Polityka: analizy, dyskusje, program

Nasze teksty mają ambicję służyć głębokiej politycznej zmianie. Chcemy, by media organizowały opinię publiczną i reprezentowały ją wobec polityków -- nie tylko rządzących. Chcemy również, by stały się miejscem rzetelnej debaty, w której wykuwa się wizja lepszej Polski, Europy i świata.

Celem jest obywatelskie społeczeństwo

Bez debaty polityka nie jest możliwa. Bez debaty publicznej niemożlliwa jest polityka demokratyczna. Bez mediów jako czwartej władzy w państwie nie ma mowy o demokracji, której instytucje należą do obywateli.

Wyobraź sobie, że zamiast bojkotować Orlen, który uczestniczy w zamachu na niezależne media, co dziesiąty wyborca opozycji przeznacza miesięcznie równowartość jednego litra benzyny na fundusz społecznych mediów.
Wesprzyj projekt obywatelskich mediów

Polityka: analizy, dyskusje, program

Nasze teksty mają ambicję służyć głębokiej politycznej zmianie. Chcemy, by media organizowały opinię publiczną i reprezentowały ją wobec polityków — nie tylko rządzących. Chcemy również, by stały się miejscem rzetelnej debaty, w której wykuwa się wizja lepszej Polski, Europy i świata.

Nie wiem, jakie Państwo mają plany na dzisiaj, ale ja idę siedzieć. Na krótko: dwa dni raptem – nic wielkiego. Tymczasem zostawiam tekst, na który spodziewam się zastać trochę odpowiedzi, kiedy wyjdę. Przeczytam wtedy zapewne między innymi, jakim jestem symetrystycznym idiotą i zdradziecką szują. Niemniej skoro każdy ma prawo do własnych zmartwień i swoje żale wylewa bez skrępowania publicznie dzięki nowym mediom, to mam to prawo i ja. Moje zaś zmartwienia związane ze złą władzą są oczywiste. Niewarte więc szczególnej uwagi i nie tak poważne jak te, które wywołuje u mnie kondycja „naszej strony”, a zwłaszcza nikłość szans wobec samego tylko faktu istnienia stron. Samo ich istnienie i spór lub konflikt – to jest poniekąd niezależne od racji, które za każdą ze stron stoją. I jest od nich ważniejsze. Gdyby było inaczej, demokracja byłaby kiepskim wynalazkiem i od władzy ludu, siłą rzeczy niezupełnie roztropnego, wszyscy powinniśmy woleć raczej platońskie królestwo filozofów. Niejasne to trochę, prawdą? Cóż, proszę zatem przeczytać poniższe… Życzę miłego dnia, ciekawej, mam nadzieję, jak zwykle długiej i zawiłej lektury. Do zobaczenia wkrótce 😉

 

W tekście:

Wielka Rewolucja Idiotów

Polska 2015. Wybory wygrywa nikomu nieznany Andrzej Duda i potem PiS. Wielka Brytania 2016. W referendum przy 72% frekwencji niemal 52% Brytyjczyków decyduje o wyjściu z Unii Europejskiej. USA 2016. Wybory prezydenckie wygrywa Donald Trump. O wszystkich tych nieszczęściach przesądzają głosy ludzi relatywnie gorzej wykształconych, o niższych dochodach, często bezrobotnych, z mniejszych miejscowości, spoza cywilizacyjnych centrów. Chciałoby się rzec, spoza cywilizacji. We wszystkich kampaniach dają o sobie znać jawne i prymitywnie nachalne kłamstwa rozpowszechniane zwłaszcza w nowych mediach społecznościowych. Ludzie głosują za spiskowymi teoriami, popierając iluzje powstawania z kolan, przywracania dawnej świetności, bronią tradycyjnych wartości zagrożonych nihilistyczną nowoczesnością. Zrywają ze znienawidzonymi elitami, ale wraz z nimi zrywają również ze zwykłym zdrowym rozsądkiem i często świadomie to akceptują. Wizja zmiany niesie bowiem sens przekraczający zdroworozsądkowe kryteria oceny – w jakiś przewrotny sposób jest jak „kosmiczna świadomość” niegdysiejszych hipisów. Wolno więc dziś wierzyć w czipy instalowane nam w mózgach, w płaską Ziemię, śmiercionośną sieć 5G, fałszywą pandemię wymyśloną przez elity, wolno powtarzać brednie o spisku agresywnych pedałów albo o najeździe krwiożerczych islamistów. Wierzyć w krew chrześcijańskich dzieci w żydowskiej macy.

W tym ostatnim wyraża się myśl, że to przecież nic nowego, że tak było zawsze. A jednak, kiedy ten żywioł zagląda nam w oczy, nie umiemy w nim odnaleźć niczego znajomego, co niosłyby spokój zwykle towarzyszący oswojeniu – nie mamy więc wiary, że z tej kolejnej biedy też kiedyś wyjdziemy cali i zdrowi, jak już wychodziliśmy nie raz. Czujemy wszyscy, że stajemy przed próbą bez precedensów.

Komunistyczny ideał dyktatury proletariatu – złośliwie nazywanej dyktaturą ciemniaków – realizuje się dziś oto w postaci demokratury, w której wyborcza większość jest przecież jak najbardziej realna, potrafi wygrać uczciwe wybory i jest doprawdy nieokrzesana. Grozę tej sytuacji jaskrawo pokazał szturm faszyzujących „czerwonych karków” Ameryki na Kapitol. Pewien kłopot budzi wprawdzie odpowiedź na pytanie, czy mamy do czynienia z rewolucją, czy raczej z wsteczną kontrrewolucją – wydaje się natomiast jasne, że jest to tak czy owak Rewolucja Idiotów.

Powiedzieć o tym wprost byłoby wciąż skrajną polityczną niepoprawnością. Ale „cywilizowane liberalne elity” wiedzą o tym dobrze. Milczą, bo są dobrze wychowane. Ale też dlatego, że próbują być cwane.

W rzeczywistości niepewność nie powinna dotyczyć sporu o to, kto tu jest rewolucyjny, a kto wsteczny. Powinno być jasne, że mamy do czynienia z niezwykle głęboką i ważną przemianą cywilizacyjną, której uniknąć się nie da, a próby jej powstrzymania byłyby próbami zatrzymania postępu. Powinno to być jasne – a jakoś nie jest. W istocie jedyną niejasnością prawdziwą jest wbrew wszelkim pozorom owo mocno zawstydzające pytanie, kto mianowicie naprawdę jest tu idiotą. Moim zdaniem – przy oczywistym idiotyzmie mas zbuntowanych przeciw rozsądkowi i będących zapleczem demokratur – tę rolę obsadziliśmy zwłaszcza my, którzy się uważamy za „cywilizowane liberalne elity”.

Znacząca nieoznaczoność

Polska 2015. Wybory prezydenckie miał wygrać Komorowski. Wielka Brytania 2016. Referendum miało potwierdzić wolę pozostania w Unii. USA 2016. Wybory miała wygrać Hillary Clinton. Coś niezwykle istotnego, co przyniosło wszystkie te zmiany, wydarzyło się w sposób kompletnie niezauważony w mainstreamowej opinii publicznej – z jej wszystkimi, nierzadko wysublimowanymi narzędziami. Sondaże i badania zawiodły, do ostatnich chwil pokazując nieprawdę. To niedoceniany, a być może najważniejszy wspólny mianownik wszystkich tych wydarzeń.

Sam z siebie powinien był pokazać nam bez wątpliwości skalę wyczerpania dotychczasowego modelu publicznego życia – bo już nie tylko polityki. Wierzyć w wystarczalność utraconego wtedy ładu to trochę tak, jakby w dobie wolnej i coraz bardziej masowej prasy rozkwitającej w Oświeceniu, kiedy ona już przecież zdążyła zniszczyć monopol Kościoła i umożliwić awans Reformacji, kiedy więc wszyscy powinni byli znać jej siłę i wiedzieć, że stary porządek odejdzie z pewnością – otóż tęsknić dzisiaj za ancien regimem i myśleć według jego kanonów to jakby jeszcze wtedy, u progu Wielkiej Rewolucji, wnioskować o przyszłości krajów i kontynentów na podstawie tego, o czym się plotkuje na dworach absolutystycznych monarchów wśród rozbawionych arystokratów, podobnie nieświadomych, że rzeczywistość jest już gdzie indziej. Ścięto arystokratom głowy zanim poznali prawdę.

Może więc nam też zetną. Jeśli tak, niech nikt po nas nie płacze, jak nikt nie płakał po nich.

Peter Pomerantsev – filozofujący brytyjski producent medialny rosyjskiego pochodzenia, autor ważnego Jądra dziwności, który spędził dekadę w Rosji, od wewnątrz obserwując budowę medialnego imperium Putina – sformułował własną propozycję pewnego ogólnego prawa historii. To prawo nie jest może aż tak silne, jak Marksa prawo rozwoju sił wytwórczych, ale wrażenie robi i tak, choć skłania raczej do depresji niż do rewolucji. Jest też przy tym prawdopodobnie tak prawdziwe, jak tylko to jest możliwe w realnym świecie ludzi przy wszystkich zastrzeżeniach Karla Poppera. Otóż zdaniem Pomerantseva, ilekroć ludzie dostają do rąk nowe, nieznane wcześniej narzędzia ekspresji, wyłażą z nich przerażające demony. Ludzie mieli je w sobie zawsze, ale dopiero teraz je odkrywamy, bo dzięki nowym narzędziom stają się widoczne. Tak było – zwraca uwagę Pomerantsev – z radiem i kinem, którymi wspomagał się faszyzm oraz komunizm i na których fundowały swą karierę tamte reżimy, i tak jest dzisiaj z Facebookiem i twitterem, na których rosną potęgi populistycznych demokratur. Pomerantsev dotyka rzeczy bardzo podstawowej, kiedy budzi w nas zgrozę wspomnieniem zbrodni totalitaryzmów i kiedy szokuje przerażającą wróżbą naszej najbliższej przyszłości. Grozi nam faszyzm? Wojna? Z powodu Facebooka?

O tym, że należy „jebać ciapatych” albo np. „pedałów” nie dało się przeczytać w żadnym publikowanym liście do New York Timesa lub nawet Daily Mirror, usłyszeć w CNN lub nawet w Fox News. Można było jednak napisać o tym na Facebooku. I chętnie pisano. Po to, by dostać lawinę lajków i udostępnień – by się policzyć, stworzyć nową, rosnącą bańkę, odkryć, że mainstream jest gdzie indziej niż się wydaje zadufanym w sobie elitom. Owszem, tym procesem da się sterować i to również robiono chętnie, ale kiedy się czyta nienajlepszą zresztą i niezbyt szczerą książkę Christophera Wyliego Mindf*ck i kiedy się widzi rolę Cambridge Analityca oraz ruskiego wywiadu w całym tym zamieszaniu, to przecież widać także, że nie trzeba żadnych niecnych knowań Putina, że czysty merkantylizm stojący za algorytmami „sieci społecznościowych” sam z siebie wystarcza, by uruchomić ów wstrętny potok szkaradzieństw. Idioci robią karierę gwiazd w naszym świecie. Po prostu. Właśnie dlatego, że są idiotami. Że są poza mainstreamem.

Jednakże inni idioci dawno temu uznali, że „niewidzialna ręka rynku” jest wystarczającym regulatorem mediów decydujących o zawartości naszych umysłów i o ich stanie. Nieświadomi nie tylko prawa Pomerantseva, ale również kilku praw tak starych jak to o gorszym pieniądzu, który zawsze wyprze lepszy, choć Kopernikowi z pewnością nie przyszłoby do głowy, że można to odnieść nie tylko do monet, ale również do idei. Idioci w mediach powtarzają więc i znajdują w tym powszechne zrozumienie, że widownia to tacy idioci, którzy zawsze wybiorą tandetę, fałsz i głupotę. Zupełnie jakby kupcy i sprzedawcy na rynku Kopernika byli również idiotami, szczególne upodobanie znajdując w kiepskich monetach. Jakby nie istniał dobrze i dawno temu opisany mechanizm powszechnego psucia wymuszony konkurencją z nieuczciwą mennicą lub podłą stacją, czy brukową gazetą – bo taka zawsze się gdzieś znajdzie.

Jeszcze inni wśród idiotów, przewidując wynik wyborów w Polsce, referendum w Wielkiej Brytanii i wyborów prezydenckich w USA, zaglądali nie tam, gdzie trzeba. Nie widzieli wzbierającej tuż pod ich bokiem rewolucji. W bańkach, które dopiero co pomogli i pozwolili stworzyć. Ci wszyscy idioci to my, którzy pozwalamy Zuckerbergom i Murdochom, ich zachwyconym akcjonariuszom i giełdowym ekspertom oraz średnio zdolnym programistom (o często prymitywnie libertariańskich poglądach) decydować o mózgach wielomiliardowych populacji ludzi.

