są szanse, żeby włożyć szpilę między Kaczyńskiego, Dudę i Kościół — i jeszcze na dobitkę rozszczelnić jedność w sejmowej większości. Oczywiście, jasne, że byliśmy — mówili. U kogo? — dopytywałem się nie wierząc. No… u Nycza. Git, u kogoś jeszcze? I tu mój rozmówca po prostu nie był w stanie przypomnieć sobie żadnego więcej nazwiska. No, ie byli, żadnych takich rozmów nikt nie spróbował — okropnie to po prostu głupie jak na polityków.

      Myślę, że stara banda „dziadersów” by żadnej z takich „okazji” nie odpuściła. Czy one miałyby szansę powodzenia, tego się nie da powiedzieć. Pesymizm jest oczywiście jak najbardziej uzasadniony. Ale jest samospełniającym się proroctwem równocześnie. Kiedy Barbarę Labudę w Unii Wolności sekowano, bo ona była „komunistką” — przy całej jej solidarnościowej biografii, to wylądowała w końcu u Kwaśniewskiego. Jeśli wszystkich księży będziemy w ten sam sposób zapisywać do Rydzyka, to oni tam oczywiście wszyscy wylądują. To wiemy na pewno. Czy jest jakakolwiek szansa na odwrotny proces — tego nie wiemy zupełnie. Ale się nie dowiadujemy. Nie chce nam się. Uważamy, że nie warto i że szkoda czasu. Być może to racja. Michnik mówi, że nie, że to błąd. Ja nie wiem — ale wiem na pewno, że Michnika warto słuchać jednak uważnie, a nie ze wzruszeniem ramion. I z powodu wielkich słów o etyce, które wypowiada, i z powodu konkretów o pragmatyce.

  6. Świetny tekst, fajnie, że są tacy ludzie, którzy się nie boją stawać okoniem. Nie jestem osobą wierzącą, ale nie chcę wojny religijnej.

  7. Bardzo dziękuję.
    Sama nie potrafiłam ubrać tego w słowa, ale czuję dokładnie tak jak Pan. Adam Michnik był dla mnie zawsze autorytetem i zawsze liczyłam się z jego zdaniem. Dobrze, że jest, że mówi i pisze. Potrzebujemy tego głosu.

  8. Mam wrażenie, że kiedyś takie ekscesy, jak „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, „póki co uchylę drzwi”, czy „Kiszczak jest człowiekiem honoru” były czytelne i zrozumiałe dla znacznie większej części społeczeństwa niż dzisiaj. I dzięki temu czasem coś niemożliwego się udawało a kompas działał lepiej. To m.in. dzięki Michnikowi i innym zabytkom. Można było się nie zgadzać, ale nie rozumieć przekazu było słabością, a przekręcanie intencji hańbą. Brawo Paweł, dziękuję.

    1. Michnik pisał zawsze tak samo. Bardzo prosto — to jest właśnie zdumiewające. Z „Gnid i aniołów” z 1979 roku, kiedy naprawdę nikt nie mógł przypuszczać, że wolności doczekamy w jakiejkolwiek wyobrażalnej perspektywie.

      „Kiedy otworzone zostaną archiwa policji politycznej, uzyskamy pełniejszą wiedzę w tym przedmiocie. Wierzbicki ewokuje obraz tej przyszłości pisząc, że „kiedyś jakiś tłum wielki wylegnie na ulicę, by się każdy rozliczył z tego, co zrobił dla Polski”. Wyznam, że nie uśmiecha mi się wizja Wierzbickiego. Nie chciałbym, aby w pierwszym dniu wolności wielki tłum wylegał na ulice i rozliczał wszystkich z tego, co zrobili i z tego, czego nie zrobili dla Polski. Czuję w tym atmosferę ulicznego samosądu. Podniecony odzyskaną wolnością tłum jest zdolny do linczu, ale nie jest zdolny do rzetelnego rozliczania z uczynków. Dlatego też każdy, kto będzie taki tłum podjudzał do rozrachunków, będzie siał ziarno nienawiści. Dlatego też rozrachunki pozostawmy lepiej historykom.”