Nadal patrzymy nie tam, gdzie trzeba. Widzimy więc dzikość hord nacierających na Kapitol, albo tych z warszawskiego 11 listopada, ale nie próbujemy zrozumieć niczego z ich wrzasków i wciąż naiwnie wierzymy, że to tylko margines skrajnych nieokrzesańców. No, to jest trudne zadanie – trzeba naprawdę specjalnych talentów, by zrozumieć czysty bełkot płaskoziemców. To osobna sprawa i zajmiemy się nią za chwilę. Tymczasem jednak…

Błąd Pomerantseva: wyzwolenie, terror, przyzwoitość

Tymczasem warto zwrócić uwagę na coś, co w sformułowaniach Pomerantseva wygląda na błąd. Otóż radio, film, telewizja i ich rola w kreowaniu dawnych reżimów to nietrafny przykład, bo to są media zupełnie odmiennego rodzaju. W odróżnieniu od Internetu, w którym każdy może być nadawcą, telewizja, radio i film to media jednostronnej komunikacji „z góry do dołu”. Służą tyraniom do urabiania tłumu poddanych. Pomagają zamienić ich w entuzjastycznych zwolenników lub w ludzi uległych na skutek przerażonego przeświadczenia, że wszyscy wkoło są tacy sami, że są inni niż my, że nie mamy szans przekonać nikogo i że nas zdepcze tłum, na który patrzymy w mediach branych po niewoli za rzeczywistość. Internet wprawdzie umożliwia podobną propagandę – skuteczniej nawet niż wszystko, co znaliśmy dotąd – ale Rewolucję Idiotów umożliwił w radykalnie inny sposób. Właśnie pozwalając im mówić zamiast tylko kazać słuchać, wyrazić się w wielokierunkowej sieci komunikacyjnej, znaleźć podobnych sobie, policzyć się i zbuntować. Bo bunt idiotów jest autentyczny – w tym cała rzecz. Podobieństw należy więc szukać raczej we wspomnianej karierze wolnej prasy i roli, jaką ona odegrała, podobnie do Internetu unieważniając stare monopole prawdy – w zastanawiająco podobny sposób rozpowszechniając także fake newsy.

A z tego punktu widzenia dzisiejsza Rewolucja Idiotów przypomina bardziej Wielką Rewolucję Francuską niż narodziny faszyzmu i komunizmu.

Konsekwencje tego rozróżnienia są oczywiście wielkie. Rewolucja Idiotów – przy wszystkich znanych nam i dawno już przez nas opłakanych nieszczęściach – okazuje się w istocie ruchem emancypacyjnym. Idioci wstają z kolan naprawdę, a nie na niby. Mało im tego – szturmują w dodatku nasz bezpieczny dotąd mainstream i wtedy nie tylko Kapitol pada ich łupem, jak kiedyś Bastylia, ale również na przykład nadbałtyckie kurorty nawiedzane przez nich i zaśmiecane, skoro ich na to stać za 500+, o czym liberałowie piszą z wyniosłym zbrzydzeniem w swoich infantylnie tradycyjnych mediach, nie mając pojęcia, że to już od dawna nie one decydują, co uchodzi za prawdę w dzisiejszym świecie. Idioci domagają się praw i tego, by być słyszanymi ze wszystkimi swymi rewelacjami o płaskiej Ziemi, morderczej 5G, Smoleńsku, Żydach, ciapatych, pedałach, kastach. O tym wszystkim wcześniej słuchać nie chcieliśmy i nawet umieliśmy idiotom skutecznie zamknąć ich odrapane gęby. Równocześnie jednak demokracja, którą stworzyliśmy, oraz rynek, na którym żyjemy, ten sam głos i te same pieniądze dają i idiotom, i nam, którzy się mamy za mądrych, choć się idiotom dajemy robić w trąbę, jakbyśmy byli ich nie dość rozgarniętymi dziećmi. Jak by nie patrzeć, na plac Agory wdarli się właśnie ludzie, którzy tam mają prawo być i wrzeszczeć niezależnie od tego, jak bardzo nas brzydzą ich wrzaski.

Rewolucję Francuską pamiętamy jako narodziny nowożytnej republiki. Słusznie. Wielki Terror – o ile w ogóle o nim pamiętamy – wydaje nam się przykrym, ale nieistotnym ubocznym efektem wielkiej cywilizacyjnej zmiany, w której przecież narodziła się piękna idea praw człowieka; pomysł wolności, równości i braterstwa; konstytucja jako zbiór praw ograniczających każdą władzę; zasada trójpodziału i podobne wynalazki nowoczesności. Czy terror był „wypadkiem przy pracy”, czy może „dziejową koniecznością”, jest przedmiotem sporu, który ekscytuje wyłącznie kilku filozofów uchodzących za dziwaków, jednak powinniśmy wszyscy pamiętać, że ów triumf wolności miał swe początki niekoniecznie aż w filozofii Oświecenia. Może one tkwiły raczej właśnie w krwawych jatkach na ulicach rewolucyjnego Paryża, gdzie oszalały i upojony krwią naprawdę dziki tłum przystrajał się w ozdoby z genitaliów zarżniętych Szwajcarów z królewskiej gwardii i z ich wyprutych jelit. Ludwik XVI natomiast – człowiek ponoć naprawdę przyzwoity, choć nieco słabego charakteru – patrzył na to wszystko przerażony, próbując dać świadectwo własnej przyzwoitości i broniąc jej jak…

No, właśnie – trochę jak my dzisiaj, chciałoby się rzec, z zachowaniem oczywistych proporcji. Nie żył już Ludwik XVI, kiedy rewolucyjna armia ruszyła na wrogów we wstecznej i tęskniącej za katolicyzmem Wandei, by w niej dokonać nieznanych wcześniej zbrodni – pierwszego ze znanych nowożytności aktów ludobójstwa, zaplanowanej i okrutnie metodycznie przeprowadzonej masowej eksterminacji. Gdybyśmy się znaleźli na paryskiej ulicy w 1789 roku, gdybyśmy mogli spojrzeć na pijane, wyszczerzone spróchniałymi zębami gęby zbuntowanego ludu, nie mielibyśmy cienia wątpliwości, gdzie tu dobro, a gdzie najczystsze zło – czytelne to było bez porównania łatwiej niż jest dzisiaj. A jednak najtragiczniejszym rysem historii Ludwika XVI jest nie jego śmierć na szafocie i całkowity brak szans wobec wezbranej rewolucji – najtragiczniejszy jest fakt, że historia przyznała rację nie jemu, a jego zabójcom. Tej właśnie dzikiej tłuszczy: upojonej ludzką krwią bardziej niż winem.

Porównanie wydaje się przesadzone, ale pewności co do tego nie mamy, kiedy patrzymy na Kapitol, choć przecież ów znany ze zdjęć rogaty naziol wydałby się aniołem, gdyby przy nim stanął np. taki Saint Just – jego „oświeceniowy”, rewolucyjny protoplasta.

Sprawa jest gruba naprawdę. Nigdy przecież nie wiemy, kiedy znany nam i oswojony przaśny Edek Mrożka zamieni się nagle w Eichmanna.

Ważne jest jednak równocześnie także coś innego. Racja „wstających z kolan wykluczonych” nie zależy mianowicie od tego, jakie brednie wywrzaskują w swym idiotycznym gniewie. O tym właśnie przekonuje tragiczna historia Ludwika. 

O ile tylko rzeczywiście wierzymy w demokrację i prawa człowieka należne naprawdę każdemu – idiotom też się one należą. To za nimi stoi więc historia, my zaś przegramy na pewno. Zetną nas i nikt płakać nie będzie.

Ani pamiętać, jak mądrze mówiliśmy, jeśli rzeczywiście mówiliśmy, bo i to jest wątpliwe, jak jeszcze za kilka chwil tutaj zobaczymy.

Błąd Fukuyamy: dziejowa misja idiotów

Jeśli pomimo przesady mam jednak choć trochę racji w porównaniach z Wielką Rewolucją i równie Wielkim Terrorem, to odkrycie w tym tkwiące nie jest oczywiście ani nowe, ani rzeczywiście moje. Na wiele sposobów pisało o tych rzeczach wielu ludzi zdecydowanie mądrzejszych ode mnie i wiedzących od dawna, że świat znanej nam demokracji odchodzi w przeszłość. Przy tym wszystkim jednak odkrycie to nie wygląda na ważne, bo nie wynika zeń nic poza jeszcze tylko głębszą depresją, skoro już wiemy, że szanse mamy jak Ludwik XVI i że nawet racji nie mamy, podobnie jak on jej nie miał. Chcę jednak powiedzieć, że w rzeczywistości jest gorzej niż to wynika z powyższego i znacznie gorzej niż się nam dotąd wydawało. Oczywiście polskim, brytyjskim i amerykańskim problemem są populistyczni politycy. Rządzący. Ale w rzeczywistości to jest jeszcze ledwie drobiazg.

Problemem prawdziwym są rządzeni i ich aspiracje by wziąć władzę, którą obiecuje demokracja. Obiecuje ona bowiem rządy idiotom – może więc sama jest idiotycznym pomysłem? To rzecz jasna bardzo stare pytanie. Platon na przykład nie miał wątpliwości, że rządy ludu to marzenie idiotów.

Liberalni idioci przeczytali zaś Fukuyamę wieszczącego koniec historii i mu uwierzyli. Niczego nie rozumiejąc i nawet nie doczytując do końca. Liberalizm – twierdził Fukuyama – spełnił swoją rolę, okazał się zwieńczeniem tego, co da się wymyślić dla wspólnego dobra ludzi, stworzył ład, w którym żadna rewolucja potrzebna już nie jest. Żadna wielka idea się więc nie pojawi, by rzucić mu wyzwanie. Żaden nowy komunizm i oczywiście żaden faszyzm. Być może dało się w to uwierzyć z perspektywy sytego kocura, czy też leminga, jak nas dość celnie określają prawacy. Trzeba by wprawdzie zapomnieć, że opis Fukuyamy mógł dotyczyć najwyżej co piątego człowieka na Ziemi (w przybliżeniu kulistej), bo reszta żyje jednak w nędzy na tym najlepszym z możliwych światów. Ale nawet sytym kocurom liberalna demokracja sama z siebie nie wystarczy i Francis Fukuyama o tym też napisał – trzeba było tylko doczytać do końca. Ludzie nie chcą końca historii, ludzie chcą ją właśnie przeżywać, znaleźć w niej miejsce i sens przekraczający ich własną egzystencję. Rogaty naziol z Kapitolu swoje miejsce w historii znalazł. Smoleńscy wyznawcy, czy maszerujący 11 listopada naziole również. A my?

Fukuyama przecież jednak wiedział, że pierwszą ludzką potrzebą jest nie błogi dobrobyt i komfort spokoju, a organizujący świat mit z przesłaniem ważniejszym niż sam człowiek. Ludzie – przynajmniej niektórzy – lubią mieć coś, za co warto ginąć i oczywiście tym chętniej zabijać innych. Yuval Harari pisał nawet, że bez tego nie jesteśmy ludźmi – a to przecież nie żaden dziaders, tylko ledwie czterdziestoletni gej-weganin. W tym z kolei spostrzeżeniu tkwi kolejna przesłanka mówiąca wiele o szansach cywilizowanych liberałów w zderzeniu z żywiołem zbuntowanych idiotów. Nasz los w starciu z idiotami nie zależy od żadnych naszych lub ich racji. Nie zależy też od jakkolwiek mierzonej fizycznej siły, czy liczebności. Kariera homo sapiens zaczęła się – pisze Harari – od prawdopodobnie brutalnej eksterminacji silniejszych i liczniejszych neandertalczyków. Zwycięstwo dał nam mit, a nie rachunek sił.

Większość Polaków – również po „dzikiej”, prawicowej stronie – opowiada się za obecnością w Unii Europejskiej. Nic jednak bardziej mylnego, jak oceniać szanse na tej podstawie. Jedynymi gotowymi ginąć za europejskie wartości w ostatnich czasach byli Ukraińcy na Majdanie. Przecież nie o dotacje walczyli i fundusze z programów spójności, ani nie o unijną praworządność – walczyli o wartości dla nich święte. I owszem – w przedziwny sposób kojarzyły się Ukraińcom te wartości ze Stepanem Banderą, bo Unia dla Ukrainy oznaczała niepodległość, o którą on również walczył i za którą cierpiał. To właśnie dlatego gotowi byli ginąć. W obronie takich wartości Polak patriota i katolik gotów będzie z kolei Unię opuścić, jak Ukraińcy opuścili z kolei Wspólnotę Niepodległych Państw, a straty z tym związane zdoła wytrzymać, przy odrobinie zręczności propagandystów władzy, jak Ukraińcy przeżyli perypetie z rosyjskim gazem, wojnę na Wschodzie i mnóstwo innych, drastycznych konsekwencji sprzeciwu wobec Moskwy, od której uzależnieni byli na wiele sposobów całkowicie. Racjonalny, rozsądny i cywilizowany zwolennik Schengen, czy unijnych programów spójności po prostu wyjedzie, kiedy się zaczną kłopoty. Nie stanie do żadnego boju. Bój to nie jego bajka. On tylko chce „normalności”. Badania postaw młodzieży o progresywnych postawach ekologicznych, czy dotyczących praw człowieka, pokazują to samo: ich ojczyzną jest Ziemia, nie Polska. Oni też wyjadą, by planetę ratować tam, gdzie da się to robić.

Pozorny błąd Fukuyamy pokazuje, jak nikłe mamy szanse w tym starciu. To prawica odwołuje się w Polsce i nie tylko do wartości, które są czytelne – bo frazesy o Bogu, honorze, ignorowanej dotąd woli narodu i niedoli „wykluczonych” są wartościami – i one w dodatku na „politycznym rynku” miały dotąd niemal wyłączność. To z nimi będzie się trzeba mierzyć. Z szarżą skrzydlatej husarii przeciw naszemu latte bez laktozy.

Innych wartości nie zdołaliśmy zbudować – to również powinniśmy zrozumieć zanim nas zaczną łamać kołem, choć właśnie w kolejnym proteście kobiet widzimy pokoleniową formację młodych, określających podmiotowo własny styl, język i wartości, i jest to pierwszy w III RP taki przypadek inny niż Marsze Niepodległości: dotąd jedyna ideowa oferta dla nowych pokoleń. Przez dekady wszystkie partie i wszystkie media mainstreamu powtarzały nam wciąż, że liczy się wyłącznie księgowa poprawność ekonomicznych projektów, a wszystko ponad dbałość o bilans jest niebezpieczną bzdurą. Aksjologia – mówili nam przez te lata liberalni idioci, którzy uwierzyli w koniec historii – nie tylko jest passé, ale w rzeczywistości jest zawsze groźnym populizmem, wartości są tylko niebezpiecznymi hasłami. Populizm stale potępialiśmy, kończąc tym potępieniem dyskusję: w miejscu, w którym trzeba ją było – być może – właśnie rozpocząć.

Populizm – tyle może powiem zamiast tych nierozpoczętych dyskusji – nie na tym polega, że się idiotom obiecuje pięć stów w portfelu, a oni to kupują. Idiotom oferuje się nowy sens ich życia, a oni mają wtedy w oczach łzy najprawdziwszego wzruszenia, przez grzbiety zaś przechodzą im dreszcze uniesień i poczucia dziejowej misji.

Filozofowie Platona, parlamentaryzm i  500+

To zły znak, nie powinienem był dzisiaj wychodzić z domu – powiedział podobno pewnego dnia Lavoisier, kiedy się potknął na stopniach i przewrócił. Chwilę potem gilotyna obcięła mu głowę – bo stopnie prowadziły na szafot. Rewolucje nie są łaskawe dla filozofów i Wielka Rewolucja również ich nie oszczędzała, choć ją pamiętamy jako triumf Oświecenia. Republika nie potrzebuje uczonych – powiedział Lavoisierowi krótko przewodniczący rewolucyjnego trybunału. Kogo więc potrzebuje? Tego już nie zdążyliśmy się dowiedzieć. Dziś przede wszystkim nie wiem, gdzie się podziali mądrzy filozofowie.

Być może przejaskrawiam nadmiernie, rysując ostrość konfliktu analogiami z historii tak bardzo odległej i to na tak bardzo wiele sposobów. Wiem, że budzę sprzeciw zdaniami o historycznej racji idiotów. Ale też liczę na odrobinę zaufania – w końcu byłem jednym z tej niezbyt licznej grupy, która przez dwa ciężkie lata regularnie patrzyła w oczy zbuntowanym, zwycięskim tłumom, stając im naprzeciw na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie w trakcie ich smoleńskich ceremonii i przy wielu innych okazjach, kiedy patrzyliśmy już nie na smoleńskich dziadów, ale na dziarskich młodzieńców z naszywkami „SS” na czarnych bluzach. Dobrze wiem, co mówię, opisując tych ludzi i ich najdzikszą, najszczerszą nienawiść do niemal wszystkiego, w co sam wierzę. Wiem również, jak do nich mówić tak, by posłuchali…

Ale nie o ich dzikości chciałem, bo ona jest dobrze znana. Przede wszystkim wiem, że kiedy ci ludzie na mnie wrzeszczą pytając, gdzie byłem z tymi swoimi gadkami o demokracji, gdy znienawidzone przez nich liberalne elity np. mieliły w niszczarkach wnioski referendalne z milionami podpisów; albo gdzie byłem z tekstami o prawach człowieka i jego niezbywalnej godności, kiedy szydząc z nich sikano najprawdziwszym moczem do ich żałobnych zniczy i profanowano ich krzyże – wiem, że nie znajduję żadnej dobrej odpowiedzi… W tych oskarżycielsko retorycznych pytaniach tkwi niestety najzwyklejsza prawda. Idioci miewają racje. Swoje racje.

Kiedyś sądziłem, że choćby istnienie niezawisłego Trybunału Konstytucyjnego znosiło wszelkie praktyczne niedostatki demokracji i póki na tę świętość nikt nie dokonał zamachu, wszystko było przynajmniej w umiarkowanym porządku. Dziś rozumiem, jak śmiesznie naiwny był ten mój spokój i zaufanie, wiedząc już także, dlaczego Trybunał nie miał w oczach tych ludzi żadnego znaczenia. A jakie niby miał mieć, skoro sikano im w znicze i żaden obrońca demokracji nie grzmiał? Pojąłem to wreszcie dzięki smoleńskim wyznawcom – stąd też nieźle znam np. swój własny idiotyzm, nie tylko ich.

Szukając zaś wśród wrzawy wrzeszczących tłumów jakichś mądrych filozofów – cóż, to jest bardzo daremny wysiłek…

Demokracja przedstawicielska – ze wszystkimi jej dzisiejszymi cechami, które czasem kontestujemy, jak „biorące miejsca” dla partii i jej szyldów, obsadzane w zaciszu gabinetów partyjnych bossów – jest jakimś rodzajem wciąż się odbywających negocjacji pomiędzy obietnicą władzy ludu, a obawą przed nieokiełznaniem tej władzy, które tak bardzo lękało jeszcze Platona. W roli platońskich filozofów obsadzeni zostają więc we współczesnej demokracji – niezbyt zasłużenie, ale wszystko tu jest wciąż toczącym się procesem – reprezentanci politycznej klasy rządzących. To oni są tymi, którzy wiedzą lepiej niż lud. Parlamentaryzm dzisiaj – co odzwierciedla szereg jego ustrojowych urządzeń – jest rodzajem konkurencyjnego rynku partii rządzącego się tylko po części wolą ludu, po części zaś ograniczającymi tę wolę obiektywnymi prawami rynku, odpowiedzialnością za które często niezupełnie słusznie obciążamy złych polityków. W Polsce widzimy to wyraźnie: z wielu istotnych powodów narzekamy na absurdy i miałkość opozycyjnej polityki, podczas, gdy przyzwoici politycy opozycyjnych partii ulegają w rzeczywistości patologiom partyjnych mechanizmów konkurencji. Zbuntowany lud coraz wyraźniej opowiada się przeciw wszelkim takim „obiektywnym prawom” oraz zasadzie nadrzędności prawa nad „wolą ludu”. W narastającym stopniu dotyczy to również ludu po „naszej stronie”. Lud niezupełnie chce rządzić sam – częściej woli jakichś „nowych i szlachetnych” przywódców niż własne sprawstwo – ale coraz bardziej i coraz wyraźniej dość ma wszelkich „elit” i jakichkolwiek „obiektywnych” praw. Filozofowie, którzy mają „wiedzieć lepiej” i którzy – przy wszystkich wadach – rzeczywiście często wiedzą, nie mają dobrej prasy. Dlaczego? Czy tylko z głupoty lud buntuje się przeciw rozsądkowi? I tylko z powodu fake newsów?

Putin Putinem – musi być jakiś powód, dla którego nawet idioci wszystkie te bzdury o płaskiej Ziemi łykają jak gąsiory aż tak chętnie. Co dokładnie to sprawia? Czy idioci nienawidzą elit, bo są idiotami, czy może na odwrót – to z nienawiści głupieją? Pewności nie mam, zaryzykuję jednak hipotezę, że prawdą jest to drugie.

O projekcie 500+ wspomniałem tu już dwukrotnie. Ten przykład dostarcza odpowiedzi i wyjaśnia bardzo wiele, ale zupełnie nie dlatego, że – jak chętnie twierdzą liberałowie – to był ów lep, który skusił pisowskich wyborców. To tylko lemingi mogły wpaść na taki pomysł. Wyborców PiS wystarczyło o to po prostu spytać – obrażało ich samo to pytanie i myśl, że na PiS głosowali dla własnych korzyści. Nie o kasę dla siebie im chodziło, ale o zademonstrowaną w ten sposób troskę. O wiarę, że się da. Że żadna budżetowa niemożność, żadne „prawa ekonomii” nie staną na drodze.

W kampanii wyborcy PiS słyszeli natomiast od liberałów, co słyszałem i ja. Nie stać nas. Budżet się zawali. Podobnie jak przeciętny pisowski wyborca ja się na ekonomii nie znam, a studiowanie budżetu mnie nudzi. Wierzyłem więc zapewnieniom ludzi – dzisiejszych platońskich filozofów – których rozsądkowi ufałem. Ponieważ zaś wyborcy PiS im co najmniej nie ufali, te zapewnienia odrzucali z furią. Jednakże również mnie, kompletnego amatora, słuchającego liberalnych ekspertów z ufnością, kilka rzeczy uderzało przecież ewidentnym fałszem:

    1. Było jasne, że spora część pieniędzy z tego projektu zostanie natychmiast wydana na konsumpcję. Złośliwi i co głupsi z nas powtarzali, że na wódkę. Tym bardziej – wódka poza podatkiem obciążona jest akcyzą – spora część tej kwoty natychmiast wróci do budżetu w różnego rodzaju podatkach. Dlatego kosztów 500+ nie dało się prawdziwie szacować mnożąc wysokości świadczeń przez ilość objętych nimi ludzi. Od tego trzeba co najmniej odjąć szacunek natychmiastowego zwrotu podatkowego.
    2. Było również jasne, że ogromne sumy wpompowane w rynek stworzą na nim gigantyczny dodatkowy popyt. Albo nadąży za nim podaż, albo nie nadąży, powodując z kolei inflację. Inflacja nie jest fajna, ale to jeszcze nie tragedia – tak czy owak, wartość luki w budżecie wywołanej projektem inflacja zmniejszy. Jeśli zaś podaż nadąża – jak się zresztą najwyraźniej stało – jest to bodziec wzrostu gospodarczego z wszystkimi jego korzyściami dla budżetu. To kolejna pozycja, którą od wydatków na 500+ należy odjąć, kiedy się mówi prawdę, a nie fałsz o rzeczywistych kosztach i budżetowych skutkach.
    3. Za retoryczne uznawano pytanie, dlaczego projekt 500+ jest adresowany do wszystkich – w tym do najbogatszych – a nie do najbardziej potrzebujących. Spośród różnych dość oczywistych odpowiedzi wymienię jedną: świadczenia adresowane do uboższych skutkują ucieczką w szarą strefę, zaniżaniem oficjalnych dochodów i rozmaitymi patologiami. Świadczenie powszechne jest tych wad pozbawione, a choć jest mniej bezpośrednio efektywne, to efekt wyrównawczy i tak przynosi – powód takiego wyboru jest zatem w rzeczywistości jasny, a nie niezrozumiały.

Proszę wybaczyć amatorskie rozważania szczegółów jednej z większych finansowych operacji początków rządu PiS, której budżetowe skutki przecież jednak odczuwamy – przytaczam tu te uwagi w bardzo konkretnym celu. Otóż wszystkie te fakty są bardzo podstawowe i były bez wątpienia dobrze znane ekspertom i politykom tłumaczącym w kampanii, że 500+ jest idiotyzmem. O żadnym nikt z nich się jednak nie zająknął, choć wszyscy z przemawiających – nie wierzę, że mogło być inaczej – dobrze o nich wiedzieli. Co gorsza, kasandryczne proroctwa liberałów się nie sprawdziły i żadna katastrofa finansów w wyniku 500+ nie nastąpiła – dzisiejszy rekordowy deficyt finansów jest efektem wielu zjawisk i nie widać żadnego załamania wywołanego akurat tym projektem.

Wygląda więc na to, że aspirujący do miana platońskich filozofów sprawujących z wyżyn swych intelektów dotychczasowe rządy, najzwyczajniej albo łgali ordynarnie, albo są w rzeczywistości idiotami, nie mędrcami. Przy tym wszystkim, jeśli istotnie mieliśmy do czynienia z kampanijnymi kłamstwami, to służyły one obronie politycznych interesów, albo jak kto woli wręcz klasowych przywilejów, a od tego już naprawdę czuć paskudnie.

Jeśli samo to nie rozsierdziło do reszty ludu zbuntowanego przeciw „rządom filozofów”, to z pewnością uczyniły to późniejsze opisy „beneficjentów 500+”, kiedy ten projekt już zrealizowano. Wszystkie te teksty o Januszach i Grażynach i pijanej żulii wylegającej na plaże w kurortach zamiast pracować przy sezonowych zbiorach truskawek, których (tekstów, nie truskawek) pełna była liberalna prasa. Tu klasowa wyższość demonstrowała się już w całej pełni i brzmiała jak teksty sprzed wieków.