      (…)

      Niełatwo jest pisać o aniołach. Niełatwo jest pisać mając w pamięci ich codzienność wyznaczoną przez żmudny i nieefektowny trud, mając w pamięci, że już dziś płacą za swój ideowy wybór usunięciem z pracy i policyjnymi szykanami, zaś jutro…

      Cokolwiek by się jednak jutro miało wydarzyć, to już dziś czuję się w obowiązku wyznać, iż – moim zdaniem – anioł żądający heroizmu nie tylko od siebie, ale i od innych, negujący totalnie wartość postaw kompromisowych, postrzegający świat z manichejską prostotą, pogardzający ludźmi, którzy inaczej pojmują swe powinności wobec bliźnich – taki anioł, choćby wielbił niebo, wstąpił już na drogę wiodącą do piekieł. Nieważne, czy motywuje swoje postępki frazeologią niepodległościową, czy też socjalistyczno-uniwersalistyczną utopią -sieje ziarna późniejszej nienawiści.

      Nie jestem pięknoduchem i nie przypuszczam, by kiedykolwiek wszyscy ludzie mogli być sobie nieprzerwanie życzliwi. Wierzę jednak w kreatywną moc naszych działań, wierzę, że możemy zwiększyć lub zmniejszyć ilość nienawiści i nietolerancji w naszym życiu publicznym. Wierzę – wreszcie – że już dziś wykuwany jest kształt Polski niepodległej i demokratycznej.”

      (…)

      I na koniec uwaga, że „ruch, który nie dostrzega tego, co jest w społeczeństwie wartością nieprzemijającą, nie jest dostatecznie dojrzały, aby je przekształcać.”

      Ano, właśnie…

  9. Mam do Pana ogromny szacunek w przestrzeni czynu ale obawiam się że w przestrzeni tworzonego słowa echo Pana zabije. Zresztą chyba już ma Pan poczucie dużego osamotnienia w wielkiej studni gdzie owszem można „grzmieć” tyle że po próżnicy. Mamy naprawdę spory problem jeśli trzeba wyprodukować taki tekst w obronie resztek zdrowego rozsądku. Moim zdaniem jest już za późno gdyż mamy tu wieżę Babel w czystej postaci, a „elity intelektualne” w mniej lub bardziej świadomy sposób jedynie dorzucają do pieca. Szeroki temat do dyskusji i roztrząsania poszczególnych kwestii ale coraz bardziej namacalny ciężar fatum odbiera mowę zachęcając raczej do dziadersko-stoickiego milczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dlaczego obywatelskie media są ważne? Chwila prawdy: Google Trends - zestawienie częstości wyszukiwania polityków w internecie

W dziale Polityka

Koniec hegemonii 500 plus

Zdradzona rewolucja, zakonnica na pasach

Kilka faktów w cieniu burzy o Fundusz Odbudowy oraz dwa znakomite teksty, które gorąco polecam w Polityce świadczą o tym… – że zakonnica zaszła już w ciążę, proszę Państwa. Zbliża się właśnie do pasów, a nietrzeźwy za kierownicą jest nie tylko Komorowski, ale również Lewica i reszta polityków, polityczni badacze, komentatorzy i opinia publiczna. Czy wobec tego sam uważam się w tym towarzystwie za jedynego trzeźwego? Skądże – raczej po prostu czego innego się nałykałem.

Czytaj »
Biedroń

Dziura po Ferencu. Prawybory, co z nimi dalej?

W poniedziałek, 15 marca, przecierając ze zdumienia oczy, oglądaliśmy zjazd wszystkich liderów politycznej opozycji na wspólne wystąpienie w Rzeszowie. Skład był taki, że aż wzrokiem szukałem Joe Bidena… Wygłupiam się złośliwie, bo patrzyłem na to z goryczą, kiedy się wszyscy inni cieszyli. Radość – to powinienem powiedzieć wyraźnie pomimo goryczy – jest w pełni uzasadniona. Choć jest też mocno głupkowata – co z kolei trzeba wygarnąć otwarcie. Wreszcie! Opozycja – cała! – popiera wspólnego kandydata w przedterminowych wyborach prezydenta miasta. Kandydat ma przy tym spore szanse. Przeciw niemu nie występuje Zjednoczona Prawica, ale prawica zdezintegrowana. Jest kandydat od Ziobry, jest od Gowina i jest z PiS. Odwrócone role.

Czytaj »