Ten i mnóstwo innych przykładów wyjaśnia, jakim cudem zbuntowany lud tak bardzo chętnie łyka każdą bzdurę pochodzącą spoza mainstreamu, że spełnia wszystkie kryteria ciężkiego upośledzenia intelektu. Powinniśmy wiedzieć, że kiedy grubo ponad 1/3 Brytyjczyków jawnie samobójczo głosuje za wyjściem z Unii, to coś tu musi być na rzeczy. Nie może być prawdą, że tak ogromna część populacji urodziła z upośledzeniami funkcji poznawczych – coś im te funkcje zaburzyło. Co? Czy może raczej – kto?

Otóż po prostu my – liberałowie. Nienawiść, którą wzbudzamy, oraz rozległość monopolu na prawdę, który posiadaliśmy. To właśnie gniewne odrzucenie mainstreamu powoduje osunięcie się w mity o płaskiej Ziemi. Kiedy całą racjonalność zagarnęły znienawidzone elity, zbuntowanym pozostaje irracjonalność. Każda wtopa, każdy pic filozofów za dychę, na którym idiotom uda się ich rzeczywiście przyłapać, działa ze zwielokrotnioną mocą. Ani zaś żaden skandal, ani żadna bzdura po drugiej stronie wojny kultur nie wpłynie na obniżenie tam morale, bo wybór irracjonalności – jasne, że nieświadomy – dokonał się tam przecież już dawno.

Joanna Mucha i kilka innych powodów, dla których rządy filozofów nie powrócą

Filozofowie za dychę po prostu się zbłaźnili. Tych prawdziwych pogoniono zaś już dawno. Nie od rzeczy jest przypomnieć, że to właśnie do nich nie kto inny tylko Donald Tusk adresował swe zgrabne bon moty o tym, że miejscem tych, którzy mają jakieś wizje, są zamknięte oddziały szpitalne.

Ancien regime nie powróci, bo zawsze już będzie w stanie wojny, w której nie ma szans na zwycięstwo. Umiarkowanie możliwa chwilowa przewaga – jeśli się zdarzy cudem – i tak odbierze mu możliwość działania. Żadnej reformy nie zdoła przeprowadzić sparaliżowany strachem przed gniewem ludu wciąż stojącego u bram. Nie powróci jednak przede wszystkim dlatego, że nie powinien. Nie podoła wyzwaniom przyszłości.

Pandemia, której skutków wciąż nie znamy, jest ledwie przygrywką do tego, co nas czeka naprawdę. Jej dwa miliony ofiar to – można by rzec – ostrzeżenie, które los zsyła nam w darze, zanim ofiary zaczniemy liczyć być może w miliardach. Kryzys klimatyczny, czy apokaliptyczna klimatyczna katastrofa? Jeśli mamy przetrwać, czeka nas niemożliwa dziś do wyobrażenia zmiana, w której będziemy musieli porzucić mnóstwo tych składników codziennego komfortu, które przyzwyczailiśmy się już traktować jako oczywiste i należące się każdemu. Demografia – starzenie się społeczeństw spowoduje, że zawali się znany dzisiaj, i tak zawsze kulejący system ubezpieczeń, wraz z nim ochrona zdrowia, ale także szkolnictwo – największe sektory każdego z nowoczesnych państw. Zatrudniające najwięcej ludzi, pochłaniające lwie części budżetów. Sektory, które w istocie są powodem, dla którego państwo jest nam w ogóle potrzebne. Migracja, dzięki której bogatsi będą ratować – już ratują – luki w finansowaniu rosnącego deficytu właśnie np. w ubezpieczeniach, czego jednak w nieskończoność ciągnąć się nie da z bardzo wielu przyczyn.

Na myślenie o demokracji przekłada się to na rozmaite sposoby. Zapytajcie o nie Joannę Muchę, która właśnie przeszła z PO do partii Hołowni. Co ma z tymi rzeczami wspólnego polityka, jaką znamy i jaka wywołuje nasze ekscytacje? Wyobraźcie sobie dziennikarzy, którzy w tym kontekście w ogóle potrafią zadać świeżo przewerbowanej posłance jakiekolwiek sensowne pytanie.

Starzenie się społeczeństw spowoduje, że na emerytury niepracujących, a potrzebujących wiele, bo na chorujących seniorów pracować będzie wciąż kurcząca się grupa młodych – doraźnie, ale przecież nie bez końca zasilana migracją, która jednak pozostawi po sobie ślad wielobarwnego ludzkiego śmietnika bez świadczeń i jakiejkolwiek przyszłości. Lawinowo rosnąć będzie – już rośnie – zapotrzebowanie funduszy świadczeń i budżetu ochrony zdrowia, kurczyć się będą wpływy. Nie dość na tym – kiedy przyjdzie do wyboru pomiędzy finansowaniem szpitali i emerytur, a finansowaniem szkół, demokracja zawiedzie, jeśli założymy – a wciąż tak zakładamy – że ludzie głosują zgodnie z własnym interesem. Szkołami zainteresowani będą młodzi – ta sama mniejszość, która utrzymywać będzie większość starych. Jednak głosy seniorów, to jako się rzekło głosy większości. W tym cała rzecz właśnie. Więc jak będzie? Kto zadecyduje, a kto decydować powinien?

Klimat będzie wymuszał jeszcze innego rodzaju decyzje, uruchamiając scenariusze z banalnych filmów katastroficznych. Jeśli kiedyś trzeba będzie np. zamknąć stacje benzynowe i zrezygnować z ruchu samochodowego – decyzja oczywiście absurdalna, nie tak powinno się te rzeczy rozwiązywać, ale różnego rodzaju radykalne cięcia czekają nas bez wątpliwości – to kto tę decyzję podejmie? Politycy obsadzeni w rolach filozofów, którzy wiedzą lepiej i wbrew naszym krzykom zastosują terapię dla naszego dobra? Trzeba by było z demokracji zrezygnować, do końca realizując Platona pomysł i nie każąc filozofom zabiegać o poparcie tłumów na krzykliwym jarmarku, dać im władzę niepodatną na polityczne koniunktury. Żadnej niepopularnej decyzji nie podejmie polityk ubiegający się o następną kadencję. Każdy będzie – jak w niemądrych filmach – ukrywał przed publicznością fakt, że w wodach nadmorskiego kurortu grasuje potwór ludojad.

Pewne tezy na niepewną przyszłość

Przyszłość spowija mgła tak gęsta, że nie wiemy nawet, czy tam za nią w ogóle jest cokolwiek, czy przyszłość w ogóle przed sobą mamy. Możliwe, że się po prostu ugotujemy w upale, kiedy już uwolnimy uwięziony pod topniejącym lodem metan i uruchomimy kilka innych niepowstrzymanych procesów zagłady. Jeśli przetrwamy, rozmowa ma sens, ale przyszłości i tak wyobrazić sobie nie sposób.

Kilka rzeczy wiemy jednak już dziś na pewno. To tezy z nieco różnych porządków.

    1. Powinniśmy wiedzieć, że nic nie zatrzyma Rewolucji Idiotów. Dowodom w tej materii poświęciłem tu większość własnego i Państwa wysiłku. I choć wydaje się, że ten opis jest znaczony depresją i zapowiada wyłącznie katastrofę, w rzeczywistości jest raczej na odwrót. Przy wszystkich horrorach Wielkiego Terroru, Wielka Rewolucja istotnie była zapowiedzią niesłychanego postępu i narodzin pięknych idei. To, co się w rzeczywistości dzieje i na co patrzymy z przerażeniem, jest poszerzeniem demokracji i nie musi być zamachem na nią. Choć nas samych może rzeczywiście kosztować wiele. Jak Wielka Rewolucja Francuska również Wielka Rewolucja Idiotów zapowiada nowy świat. Nic nie wskazuje, by musiał to być koniecznie świat nowych Wieków Ciemnych. To może być nowe Oświecenie.
    2. Powinniśmy więc wiedzieć, że atakujący nas Hunowie mają dobry powód i dobre racje. W rzeczywistości nie są większymi idiotami niż nimi sami jesteśmy. W jakimś bardzo wymiernym i konkretnym sensie jesteśmy współodpowiedzialni za stan ich umysłów i za groźne bzdury, które wygadują.
    3. Powinniśmy wiedzieć, że parlamentarna, liberalna demokracja przedstawicielska odchodzi. Czy jest zdolna do ewolucji, jak była zawsze dotąd – to jest już inne pytanie. Jeśli ewolucja nastąpi, świat i tak zmieni się nie do poznania. Obsadzeni w rolach władców ludzie klasy politycznej zawodzą raczej z systemowych powodów niż z niedostatku charakterów i intelektów. To system musi ulec zmianie – wymiana ludzi, jakkolwiek kusząca, nie da niczego.

I z innego porządku:

    1. Wiemy, że reprezentację narodu łatwiej i trafniej jest np. wylosować niż wybrać. Z powodów zarówno statystycznych, jak psychologicznych. Te drugie polegają na tym na tym, że wybory to konkurencja, do której predystynowani są ludzie o określonych cechach charakteru – które z kolei niezupełnie odpowiadają zadaniu podejmowania trafnych decyzji w trudnych sprawach. Jeśli więc nasza polityczna reprezentacja ma się składać z „ludzi takich jak my”, łatwiej i lepiej byłoby wybrać statystyczną reprezentację.
    2. Chodzi jednak o to, by to nie byli ludzie po prostu „tacy jak my”, ale jednak od nas lepsi, mądrzejsi. Tym się różni zgromadzenie obywatelskie od sondażu opinii. Uczestniczący w nim ludzie zadają sobie trud i poświęcają czas, by poznać problem lepiej niż ludzie przeciętni. Są wylosowani – jednorazowo. Do rozwiązania konkretnego problemu. Nie robią karier, nie liczą na popularność.
    3. Wiemy, że rozwiązaniem najlepszym z punktu widzenia racjonalności politycznych decyzji – gdyby było możliwe – byłaby np. sztuczna inteligencja. Jednak nie tylko dystopie z filmu i literatury, ale i całe historyczne doświadczenie pokazuje, że nie racja i trafność podjętych decyzji liczy się w ostatecznym rachunku, a legitymacja lub – jak kto woli – poczucie sprawstwa. Nie da się powierzyć losu żadnej ludzkiej zbiorowości najgenialniejszej nawet maszynie. Podążanie za „obiektywnymi racjami” i uleganie „obiektywnym prawom” jest z pewnością racjonalne, a ich odrzucanie jest irracjonalne, ale właśnie irracjonalne bunty są tym, co w rzeczywistej historii wydarza się z nieuchronną pewnością. Podporządkowanie „prawom historii” – albo np. wzorcom sprawdzonym na Zachodzie, jak się o tym przekonaliśmy w niedawnej polskiej historii – to najlepsza recepta na powszechne poczucie alienacji. Polityka i państwo przestaje być naszą sprawą, przestaje zależeć od nas, staje się obcą domeną.
    4. Niezależnie od tego, jak racjonalne były i pozostają niegdysiejsze lęki Platona i np. dzisiejsze obawy przed bezpośrednimi formami demokracji, a więc referendami, nie mamy dzisiaj innego wyjścia, jak właśnie otworzyć demokrację tak bardzo, jak tylko potrafimy. Co się z tego może wyłonić, to jest już sprawa inna, na którą mojej wyobraźni nie starcza. Niczyjej prawdopodobnie. Tu nie ma wzorców do naśladowania. Tu trzeba wejść na nieznaną ziemię.

Manifest idioty na trudne czasy

Idę dziś siedzieć, patrzę na niedawny transfer Muchy – i się zastanawiam. Sądzę od dawna, że mrzonką jest odsunięcie PiS – nawet jeśli się uda, bo np. umrze Kaczyński, a PiS zapadnie się w kryzysie, który sam wywołał – niczego to nie zmieni, nastąpią kolejne populistyczne wstrząsy, bo Rewolucji Idiotów nic nie zatrzyma. Stojąc na Krakowskim Przedmieściu przez cały ten kawał czasu, nabrałem pewności co do starszej i nie tylko mojej intuicji – to nie jest kłopot z PiS-em, to nie jest żadne lokalne zawirowanie historii. Jak na idiotów przystało, pięć lat strawiliśmy na rozmowach kompletnie nie na temat. Uprzedzał o tym Marcin Król, niewielu go słuchało, a Marcin Król w dodatku umarł – czego nie da się mu wybaczyć. Polityka, którą się zajmujemy, jest jednak – jak właśnie Marcin Król powiedział – po prostu skrajnie nieadekwatna, a transferowy przelot Muchy obrazuje jej miałkość jak mało co – bo dotyczy kolejnej, być może największej z owych „nowych nadziei”, jakim ulegaliśmy wstrząsani paroksyzmami agonii naszego starego świata.

Zmagań z dzisiejszą władzą PiS nie da się oddzielić od tego historycznego i globalnego planu. Władza PiS jest częścią Wielkiej Rewolucji Idiotów. Stawką jest uczynić z niej również własną rewolucję. Nie po to, by zachować głowy – to zresztą może być już nie do zrobienia. Po to, by po rewolucji nastało Oświecenie, a nie Wieki Ciemne.

Przypominam sobie niedawno widziany Sejm, otoczony barierkami, które wciąż tam stoją, choć tak łatwo było je stamtąd przegonić wraz z policyjnymi kordonami, jak przegoniliśmy je kiedyś z Krakowskiego Przedmieścia. Za barierkami odbywa się najbardziej idiotyczny z teatrów, na jakie zdarzało mi się kiedykolwiek patrzeć. Coś tak kompletnie oderwanego od rzeczywistości, jak owe bale na dworze Ludwika XVI w przeddzień Rewolucji, ploteczki i bon moty upudrowanych pań i panów. Pozór opozycji, której głosy nie mają żadnego znaczenia poza tym, że podtrzymują złudę trwania dawnego świata, kiedy w rzeczywistości służą ostatecznemu zdeptaniu resztek pamiątek po nim.

Ten Sejm ma takie mniej więcej znaczenie, jakie je realnie miała zburzona przed wiekami Bastylia. Szturm? Zburzyć to trzeba? A po co? Wprawdzie jeśli gdzieś siedzą dzisiaj groteskowi arystokraci, których rządy trzeba przerwać, to właśnie tam. Amerykańscy arystokraci przeżywają właśnie wzruszenia triumfu. Pozbyli się wodza idiotów. Mają przewagę w obu izbach. Może im starczy przytomności, by nie zapomnieć o śmiertelnym zagrożeniu. Jeśli tę przytomność wykorzystają, by bronić ancien regime’u, przegrają, bo wygrać nie mogą. Ich triumf jest co najwyżej chwilowy. W rzeczywistości i Kapitolu, i Sejmu nie trzeba zdobywać. Trzeba się nauczyć żyć bez nich. Życie już jest gdzie indziej.

Konstytucja i Karta Praw. To powinniśmy zrobić własnoręcznie. Społeczna umowa, którą trzeba zawrzeć i na której świat trzeba będzie sobie urządzić po swojemu. Idę siedzieć i myślę sobie: a pieprzyć te prawybory z partiami. Niech się poszturchują w tych swoich już dzisiaj czterech na opozycji blokach. Życie jest gdzie indziej i gdzie indziej są ludzie. Myślę więc sobie, że trzeba będzie wykonać kolejny zwrot. Sam zacznę od sprawdzenia, na ile trafnie umiałem przewidzieć treść komentarzy. Wielkich złudzeń nie mam. Swoje jednak robić trzeba. Więc robię. Do zobaczenia!

26 thoughts on “Wielka Rewolucja Idiotów

  1. Pozbierałeś myśli i napisałeś tekst, jak konspekt książki, choć wiesz, że „rewolucja nie potrzebuje” myślicieli. Myślę, że to wszystko, co napisałeś stanowi tło a nie istotę życia zarówno indywidualnego jak i zbiorowego. Jest tylko jednym z możliwych zbiorów punktów widzenia a życie i polityka (sposób realizacji celów) mają swoją dynamikę, gdzie w efekcie górę biorą wiedza i doświadczenie (mimo tragicznych i bolesnych „czarnych dziur”, przerw w racjonalizmie). Ważne jest, co robić pojutrze, bo jak piszesz dwa dni będziesz dalej tylko ze swoimi myślami.

  2. Rewolucji idiotów nie da się już zatrzymać. Zgadzam się z tym. Nie bunt przeciw niej, ale nacechowana uwagą i powagą próba jej zrozumienia jest wręcz konieczna. Pytanie zasadnicze, fundamentalne; jak to zrobić, jak przekonać do tego innych, jak z tej rewolucji uczynić też własną?! Jak to zrobić nie sprzeniewierzając się własnym idealom, wartościom. Wiele spraw należałoby może nie tyle przewartościować, co przeanalizować, określić i być może nazwać na nowo.
    Jest nad czym myśleć…
    Tekst dość trudny w odbiorze.
    Ludzie niechętnie czytają takie teksty. A szkoda.

  3. Jak nie potrafisz pokonać wroga, to się do niego przyłącz? To kiepski wybór.

    1. To Ty nie potrafisz, no i może jeszcze Budka. Ja przede wszystkim nie chcę pokonać nikogo. Zwłaszcza drugiej połowy obywateli kraju, w którym żyję razem z nimi i do którego oni mają co najmniej takie samo prawo jak ja.

  4. „Daj człowiekowi wędkę a już nie będzie głodny”, a raczej „daj człowiekowi demokrację a sam rozwiąże swoje problemy” nie działa: Nadal conajmniej połowa społeczeństwa wymaga 'ryby'

    Wydaje się że liberalna wersja demokracji bardziej troszczy się o Ideę a mniej o Człowieka.

    Czyżby Chińczycy umieli lepiej zadbać o szarego obywatela, (mimo , a może dzięki brakowi demokracji, praw czlowieka, itp)?

  5. Przeczytałem z dużym zainteresowaniem. Ten tekst wiele mnie też nauczył, pokazał inne Pawła spojrzenie na Rewolucję Idiotów. Uważam, że jest prawdziwy i pokazuje świat odważnego wizjonera i doświadczonego wojownika o demokrację. Paweł zmusił mnie do przemyśleń. Potrzeba czasu. Myślę jednak, że sytuacja wyborcza w USA daje pewne drogowskazy, nadzieję na obronę starej demokracji i obronę wartości. Chętnie umówię się na dyskusję w tej sprawie.

  6. Analiza piękna, tylko założenia wyjściowe jakieś takie…
    1. Że jest Pan takim samym idiotą jak inni ludzie. Ja nie wiem, co to jest. Minoderia? Polowanie na komplementy? Czy jakieś zaćmienie? (Nie, w to nie wierzę). Jest Pan intelektualistą, a nie idiotą, i nie ma od tego ucieczki. Nie ma sensu się tak z idiotami równać, dopasowywać, stawać jak najbliżej obok, bo to pasuje do tezy o możliwości porozumienia. Pasuje, ale brzmi źle. Nikt Panu w to nie uwierzy, tak jak i Tetmajerowi.
    2. Że to „my”, w domyśle: atakowani reprezentanci demokracji liberalnej, sami jesteśmy sobie winni oraz jesteśmy odpowiedzialni za tłuszczę. Tu jest w ogóle niespójność. Najpierw Pan przywołuje Ludwika XVI, z jakąś czułością zaznaczając, że on w sumie światły był, a otóż go lud pożarł – a potem Pan przechodzi do współczesności i raptem Pan twierdzi, że ci światlejsi sami sobie winni (czytaj: jakby byli inni, toby ich lud nie pożarł). To wreszcie jak? „Nasza wina”, czy jednak coś pomiędzy „winą” ogólnej podłości ludzkiej natury, „winą” ludu a „winą” konieczności historycznej? Ja na sam widok fraz typu „my jesteśmy za to odpowiedzialni” pluję lawą. No tak, gdyby „nas” nie było, to oni by nas nie nienawidzili, tylko co nam z takiego założenia? Dlaczego my się mamy sami kamienować, bo co? Bo oni nas kamienują i w sumie to mają rację, więc do nich dołączmy?
    3. Rewolucja idiotów wystąpiła w pewnych – jednak w skali świata dość wąskich – kręgach, a Pan ją transponuje na zjawiska światowe. Usiłuje Pan wywodzić, że per analogiam do Rewolucji francuskiej może się w rezultacie odbyć przemeblowanie kultury i przewartościowanie niekoniecznie ciemne. Tymczasem w rzeczywistości rewolucja idiotów jest przejściowa, więcej w niej wściekłości i wrzasku niż prawdziwej siły (bo prawdziwa siła owszem, może się objawić również z wściekłością i wrzaskiem, ale zawsze efemerycznie), dodatkowo dotyka krajów/miejsc/grup społecznych, w których określona sytuacja gospodarcza (wraz z podłożem historycznym) zawsze wywoływała bunty, perturbacje, kryzysy, także wojny, ale to nie tłum ostatecznie podejmował decyzje. Nie on rozstrzygał. (Na przykład dlatego, że tego nie potrafi, a Trumpy, które nie wiedzą, że nie potrafią, i mają na tyle arogancji, że jednak próbują, są naprawdę jednostkowymi przypadkami). Nie wiem, skąd przekonanie, że tym razem tłum zyskał rzeczywistą moc sprawczą. Ona się nie bierze z głośności wrzasku. Dodatkowo tłum ten, umocniony i uruchomiony społecznościówkami, ma charakter absolutnie rozproszony i to się nie zmieni. Zatem wystąpienia tłumów, wydaje mi się, będą właśnie coraz bardziej efemeryczne, w ogóle nieporównywalne np. z ruchami robotniczymi sprzed 100+ lat albo z jakimikolwiek punktowymi rewolucjami, które znamy z historii. Rozpierzchają się one dziś samoistnie lub pod wpływem postawy władz bardzo szybko, są kruche, niepowiązane ze sobą żadnymi istotnymi więziami.
    I nie, nie jest tak, że ciemna dzicz naprze i wszystko wywali do góry nogami, ponieważ poczuje się solidarna ze sobą nawzajem, a spoiwem między jej członkami będzie bycie ciemną dziczą. Człowiek tak nie działa. Oni się grupują wokół zupełnie podobnych idei jak te, które znamy z historii. Nie grupują się dlatego, że „my wszyscy uciśnieni rozwalimy teraz system”, tylko dlatego, że peło kradła, Unia zabrała Brytanii potęgę gospodarczą, elity z Kapitolu zabierają wolność, fabryki i pistolety. To wszystko już było. I to wszystko jak najbardziej można kontrolować, można uciszyć, uśpić, zakneblować, nawet bez większego uszczerbku dla systemów politycznych. I oczywiście najprawdopodobniej żadnych zgliszcz nie będzie, więc na zgliszczach żadne kwiaty „nowej kultury” czy „nowej tożsamości” nie wyrosną. Zwłaszcza że to przecież już nie kultura anglosaska nadaje światu ton, a chińsko-globalno-chujowo-niewiadomojaka, cytując klasyczkę.
    A prawda jest i tak jedna. Jak nie rąbnie w nas jakaś prawdziwa pandemia lub prawdziwa, mordercza wojna światowa, to wyginiemy z powodu przeludnienia i utraty zasobów tak po prostu, zapewne w bólu i rozpaczy, ale naprawdę już styl (polityczny, kulturowy, demograficzny) i sposób, w jaki to zrobimy, nie ma większego znaczenia i nie ma się nad czym rozwodzić.
    A w ogóle fajny tekst. Lubię Pana czytać.

    1. Hm… Przede wszystkim dzięki. I teraz po kolei.

      1. Dlaczego siebie nazywam idiotą? Napisałem — dlatego, że o kryzysie demokracji, który władzę PiS poprzedził i ją spowodował — musiałem się dowiadywać od zrewoltowanych wyborców PiS. Nie kryguję się — nikt nie powinien. Tak po prostu było.

      2. Tu nieporozumienie jest chyba bardziej zasadnicze. Lud, który ścinał Ludwika XVI był naprawdę dziki i dopuszczał się aktów barbarzyństwa zupełnie dziś niewyobrażalnych. Każdy ancien regime „broni przyzwoitości”. Uznając, że barbarzyński lud powinien zajmować miejsce należne barbarzyńcom. Postęp zaś — wynika z tej i wielu innych lekcji — polega na tym, że ci barbarzyńcy znajdują swoje miejsce w państwie. W Wielkiej Rewolucji Francuskiej oni się na to miejsce wdarli. W Wielkiej Rewolucji Idiotów wdzierają się na nie kolejne fale ludzi dotąd poza marginesem. Są dzicy? A jacy niby mają być? To jest być może — taką tezę stawiam — nieodwracalny proces. I nie — nie tylko o to chodzi, że nie mamy szans. Nie dlatego powinniśmy dołączać. Racja historii jest po ich stronie — to jest ten powód, choć w głowach nam się to nie mieści, jak nie mieściłoby się nikomu, kto by zobaczył ulice zrewoltowanego Paryża.

      3. „Nie wiem, skąd przekonanie, że tym razem tłum zyskał rzeczywistą moc sprawczą.” Stąd, że w Polsce wygrał wybory, w Wielkiej Brytanii referendum, a w USA wybrał sobie wodza na prezydenta. Nic nie wskazuje na to, że to przejściowy efekt, że sobie powrzeszczą i pójdą — o tym jest tekst.

      „To wszystko już było. I to wszystko jak najbardziej można kontrolować, można uciszyć, uśpić, zakneblować, nawet bez większego uszczerbku dla systemów politycznych.” To prawda, że wszystko już było. I dotąd rzeczywiście wszystko dało się uciszyć. Kontestację z lat 60. i 70. też. Ona zresztą — proszę zauważyć — nigdzie na świecie nie wygrała politycznie. Nie przejęła władzy. A jednak głęboko przeorała świat. Trwale i w dobrym kierunku. Choć z rockoper Hair i Jesus Christ zrobiono komercyjne szlagiery, a liderzy „rewolucji kulturalnej” wylądowali nierzadko w charakterze szefów agencji reklamowych. W USA spór o Wietnam rozpoczął się na nowo w kampaniach politycznych lat 80. i 90. Reagan swoje pierwsze przemówienie zaczął od obrony praw stanowych w hrabstwie Neshoba — gdzie znaleziono ciała Chaneya, Schwernera i Goodmana zamordowanych przez KKK (historia znana z „Mississippi w ogniu”)…

      Amerykańską politykę zmieniła po prostu wymiana pokoleń — weszło do niej pokolenie ukształtowane wtedy. Jednak zmiana właśnie okazuje się nietrwała. Dlaczego? Dlatego, że nowy żywioł rewolucyjny to tym razem Rewolucja Idiotów.

      I jest się nad czym rozwodzić. Jeśli mamy się wszyscy ugotować w globalnym ociepleniu, to mi jednak nie jest wszystko jedno. Apokaliptycznie mówiąc, kiedy na nas ruszą przez wyschnięte Morze Śródziemne tłumy umierających z głodu, wolę, żebyśmy wyszli do nich i poczekali na koniec świata, trzymając się za ręce, niż strzelali do nich zza zasiek.

      1. No dobrze, a gdzie w tym wszystkim jest młode pokolenie?…
        Bo przecież Rewolucja Idiotów, o których Pan pisze, to odpowiednio: ludzie starsi, których współczesność przeraża (na wszystkich trzech scenach, o których mówimy – przy czym ponownie podkreślam, że to są trzy sceny I TYLE, trudno mi odnaleźć analogie w zjawiskach społecznych dziejących się w innych krajach; oczywiście o wielu rzeczach nie wiem i ich nie ogarniam, ale te trzy sceny – w których dodatkowo charakterystyka populacji jest pod wieloma względami zbliżona – to wszystko, co mi przychodzi na myśl); ludzie w średnim wieku, którzy tracą pracę, mają kredyty, żyją z socjalu, którego odebraniem ciągle ktoś im grozi; i niewielu, naprawdę niewielu młodych, a jeszcze dodatkowo w tej małej grupie znaczna część to płatna trollownia, działająca zarówno w sieci, jak i w rzeczywistości, i prowadząca na barykady ten trochę starszy lud.
        Tymczasem nastroje rewolucyjne, jeśli już jakieś występują, wśród pokolenia młodszego, idą zupełnie w inną stronę. Albo to są socjaliści/antifa/alterglobaliści/prekariat walczący z systemem raczej gospodarczym niż politycznym, albo to jest radykalna prawica religijno-nacjonalistyczno-zbrojno-ideologiczna, o zupełnie innym charakterze niż emocjonalny, często zrozpaczony, bezradny i słabo kojarzący rzeczywistość tłum, o którym Pan pisze.
        Inne grupy młodzieżowe zapału rewolucyjnego nie wykazują.
        I teraz tak: bez młodych żadna autentyczna przemiana społeczna nie pójdzie. No nie i już. Choćby z najprostszych względów życiowych – ci starsi nie obejmą nigdzie żadnej władzy, nie urządzą świata w inny sposób, nie trysną pomysłami na jego urządzenie. Rewolucja Idiotów to tylko ruch negatywny, bez liderów i koncepcji, które miałyby coś zbudować. Ich liderzy to pacynki, same durne lub skutecznie durniów udające (mówię o Dudach, Trumpach, Farage’ach, nie o przywódcach samych masowych wystąpień). Same te pacynki do niczego nie dążą, są koniunkturalistyczne i wiozą wyłącznie swoje własne zadki na plecach rozżalonego ludu. Co z tego ma wykwitnąć? Bez idei? Bez dążenia? Obudowane murem kompletnej fikcji opowieści tych pożal się Boże liderów?
        Nie. Wcale nie jest tak, że racja historyczna jest po ich stronie. Racja historyczna nie jest nigdy po stronie pokoleń zaprzeszłych. Tak zwyczajnie. Czy to mieliby być barbarzyńcy, czy robotnicy, czy dzieci kwiaty, czy ktokolwiek – ruchy skuteczne to MUSZĄ być młodzi.
        A dzisiejsi młodzi są gdzie indziej.
        I o kryzys demokracji też tych młodych należy zapytać, nie „rozjuszone masy, które nie widzą dalej niż kawał kiełbasy”. Bo one nie są obrazem świata, nawet na tych trzech scenach. Są malownicze i krzyczą. Łatwo je kupić (urojeniowymi korzyściami materialnymi lub ideowymi), więc głosują i bywa, że znienacka gdzieś coś „wygłosują”. A potem duża część z nich przełączy się w tryb „co myśmy narobili”, następna część wróci do trybu urządzania się w dupie, jeszcze inna pozostanie na tych barykadach, ale to już będzie raptem mała grupa.
        Wielkiej Rewolucji Idiotów nie ma. Mała bywa, bulgocze, czasem gdzieś syknie i trochę smrodliwej cieczy gdzieś popuści, niekiedy z hukiem, ale też na dopalaczach szumu medialnego, który wszelkie proporcje wykoślawia.
        Tak jak się przezabawnie pomylił Fukuyama, tak i Pan się chyba myli (choć nie zabawnie – Pan akurat robi to z godnością). Populizm dzisiejszy nie jest ani końcem historii, ani nawet jakimś znaczącym pikiem.
        I w ogóle dziękuję za odpowiedź. Czuję się zaszczycona.

        1. Ależ… To mnie jest miło. Jestem zaskoczony i zaszczycony, że się komuś w chce myśleć nad tym, co napisałem.

          Fukuyama się niezupełnie pomylił. Jego książki nie doczytano do końca. Pisze w nim, że ludzie historii potrzebują i będą ją sobie tworzyć. Zresztą to niezbyt ważne, co dokładnie napisał, który z mądrych, ważne jest, jak jest i co będzie — to jasne.

          Nie jestem pewien słuszności założenia, że zmiany i skuteczne ruchy, to muszą być młodzi. Różnie to było w historii, choć na ogół faktycznie byli to ludzie młodzi. Ale wydaje mi się, że pierwszą cechą wyróżniającą, było to, że byli nowi. Wydaje mi się także, że warto rozróżniać rewolucje i wielkie rewolucje. Stąd ta glossa do Pomerantseva, który swoimi analogiami do faszyzmu i komunizmu oraz roli mediów (trafnymi i fałszywymi równocześnie, co próbowałem zapisać) dotknął ważnego problemu. Moim zdaniem zmiany prawdziwe mają głęboko kulturowy charakter — jak Oświecenie, które narastało od Renesansu i Reformacji, zatem od unieważnienia starej struktury autorytetów i monopoli na prawdę. Jeśli jest prawdą, że Renesans, Reformację i potem Oświecenie przyniósł wynalazek druku i jego konsekwencje w postaci rozwoju prasy, to rewolucję powodowaną przez nowe media należy traktować w podobnie zasadniczy i zasadniczo przełomowy sposób.

          Młodych jest i będzie mniejszość. Ta dysproporcja — o ile tego procesu nie przerwie jakaś katastrofa (co skądinąd jest bardzo możliwe, ale przewidzieć się nie da) — będzie tylko narastać. W normalnych, demokratycznych i nawet rewolucyjnych kategoriach młodzież nie ma wielkich szans.

          Zgadzam się co do oceny przywództwa skrajnej, zbuntowanej prawicy. Co jednak ma wynikać z tego, że nasi przywódcy wydają się mieć więcej ogłady? Popularny wśród nich, ciągle powtarzany pogląd o strategicznym geniuszu Kaczyńskiego jest (raczej powinien być) widomym znakiem ich porażającej, nieudolnie skrywanej intelektualnej impotencji. Nierozgarnięty, zdziwaczały Kaczyński spuszcza im łomot — taka jest wstydliwa prawda. Kim są ci inni liderzy?

          Nieprawda, że „rozjuszone masy nie widzą dalej niż kawał kiełbasy”. To jawnie fałszywy typowy pogląd „leminga”. Wystarczy tych mas zapytać i posłuchać odpowiedzi. Ja pytałem. Cały szereg badań to pokazuje. Te masy widzą w swym buncie bardzo konkretne wartości. Fałszywe, głupie, chętnie przez nas traktowane jako antywartości — na ogół słusznie. Naprawdę oni mają budzące dreszcze szarże husarii, a my tęstkotę za latte i przekonanie, że latte nam się należy, a im nie bardzo.

          No, musimy zobaczyć, co wyniknie z formacji młodego pokolenia. Po raz pierwszy ma taką szansę daną im przez kogoś innego niż czciciele żołnierzy wyklętych (klasyczny, podręcznikowy przykład tęsknoty za historią). Ale na czele ruchu młodych stoi pokolenie co najmniej średnie. Sam ruch — w badaniach to widać i w wyrażanych tęsknotach — raczej barykad nie będzie bronić do ostatniej chwili. Raczej wyjedzie. Jest też mniej liczny. Pokoleniowa zmiana — jak w przypadku lat sześćdziesiątych — tak, to może coś odwrócić. No, nie dożyję tego. Przecież nie muszę. Ale przede wszystkim — jak się okazało również w przypadku lat sześćdziesiątych — nawet tak głęboka zmiana okazuje się nietrwała, kiedy „republikańska rewolucja” (Reagan i Bushowie, nie Trump), przypuszczają skuteczną ofensywę i nagle stary konflikt wraca odwrócony.

          1. Najpierw o charakterze przemiany społecznej wywołanej przez społecznościówki. Oczywiście ma Pan rację, że ich pojawienie się i obecna pozycja spowodowała zmiany społeczne głębokie, ważne, które wciąż jak epidemia się szerzą, mutują, będą miały wiele doniosłych skutków, których jeszcze nie znamy, i tak dalej (oczywiście lekko się uśmiecham na analogię z drukiem, który doprowadził do Oświecenia – to porównanie jest bardzo efektowne, ale jest tak dużym uproszczeniem – jak i jest nim sama ścieżka rozumowania wywodząca od Gutenberga całą masę procesów historycznych – że należy je jednak traktować z przymrużeniem oka, jako narzędzie czysto retoryczne, nie opisujące jednak w rzeczywistości niczego). Jednak moje futurystyczne wizje są od Pańskich zupełnie inne. Moim zdaniem społecznościówka naszego „idiotę” równie wzmacnia i upodmiotawia, co osłabia i uprzedmiotawia jednocześnie. No bo rzeczywiście, każdy z nich ma głos, każdy raptem zyskuje atrybut „poglądy”, którego wcześniej nie miał w lustrze społecznym, bo nikt go o to nie podejrzewał, każdy raptem może te swoje „poglądy” wyrażać i dostawać serduszka, więc społeczny dowód słuszności, każdy – jednym słowem – rooośnie. Ale jednocześnie każdy z nich widzi boleśnie, że ludzi naokoło jest okropnie dużo, każdy z nich ma atrybut „poglądy”, mnóstwo ludzi się z nim nie zgadza, funkcjonuje w banieczce, w której czuje się wyalienowany bodaj bardziej niż wyalienowany był, gdy tych „poglądów” w ogóle nie miał. Jego „poglądy” są sterowane pieniądzem w stopniu zawstydzającym, bo jednak społecznościówki to przede wszystkim biznes, żaden z tych ich plusów nie przychodzi za darmo. Więc teraz nasz idiota nie dość, że jest podatny na wpływy z najbliższego otoczenia (rodzina, szef, ksiądz, sąsiad), to jeszcze na wpływy z setek, tysięcy źródeł, które w większości chcą tylko na nim zarobić. Nasz idiota staje się bezmyślną kukiełką, a jak wiadomo, kukiełki nie stoją mocno na własnych nóżkach. Dlatego nawet gdy się zbierze w sieci duża grupa kukiełek, one przez swą wiotkość będą słabsze niż mniejsza może grupa ludzi bardziej stabilnych i wewnątrzsterownych. Stąd też wybuchy uruchomione przez społecznościówki to wybuchy puste, słabe, które w praktyce można bez trudu rozbijać, rozpraszać, i zresztą one to samoczynnie robią. To nie doprowadzi do przeobrażenia społecznego, w którym wyłoni się coś dużego, mocnego, realnego. Nie da rady. A jeszcze ten aspekt czysto izolacyjny. Tłum żywy, w realu, daje jednostce siłę, której nie da się w prosty sposób wyjaśnić tylko nagromadzeniem ludzi. Obecność, ciepło, głos, dotyk, widok innych ludzi obok wzmacnia każdego uczestnika tłumu niezwykle, a cały tłum staje się silniejszy wykładniczo. Tymczasem grupy gromadzące się na fejsbukach są tego pozbawione całkowicie. Więc w porównaniu z rewolucjami ludzi żywych – rewolucje z internetów to są erupcje jakichś cherlawych duszków i mar, na które wystarczy mocniej dmuchnąć i one się rozpłyną w niebycie.
            Konkludując ten wątek – mnie się zdaje, że choćby i całe dzikie hordy upodmiotowionych idiotów się uruchomiły w internetach, i nawet gdyby sobie banieczkami wychodziły gdzieś pokrzyczeć i porozrabiać, to i tak są to tylko bezradne i pozbawione mocy masy ludków. Oni nie są zmianą ani rewolucją. Może ich porwać ktokolwiek do czegokolwiek. W zależności od… – i tu dochodzę do drugiego wątku, do którego chciałabym się odnieść – od sytuacji ekonomicznej (faktycznej i postrzeganej).
            Pisze Pan, że nieprawda, że masy nie widzą dalej niż kiełbasy. Wydaje mi się, że nieporozumienie jest tu stąd, że Pan o innych masach pisze. Pan pisze, jak rozumiem, o ludzie smoleńskim, klubach gapola i podobnych rewolucjonistach tutejszych. Ja nie, ponieważ po pierwsze nie mam z nimi doświadczeń, więc po prostu ufnie przyjmuję za prawdę Pańskie obserwacje, a po drugie – bo ich jest mało. Rzeczywiście to prawdziwi rewolucjoniści z prawdziwymi ideami, no jasne. Ale to przecież nie oni mieliby być tą Pańską Rewolucją Idiotów. Masy, o których piszę ja, siedzą w domach i nie wychodzą dziś nigdzie. Wyjdą, gdy im zabraknie kiełbasy, ale to już będzie zupełnie inna rewolucja. Paradoksalnie zupełnie podobna do wszelkich rewolucji wcześniejszych, z wielką częścią polskiej Solidarności na czele, żeby sięgnąć po pierwszy z brzegu przykład.
            Mamy władzę idiotów, oportunistów, łajz i złodziei. Wybraną – moim skromnym zdaniem – raczej z powodu „nieinteresowania się polityką” i braku instynktów obywatelsko-zbiorowościowych, niż z powodów merkantylnych lub, na przeciwległym biegunie, ideowych. Po prostu władający nami idioci sprawnie pchali się ludziom do uszu, wszędzie, nawet tam, gdzie nikt ich słuchać nie chciał, i ludziom „nieinteresującym się” coś tam zostało. A to o 500+, a to o godności i kolanach, a to o Niemcach, co biją, a to o Matołuszu geniuszu, to są różne przypadkowe treści. Wystarczyła dostatecznie duża ekspozycja na te treści, ludzie idą i głosują tam, gdzie im coś brzęczy, że może będzie dobrze. Ale nie idzie za tym wszystkim „idiotyzm irracjonalności”, o którym pisał Pan w tekście pierwotnym, a przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim Pan to kreśli. Ta irracjonalność ze społecznościówek się roznosi powierzchownie, nie staje się spoiwem ideowym, nie przyswaja się głębiej, ludzie to TEŻ mają w nosie. Żyją sobie, szukają spokoju, i nie pójdą z Rewolucją Idiotów tylko dlatego, że się boją 5G, że Tusk sprzedał Polskę, że potomkowie ubeków z potomkami wyklętych, że… Może i to kupią, może łykną, ale nie przełożą tego na czyny. Wybuchną, gdy zabraknie kiełbasy (bo tak się kształtują te masy aktywnych trumpistów, którzy jednak wychodzą – proste motywy ekonomiczne, nie ma pracy, nie ma kopalń, nie ma fabryk). I nie będą się niczym różnić od swych przodków postawionych w obliczu kryzysu ekonomicznego.
            Wielkiej Rewolucji Idiotów nie ma 😉 I oczywiście z rozkoszą poczytałabym, jak by mnie Pan teraz przekonywał, że jednak jest. Ale oczywiście zrozumiem, jeśli się Panu nie chce 🙂
            Serdecznie pozdrawiam.

          2. Gutenberg zmienił świat naprawdę, a nie na niby. Ważenie różnych procesów jest oczywiście niemożliwe, ale przybliżenia wag przyłożonych do Gutenberga są raczej niemal pewne. Monopol księży przestał od tego istnieć. Możliwa stała się Reformacja. Rola prasy w Rewolucji Francuskiej jest dobrze opisana. Przy okazji — rozpowszechnianych przez nią fake newsów też 😉 Prasa niekoniecznie służy upodmiotowieniu czytających. Bywa różnie.

            Facebook to zupełnie inna kategoria. Narusza wszelkie tradycyjne struktury i monopole na najróżniejsze sposoby. Zamyka w bańkach, owszem — ale też niezawsze. Bo oczywiście umożliwia spotkania w realu. Doświadczaliśmy tego przecież wielokrotnie. Na deficyty zamknięcia nie cierpią bańki rosnące.

            To, że tłum daje ciepło itd. jest prawdą — taką samą, jak to, że podlega irracjonalnym i groźnym procesom. To, że tłumowi do uszu różne rzeczy kładą ludzie bez idei i bez rozumów niczego nie zmienia.

            Absolutnie nie zgadzam się z oceną, że kiełbasa powoduje wybuchy. Znam ten powszechny pogląd od urodzenia. Widziałem wiele strajków czysto płacowych bez ani jednego politycznego postulatu. I świetnie wiem, że żaden z nich nie był o kiełbasę, a wszystkie o politykę. Po prostu każdy Janusz wie o Józefie — nie o sobie — że Józef tylko o kiełbasę się będzie gotów bić. Józef o Januszu wie dokładnie to samo. Więc kiedy kiełbasa drożeje naprawdę, Józef z Januszem spotykają się na strajku. Tak to w największym skrócie działa. Widziałem wielokrotnie robotników szmuglujących różne rzeczy do swoich strzeżonych przez władze fabryk. Nigdy nie szmuglowali kiełbasy — szmuglowali książki, więc częściej np. Gombrowicza niż salceson i wódkę.

            Rewolucja Idiotów ma miejsce. Nie ideologia w niej decyduje — bo ona może dowolna, łatwo ją zmieniać ad hoc, co większość rewolucji, również Wielka Francuska, pokazało. Liczy się to, że do głosu dochodzą ludzie nowi. W USA to tubylcy z interioru w uproszczeniu. W Polsce „wykluczeni”. W Wielkiej Brytanii — welfare moms itd. Bardzo charakterystyczne — silne korelacje widać pomiędzy głosowaniem na PiS, za brexitem, na Trumpa, a stosunkiem do kary śmierci. Kara śmierci jest zaś tematem niedebatowalnym. Niepoprawnym politycznie. Takim, w którym nie wolno kwestionować poprawności. Nie mówię oczywiście, czy to słuszne, czy nie. Pokazuję tylko mechanizm tworzenia się tożsamości i zwłaszcza tożsamości buntu.

        2. Ta rewolucja już się dzieje, nie będzie tak że motłoch wylegnie na ulicę i poucina łby klasie średniej i rządzącym. Otóż motłoch dzięki pisowi policzył się i zdał sobie sprawę ze swojej sprawczości..To czy w kolejnych wyborach wygra pis to nie ma najmniejszego znaczenia. Dziś politycy każdej strony są zakładnikami ciemnego ludu, i zdają sobie doskonale sprawę że nie można ich ignorować. Wygra ten kto uwiedzie idiotów obietnicami i wizją nowego ładu. Klasa średnia, inteligencja, czy po prostu ludzie myślący, wykształceni nie są żadną liczącą się siłą polityczną. Oni dalej się łudzą że poradzą sobie sami, i nie doceniają siły prostych ludzi. Dla Szymona popijającego sojowe latte w swoim stylowym apartamencie Janusz i Grażyna to postaci co najwyżej memiczne. Ci ludzie nawet nie zaprzątają sobie głowy tym jak wygląda życie przeciętnego polaka żyjącego od 1 do 1 z trudem opłacanym wynajmowanym mieszkaniem czy kredytem. Za to Ci wszyscy wykluczeni dzięki mediom społecznościowym widzą ten lepszy świat, pięknych uśmiechniętych zasobnych ludzi. A skoro to widzą, to zaczynają myśleć jakby to było, zaczynają marzyć, zazdrościć, nienawidzić..To musi rodzić napięcia.

  7. To nie rewolucja , to miedzynarodowa walka klasowa pomiędzy Pierwszym a Drugim SORTEM (kto do ktorego sie zalicza? sam sobie określ)

  8. Ilustracją do tego tekstu powinien być Statek Głupców Boscha. Myślę, że wszyscy jesteśmy głupcami, tylko część się uważa za mędrców, a część za natchnionych.
    A co do samego tekstu: myślę, że w istocie mamy zmierzch ustroju demokracji przedstawicielskiej. Jednym ze skutków jest to, że teraz walczyć będą ze sobą nie politycy, których do tego celu wybieramy, ale my sami. My, dwa odłamy społeczne, ci co się mają za oświeconych i ci, co się mają za sól ziemi, suwerena. U nas to się zaczęło najwyraźniej po katastrofie smoleńskiej, a miesięcznice i kontrmiesięcznice były egzemplifikacją. Ale tak naprawdę zaczęło się w początkach lat 90-tych, gdy „oświeceni” wydzielili ze społeczeństwa „ciemnogród” i zaczęli go publicznie zawstydzać.
    Ten mechanizm dotyczy także reszty zachodniego świata. Demokracja przedstawicielska się kończy, idzie nowy etap historii. Nowa forma organizacji społecznej. Nie mam pojęcia – jaka. Nie wierzę w powtórkę z autorytaryzmu – ci, którzy to wieszczą poprzestają na tym, co znane. Nie będziemy po raz kolejny wchodzić do tej samej rzeki. A jeśli – to na chwilę. To nie będzie nowy ład, tylko chwilowy paroksyzm.
    Obiecująco wygląda koncepcja losowania rządzących spośród reprezentatywnie dobranej próby. To – siłą rzeczy – powściągnie walkę plemion. I przede wszystkim: prawo. Regulacja życia społecznego przez prawo. Prawo towarzyszy ludzkości od zawsze – czy to religijne, czy zwyczajowe. Każda ludzka społeczność je wytwarzała i egzekwowała – oczywiście nie w sposób doskonały.
    Co do tego, co z naszym Statkiem Głupców w tej chwili, to myślę, że nigdzie nie zmierza. Dryfuje. Na razie działają siły przypadku, żywioły natury. Emocje. Chyba łatwiej będzie – na razie – tworzyć sobie dobre do życia małe przestrzenie, niż projektować państwa i społeczny ład. A poza tym trzeba pilnować mechanizmów, które ciągle jeszcze mają potencjał, żeby porządkować ten rosnący chaos. Takich, jak trójpodział władzy i społeczna kontrola. Bronić słabszych i krzywdzonych. Powściągać złość i pogardę, pielęgnować szacunek.

    1. W pełni się zgadzam, to okropnie trudne. Pytanie, czy w ogóle możliwe. Co do wspomnianych przez Ciebie początków lat 90… Sam dobrze pamiętam między innymi własny lęk przed suwerenem. Byłem przekonany, że wodzem zostanie Wałęsa i ujawni swoje najgorsze cechy. Został — ujawnił nienajgorsze 😉 A np. we Wrocławiu rząd dusz weźmie Morawiecki, a nie Frasyniuk — stało się niezupełnie tak, ale wyłącznie dlatego, że Morawiecki zaliczył zawstydzającą wtopę…

      Pamiętam taki stary tekst Staniszkis — pisała w 1986 roku, że komuna jest niereformowalna i że komuniści — kiedy stracą władzę w wolnych wyborach — to o ile nie zostaną pozamykani do więzień, wrócą do władzy najdalej w dwa lata. Wtedy ten tekst szokował przede wszystkim dlatego, że Staniszkis fantazjowała o jakichś wolnych wyborach — a ona fantazjowała niezupełnie, bo czytała sowiecką prasę i przypuszczała, że efekt pieriestrojki może być właśnie taki. No, powody tez Staniszkis były z kolei dość jasne. Wolny rynek musi doprowadzić do upadku komunistycznej gospodarki, w której pracują właściwie wszyscy zatrudnieni. To samo spotka ochronę zdrowia, szkolnictwo — wszystko. Reforma zatem musi naruszyć najistotniejsze interesy ogromnych rzesz ludzi i oni w końcu zaprotestują. Miała rację — i nie miała. Oboje z Modzelewskim nie docenili siły polskiego patriotyzmu, który w największym skrócie kazał nam wytrzymywać to wszystko. Choć przecież komuniści do władzy wrócili rzeczywiście. Ale Staniszkis przypominam z innego powodu. Otóż ona wtedy — w 1986 roku — twierdziła, że jedynym wyjściem jest okres przejściowy z jakimś rodzajem prawicowej dyktatury, która przeprowadza kilka najbardziej zasadniczych zmian, zwłaszcza gospodarczych, po czym oddaje władzę demokracji. Brzmiało to kuriozalnie — a jednak w jakimś sensie się stało. Nie było dyktatury Wałęsy, ani nikogo takiego, ale była „dyktatura inteligentów”. Wszystkich tych polityków, dziennikarzy, publicystów, którzy tłumaczyli Polakom, co jest dla nich lepsze, w czambuł potępiając każde „roszczenia”, jeśli się pojawiały. To brakujący element tej mojej powyższej próby analizy. To po tej „dyktaturze inteligentów” następuje Rewolucja Idiotów. Tak mi się wydaje — to jest ten specyficznie polski rys szerszego zjawiska. W globalnej skali ono jest wywołane zwłaszcza nowymi mediami — jestem przekonany. Te różne tła gospodarcze mają swoje znaczenie, ale ja myślę, że ludźmi powodują raczej idee niż „ból brzucha”, że same gospodarcze powody nigdy nie wystarczają jako powód buntu — ale to jest osobny, duży rozdział.

  9. Raczej głupota liberalnych idiotów, zupełnie inna droga Chin i liberalny idiotyzm się przed tym nie obroni, a niedługo będzie chodził na smyczy Chin, zresztą liberalni idioci to bardzo często wcale nie wykształceni tylko kupieni przez korporacje i szczekający co im każą, myślący, że „elita” o wszystkim decyduje i będzie decydować mądrze – nie będzie ta pseudo inteligenta elita to średnio inteligentni którzy całe życie sprzedają się za odpowiednie pseudointeligenckie szczekanie. Mądry jest ten, kto wspiera średnią sferę i rozlewanie się dobrobytu, a nie zawężanie go do sprzedajnych pseudo elit. Jakby były jakieś wątpliwości – zarabiam 4 średnie krajowe na miesiąc, IQ 135.

  10. Lud był zawsze taki. 70% zawsze poniżej przeciętnej.
    W dzisiejszych czasach wykorzystują to bolszewicy, a władcą tych marionetek (na całym świecie) jest zakulisowo Kreml.
    Dekady temu ostrzegał przed tym Jurij Bezmienow, powołując się na podręczniki, które przerabiał młody Putin, choćby o sztuce wojny (Sun Tzu). Zamiast otwartej II wojny mamy ją po prostu dalej pod dywanami salonów świata zachodniego. Bolszewicy dalej chcą powiesić Zachód na sznurze, który Zachód im sam sprzedaje, tyle tylko, że zamiast sznura korzystają obecnie z innych narzędzi, nowych mediów – które sami kapitaliści im podsunęli. Tak było też wcześniej: prasy, radia, kina, telewizji – też przecież bolszewicy nie wymyślili. Umiejętnie je tylko wykorzystywali. Raz przegrali – z piracką falą wideo, tv sat i „gwiezdnymi wojnami”.
    W akademii KGB tak o tym uczyli: YT, Jurij Bezmienow wykład – Jak napaść na państwo https://www.youtube.com/watch?v=48ceUZF5nkk

  11. Mam do dodania do wspaniałego i doniosłego tekstu chyba tylko tyle, że źle by nie było pogrzebać przy regulacjach kapitalizmu. Bo częścią problemu jest także rosnący wpływ na politykę arystokracji finansowej i jednoczesne biednienie reszty społeczeństw rozwiniętych.

  12. Ehh.. Idioci cały czas mówią to samo. Chcą szacunku. Chcą dostępu do tego co mają inni. Chcą żyć tak jak inni i nie mogą bo PKS nie jeździ, bo na chleb nie ma itd… Płaskoziemcy? To taka sama kpina i krzyk jak gej przebrany w krzykliwe wdzianko z piórami i ostrym makijażem. Kpina z tych którzy go poniżają i krzywdzą.
    Jak to rozwiązać? Wolność. Równość w dostępie. Zaspokojenie podstawowych potrzeb potrzebnych do życia. Nikt nie może chodzić głodny (ile jedzenia jest niszczone bo przekroczono limity produkcji), nikt nie może chodzić w obdartym zniszczonym ubraniu (ile ubrań jest niszczonych bo nikt ich nie kupił), nikt nie może być bezdomny lub mieszkać w ruderze (mieszkania jako inwestycja to powinno być przestępstwo), każdy ma prawo do nauki i zdobywania wiedzy, każdy ma prawo do opieki medycznej, każdy ma prawo do eutanazji (tak eutanazji).
    Polityka? Pełne prawo wyborcze tylko dla osób mających co najmniej maturę (egzamin i szkołę średnią trzeba poprawić). Nie mający matury prawo wyborcze częściowe – mogą głosować tylko na poziomie gminy, gdzie mieszkają. I powinno wygasać z chwilą przejścia na emeryturę.
    Wszystko kwestie, które tylko będą mogły powinny być przekazane do samorządu. Parlament sejm i senat powinny być zlikwidowane. Tak zlikwidowane. W wyborach głosowanie odbywać się będzie tylko na Premiera i jego gabinet oraz program jaki będą chcieli zrealizować. Wyborcy zachowują obywatelską inicjatywę ustawodawczą – głosy zbierane przez internet.
    ZUS należy naliczać od faktycznego dochodu a nie 2000 miesięcznie i co nas obchodzi, że nic nie zarobiłeś?
    Każdy płaci jak zarabia, ale emerytura państwowa będzie taka sama dla wszystkich.
    Im więcej będziesz mieć dzieci, tym większą kwotę wolną będziesz mieć aż zakończą naukę.
    Trzeba przestać udawać, że wszyscy są równi. Bo nie są, ale wszyscy muszą mieć takie samo prawo dostępu i szansy.

  13. Dobry tekst. To prawda kończy się jakaś epoka. Wszyscy jesteśmy idiotami. Mamy jakąś samobójczą potrzebę dzielenia ludzi na naszych i waszych na mądrych i głupich na biednych i bogatych na starych i młodych itd. Jednocześnie każdy z nas domaga się skupienia na nim uwagi…uwagi „władców”. Każdy chce być ważniejsz od drugiego człowieka. Mam nadzieję, że nadchodząca przyszłość zanim stanie się nowym Oświeceniem nie przeciągnie ludzkości przez falę ekterminacji tych mniej ważnych aby najważniejsi mogli przetrwać.

  14. Elity – politycy, KK, dziennikarze, artyści itd. tkwią w oderwaniu do rzeczywistości we wzniosłych wieżach i „balują”, jak na dworze Ludwika XVI w przeddzień Rewolucji. Swoje przywiązanie do stołków wypowiadają złudnymi opowieściami, bon motami upudrowanych pań i panów o ciepłej wodzie w kranie i kłamstwami wprost, że im się po prostu należy, Jednocześnie tracą poczucie przyzwoitości, swój honor i dusze. Należeć się powinno, być może, proporcjonalnie do wkładu w zrozumienie świata i przełożenie tego zrozumienia na idee i w oparciu o to sprawność w przewodzeniu społeczeństwu. Również za dyplom i formalne wykształcenie nic się nie należy.
    Elity zwłaszcza powinny widzieć całość społeczeństwa zamiast TKM, prawdę, dobro, dobre życie i harmonię. Jako społeczeństwo potrzebujemy zrozumienia i wypowiedzenia mitu na nowo i na nowo ułożenia go w w konstytucje, karty praw oraz prawa szczegółowe. Jeżeli dotychczasowe elity tego nie potrafią, to nie mają legitymacji do rządzenia. Dlatego PiS, fanatyków, głupców i sprzedajnych trzeba pogonić, dlatego KK nie może dyktować praw świeckich … Potrzebujemy nowych elit.

  15. Po przeczytaniu bujdy o sikaniu do zniczy miałem ochotę przestać czytać ale zmusiłem się by czytać dalej.
    Doszedłem do wywodu o 500+.
    Tak bzdurą było gadanie w 2015tym ze nie będzie w 2016tym na 500 + bo na to potrzebne było ca 16mld. A te było wiadomo ze będzie już mniej więcej latem bo tyle wychodziło z sumy aukcji za LTE i zysku z NBP. Dokładnie tyle w 2016tym wydali . Ale Rostowski w swojej słynnej wypowiedzi nie mówił o 500+ (ze nie starczy) Ale ze „na wszystkie te obietnice pisu nie ma pieniędzy. Przypomne najważniejsze ” obnizka VAT do 22, podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 8tys. Przewalutowanie kredytów frankowych, obniżenie wieku emerytalnego. ….były jeszcze inne
    Typu odbudowa stoczni czy CPK czy odbudowa górnictwa węgla….wszystko zza państwowy „szczot „. Tak więc bzdurą jest pisane ze starcza bo nie starcza i finansowane jest dlugiem zresztą ukrytym głównie w funduszach pozabudżetowych Ale widocznym w długu sumarycznym finansow publicznych na stronach mf, drenowaniem spółek z kapitałem panstwowym i inflacją. Ta z kolei rujnuje najbardziej ubogich bez nieruchomości a zwykle pasie najbogatszych. Ten proces zachodzi. Mamy wiec eksplodujący dlug i ubozenie najbiedniejszych. Dodatkowo mieli farta bo trafili na kilka lat koniunktury z dobrze wyprowadzoną gospodarką po kryzysie ktory skończył się w 2015tym .
    Tu nie wytrzymałem i przestałem dalej czytać. Zgadam się z jednym nasze elity były głupie Ale z innego powodu niż piszesz a i to jedynie ich część choc wystarczająca by przekonać ze pisowskiej bzdety maja sens
    PS.
    Bo o jednym jeszcze zapomniałem.
    O kwestii migrantów które elity chciały przyjąć a których nie chcieli obywatele którym tłumaczono jednocześnie ze nas nie stać na to czy na tamto Ale na przyjęcie migrantów to juz tak. To hyl sprzeczny przekaż. Pis i K15 mieli jasny przekaż obcych nie benefity za państwowy rachunek tak

    1. Arek:
      1. Poznałem ludzi, którzy sikali, byli i są z tego dumni, uważając się za prekursorów anty-PiS.
      2. Pisząc o 500+ nie pisałem o Rostowskim. Ani o innych projektach PiS, zwłaszcza niezrealizowanych. Pisałem o tym, co o 500+ mówiono i pisano wszędzie, co bez trudu znajdziesz. Nawet nie napisałem, że ten projekt miał sens (na tym się nie znam i swoimi opiniami nie ośmielałbym się zawracać niczyjej głowy). Pisałem wyłącznie o czymś, co funkcjonowało publicznie, dotarło do „drugiej strony”, jako „nasz głos” i co było fałszem ewidentnym. Pisałem o skutkach takiej polityki.
      3. Tej polityki konsekwentnie bronisz, twierdząc, że była słuszna. Przestrzegałbym przed zaprzeczaniem jej wad — bo to zwyczajnie nieprawda. Podwyższenie wieku emerytalnego sens miało niemal na pewno. Napisałem niemal, dlatego, że wszystkie dotychczasowe dyskusje o systemach emerytalnych bardzo poważnie się dezaktualizują wobec prognoz technologicznych, demograficznych, nawet klimatycznych. Wciąż jednak zakładam, że PO-wska reforma emerytalna była słuszna ewidentie. Nic z tego jednak nie wynika politycznie — nie tylko nie wolno ignorować sprzeciwu, ale, jak pokazał PiS, nie da się tego zrobić.
      4. Wyrokujesz o pisowskich bzdetach kompletnie ignorując wskazane Ci uzasadnienia, wciąż nieświadomy, że nie istnieje w demokratycznym ustroju żadna instytucja odróżniająca racjonalne od nieracjonalnego, prawdziwe od fałszywego, dobre od złego. Jedyną taką instycją — poza sądami, których zakres działania jest ograniczony — jest publiczna debata. Nie Ty, nie Tusk, nie większość parlamentarna nawet. Nie wolno ignorować irracjonalnego. Bo to się kończy, jak się kończy.
      5. Co gorsza — ja nie mam Twojej pewności w żadnej z tych spraw, uważając przy okazji, że takiej pewności należy się wystrzegać jak politycznych fundamentalizmów, bo to jest dość podobne zjawisko.

  16. Zgadzam się, od kilku lat powtarzam mojej teściowej że to nie pis jest problemem i za 500+ nie kupili wyborców. Problemem jesteśmy my. W końcu ktoś (nie ważne z jakich pobudek)pochylił się nad prostymi wykluczonymi ludźmi i powiedział: szczęść boże, pomożemy wam, zbudujemy wspólnotę, tamci o was zapomnieli, my damy wam głos i godność..Ktoś te proste masy kiedyś porzucił na pastwę losu, myślę że problem leży w edukacji i kulturze. Dostęp do porządnej edukacji i kultury zarezerwowany był dla zamożnej części społeczeństwa, reszta otrzymywała uboższą wersję. Wybraliśmy najbardziej drapieżną formę kapitalizmu i bezwzględne reformy gospodarcze bez dostatecznego zabezpieczenia socjalnego. Kiedy klasa średnia szybko zaczęła się bogacić reszta społeczeństwa trwała w marazmie od 1 do 1. Obserwowali ten inny lepszy świat, bez nadziei na zmianę. Najpierw tych ludzi przygarnął kościół, potem internet stworzył im nowe możliwości i dał grunt pod teorie spiskowe itd. na koniec wykorzystał to wszystko Kaczyński (oczywiście przy wielkim wsparciu PO). Jednak przede wszystkim gdzieś po drodze zgubiliśmy najważniejsze: równość i wspólnotę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dlaczego obywatelskie media są ważne? Chwila prawdy: Google Trends - zestawienie częstości wyszukiwania polityków w internecie

W dziale Polityka

opozycja demokratyczna

Władza na ulicy – nie teraz?

Wypada odpowiedzieć Cezaremu Michalskiemu. Jest zmorą tej nieistniejącej w Polsce debaty publicznej, że kiedy się pojawia jakaś propozycja,

Czytaj »